Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AIPA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AIPA. Pokaż wszystkie posty
Ahh Browar Tenczynek. Chyba jedyny ze spółki BRJ, którego nie gościliśmy jeszcze na blogu. Trochę smuteczek, bo w starej formie już nie będziemy mieli okazji. Dlaczego? Ano dlatego, że Pan Jakubiak postanowił sprzedać go Panu Palikotowi. Taka deweloperka craftowa: wykup - wyremontuj - sprzedaj.
W sumie nic złego w tym nie widzę , szczególnie jeśli nowi właściciele mają trochę bardziej craftowe podejście do piwa. Tenczynek chce właśnie za takiego uchodzić i dlatego oprócz piw zwyczajnych wypuścił też serię "P", czyli taką właśnie rzemieślniczą bardziej. Dziś sprawdzimy sobie klasyka, czyli IPA.
Etykiety miały być proste, ale jakoś ta akurat prostota do mnie nie przemawia. Szczególnie na takim papierze i w takim kształcie. Duży plus za odpowiednie kolorystycznie kapsle (tutaj czerwony) i za pełny skład. W dzisiejszych czasach nawet topowi rzemieślnicy o tym zapominają. Kolor piwa przypomina dość mocną AIPA, taki średnio zmętniony karmel, czy też bursztyn. Piana na dwa palce. Niestety szybko zanikająca, ale za to z ładnym lacingiem i bardzo trwałym kożuchem.
No, niczego innego bym się nie spodziewał po tym piwie. Są tropiki, głównie miks nieokreślony z czasami wychodzącym mango. Do tego czerwone owoce i dość wyraźny aromat słodowy podobny do skórki od chleba. W tle, bardzo daleko, lekki karmel. Starych wyjadaczy to zapewne nie zachwyci, ale jakby porównać je do IPA z koncernów... panie, bierz pan skrzynkę.
Ciałko niczego sobie, czuć je, ale spokojnie da się wypić parę butelek. Wysycenie na średnim poziomie. Jak tak się chwilę zastanowić to mogłoby być odrobinę wyższe. W smaku władzę przejmują czerwone owoce. Długo nad nimi rozmyślałem i najbardziej mi one przypominają żurawinę. Tropiki też mocne, ale momentami czuć po prostu lekką przewagę tych pierwszych. Podstawą jest wyraźna słodowość (znowu ta skórka od chleba), a karmel zanika kompletnie. Co jest dość pozytywnym zaskoczeniem w mojej opinii. Goryczka wyraźna, ale bez przesadyzmów. Czuć takie żywiczno-grapefruitowe zacięcie. Finisz trochę pustawy, głównie żywiczny. Podsumowując... no IPA, uwarzono tego tyle, że ciężko się jest nad tym stylem zachwycać. Ta z Tenczynka jest poprawna, orzeźwiająca jak na ten ekstrakt i pasuje idealnie do grilla. Czego chcieć więcej? W sumie... to taka nawet Red IPA chyba bardziej, co nie?
----------
Styl: India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: 50
Skład: słód (pale ale, crystal maple, mela beech, aroma malt), chmiel (Magnum, Cascade, Mosaic, Citra, Amarillo), drożdże.
Do spożycia: 13.09.2018
Powracające piwo to najlepszy pretekst do odkopania starego wpisu zapomnianego gdzieś hen daleko w kopiach roboczych. Tak jest w tym przypadku. Z browaru Birbant ma niedługo wyjechać (albo i już wyjechała) kolejna warka Senseia. Piłem poprzednią, ale nie wiedzieć czemu nie wrzuciłem wpisu na bloga. Trzeba to zmienić.
Pozostaje oczywiście kwestia różnych warek, w końcu ta najnowsza może się diametralnie różnić od poprzedniej. Jestem jednak przekonany, że w tym przypadku nie będzie z tym problemu. Panowie z Birbanta trzymają poziom swoich piw w ryzach i rzadko kiedy miewają wpadki jakościowe.
Etykieta w stylu znanym i lubianym. Sylwetka samuraja i biało czerwone barwy pięknie prezentują się na szkle. Kapsel firmowy także, głównie dzięki zacnemu logo i braku jakichkolwiek napisów. Piwo ma kolor miedziany, jest klarowne i posiada całkiem wysoką pianę. Ta, zbita i gęsta, trzyma się dość długo zanim opadnie do sporawych rozmiarów kożucha. Koronka też się jakaś pojawia momentami.
Z początku aromat nie powalał. W zamkniętym pomieszczeniu człowiek mógł coś wyczuć, ale na dworze przy lekkim wietrze byłby już problem. Zapach żywicy i kwiatów dominuje, ale gdzieś w oddali da się też wyczuć delikatne cytrusy (w tym przypadku skórka od pomarańczy). Co najważniejsze nie ma zieleniny dlatego możemy z entuzjazmem przejść do konsumpcji.
Ok, na starcie muszę zaznaczyć, że piwo jest nad wyraz lekkie jak na ten ekstrakt. Słodowość nadal dawała czadu, ale w żadnym wypadku nie można było mówić o jakimkolwiek zapchaniu. Pomaga w tym na pewno dość duże wysycenie. Jeżeli chodzi o sam smak to jesteśmy świadkami istnej wojny na polach pszenicy. Po jednej stronie swojska ziołowość, a po drugiej tropikalno-cytrusowe akcenty, które walczą ze sobą nieustannie. Te ostatnie przypominają miks grapefruita, skórki pomarańczy i liczi. To piwo nie jest gładkie, ułożone czy też spokojne. Ono przeżywa wewnętrzny konflikt, który o dziwo składa się w przyjemną całość. Goryczka silna, trochę zalegająca o profilu ziołowym. Finisz wchodzi w lekką wytrawność. Składa się głównie z cytrusów (a może bardziej samych skórek), pszenicy (i delikatnego kwasku od nich), kolendry i zroszonej trawy. Bardzo przyjemne, ale też agresywne piwo.
