Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american stout. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american stout. Pokaż wszystkie posty

No popatrzcie, jednak znalazłem w piwnicy (czekając na wyniki ankiety na fejsie) coś, co nie jest po terminie. Nadal jest to ciemne piwo, ale nie mam co wybrzydzać. Już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie je kupiłem szczerze mówiąc...

Najśmieszniejsze jest jednak to, że kompletnie nie wiedziałem co kupuję. Inaczej, byłem w błędzie po prostu. Myślałem, że będzie to stout typowo amerykański, z cytrusami itp. Na szczęście się myliłem, oj bardzo się myliłem. Kolaboracja z browarem Weird Beard okazała się bowiem dość... iglasta.



Najpierw jednak trochę o etykiecie, która jest przekozacka zwyczajnie rzecz ujmując. Grafika jak z dawnych gier ery pixela i dobrze zaadoptowane miejsce na tekst. Wszystko tutaj gra, od kolorków po sylwetkę stwora i specyficzne wycięcie etykiety. Kapsel firmowy, bardziej pasowałby czarny (i oczywiście bez napisów, z samym logo). Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Beżowa piana, wysoka na jeden palec i zbita dość mocno. Klasyczny wygląd ciemnego, grubego piwa trzeba przyznać.


Gdyby spanie w lesie miało mi dać takie zapaszki to uwierzcie mi, już bym dawno się spakował i wyruszył, na przykład w Bieszczady. Nawet sobie nie zdawałem sprawy z tego, jak bardzo brakowało mi takich stoutowych nut. Przepiękny aromat czystej kawy, jak przy dobrze wyleżakowanym coldbrew. Iglaki bardziej w tle, ale nadal spokojnie wyczuwalne. Do tego odrobina żywicy.

Pierwszy łyk potwierdził tylko moje przypuszczenia. Trzeba mu się dać chwilkę ogrzać jednak. Ciałko w miarę spoko, ale nie pogardziłbym trochę wyższym balingiem. Mimo tego czuć taką swoistą aksamitność, szczególnie dzięki niewysokiemu nagazowaniu. Smakowo na pierwszym planie znowu kawa (coldbrew z Etno mi najszybciej przyszedł na myśl), ale tym razem wspiera ją odrobina gorzkiej czekolady. Oczywiście nie zapominajmy o paloności, która po części wywodzi się z kawy, a po części z jęczmienia. Momentami zdaje się dominować ta zbożowa. Iglaki znowu robią za wyraźne tło. Goryczka średnia, oczywiście palona. Finisz to dziwaczne połączenie kawy i żywicy (a jednak jest akcent american). Długi i szeroki (zalegający), jak stąd do w... no wiecie.  Całość wytrawna, ostra, lekko sado-maso nawet. Lubię to, mocno. Chyba właśnie tego mi było trzeba dzisiaj. Alkohol ukryty w 100%.

----------

Styl: American Forest Stout
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 18°
IBU: 2,5/6
Skład: słód jęczmienny, jęczmień prażony, gałązki świerku, chmiel, kawa, drożdże.
Do spożycia: 01.03.2020


Jakich to dziwnych rzeczy czasami człowiek nie wyczai w sklepie osiedlowym, mówię Wam. Zaraz obok wynalazków z Browaru Staropolskiego (np. takiego Bestbira z kokosem) i podobno wybuchającego Zojera z browaru Golem leżał sobie całkiem zacny wybór piw z Pinty. W sklepie, powtórzę, osiedlowym.

Morda mi się ucieszyła jeszcze bardziej gdy zobaczyłem, że w gronie dostępnych trunków stoi pintowski stoucik amerykański, którego jeszcze nie miałem okazji pić. Wylądował on więc w koszyku wraz z bestbirowskim kokosem... czego później pożałowałem. Niech Was ręka boska broni od kupna tego wynalazku.



Wracając do dzisiejszego gościa, chyba większości z nas etykieta kojarzy się z Kapitanem Ameryką nie? Tylko w takiej trochę wersji black. Piwo pozostaje w tej konwencji i jest nieprzejrzyście czarne, mętne w dodatku. Piana to książkowy żart, bo tego kożucha, który powstaje po dość burzliwym nalaniu inaczej nazwać nie można. W dodatku szybko znika ze szkła. 


W życiu bym nie powiedział, że to american stout. W aromacie nic na to nie wskazuje przynajmniej. Na szczęście są typowo stoutowe zapaszki: czekolada, prażony słonecznik, jakieś trawiaste nuty i tylko odrobina niechcianego, gotowanego kalafiora. Trochę szkoda, że cały zapach wydaje się być ulotny jak olej silnikowy w leciwym Golfie.

