Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oatmeal stout. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oatmeal stout. Pokaż wszystkie posty

 


Jakoś tak mało na blogu pojawia się zagranicznych piw. Jak z tego żartu o polskiej piwnej blogosferze: "Zagranica? A tak znam znam. Anchor i Mikkeller przecież!" A tak na serio zwyczajnie w świecie mamy za dużo dobroci u nas nad Wisłą. Zagramanice to można sobie jakąś porządną raz na ruski rok kupić dla przyjemności.


Z tym, jakże kultowym piwem była trochę zgoła inna historia. Znajomi akurat siedzieli w pubie Mikkellera i mi kupili, wraz ze szkłem, które uwielbiam (widoczne np. tutaj). Przeleżało trochę... jakieś 8 miesięcy w piwnicy. Nic się mu raczej nie stało...



Etykieta mikkellerowa, z tym ich rozpoznawalnym na pół świata panopkiem. Mają swój styl graficzny, która jakoś tak dziwnie mi się podoba. Szkoda tylko, że naklejają etykiety na odpier... no. Piwo czarne, chociaż jak się przyjrzy człowiek dobrze, to zauważy jakieś brązowe refleksy. Piana szybko redukuje się na wysokość jednego palca i potem dość długo się tak utrzymuje.



Chciałoby się pohejtować zagraniczny znany browar, ale się nie da w tym przypadku. Aromaciks wbija w ziemię, mimo średnio intensywnego przywalenia w nos. Jest tu wszystko: od przypalanych słodów i lekko spalonego karmelu po kakao, ciemną czekoladę i kawę zbożową. Utrzymuje się to wszystko do ostatniego łyku, co jest jeszcze bardziej zadziwiające.


Oprócz przyjemnego ciałka (ale nie aż tak pełnego) i dość wysokiego nagazowania (to mogłoby być ciut niższe) czuć w ustach coś jeszcze... jakby jakaś pochodna smaków wpływała na teksturę piwa i nie mam na myśli tu "gładkości" czy innych takich. Trochę podobne odczucie jak przy gorzkiej czekoladzie minimum 80%. Musicie sami wypić, aby się przekonać o co mi chodzi. W smaku znowu wbicie butem w ziemię, z dodaniem kolanka na plery co by się człowiek za szybko nie podniósł. Na przedzie gorzkawo: kakao, (s)palone słody, ciemna czekolada. Pośrodku lukrecja, która nie mogła sobie znaleźć lepszego miejsca według mnie i trochę, ale to tak naprawdę trochę śliwki. Po ogrzaniu wychodzi też delikatny karmel, ale z zacięciem spalenizny (na plus). Goryczka subtelna, gdzieś tam się kręci pomiędzy tym wszystkim. Na finiszu wychodzi spalony owies i cholernie przyjemna, czarna jak węgiel kawa z fajnie zalegającym kwaskiem. Pięknie złożone jest to piwo, nie zapomnę go nigdy. Szczególnie po tym, że mimo dominacji wytrawnej części słodycz, która gdzieś tam się przebija jest wystarczająca, przynajmniej dla mnie.


----------

Styl: Oatmeal Coffee Stout

Alk: 7,5%

Ekstrakt: b/d

IBU: b/d

Skład: słód (pils, owies, wędzony, caramunich, brązowy, czekoladowy), prażony jęczmień, płatki owsiane, chmiel (Centennial, Cascade), kawa, drożdże.

Do spożycia: 02.10.23


Facebook Browaru

 


Znalazłem sobie nowe hobby... składanie modelów Gundam (tzw. Gunpla). Od dawna o tym myślałem, bo pasuje to idealnie do mojego zbieractwa (np. figurek POP). Poziom skomplikowania poszczególnych modeli może doprowadzić do bólu głowy, ale ja tam lubię takie rzeczy (składanie, a nie ból głowy...). 


Do zakupu pierwszego przekonał mnie Michał swoim postem (ooo tutaj). Dzisiaj zacząłem składać już swój drugi, większy, klasy MG (więcej szczegółów, części, w skali 1:100). Piwo do tego jest jak najbardziej wskazane. Szczególnie, że w jeden dzień nie da się tego zrobić (kręgosłup już nie ten co kiedyś). Akurat walała mi się w piwnicy butelka z browaru, o którego istnieniu nie miałem zielonego pojęcia. Czy Karczewski zaskoczy mnie tak samo pozytywnie, jak model F91 Gundam ver 2.0?



