Śledź mnie na:

No i znowu mamy piwo, które na sto procent podzieliło parę osób. Oto browar Deer Bear, nazywany przez niektórych polskim Omnipollo, wprowadza na rynek kolejne piwo z aromatami (tak na 90%) nie wspominając o nich nawet na kontrze. Ja nie wiem... browary rzemieślnicze (szczególnie takie jak Deer Bear) powinny już zrozumieć, że ich piwa piją ludzie, którzy akceptują takie eksperymenty...

Ale nie, najlepiej ukrywać się z tym jak gimbaza, która przemyciła Leszka w puszce do kina. Sam nawet nie wiem dlaczego aż tak mnie to denerwuje. Może dlatego, że polski craft nadal nie potrafi się zdecydować na to, jaki chce być i stara się za wszelką cenę być choć po części poprawny politycznie? Ekhem... wracając do piwa.



Deer Bear uwielbia swoje kreskówkowe etykiety, to im trzeba przyznać. Nie ma się co dziwić, bo są naprawdę spoko. Pojawia się jednak wcześniej wymieniony już problem... brak składu, jakiegokolwiek. Wolnoć Tomku w swoim domku jak to mówią, ale nie o takie crafty nic nie robiłem. Kapsel firmowy za to, bardzo ładny. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Już podczas nalewania widać, że do wodnistych nie należy. Ma dość wysoką pianę, która trzyma się dzielnie. Opadając pozostawia ładny lacing na szkle.


Deer Bear umie w zapaszki, to piwo po raz kolejny to potwierdza. To już nie jest zwyczajne wąchanie, a bardziej zanurzenie nosa w rzece aromatów. Na intensywnej czekoladzie (powiedzmy, że mlecznej) góra orzechów pokrytych delikatnie wanilią. W sumie to mam dość wyraźne skojarzenia z nutellą... albo nie, bardziej z jakimiś pralinami orzechowymi. Te takie w złotku... ferero roszee czy jakoś tak. W tle kokosik, jakby Wam za mało przyjemnych doznań było.

Dlaczego mam tylko jedną butelkę? Jak to mawiał wieszcz youtubowy: ku... dlaczego?! Nut Cake jest wręcz idealnie gęsty i oblepiający z takim przyjemnym odczuciem à la kogel-mogel. Wysycenie niskie. W smaku trochę inna postać czekolady. Już nie jest tak wyraźnie mleczna, aczkolwiek dalej pozostaje bardziej słodka niżeli gorzka. Fajnie łączy się z nią  kawa, która w tym przypadku gra rolę dopełniającą. Są też orzechy, z naciskiem na migdały i kokos. Wszystko ślicznie dopasowane i zgrane ze sobą. Jak pieczone żeberka premium od Zyguły w sosie miodowym. Goryczka zaskakująco wyraźna, bardzo dobrze kontruje słodycz piwa. Taka delikatnie palona, szybka i efektywna. Na finiszu zdecydowanie wytrawniej, co zadziwia przy mocno słodkim profilu piwa. Głównie kawa zbożowa, kokos i wanilia. Podsumowując krótko i zwięźle... Ferrero Rocher (tak, wiem jak to się pisze) w płynie, i to z idealnie ukrytym alkoholem.

----------

Styl: Imperial Stout
Alk: 10% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny (serio?)
Do spożycia: 15.12.2020


Znowu zaczynam się bawić kolorkami w zdjęciach. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Jak się pewnie wielu z Was domyśla przestałem robić foty komórką i wróciłem do mojego ukochanego systemu bezlusterkowego. Oczywiście nadal uważam, że flagowcem można robić zdjęcia lepsze niż 80% polskiej blogosfery, ale mój artyzm wymagał ode mnie jednak czegoś lepszego.

Zostałem przy Sonym, jakoś chyba bym się nie polubił z Olympusem tak jak Michał K, który swoją drogą wrócił do blogowania (dzięki Bogu). My dzisiaj jednak nie o tym mieliśmy... Piwojad postanowił wrzucić jedno ze swoich najbardziej zaskakujących piw do beczek po winie Tempranillo. Średnio lubię takie winne połączenia, ale ostatnimi czasy zaczynam się powoli przekonywać.


Browar wchodzi w nową erę jeżeli chodzi o etykiety. Dalej będą one przeźroczyste, ale właściciele obiecują większe... zróżnicowanie graficzne. Widać to na zdjęciach powyżej. Specyficzna kreska przypomina mi trochę stare bajki typu Krecik czy też Przygody Rumcajsa. Brakuje tylko piwojada na kapslu i byłby naprawdę spoko image. Piwo jest czarne, jak wyngiel panie. Piana skąpa i szybko redukująca się do obrączki.