Po pierwszym łyku przysłowiowy banan (taki duży i wyrośnięty) zawitał na mojej twarzy. Od początku: piwo jest cholernie pijalne (tak, użyłem tego zwrotu do opisania szeroko pojętej sesyjności), wyraźne, ale też gładkie zarazem. Średnie wysycenie pasuje tutaj idealnie. Profil zmienił się diametralnie (w porównaniu z aromatem). Na pierwszym planie paloność, słonecznik i żywica. Czekolada, lekko gorzkawa, wspiera całość gdzieś w tle. Oj wytrawny ten stout będzie, nie ma co. Goryczka wyraźna, ale krótka. Taka idealna do stouta według mnie. Profil żywiczny dzięki czemu wchodzi gładko, bo człowiek już jest na nią gotowy w pewien sposób. Finisz jest chyba najbardziej wyrazistą częścią tego piwa, mocno palony, gorzki, popiołowy wręcz. To tego ma takie intrygujące cytrusowo-żywiczne zacięcie, zadziwiająco uszczypliwe w dodatku. Kurde, spodobało mi się mimo swojej amerykanizacji... Może dlatego, że w końcu jest to prawdziwy palony stout a nie przechmielona do granic możliwości marna kopia mojego ulubionego stylu piwnego?

----------

Styl: American Stout
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 12,0°
IBU: 45
Skład: słód (pale ale, Carafa® Special typ II), palone ziarna jęczmienia, płatki żytnie i pszeniczne, chmiel (Citra, Columbus, Cascade, Crystal), drożdże Safale S-04.
Do spożycia: 18.11.2016


Powroty z urlopów (nawet takich krótkich, tygodniowych) mają to do siebie, że pojawiają się całkiem przypadkowo i prawie zawsze towarzyszy im wielkie zdziwienie urlopowanego. Tak było i w moim przypadku, gdy nagle (jak za sprawą jakiejś magicznej teleportacji) pojawiłem się w mieście jezusowym balansując uprzednio na granicy małopolsko-śląskiej. 

Co tam robiłem? Ano leniłem się głównie w towarzystwie swojej Pani. Udało mi się też odwiedzić katowicki multitap o nazwie Biała Małpa. Nie powiem, wkurzyłem się lekko wtedy, ale o tym może napiszę w oddzielnym wpisie. W domu miłym zaskoczeniem była ukryta butelka Czarnej Mańki, którą zakupiłem zaraz przed urlopem. Nie myśląc długo wskoczyłem na rower i pojechałem na najbliższe jezioro zabierając ze sobą plastik alebrowarowy. Chyba już nigdy nie wezmę na rower szkła po ostatnim wypadku z udziałem artezanowej musztardówki...


Chyba możemy się wszyscy zgodzić z tym, że nie ma co etykiety opisywać... Za bardzo się panowie nie napracowali przy designie. Piwo ma ciemnobrązowy kolory i jest dość mocno zmętnione (z widocznymi farfoclami, które nie wyglądają zbyt apetycznie trzeba przyznać). Oczywiście bierzemy poprawkę na turbulencje w plecaku.  Beżowa piana przez pierwsze parę sekund jest zbita i przyjemna dla oka. Niestety dość szybko zaczyna się redukować pozostawiając po sobie bardzo znikomy kożuch.


Pierwszy, drugi, trzeci niuch i mina coraz bardziej nietęga. Jest słabiutko, oj bardzo. Ledwo co wyczuwalna kawa zbożowa i bardzo dziwna nuta biszkoptowa w oddali (skąd się tu wzięła nie wiem). Nie ma to jednak większego znaczenia, bo i tak całość znika kompletnie po dwóch łykach. I nie sądzę (bo nie pracuje w sądzie, har har), że jest to wina degustacji w plenerze.

W smaku jest na pewno lepiej, przynajmniej na początku. Znów mamy kawę zbożową, która mimo delikatnej lurowatości i tak jest bardziej wyrazista niż w aromacie. Pojawiają się też nuty gorzkiej czekolady (trochę wątpliwej jakości) i... kompletna pustka. Dosłownie jakby ktoś uciął ostrym nożem połączenie kubki smakowe - mózg. Bardzo dziwne... nagła czarna dziura czy co? Zaraz po tym dziwacznym zjawisku wkracza palona goryczka, dość mocna jak na stouta, ale też bez przesady. Paloność przechodzi gładko dalej łącząc się z kawą tworząc całkiem wyraźny finisz. Niestety jest jeden problem... a nawet dwa. Po pierwsze to piwo nie ma w ogóle ciała. Pije się je dosłownie jak wodę (i nie ma co tego porównywać do sesyjności). Niskie wysycenie też nie pomaga aczkolwiek jest takie jakie być powinno. Drugi problem ujawnia się pod postacią pytania: gdzie w tym całym bajzlu jest element american? Po chmielu Simcoe nie pozostał nawet znikomy ślad. Całość smakuje trochę jak mało udane domowe piwo zaraz przed butelkowaniem.