Etykieta przypomina mi trochę te z dawnych browarów regionalnych, nie wiem tylko dokładnie dlaczego. Nie wyróżnia się niczym i jest wręcz nijaka. Piwo pochodzi z serii "Łączymy pasje", o której więcej tutaj. Kolor ma raczej czarny, ale można wymusić na nim rubinowe refleksy o dziwo. Piany... nie ma, mimo dość burzliwego nalewania. Nie wróży to dobrze...



Pachnie to trochę, jak taki pierwszy stoucik. Wiecie na pewno o co mi chodzi... któż nie pamięta swojego pierwszego, zapewne regionalnego stouta w życiu? Taka paloność słodowa, kawa zbożowa i delikatne warzywa gotowane. Te ostatnie w ogóle mi nie przeszkadzają, głównie przez sentyment do "tego pierwszego razu" z craftem ciemnym.


W ustach niemiłe zaskoczenie. Gładkość (płatki owsiane się postarały) opisana na etykiecie traci na wartości przez praktycznie zerowe wysycenie. Szkoda, bo ciałka jest trochę, a tak to Pisarz momentami zdaje się być zwyczajnie w świecie wodnisty. W smaku nadrabia palonością i przyjemnie gorzką kawą. Gdzieś w tle pojawia się też ohydna słodycz... taka najprostsza, karmelowa. Za cholerę nie pasuje do profilu piwa. Nic poza tym nie ma. Nawet goryczka jest marginalna, a finisz to głównie kawowa cierpkość. Dobra podstawa do kawowego stouta. Niestety przez niedociągnięcia przypomina mi o drugiej, częstej przypadłości regionalnych browarów: nijakości i warzeniu na odpie... no.


----------


Styl: Oatmeal Stout

Alk: 6,2% Obj.

Ekstrakt: 15% Wag.

IBU: b/d

Skład: słód (pilzeński, monachijski, karmelowy 600 EBC, czekoladowy 1200 EBC), płatki owsiane, jęczmień palony, chmiel (Magnum, Styrian Goldings), drożdże US-05.

Do spożycia: 13.05.2021


www.browarkarczewski.pl




W tym całym zamieszaniu, jakim nazywamy nasz rodzimy craft, browarów jest jak mrówków (jak to mawiał klasyk). Nowe pojawiają się na każdym kroku, co mnie osobiście powoli zaczyna lekko dziwić. Perełki trudno jest wyczaić, bo w większości przypadków nie chcę mi się przedzierać przez kolejne, nudne do bólu ipy-sripy. Do tego są festiwale właśnie.

Będąc ostatnio na Poznańskich Targach Piwnych obrałem sobie za jeden z celów odwiedzić browar Dwóch Braci. Głównie przez Sylwię, która przeszła do nich z Browaru Jana. Szmery, bajery i okazało się, że reszta załogi to całkiem fajne chłopy są. Piwa też mają spoko, co dzisiaj postaram się udowodnić ich owsianym stoutem.



Etykieta z tych bardziej kreskówkowych, z chyba najbardziej rozpoznawalnym kotem dawnych czasów: Bonifacym. No co? Przecież Filemon był biały, a nie czarny. I że niby stary jestem, że tę bajkę pamiętam? Phi. Kapsel firmowy, ale nie podoba mi się w ogóle. Stanowczo za dużo tekstu. Mogli zostawić samo logo, w końcu jest całkiem przyzwoite. Piwo ma ładny ciemnobrązowy kolor (przechodzący momentami w czerń) i dość wysoką, drobnopęcherzykową pianę. Ma ona średni żywot, ale całkiem dobrze trzyma się ścianki szkła.


No, i tak miało być. Palone słody na pierwszym planie, potem trochę słonecznika z patelni i nuta kakao. Fajnie, zgrabnie i co najważniejsze dla mnie: nie za słodkie. W sumie to paloność dominuje momentami, ale tak z umiarem. Można tak w ogóle napisać? Jedyne, czego mi brakuje to ciut więcej intensywności.

Całkiem przyjemnie to piwo robi w ustach, no co? Fajnie kremowe, efekt owsa jak najbardziej wyczuwalny. Ciałko też niczego sobie, jak na stout owsiany oczywiście. Wysycenie średnie, nie psuje odbioru. Pierwsze co człowiek wyczuwa w smaku to lekko kwaskowata kawa. Zaraz po niej opalane zboże i dosłownie szczypta kakao gorzkiego. Po pierwszym łyku wiadomym jest, że słodki to ten stout nie będzie. Goryczka na średnim poziomie z wyraźnym, palonym profilem. Na finiszu wychodzi więcej gorzkiej czekolady, a kawa robi się wyraźnie zbożowa. Do tego troszkę orzechów i mamy naprawdę przyjemne piwo. Gładkie i przystępne nawet przy mocno wytrawnym profilu. Może to przez to, że wszystko bardzo dobrze zagrało ze sobą.