Miłe zaskoczenie w aromacie. Nie ma tutaj wyłącznie dominującego wina (chociaż też nie można powiedzieć, że go brakuje). Przebijają się bowiem ciemne owoce, czysta wiśnia jest w tym towarzystwie chyba najwyraźniejsza. Potem to już konkretne winogrono i tytułowa Suska wędzona. Po ogrzaniu wychodzi też trochę czekolady gdzieś w tle. Szkoda, że zapaszki nie chcą się utrzymać i całość dość szybko się ulatnia.

W życiu bym nie powiedział, że mam do czynienia z porterem angielskim (i co za tym idzie z tak niskim ekstraktem). Całość kręci się bardziej w okolicach 22° Plato, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Fajnie wypełnia przełyk, ale jedno mi do tego obrazka nie pasuje: wysycenie. Za duże jest, a przynajmniej według waszego uniżonego. W smaku za to mocno zaskakuje, nie byłem tak do końca przygotowany na to co zastałem w szkle... No, bo czuć gorzką czekoladę, trochę opiekanych orzechów i ogólne nuty palonego zboża. Sęk w tym, że całość przykrywa dość namiętnie grupa Tempranillo, czyli miks bardzo specyficznych owoców. Nie są to te znane nam ze zwykłych porterów powidła. Owszem są wiśnie i śliwki, ale otacza je iście winna (winogronowa) aura, która wywyższa je na swój sposób. Na papierze bym tym wzgardził, ale przy każdym kolejnym łyku coraz bardziej mi się to podoba. Szczególnie, że piwo (jak i skojarzenia z winem) okazały się być bardziej po tej wytrawnej stronie. Goryczka za to niska. To już bardziej wykręca gębę ciekawa cierpkość taninowa. Ta kumuluje się głównie na finiszu wraz winogronem i wanilią. To tutaj też czuć najbardziej drewniane nuty od beczki. Aaa i jeszcze jedno. Po ogrzaniu wchodzi delikatna wędzoność od śliwki, która już kompletnie mnie rozbroiła w połączeniu z resztą. Bardzo dziwaczne piwo, coś innego, do spróbowania i obgadania w towarzystwie. Na pewno nie przypadnie każdemu do gustu, mi akurat podeszło. 

----------

Styl: Robust Brown Porter BA
Alk: 6,4% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny, jęczmień palony), płatki owsiane, śliwka wędzona, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 04.2020


Pamiętacie jeszcze Brodacza Miesięcznego? Ja pamiętam... trochę brakuje mi tego cyklu. Mógł się człowiek wyżalić i trochę pośmiać z głupoty ludzkiej. Oczywiście były też w nim pozytywne newsy, ale jakoś woleliście czytać o tych negatywnych o dziwo. Cykl "Szorty" miał go zastąpić, ale w tym  akurat przypadku nie chciało mi się pisać krótkich tekstów... i tak źle, i tak niedobrze.

Ja nie wiem co to się ostatnio wyprawia... Od ponad miesiąca nie miałem wolnego weekendu, bo albo tyrlandia, albo uczelnia. I tak, gdy nadeszła w końcu ta upragniona wolna sobota człowiek nawet nie zdążył się nią zachłysnąć. Tak szybko przeleciała, o niedzieli nie wspominając. Zaraz dojdzie do tego, że wolne weekendy będę traktował jak upragniony urlop... no jeszcze czego.

Ryżowa IPA z Browaru Zakładowego zdawała mi się być idealnym wyborem przed weekendem. No bo po co zaczynać od jakichś zapychających i ciężkich RiSów, skoro za oknem pogoda robi się iście wiosenna? Dlatego tropiki będą lepszą opcją, na pewno.



Chłopaki mają chyba jedne z najbardziej rozpoznawalnych etykiet w kraju. Według mnie są piękne, sam pomysł na każdą jak i kreska bardzo przypadły mi do gustu. Nawet jakość papieru poszła w górę. Z tego co pamiętam pierwsze butelki źle reagowały na wodę. Samo piwo ma barwę zbliżoną do złota, może delikatnie ciemniejszą. Jest też widocznie zamglone. Piana niska, dziurawa, ale za to chwyta się ścianek desperacko. Znika całkowicie po chwili.