----------
Styl: Sorachi White AIPA
Alk: 5,7%
Ekstrakt: 15,5%
IBU: 60
Skład: słód (pale ale, pszeniczny), chmiel (Tomahawk, Centennial, Sorachi Ace, Chinook), drożdże us-05.
Do spożycia: 28.12.2017
Jezusicku jak dawno u mnie browaru Olimp nie było. Nie wiem też do końca dlaczego... przecież jakoś szczególnie mi nie podpadli ostatnio (nie licząc dzikiego Hadesa). Z pomocą przybyła paczka od Szpunta, który uwarzył nowe piwo kooperacyjnie z wcześniej wymienionym browarem.
Oczywiście gdy zobaczyłem w jakim stylu był to trunek pierwsze co zrobiłem to jedno wielkie "meh". Ile tych podwójnych IPA potrzebujemy? Że to się ludziom nie znudziło jeszcze... Z drugiej strony pomyślałem sobie, że przecież dawno takowego nie piłem. Zwykłe AIPA owszem, ale imperialne nie bardzo.
Myślałem, że dostaniemy pewnego rodzaju miks stylów jeżeli chodzi o etykietę. Nic z tych rzeczy, zamiast tego mamy mocno minimalistyczną grafikę... która o dziwo mi się spodobała. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że nie lubię odblaskowych elementów na butelce. Co do samego piwa to wyczytałem, że wersja lana z beczki wyglądała jak Vermont IPA. Z butelki, która stała może jeden dzień, nic takiego nie zauważyłem. Piwo jest mętne, ale w granicach rozsądku. Kolor przypomina dojrzałą pomarańczę delikatnie wchodzącą w miedź. Piana śnieżnobiała, wysoka, ale szybko redukująca się. Przynajmniej ładnie oblepiała ściankę podczas umierania.
Podniecałem się ostatnio zapachem Vermont IPA z Pinty, ale Wormhole to już kompletnie inna liga. W tym przypadku nie wiem czy długotrwała rehabilitacja by pomogła... tak intensywny jest aromat. Co najlepsze nie jest przesadnie słodki (karmelowy) jak to się ostatnio zdarza u nas w przypadku tego stylu. A więc z czego składa się aromat? Z tropików i cytrusów oczywiście! Potężne mango atakuje zaciekle wspomagane przez soczystą pomarańczę. Aż sobie człowiek wyobraża miąższ na brodzie. Nie? A to przepraszam. Najwyraźniej to tylko moje fantazje. W tle delikatnie wypełniający karmel i guma balonowa. Jak się lekko ogrzeje to i nawet żywica wychodzi. O takie ajpy walczyliśmy Panowie i Panie.
O tak, już przy pierwszym łyku czuć, że będzie dobrze. Dość pełne, ale zarazem gładkie i w pewnym sensie sesyjne i orzeźwiające. Już dawno nie piłem tak zdradzieckiego piwa pod tym względem. Uważajcie na swój brzuch piwny. Wysycenie średnie, pomaga skontrować pełnie nie likwidując przyjemnego odczucia towarzyszącego sączeniu piw o tak wysokim ekstrakcie. Aż mi jest wstyd, bo przy całym moim hejcie do mocnego chmielenia amerykańcami podniecam się tym piwem jak młody... No ale jak mam reagować gdy przy każdym łyku czuję jakbym się wgryzał w soczyste cytrusy? I to całymi paletami. Brzoskwinia, mango, pomarańcza... lista nie ma końca. Wszystko to na delikatnej karmelowej podbudowie. Goryczka też wyśmienita. Owocowa, skojarzeń z grapefruitem raczej nie mam, ale wydaje mi się, że ma takie trochę ziemiste zacięcie. Finisz dobija leżącego na ziemi craftopijce zaskakującym albedo i pięknym miksem cytrusów z żywicą. Owszem, całość jest dość słodka, ale po pierwsze primo cała ta słodycz jest bardziej owocowa niżeli karmelowa, a po drugie primo ultimo goryczka idealnie wyrównuje granice. Aaa, no i uważajcie na alkohol. Jest idealnie ukryty więc może zaatakować znienacka. Jeżeli mam być szczery to nie kojarzę lepszej imperialnej IPA... w całej swojej karierze alkoholika. Przepraszam, degustatora.
----------
Styl: Imperial IPA
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: +/-100
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), cukier, chmiel (Citra, Amarillo, Centennial, Apollo), drożdże.
Do spożycia: 10.01.2018
Nowe trendy w piwnym świecie to norma. Czy to beczki, czy też hype na jakiś egzotyczny lub patriotyczny dodatek (śledzik np.). Są też takie bardziej przyziemne wymysły piwowarskie jak na przykład mocno nachmielony... muł, który zyskał dużą popularność za oceanem. Tak bowiem w skrócie można opisać styl Vermont IPA (czy też New England IPA).
No nie, czyżby wiecznie obrażony na wszystkich Spirifer pojawił się znowu na blogu? W końcu przecież musiał... Szczególnie gdy zaczęli warzyć piwa związane w jakiś tam sposób z kolarstwem. Takiej okazji Wasz uniżony Pijany Rowerzysta nie mógł przepuścić. W dodatku była promka w hipermarkecie, aż żal nie sprawdzić.
Wolałbym jednak, aby nie była to kolejna ajpa-srajpa... najwidoczniej nie można mieć w życiu wszystkiego niestety. Chyba nie tylko mi bardziej do roweru pasuje jakieś grodziskie, czy też gose na przykład. No ale AIPA to gwarantowana sprzedaż i w dodatku jest dość łatwa do uwarzenia, więc po co się męczyć? No dobra, robimy reset hejtu i sprawdzamy co to za cudo.
Wolałbym jednak, aby nie była to kolejna ajpa-srajpa... najwidoczniej nie można mieć w życiu wszystkiego niestety. Chyba nie tylko mi bardziej do roweru pasuje jakieś grodziskie, czy też gose na przykład. No ale AIPA to gwarantowana sprzedaż i w dodatku jest dość łatwa do uwarzenia, więc po co się męczyć? No dobra, robimy reset hejtu i sprawdzamy co to za cudo.