----------

Styl: Oatmeal Stout
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 14% Wag.
IBU: 2/5
Skład: słód (pale ale, monachijski, czekoladowy, caraaroma), płatki owsiane, jęczmień palony, chmiel Warrior, drożdże.
Do spożycia: 30.07.2020


Czujecie to? Czujecie?! No mam nadzieję, że tak. Wszechobecny zapach palonego owsa roznosi się po festiwalowych halach. Dzięki temu człowiek wie, że eventy piwne idą ku końcowi, a czas ciemnych, jesiennych wręcz piw właśnie nastał. Oh wy moje stouciki kochane, jak ja żem za wami tęsknił.

Oczywiście pijam je cały rok, ale to właśnie na jesień browary biorą się za nie tak na serio. Już nie będę wspominał nawet o aurze za oknem, która degustacjom ciemniaków cholernie sprzyja. Widać to np. po browarze Trzech Kumpli, który w końcu postanowił odpuścić wymęczonym już przez polski craft DDH ipą-sripą itp. i uwarzył stoucika owsianego. Ślinka pociekła mi aż do Białegostoku.



Etykieta, jak to zwykle u nich bywa, podobna zupełnie do niczego. Jest coś jednak w pociągnięciu kreski, co sugeruje nawiązanie do staroci. Mi osobiście kojarzy się to z babcinym haftem. Kapsel firmowy, niestety za dużo na nim detali według mnie. Piwo czarne z bardzo delikatnym, brązowawym prześwitem. Beżowa piana dość niska, ale za to w miarę drobnopęcherzykowa. Kożuch spory i długo utrzymujący się. Jak człowiek zamerda w szkle to całkiem ładnie trzyma się ścianki.


Piękny aromat owsianki z gorzką czekoladą i odrobiną popiołu. Aż dziwne, że nie mam tego dość, po tym jak codziennie wpieprzam rano miskę takiej zwykłej, zalanej wodą... Po chwili wychodzi też trochę kawy i karmelu. Ten ostatni bardzo fajnie się komponuje z resztą, ale ich nie przykrywa. Trwałość tych zapaszków niestety nie należy do najdłuższych... Wracajcie proszę!

Oho, mamy świetny przykład tzw. entry level jeżeli chodzi o oleistość w piwie. Odczucie w ustach wyraźnie wskazuje na fajną pełnie i gęstość. Nie jest to oczywiście poziom, którego można się spodziewać w RiSach, ale w owsianym stoucie jest jak najbardziej wporzo. Wysycenie średnie, takie okej. W smaku kwaskowate. Wychodzi na to, że chłopaki nie pożałowali owsa. Jak jeszcze dodamy do tego kawkę, gorzką czekoladę (ale to tak minimum 90%) i popiół to... mamy istną bombę. Mi się to cholernie podoba, ale na pewno będą tacy, którym będzie brakowało chociaż odrobiny "książkowej" słodyczy. W tle delikatne orzechy nawet się zakręciły. Goryczka wyraźna, palona, ale też krótka. Na finiszu dzieje się za to najmniej, co człowiek zauważa od razu po tak zmasowanym ataku wcześniejszych smaczków. Ot taka samotna kawa zbożowa i nic więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że  piwo jako całość cholernie mi podpasowało. Uwielbiam stouty zasypane po brzegi owsem i wcale nie jest mi szkoda słodowej (czy też nawet karmelowej) słodyczy.

----------

Styl: Oatmeal Stout
Alk: 5,5% Obj.
Ekstrakt: 15,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, palony jęczmień, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 24.05.2020


Kapslownica w domu to fajna sprawa. Nawet gdy nie masz nic wspólnego z piwowarstwem domowym. Dlaczego? Ano np. możesz sobie ponownie zamknąć ulubione piwo, co by się nie rozgazowało (jest takie słowo w ogóle?). Dziwne? No gdzie, już tłumaczę.

Miałem ostatnio taką sytuację: otworzyłem sobie kawową Wołgę z Artezana, przelałem ładnie do szkła, zrobiłem zdjęcia do wpisu. Usiadłem wygodnie do kompa gotowy do tworzenia jakże ważnej dla całego świata degustacji i... coś mi wyskoczyło. Nie mówię tu o dysku czy też innej części ciała. Po prostu musiałem gdzieś pojechać. Wiedziałem, że na miejscu będę mógł skończyć owe piwo. Dlatego przelałem je do butelki i wysłużoną już Gretą zacisnąłem świeży kapsel (zostało mi jeszcze ich parę z czasów warzenia). Proste? Proste.