----------

Styl: American Stout
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 14°
IBU: 60
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny, żytni), chmiel (Simcoe, Magnum), drożdże US-05.
Do spożycia: 10.2016

www.piwowarownia.pl

Dlaczego?!

Pewnie mnie ktoś posądzi o darmową reklamę browaru ale na serio mam tylko stouty z Olimpu w piwnicy, no i dzisiaj przyszedł jeszcze Hades Gone Wild… Zostawię go sobie chyba na święta jednak. Za drogie to jest żeby wypić tak o sobie dla degustacji tylko, nawet podczas tygodnia stoutowego. Co do Olimpu, mam jeszcze 2 piwa, które czekają w odmętach piwnicznych. Bądźcie więc gotowi.

Hera  i Hades pokazały, że kondycja piw z browaru Olimp poprawiła się, i to bardzo. Nie żeby wcześniej było źle, po prostu ich wyroby były takie… meh, nijakie. Dlatego kompletnie nie rozumie narzekania ludzi i bojkotowania przez niektórych browaru, przyklejając mu etykietę np. mokrej szmaty wciśniętej w butelki. Ja mam kompletnie inne zdanie i nie wiem, czy jest to wina nagonki czy po prostu różnicy w warkach lub nawet poszczególnych butelkach. Wiem za to jedno, mam dość tej amerykanizacji. Jest listopad a browary dalej wpychają mi amerykańskie chmiele, i to nawet w moim najulubieńszym stylu.


Nyks ma ten sam problem co Hera, jej etykieta nachodzi na siebie przez butelkę z mniejszym obwodem. Na Pani Nocy jest to jednak o wiele bardziej widoczne (zdjęcie pod koniec posta). Panowie zróbcie coś z tym proszę bo mnie nerwica strzeli w końcu i wyląduje w psychiatryku. Piwo na szczęście wygląda tak jak powinno. Jest czarne, bez refleksów, jak włosy pierwotnej bogini. Tutaj mam też małe zdziwko bo na sylwetce z etykiety nie zostało to zaznaczone, no nic. Piana zbita i wysoka z początku szybko się niestety ulatnia. Na szczęście zostaje po niej kożuch a i lacing ma całkiem całkiem.


Pierwszy niuch i Nocka ma już jedną poważną przewagę nad Herą. Aromat jest o wiele bardziej intensywny i w dodatku jest co wąchać. Najmocniejsze wydają się zapaszki pochodzące od chmieli czyli owoce, te słodsze. Jeżeli mnie wąsy nie oszukują to mango i możliwe, że brzoskwinia. Mocno otulone są mieszanką prażonego słonecznika, żywicy i odrobiną kawy. Niestety (jak dla stoutowego fanboya) w całości dominuje słodycz cytrusów, trochę szkoda ale źle przecie też nie jest. Jednak to w ustach dzieje się prawdziwa magia. Profil zmienia się, słodkie akcenty z aromatu praktycznie zanikają na języku. Pojawia się silna żywica, grapefruit i łącząca się z nim goryczka pokaźnych rozmiarów jak na stout. Nie zalega, uderza z idealną mocą. W sumie to nie ma jak zalegać bo jej miejsce zajmuje bardzo szybko istny piekielny popiół z bardzo gorzką czekoladą a swoistym łącznikiem obu światów jest lekki prażony słonecznik. Super miks, działa kojąco i uspokajająco mimo wręcz ogromnej intensywności. Powoli i równomiernie zanika z ust gdy człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem istnienia... albo dlaczego nie działa mu ogrzewanie tylnej szyby w Golfie. Możecie się zapytać: jak coś takiego może uspokajać?! Ano może, aż się rozłożyłem w fotelu i leniwie opadłem na oparcie. Po tak słodkim aromacie jest to wielkie zaskoczenie trzeba przyznać. Cieszy mnie to bardzo, tak powinien smakować amerykański stout według mnie, niby nowofalowe chmiele ale jednak natura starego przypalonego dziada zwycięża. Nagazowanie niskie, idealne. Pod koniec picia, po mocnym ogrzaniu popiół staje się jeszcze intensywniejszy. Aż czuć lepiący się syf z ledwo co ugaszonego ogniska. Dziwne uczucie ale ekscytujące zarazem. Sadomaso w smole pełną parą. Minusem jest to, że raczej nikt nie pokusi się o wypicie dwóch w jeden wieczór ale za to będzie przynajmniej celebrował każdy łyk.



Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com