O właśnie, to jest najlepszy przykład jak etykieta może być lekko paździerzowata, ale zarazem przyjemna dla oka. Nazwa piwa to jakiś koszmar grafika... tło i sam kolarz za to bardzo mi się spodobały. Piwo mimo bycia niefiltrowanym jest prawie, że klarowne. Kolor... złoty, albo nawet bardziej jasna miedź. Piana z początku wysoka bardzo szybko zamieniła się w dziurawą papę, która pozostawiła po sobie bardzo słabiutki kożuch.
Braku intensywności nie można temu piwu zarzucić, a przynajmniej w aromacie. Nie wiem tylko czy to tak do końca dobrze. Owszem górują owoce tropikalne i cytrusy, z których wyróżniają się na pewno brzoskwinia i chyba mango, ale swoją obecność zaznaczają też gotowane warzywa. W tym przypadku coś pokroju młodej cebulki (mi osobiście najbardziej przypominającej w piwie chipsy cebulowe).
Już na wstępie zaznaczę, że ta AIPA nie urwie Wam dupy czy też nie wyniesie Was na wyżyny craftowych doznań. Oczywiście nie jest to nic złego... A więc, co my tu mamy? Średnia pełnia i średnie nagazowanie, można się nawet pokusić o stwierdzenie, że całość jest dość sesyjna. Dobra podbudowa słodowa (delikatnie karmelowa) przykryta mieszanką chmielową, która niestety trochę się zagubiła w kotle. Jakieś cytrusy bliżej nieokreślone i tropiki w dużym domyśle. Goryczka wyraźna, cytrusowa z lekkim żywicznym zacięciem, które przechodzi do finiszu. W nim oprócz żywicy pojawia się też delikatna zbożowość. Jak wspomniałem na początku nie jest to wybitne piwo. Jest zwyczajnie wystarczające i każdemu powinno przypaść do gustu przy okazji beznamiętnego sączenia (ognisko, grill, plaża). Ci, którzy spodziewają się w AIPA wybuchających cytrusów i tropików (i goryczki wypalającej jamę ustną) mogą się jednak zawieść.
----------
Styl: American India Pale Ale
Alk: 5,8% Obj.
Ekstrakt: 14 BLG
IBU: 50
Skład: słód (pale ale, carapils, monachijski, pszeniczny), chmiel (Amarillo, Cascade, Centennial, Citra, Simcoe, Summit), skórka pomarańczy, drożdże US-05.
Do spożycia: 25.01.2017
Przegląda sobie człowiek wpisy na blogu i nagle jego uwagę przykuwa coś wrzucone w odmęty wiecznej kopii roboczej już jakiś czas temu. Taki bloger dziwi się wtedy niezmiernie, no bo jak to tak? Przecież to miał być wpis ważny i ciekawy...
Kiedyś już Wam pisałem co sądzę o wrzucaniu pierdyliarda gatunków chmielu do jednego kotła (bodajże przy 10 Hops z Birbanta). Moje zdanie się nie zmieniło, dalej uważam, że nie ma to sensu. Jednak nawet ja nie mogłem przejść obojętnie obok piwa, które ma tych chmieli aż... 43.
No dobra, nie tylko skład przykuł moją uwagę, etykieta również. Uwielbiam takie niby to stare grafiki, które wyglądają jakby były namalowane ręcznie. W dodatku szorstki papier (na który jednak trzeba uważać jak się kolekcjonuje takie rzeczy) i mają mnie (a raczej moje pieniądze) w kieszeni. Piwo już tak fajnie nie wygląda niestety. Piana nie istnieje. No chyba, że takową nazwiesz ten marny kożuch. Kolor... miedziany? Nie, ciemniejszy jakiś taki się wydaje. Najgorsze jest jednak zmętnienie. Pełno farfocli lata aż średnio chce się to pić.
Po przelaniu piwa do szkła aromat zwyczajnie w świecie... nie istniał. Nie byłem jedyną osobą, która próbowała go wywąchać. Dżentelmenel nie był też jakoś szczególnie schłodzony. Dopiero po dość mocnym ogrzaniu wyszły nuty głównie słodowe, z bardzo lekką wędzonką i przypieczoną skórką od chleba. Do tego guma balonowa. Gdzie te chmiele się pytam?
Pierwsze 2-3 łyki były cholernie słabe. Taka bliżej nieokreślona kupa smaków, nic szczególnego ani wyróżniającego się w sumie. Przy kolejnych zaczęło się coś dziać. Prym wiodła mieszanka słodowa, pszenica, skórka od chleba i lekka wędzoność. W pewnym momencie pojawiły się też ciemne owoce. Z każdą chwilą każdy ze smaków stawał się coraz bardziej wyraźny. Chmieli... brak. Goryczka na szczęście mocna. Po części łodygowa a po części żywiczna. Jest stanowcza i bardzo dobrze oczyszcza po tym usypiającym ataku słodowym. Finisz okazał się być chmielowy (a jednak!). Niestety żaden chmiel się nie przebił i całość miała zwyczajny ziołowo-ziemisty profil. Niestety Dżentelmenel okazał się być bardzo męczącym i... nudnym piwem. Duży ekstrakt, kazylion składników i brak wysycenia robi swoje. Niby eksperyment, ale czy potrzebny?
----------
Styl: American India Pale Ale (?)
Alk: 7,4% Obj.