Gdyby tak zaczynał się każdy urlop... świat byłby piękniejszy. Całość aż kipi orzeźwieniem i tropikami. Najbardziej wyróżnia się ananas, potem wchodzi mango. Na każdym kroku czuć ich intensywny miąższ. Trzeba się trochę namęczyć, aby przez nie przebrnąć, ale zaraz za nimi czają się też cytrusy (głównie zest z limonki). No ładnie panie, ładnie...

Pierwszy łyk trochę mnie... zdziwił. Po takim aromacie spodziewałem się trochę mniej cielistego piwa, a Wniosek Urlopowy okazał się być pełnoprawną szesnastką. Nic w tym złego nie ma oczywiście. Szczególnie, że wysycenie nadrabia (takie średnio-wysokie jest). Smakowo też zaskakuje. Po pierwsze primo: nie jest za słodkie, a trochę się tego spodziewałem po tak soczystych owocach. Owszem nadal są one dominujące (tutaj już bardziej mango, pomarańcza, grapefruit i dopiero potem ananas), ale całość ma też takie dość mocne skórkowo-albedowe zacięcie. Jako podstawę mamy pszenicę delikatnie polaną karmelem. Po drugie primo: goryczka. Wyraźna, grapefruitowa, delikatnie zalegająca. Finisz trochę pustawy, głównie cytrusy z nutą albedo po grapefruicie. Ogólnie przyjemnie, naprawdę tropikalne, ale też trochę zagubione IPA. Ryżowe piwa zawsze kojarzyły mi się z rześkością i lekkością, nawet te z dość wysokim ekstraktem. Tutaj tego tak do końca nie ma niestety.

----------

Styl: Tropikalne Ryżowe IPA
Alk: 6,6% Obj.
Ekstrakt: 16% Wag.
IBU: ~52
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki ryżowe, mango, ananas, skórki owoców cytrusowych, chmiel (Citra, Mosaic), drożdże US05.
Do spożycia: 17.03.2019


Coś mnie się pomyliło... przecież to nie Isidoro wygrał ankietę na FB... Nieważne, będę musiał opisać oba piwa. I tak miałem zamiar zabrać się za premierowego bałtyka z browaru Bednary, bo chłopaki obchodzili teraz 5 urodziny. Tak swoją drogą owa "piątka" to jakaś magiczna liczba, Birbant  też powstał w tym samym roku.

Browar Bednary kojarzy mi się głównie z działką (której już nie posiadam). To tam wypiłem najwięcej ich piw uprawiając całe 3 m² Sybilli. Często zabierałem ich też w podróż rowerem... kurde, tak na marginesie zaniedbałem trochę tą część bloga. Trzeba wrócić do starych nawyków, ale my dzisiaj nie o tym mieliśmy...


Etykieta nawiązuje do (jak to określają źródła wysłane przez sam browar) najbardziej znanego pirata pochodzenia polskiego, Izydora Borowskiego. Ogólnie jest spoko nawet, ale sam styl, czy jak kto woli pociągnięcie kreski kojarzy mi się bardziej z Japonią. Piwo jest ciemnobrązowe, chociaż jak się je naleje do dość szerokiego szkła to takowych prześwitów nie widać. Piana dość niska, średniopęcherzykowa i krótko utrzymująca się.


Oho, dawno już takiego aromatu w porterze nie uświadczyłem. Dominują opiekane tosty i lukrecja. W tle nuty orzechowe i bardzo delikatny karmel. Coś mi to przypomina, jakieś piwo z dawnych lat, ale za cholerę sobie nie mogę przypomnieć które. Jakieś takie przyjemne proste, domowe wibracje mam wąchając Isidora... (tak, zdaję sobie sprawę jak to zabrzmiało). Szkoda tylko, że całość jest bardzo ulotna i po chwili ciężko jest cokolwiek wyczuć. 

Teksturę ma to bardzo fajną. Jest wyczuwalne ciałko, bardzo gładkie, ale też jakoś nieszczególnie oblepiające. Wysycenie niskie, przyjemne. W smaku... to samo odczucie co w aromacie. Ułożona prostota, którą zwyczajnie chce się pić. Jest słodowo. Opiekane pieczywo i lukrecja na pierwszym planie, a zaraz za nimi karmel wspierany orzechowymi nutami. Zero owoców, żadnych śliwek czy rodzynek. Zaskakujące jest to muszę przyznać, ale najwyraźniej tak też można. Goryczka średnia o bliżej nieokreślonym profilu. Finisz robi się dość wytrawny. Palone słody przychodzą pierwsze na myśl, ale momentami też i kawa zbożowa. Jak dla mnie dziwną, ale też w miarę pozytywnie zaskakującą rzeczą w tym piwie jest brak owocowej słodyczy, z którą większość osób kojarzy portery. A tak... to przyjemny, rozgrzewający i taki "codzienny" (na swój sposób) ciemniak.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 7,9% Obj.
Ekstrakt: 22 Blg.
IBU: b/d
Skład: słód (wiedeński, monachijski, pilzneński, pale ale, golden ale, dekstrynowy, barwiący, pszeniczny), chmiel Marynka, drożdże W34/70.
Do spożycia: 10.07.2019


Holenderski browar De Molen jest w pewnym sensie taką moją grzeszną przyjemnością. Jak mam ochotę na coś naprawdę odlotowego to szukam piwa (zazwyczaj ciemnego) z ich oferty. Poprzedzam to oczywiście sprawdzeniem opinii na necie, bo nie mam wtedy za bardzo ochoty na porażkę degustacyjną.

Different and Unusual stał sobie samotnie na półce i szybkie wejście na RB potwierdziło moje przypuszczenia. Z takim składem nie może być źle. Zastanawiało mnie tylko jedno: czy owoce nie będą przesadnie dominować, ale wcześniejsze doświadczenia z tym browarem sugerowały mi, że raczej nie dojdzie do tego. Swoją drogą nie wiem czy tylko mi się tak wydaje, ale chyba ich butelki staniały ostatnio na naszym rynku.



Opisywać etykiety nie będziemy, bo nie ma co. Każdy rozpozna ich prosty "design", jeśli można go tak w ogóle nazwać. Kapsel firmowy, jak na ich pozycje w świecie piwnym przystało. Piwo już przy nalewaniu okazało się być mega gęste, a piana wysoka i ładnie zbita. Czarne jak węgiel, nieprzejrzyste. Piana brązowa, jedna z najciemniejszych jakie widziałem.


Aha, to jedno z TYCH piw. Z początku, nawet zaraz po otwarciu butelki, aromat jakoś nieszczególnie powalał intensywnością. Dopiero po ogrzaniu wychodzi charakterek. Z początku zdaje się być słodki, owocowy. Głównie czereśnie na mój nos, do tego trochę wanilii (dziwne, bo w składzie tak naprawdę są wiśnie). Bardzo szybko jednak dostaje człowiek z buta w twarz. Owy but to nic innego jak gorzka i cholernie wyraźna czekolada. Po jeszcze mocniejszym ogrzaniu wychodzą nawet przypiekane orzechy. Mmm...

Czy po takim kopniaku można się podnieść? Owszem, szczególnie jeśli pomaga Ci w tym przewyśmienitowspaniałe ciałko (tak znowu tworze własne słownictwo). Tak "grubego", gęstego i oblepiającego usta piwa nie piłem już od ładnych paru miesięcy. Do tego niskie wysycenie, trafione w punkt. W smaku... goddamn, od czego by tu... Może od wszechobecnej czekolady, gorzkawej, delikatnie muśniętej wanilią? Albo od kawy zbożowej, która wręcz idealnie komplementuje poprzedniczkę? Możemy też zacząć od posypki z popiołu, który dodaje odrobinę cierpkości. Pewnie się Wam wydaje, że przez to wszystko piwo będzie mega wytrawne? O co to to nie. Słodycz owocowa bardzo fajnie kontruje gorzką czekoladę, tutaj na czele już typowe wiśnie zatopione delikatnie w alkoholu. Nie ukrywam, że skojarzenia z winem będą tu jak najbardziej na miejscu. Co najśmieszniejsze da się też czasami wyczuć nuty cytrusowe (ale to tak na pograniczu autosugestii). Dopiero później wyczytałem, że to prawdopodobnie od chmielu Apollo. Goryczka średnia, momentami nawet niska. Profil ma lekko palony. Przechodzi to odczucie na finisz, bo tam pozostaje już tylko gorzka czekolada i popiół, który delikatnie zalega. Piękne jest to, że piwo jest cholernie dobrze ułożone i zgrane. Wszystko zdaje się do siebie pasować. Bardzo wyraźny, imperialny stout z (jak sama nazwa wskazuje) czymś innym w postaci wiśni.

----------

Styl: Imperial Stout'ish
Alk: 10,4%
Ekstrakt: 23,9°
IBU: b/d
Skład: słód (monachijski, mild, palony, czekoladowy, pils, karmelowy), płatki owsiane, chmiel Apollo, drewno cedrowe, wiśnie, drożdże.
Do spożycia: 12.03.2028


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com