Ekstrakt: 18,5° Blg.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pale ale, wiedeński, monachijski, pszeniczny wędzony, jęczmienny wędzony, abbey malt, melanoidynowy, orkiszowy, special w), chmiel (Aurora, Rakau, Simcoe, Mosaic, Flyer, Kohatu, Equinox, Motueka, Saaz, Boadicea, Cascade, Nelson Sauvin, Glacier, Hallertau Cascade, Target, El Dorado, Bravo, Wai Iti, Lomik, Willamette, Mt Hood, Sticklebract, Fuggles, Vanguard, Wakatu, Lubelski, Fantasia, Green Bullet, Belma, Huell Melon, Galena, Smaragd, Southern Cross, TnT Blend, Premiant, Dr. Rudi, Citra, English Golding, Centennial, Sovereign, Progress, Pioneer, East Kent Golding), drożdże (US-05, W-34/70, T-58).
Do spożycia: 10.05.2016
Ostatnia niedziela okazała się być pięknym dniem. Właśnie dlatego chwyciłem za rower z zamiarem odbycia kolejnej pijackiej trasy dookoła jeziora. Udało się, 50km zaliczone, ale z trudem. Najwidoczniej forma nie chcę jeszcze wrócić (tak samo jak zima nie chce odpuścić i sypnie czasami śniegiem na parę godzin).
Problem w tym, że przez własną głupotę zapomniałem naładować aparat. 10% baterii ledwo co starczyło mi na zrobienie zdjęć piwa i może dwóch widoczków. Dlatego nie podłącze tego wpisu pod Pijanego Rowerzystę. Co do samego piwa, Browar Spółdzielczy wysłał mi je łaskawie bez wcześniejszej konsultacji. Odważny krok, w takich sytuacjach potrafię bez skrupułów wrzucić nawet najbardziej negatywny wpis. Skoro tak ochoczo wysyłają to muszą być pewni jakości swojego wyrobu chyba nie?
Etykiety browaru są ściśle związane z morzem. Co mi się szczególnie w nich podoba to minimalizm. Ich głównym motywem (i w sumie jedynym) jest węzeł. Na początku browar miał ich cztery, ale AIPA dostała nowy z tego co widzę. Ładne to i schludne. Piwo też niczego sobie z resztą. Piękny, miedziany kolor, zamglone (ale należy wziąć poprawkę na turbulencje w plecaku). Piana rośnie wysoka, bialutka i drobnopęcherzykowa. Opada w średnim tempie, ale pozostawia całkiem ładny osad na ściankach.
Nie będę kłamał, że aromat wbił mnie w ziemię i każdy hopheadowiec dostanie przy nim spazmów. Brakuje mu siły i wytrwałości, ale nie jest też jakoś szczególnie wadliwy. Są tropiki, słodkie mango, marakuja bodajże i delikatna brzoskwinka. Gdzieś w oddali pojawia się tez guma balonowa i żywica. Niby wszystko okej, ale polscy craftopijcy przyzwyczajeni są (czyt. "rozpieszczeni") do mocnego, chmielowego uderzenia w nos przy jakiejkolwiek interpretacji AIPA.
Chwyciłem butelkę co by sobie przeczytać skład i wziąłem pierwszy łyk. W tym momencie uświadomiłem sobie coś. To nie jest przecież imperialna AIPA, może i aromat był słaby, ale w smaku jest jak najbardziej okej. Nie wdeptuje w ziemię, ale jest po prostu okej. Mamy cytrusy na równi z żywicą na dobrze dobranej podbudowie słodowej (która wydaje się być delikatnie tostowa). Goryczka wchodzi nagle, z przytupem i żywicznym profilem. Jest mocna, ale ulatnia się dość szybko pozostawiając za sobą wytrawny, żywiczno-łodygowy finisz, który mógłby jednak odrobinkę krócej trwać według mnie. Średnio treściwe, tak samo nagazowane. Pijalne, spokojnie można sięgnąć po więcej w ten sam wieczór. To jest AIPA w najprostszej postaci. Jeżeli mam być szczery to browarowi należy się szacunek za to, że zwyczajnie nie spieprzył tego stylu.
----------
Styl: American India Pale Ale
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: 65
Skład: słód (pale ale, wiedeński, pszeniczny, caramunich II), chmiel (Zeus, Citra, Amarillo, Centennial), drożdże safale US-05.
Do spożycia: 20.04.2016
Jakoś nie bardzo mi się chciało dobierać do tego piwa. Jest zimno, ciemno, śnieg wszędzie no i wieje strasznie ostatnio. Kto o zdrowych zmysłach pije jasne, rzekomo orzeźwiające piwa teraz? Chyba tylko jacyś hopheadowi zapaleńcy. Coś mnie jednak tknęło przy okazji wczorajszego meczu naszych siatkarzy z Niemcami.
Nie dało się tego oglądać na trzeźwo. Kibicuje chłopakom z całego serca (jak zawsze), ale jak to Bartek zauważył, awans na Igrzyska w Rio to ich zasrany obowiązek (nawet biorąc pod uwagę zmienione reguły kwalifikacji). Znowu nie wyszło i teraz będziemy musieli się męczyć w Tokio a przecież mecz z Francuzami był do ugrania. Jako, że nie miałem akurat ochoty na ciężkie RiSy (nawet alkoholikom się to zdarza) a śnieg zaczął się powoli topić chwyciłem za piwo, które przez wielu jest ostatnio uważane za jedno z lepszych na lato... w zimie.
Nie dało się tego oglądać na trzeźwo. Kibicuje chłopakom z całego serca (jak zawsze), ale jak to Bartek zauważył, awans na Igrzyska w Rio to ich zasrany obowiązek (nawet biorąc pod uwagę zmienione reguły kwalifikacji). Znowu nie wyszło i teraz będziemy musieli się męczyć w Tokio a przecież mecz z Francuzami był do ugrania. Jako, że nie miałem akurat ochoty na ciężkie RiSy (nawet alkoholikom się to zdarza) a śnieg zaczął się powoli topić chwyciłem za piwo, które przez wielu jest ostatnio uważane za jedno z lepszych na lato... w zimie.
Wygląd etykiety skomentowałem przy okazji ich stoutu i moje zdanie o niej się nie zmieniło. Browar ma bardzo fajne logo (wilk czy tam inny husky) więc dlaczego nie uwydatnią go jakoś bardziej? Na przykład tak jak to robi browar Kingpin. Piwo za to wygląda wręcz zajebiście. Mieniące się, opalizujące złoto przypomina istny zachód słońca a bielutka piana rośnie wysoko. Może i szybko robi się dziurawa, ale za to pozostawia piękny i trwały lacing na szkle.
"Ojejciu jak to ładnie pachnie" powiedziałaby zapewne moja córka... gdybym miał takową (i gdybym dawał jej piwo do powąchania). Tropiki, tropiki i jeszcze raz... cytrusy (a to ci zaskoczenie). Jest słodko od tych pierwszych i orzeźwiająco od tych drugich. Na myśl przychodzą mi mango, brzoskwinka i trochę świeżej skórki pomarańczy. Do tego idealnie wpasowany zapaszek zbożowy z lekkim zacięciem chlebowym. Cholernie przyjemny aromat i co także ważne utrzymujący się.
Smak nie ustępuje zapachowi i też daje popalić. Podstawą jest pszenica, dość specyficznie gładka. Prawdopodobnie to jej prażona cześć wraz z płatkami jęczmiennymi daje taki efekt. Oprócz tego, przez dosłownie chwilę, da się wyczuć słodkawe tropiki. Odnoszę jednak wrażenie, że pojawiły się tylko po to aby mogły je zastąpić już nie tak słodkie cytrusy, i to ze zdwojoną siłą. Znowu mamy skórkę pomarańczy, trochę cytryny i grapefruita. Goryczka szybka, powiedzmy, że tych wyższych lotów i w dodatku niezalegająca. Profil ma cytrusowo-żywiczny dzięki czemu bardzo dobrze komponuje się z resztą. Finisz bardzo specyficzny, coś pokroju żywicznego chleba z cytrusowym posmakiem. Ciężko będzie to sobie wyobrazić dlatego trzeba po prostu tego piwa spróbować. Jest orzeźwiające i cholernie pijalne jak na te parametry. Z początku myślałem, że zbyt niskie jak na ten styl (średnie) wysycenie będzie problemem, ale jednak nie. Trzeba przyznać, że oba piwa (wliczając hopkinsowy stout) składają się na bardzo udany debiut tego nowego kontraktowca, oby tak dalej.
----------
Styl: Wheat AIPA
Alk: 6,4%
Ekstrakt: 15,5% BLG
IBU: 65
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, karmelowy pszeniczny), płatki jęczmienne, pszenica prażona, chmiel (mosaic, citra, columbus, simcoe), drożdże US-05.
Do spożycia: 18.03.2016
Drugie picie:
Dawno nie było powtórzonej degustacji z prawdziwego zdarzenia na blogu. Za mało czasu i za dużo nowych premier się pojawia… Gdy jednak człowiek idzie na działeczkowego grilla się odprężyć nie może wziąć ze sobą samych piw do degustacji. Zazwyczaj robię tak, że biorę jedno specjalne, którego jeszcze nie piłem a reszta to sprawdzone specyfiki do powolnego sączenia. Tak było i tym razem z tym, że skończyło się to małą katastrofą.
Życie Polaka jest często usłane może nie tyle co porażkami ale po prostu wkurzającymi momentami. Może się zdarzyć, że zacznie Ci szyberdach przeciekać w twoim najukochańszym Golfie IV. W tym przypadku wydasz stówkę i wszystko pięknie naprawione będzie. Może się też zdarzyć, że ktoś Ci będzie truskawki z działki podkradał. Tutaj wystarczy drut i w gorszych przypadkach wiatrówka. Są to rzeczy trywialne, łatwo im można zaradzić.
Nie zdzierżę jednak sytuacji, gdy w upalną do granic możliwości sobotę zawiedzie mnie piwo, na które tak mocno liczyłem w trakcie koszenia trawnika na działkach. Człowiek jeździ po wertepach jakby zamiast kosiarki miał quada (mowa tu o alejkach pomiędzy działkami, oczywiście zarząd działek ma w dupie koszenie ich) i liczy na to, że piwo doda mu sił (w końcu jak dureń zapomniał wziąć zwykła wodę więc do picia ma tylko złoty trunek...).
Nie zdzierżę jednak sytuacji, gdy w upalną do granic możliwości sobotę zawiedzie mnie piwo, na które tak mocno liczyłem w trakcie koszenia trawnika na działkach. Człowiek jeździ po wertepach jakby zamiast kosiarki miał quada (mowa tu o alejkach pomiędzy działkami, oczywiście zarząd działek ma w dupie koszenie ich) i liczy na to, że piwo doda mu sił (w końcu jak dureń zapomniał wziąć zwykła wodę więc do picia ma tylko złoty trunek...).
Kłopoty zaczęły się już podczas nalewania. Widzicie tę bujną pianę? Ja też nie. Nalewałem najburzliwiej jak mogłem a i tak nic przypominającego białą czapę nie powstało. Taki oto dziurawy, marny kożuch ujrzały moje spragnione oczęta. Kolor piwa przypominał bardziej jakieś red ale ale przynajmniej było dość klarowne (porównując z ostatnio wypitymi AIPA). Etykieta w tym samym stylu co w american wheat. Łatwy do zrozumienia przekaz, szyszki i zegar (bo "chmielowa godzina") ale jakoś tak mniej mi się podoba... Trochę za bardzo chaotycznie poukładane to jest. W dodatku robiąc te zdjęcia oparłem się kolanem o gniazdo czerwonych mrówek, nawet nie wiedziałem, że potrafią tak mocno ukąsić.
Tak wiem, poprzednie ich piwo było średnich lotów ale dałoby radę w tej, palącej sytuacji. Pierwsze pociągnięcia nosem i... co to ma być? Nie dość, że sam aromat jest słabo wyczuwalny to jeszcze jedyną jego składową jest guma balonowa. Nie ma w nim żadnych tropików, cytrusów... czegokolwiek co by się chociaż trochę kojarzyło z potęgą amerykańskiej rewolucji piwnej. Hubba Bubba i do przodu! to chyba było motto browaru. Owy zapaszek jest też trochę mdły co dało mi do myślenia, może lepiej wypić wodę z kranu? Znając jednak jakość rur w instalacji wodnej działek stwierdziłem, że lepiej wypić piwo, nie patrząc na to jak złe by było. Po pierwszych łyku zacząłem weryfikować swoje życiowe decyzje. Pierwsze myśli jakie miałem to mdlejące kobiety w zbyt obcisłych gorsetach. Piwo za cholerę nie jest orzeźwiające ani tym bardziej sesyjne. W sumie to zapychające też nie... jest po prostu mdłe do granic możliwości. W smaku głównie słaba żywica z krótkim, ale kompletnie niepotrzebnym atakiem chamskiego alkoholu. Wszystko zalane wodnistą, bliżej nieokreśloną zupą słodową. Goryczka też nie daje rady, niby jest żywiczna ale także nieprzyjemna i wręcz prosi się o wypłukanie gardła wodą. 60 IBU? W życiu, ale może to i dobrze... Wystarczyła też dosłownie chwila na lekkie ogrzanie i wyszedł smaczek przypominający przyprawę w płynie Maggi. Nagazowanie dość niskie co tylko mnoży minusy tej AIPA. Słabość, nędza i mdłości. Chyba definitywnie zakończyłem swoją przygodę z tym browarem.
![]() |
| A chmiel rośnie powoli. |
Po ostatnim marudzeniu przy okazji degustacji Imperial Citra z Birbanta stwierdziłem, że należy się Wam coś pozytywnego. Miałem ochotę napisać coś o beznadziejnym AIPA z Fabryki Piwa ale jakiś balans dobra i zła trzeba zachować. Przedstawiam Wam więc piwo, które kupiłem od niechcenia w Tesco zaraz przed grillem. Miało być dobre do kiełbasy i boczku...
Na łamach bloga mieliśmy już jedno piwo panów z Kraftwerka (też dostępne w w/w markecie) ale jakoś nie do końca przypadło mi do gustu. Prawdopodobnie przez te doznania stwierdziłem, że M16 nada się do kiełby idealnie, bez większego podniecania się walorami smakowymi. Byłem w błędzie, dzięki Bogu zabrałem ze sobą aparat na działkę.
Etykieta tak samo militarna jak nazwa. Z daleka myślałem, że chodzi o działania na Pacyfiku ale patrząc na helikoptery i sam fakt, że M16 podczas WW2 jeszcze nie było w produkcji łatwo jest stwierdzić, że chodzi o Wietnam. Powiedzmy, że podoba mi się aczkolwiek wolałbym większy nacisk na sam wizerunek broni. Przez dodaną trawę cytrynową ubzdurałem sobie, że po przelaniu do szkła zobaczę słomkowe piwo. Wręcz przeciwnie, trunek był wyraźnie pomarańczowy, dość mętny w dodatku. Piana… nie była wcale taka zła. Dość wysoka, drobne i średnie pęcherzyki głównie. W dodatku trzymała się dzielnie i dopiero po jakimś czasie zaczęła gwałtownie opadać, tworząc jednak ładną koronkę.
Węgiel się grzeje więc można na chwilę odejść od grilla i sprawdzić co tam bucha ze szkła. Aromat intensywnością nie grzeszy niestety. Głównie chmielowy, słodycz tropików z lekkim zacięciem cytrusowym. W miarę picia zmieniają się proporcje i w ostateczności postawiłbym na bardzo słodką mandarynkę. Dodatkowo wyczuwalna dość sporych rozmiarów guma balonowa. Całość wydaje się trochę muląca... Wracając do grilla, z tym pilnowaniem żartowałem. Przecie cholernie zajęta blogerka nie będzie się zajmować tak trywialnymi rzeczami więc ognia pilnuje niezawodny jakościowiec, właściciel owej działki. Ja w tym czasie mocno zacząłem tulić ipa glass, jak jakiś golum. Dlaczego? Ano dlatego, że smak jest kompletnie inny niż aromat. Cytrusy pełną gębą z bardzo fajnym, kwaskowatym posmakiem. Tropiki (głównie brzoskwinia) bardziej robią za tło, co mi akurat nie przeszkadza. Trochę różni się od znanych mi wcześniej cytrynówek, może to właśnie ta trawa daje taki efekt? Nowozelandzkie chmiele też na pewno robią swoje. Mocno orzeźwia ale bez nadgorliwości, idealnie wręcz proporcje cytrusów i minimalnej (ale wyczuwalnej) słodowości. Muląca słodycz odeszła w zapomnienie. Goryczka wchodzi bardzo gładko, mimo swojej siły nie robi spustoszenia. Jest cholernie przyjemna i ma niespotykanie czysty, grapefruitowy profil, bez jakiejkolwiek domieszki żywicy czy gleby. Nie zalega, stanowczo zaznacza swoją obecność i znika bez śladu jak obietnice przedwyborcze. Finisz trawiasty, kojarzący się z rosą o poranku. Wysycenie średnio-wysokie, według mnie bardzo dobre. Cholernie przyjemne, treściwe ale orzeźwiające zarazem piwo.
Jak pewnie wiecie dopiero co premierę swoją miała najnowsza cześć Wiedźmina od polskiego studia CD Projekt. Jako nałogowy gracz (to już drugi mój problem zaraz przy alkoholowym) nie mogłem sobie odpuścić tak zacnego kąska. Każdy, kto grał w poprzednie części wie, że nie jest to kolejny CoD czy tam inne pustkowie fabularne tylko historia pełna intryg, polityki i co najważniejsze, nie dzieli świata na czerń i biel.
Wchodząc kolejny raz do piwnicy stanąłem znowu przed wielkim wyzwaniem jakim jest wybór piwa do wypicia. To właśnie przez najnowszego Wiedźka wybrałem najnowszy wypust panów z browaru Kingpin. Dlaczego? Po pierwsze nie zapomniałem jeszcze, że podczas pub crawlingu we Wrocławiu to właśnie Mandarin był jednym z nielicznych piw, które mi smakowało. Po drugie…
... nie mówcie mi że świnia z etykiety chociaż trochę Wam owego Geralta z Rivii nie przypomina?! Tak wiem, że jest stylizowana na azjatycką odmianę chodzącego jeszcze bekonu ale ja wiem swoje. Piwo ma kolor złotawy, wchodzący w zachodzące słońce (jedna z pierwszych scen w nowym Wiedźminie). Dość mętne, za bardzo jak na AIPA. Wybaczam jednak bo łatwo nie miało w plecaku podczas podróży na działkę. Piana rośnie wysoka, bielutka i nawet dość zbita. Niestety szybko zaczyna opadać zostawiając na szczęście dość ładny lacing.
Kupując Mandarina nie zwróciłem uwagi na to, co tym razem chłopaki z Kingpina wrzucili do kotła. Dopiero w domu przeczytałem, że dodali jakiegoś zielska. Sencha to rodzaj japońskiej zielonej herbaty, która jeżeli wierzyć opisom jest mocniejsza niż znane nam liptony/sagi. Aromat to intensywność w czystej formie. Cytrusy, owoce tropikalne; grapefruit, mango, mandarynki. Głównie słodkawe zapaszki momentami kontrowane przez gorzkawy aromat liści herbaty. Osobiście skojarzył mi się bardziej z typową, ciemną angielską herbatą a nie zieloną (ale co ja się tam znam, w końcu nałogowo piję tylko kawę... i piwo). Gra ona jednak rolę drugoplanową i słodkawe owoce wygrywają dość łatwo każde starcie (każdy niuch). W smaku wydaje się z początku podobne, jest jednak większy nacisk na wytrawność, szczególnie przy finiszu. Początek to znane nam cytrusy i tropiki, z przewagą tych drugich. Przeistaczają się one w trawiasto-ziołowy posmaczek, który rośnie w siłę aż przemienia się w intensywną (ale nie zabójczą) goryczkę. Ta ma dość intrygujący profil, z początku wydawało mi się, że żywiczny. Ostatecznie jednak stawiam na mocno ziołowy charakter herbaciany. Owa liściasta Sencha utrzymuje się do końca lekko zalegając. Gorzka herbata bez cukru, ze świeżych liści jak nic. Wysycenie średnie, treściwość na dobrym poziomie, nie zapycha i nie męczy. Dość dobrze orzeźwia i bardzo szybko znika ze szkła. Przyjemna i wyróżniająca się wytrawność to chyba główny atut tego piwa. Trzeba jednak uważać, woltaż do najniższych nie należy. Idealnie zastąpiło mi herbatę w ten pięknie zachmurzony, majowy wieczór.
Wszyscy wiedzą, że blogerzy piwni żyją w dostatku i łaskawie wybierają piwa do degustacji z kazyliona paczek, które im browary wysyłają jako dary losu [insert_sarkazm_here]. Całkiem na serio jednak teraz, oczywiście zdarza się, że browar (koncernowy lub nie) wysyła takie prezenty i kompletnie nie rozumiem hipster blogerów, którzy gardzą wszem i wobec (głównie na facebooku) takimi paczkami (ale oczywiście adres do wysyłki podali). Takie gifty dają nam możliwość zweryfikowania danej nowości bez potrzeby wydawania własnych, ciężko zarobionych pieniędzy. Co w tym złego? No chyba, że ktoś się czuje zobligowany wydać wtedy pochlebną opinię...
Pomijając czyste hejterstwo, najbardziej cieszą prezenty od znajomych blogerów. Kacper i Karolina (blog Piwna Zwrotnica) wysłali mi ostatnio najnowsze piwo z browaru Reden. Co prawda wkurzałem się robiąc zdjęcia bo znowu mi aparat fikał ale powtarzałem sobie w myślach, że w końcu będę mógł dopisać do listy browar z Chorzowa.
Zatrzymajmy się na chwilę i zastanówmy nad nazwą tego piwa. Piękna sprawa, w końcu hops (ang. chmiel) i człowiek, który zatrzymał słońce i ruszył Ziemię. Nawiązanie do piwnej rewolucji aż nadto widoczne ale ja mam jeden maluteńki zgrzyt. Nazwa byłaby jeszcze bardziej pasująca gdyby była to PIPA czyli polska IPA. Pomijając ten mały fakt, nacieszmy się etykietą. Autorem jest nadawca czyli Kacper. Koleś ma talent jak mało kto więc dziwi mnie, że polskie browary jeszcze się do niego nie pchają drzwiami i oknami oferując worki dukatów za współprace. Samo piwo nie wygląda już tak dobrze, kolor złota, no powiedzmy że pomarańczki nawet. Jest dość mocno zmętnione. Piana z początku wysoka szybko zaczęła opadać (jak mój spokój podczas robienia zdjęć) ale na szczęście zostawiła spore ślady na szkle.
Pstryk i kapsel poleciał jak wystrzelony z procy. Z przyzwyczajenia wziąłem pierwszy niuch na szybko z butelki (podobno to teraz modne jest w środowisku). Faken shiet pomyślałem. Zacząłem wąchać ze szkła, co by się upewnić czy mnie tu ktoś w konia nie robi. Aromat taki sam, intensywny, pięknie AIPA'owy (słowotwórstwo z brodaczem). Aż mi się nie chce wierzyć, że to tylko chmiel Simcoe. Żywica, cytrusy i po lekkim ogrzaniu słodycz nektarowa. Ogarnął mnie podobny zachwyt co przy pierwszej warce Grand Prix z Ciechana. Kacper pisał, że u niego aromat był trochę mniej intensywny. Najwyraźniej piwo musiało jeszcze dojrzeć. Podniecony jak za czasów przedszkola (gdy kumpel pozwolił mi się pobawić swoim GI Joe) zacząłem powoli pić... okej, na pewno jest wytrawne. Całość zdominowana na swój sposób przez żywicę. Pojawiają się cytrusy ale bliżej im do skórek czy albedo (no chyba że to ta żywica tak działa). Niestety przez tę dominację ciężko jest je wyszczególnić. Goryczka, oczywiście żywiczna, na wysokim poziomie ale najlepsze jest w niej to, że jest cholernie wyraźna i zdecydowana. Nie zalega, robi swoje i odchodzi czekając w krzakach na kolejny łyk. W trakcie picia pojawiają się też sosny i lekka ziemistość na finiszu, która mi osobiście cholernie podpasowała. Nagazowanie średnie do wysokiego, bardzo dobrze dopasowane do piwa. Treściwe ale pije się cholernie szybko, aż człowiek zaczyna żałować, że Hopernik lany jest tylko w małe butelki. Specyficzna żywica w płynie muszę przyznać, jeszcze takiej nie piłem. Szczerze mówiąc gówno mnie obchodzi balans w tym momencie, człowieka aż zżera ciekawość podczas picia i w dodatku całość jest nader smaczna. Reszta smaków jest na wystarczającym poziomie żeby nie nazwać tego trunku tylko żywiczną ucztą.
Drugie picie:
Bardzo dawno temu, gdy w kraju kwitnącej cebuli królowały wszelakie kopie eurolagerów a szczytem hipsterstwa było picie piwa z sokiem przez słomkę ktoś postanowił powiedzieć dość. Tym ktosiem był browar Pinta. W lśniącej zbroi i Atakiem Chmielu w ręce zaczął nawracać niewiernych, odcinając głowy hydrze zwanej Wielkim Zbiorem Koncernów. Tak zapewne wielu z nas będzie wspominać chłopaków z Pinty. Ja... nie bardzo, jak wiecie mam z nimi ostatnio problem, który nazywa się normalność.
Blogery znowu się bawią na Blog Forum Gdańsk. Ciekawi mnie jak szybko zacznie napływać fala "wniosków" iż blogi piwne w Polsce są nudne bo 80% postów to degustacje. Według mnie jest to szczyt buractwa i takiej trochę próżności ale więcej napiszę o tym w Brodaczu Miesięcznym na październik.
Narazie skupmy się na rzeczach dziwnych, np na takim poczuciu artyzmu ludzkiego. O gustach się niby nie dyskutuje, no bo prostota jest pewnego rodzaju sztuką. Najlepszym przykładem może być takie logo Polski, którym od jakiegoś czasu reklamujemy się za granicą. Wielu ludzi twierdzi, ja w sumie też, że coś takiego mogła narysować Zosia w przedszkolu. No tak, mogła, z tym wyjątkiem, że ona zrobiłaby to nieumyślnie a taki designer główkował na pewno jak połączyć symbol polskości z prostotą. Musimy pamiętać, że proste rzeczy najlepiej są zapamiętywane. Drugim przykładem, już trochę bardziej zabawnym, jest na pewno nowe (od jakiegoś już czasu) logo Poczty Polskiej. Tak, jakby się człowiek przyjrzał to jest tam trąbka, z która kojarzy się od dawna tą instytucje. Problem jednak jest z innymi ludzkimi skojarzeniami. Złośliwi mówią, że przedstawia ono sylwetkę pracownika w okienku PP, który ma w dupie petentów i z nogami na ladzie gwiżdże na każdego. Ja osobiście wolę wariant patriotyczny, ten przedstawiający polskiego piłkarza, który dostaje piłką w krocze.
No i jest to... Tutaj nie ma mowy o prostocie tylko o pełnym lenistwie i braku jakiejkolwiek estetyki w oczach. Te czcionki, te kolory... po prostu brak mi słów żeby to nawet jakoś artystycznie pojechać. Etykieta wygrywa miano najgorszej (w moim mniemaniu), która trafiła na sklepowe półki. Logo też jakoś tyłka nie urywa ale może zostać, reszta do poprawy i to szybko. Trzeba pamiętać, że konsument je także oczami. A właśnie, piwo na szczęście wygląda dość ładnie. Pomarańczowe, mętne, no może trochę nawet za bardzo. Piana wysoka i raczej zbita z tendencją do coraz szybszego zanikania. Kożuch jednak pozostaje do końca.
Przygotowałem się na najgorsze. Ostatni raz, gdy widziałem tak brzydkie etykiety piwo, które nimi reprezentowano zaatakowało mnie. Tak tak, to do was Browarze Edi. Jednak to co poczułem wydobywającego się ze szkła nie można było nazwać mordercą. Buchnięcie cytrusów tak mnie uderzyło, że aż cofnąłem się o dwa metry. Głównie słodkie owoce, liczi z mango wiodą prym. Dodatkowo trochę żywicy i dziwnie przyjemny zapaszek... mchu w lesie (nie mylić z iglakami, po prostu mech). Aromat jest wyraźny ale nienachalny. Kurde, odwróciłem butelkę co by mi te monstrum nie przeszkadzało. W smaku z początku mocno słodkie, znowu mango i liczi w syropie atakują. Bardzo szybko pierwsze skrzypce przejmuje grapefruit i goryczka, nie za wysoka ale za to długa i trochę zalegająca zupełnie niepotrzebnie. Przez to piwo wydaje się trochę drętwe. Po wypiciu ponad połowy aż się prosi o zagryzienie czymś. Oprócz tego trochę karmelowej słodowości po całości łyku. Alkoholu, który tak większości osób przeszkadzał ja osobiście nie wyczułem. Jest pełne, treściwe i ciut za mocno nagazowane. Podsumowując, mimo zalegającej i drętwej białej skórki grapefruitowej i trochę za mało intensywnych smaczków uważam to piwo za udany debiut nowego browaru. Jest z czym pracować no ale panowie, wygląd!

















