Im więcej piję piw Artezana tym większy fetysz odczuwam do ich etykiet. Nie wiem czemu... Doszło już do tego, że zamówiłem sobie ich shakera z tym wzorem. Ich grafik rzucił na mnie jakąś klątwę mówię Wam. Karny pytong pozostaje za brak składu. Co do kapsla... no byłby lepszy bez napisu, zdecydowanie. Piwo ma czarny kolor i wydaje się być nieprzejrzyste. Przy nalewaniu było widać brązowe zmętnienie. Piana z początku wysoka dość szybko zaczęła pękać. Po chwili nie pozostało po niej nic.


No no, tą wersję Wołgi mogliby podawać w testach na sędziego BJCP. Aromat jest zdradliwy jak jasna cholera. Z początku wydaje się dominować mocno palona kawa z delikatnym zbożowym zacięciem. Jednak z każdym kolejnym niuchnięciem coś się zaczyna dziać dziwnego. Momentami wychodzi tytoń, co jakiś czas wszystko przytłacza słodowość pospolita, a raz czy dwa zdarzyło mi się wyczuć coś pokroju gotowanych warzyw. Na szczęście to kawa najdłużej przebywała na scenie, ale niesmak pozostał. Inna sprawa, że w połowie picia aromat kompletnie zanikł.

W ustach na pierwszy rzut języka wszystko wydaje się być OK. Ciałko nie zaskakuje, jest takie jakiego bym się spodziewał po owsianym stoucie. Aksamitne, gładkie, ale niezapychające. Wysycenie niskie, co tylko uwydatnia profil deserowy piwa. W smaku... no niestety coś nie zagrało do końca. Czuć palone słody, czuć specyficzną zbożowość. Jest dość słodko, co potęguje średnio intensywna czekolada. Ta jakaś taka tania się wydaje, jak te biedronkowe z najniższej półki. Kawa (też już jakaś taka zwietrzała) zaraz obok niej i właśnie to mi psuje najbardziej odbiór tego niby kawowego stoutu. Przecież to ten jakże przepyszny czarny napój powinien tutaj grać pierwsze skrzypce, a w moim odczuciu stoi sobie co najwyżej w trzecim rzędzie i gra na... cymbałkach. Goryczka bardzo niska, ledwo co zauważalna. Finisz za to pozytywnie mnie zaskoczył. Jest krótki, ale za to wyraźnie kawowy z przyjemnym kwaskiem w tle. Podsumowując: coś nie pykło. Zanim fanboye Artezana wyciągną pochodnie... nie, przelanie piwa na 15 minut do butelki (zakapslowanej ponownie) nie wpłynęłoby tak na sam trunek. Ojcom polskiego craftu też czasami nie wychodzi.

----------

Styl: Oatmeal Coffee Stout
Alk: 5,5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, chmiel, drożdże, kawa.
Do spożycia: 16.05.2018


Poszukiwania piwa idealnego na zimowe wieczory ciąg dalszy. Głównym kryterium znowu okazał się być kokos, tym razem w duecie ze stoutem. Artezanowi zazwyczaj udaje się trafić w moje gusta więc mam spore nadzieje. Jakoś też dziwnie się w tym roku złożyło, że w moje ręce nie trafiło ani jedno piwo piernikowe...

Jeżeli dobrze pamiętam pierniki w płynie były zazwyczaj domeną browarów regionalnych. Jak się dobrze nad tym zastanowić to można wyciągnąć prosty wniosek: ich dystrybucja albo zmalała, albo browary regionalne przestraszyły się Witnicy i wyniosły się z moich okolic. Lubuskie naprawdę zaczyna być istnym zadupiem piwnym... No, ale wróćmy do piwa. No bo w końcu koko obchodzi stan craftu w moim województwie?



Etykieta standardowa jeżeli chodzi o Artezana. Nie ma się co rozpisywać. Kapsel firmowy, jeden z nielicznych, przy którym nie przeszkadza mi zbytnio napis. Co do samego piwa... dziwna sprawa, pierwszy raz spotykam się z tak widocznym tłuszczem w piwie. Wiórki kokosowe dały czadu i na powierzchni zamiast piany (której nie ma praktycznie) utrzymują się małe, oleiste oka. Piwo wydaje się być czarne, ale momentami da się wychwycić brązowe refleksy.


Nie mam ostatnio szczęścia do aromatów w piwie. Tak jak w poprzednich degustacjach i tutaj zapach nie chce wyjść ze szkła i trzeba się ostro napocić aby coś wyczuć. Trochę pomaga mocne ogrzanie, ale fajerwerków i tak nie ma. Co czuć? Czekoladę, to na pewno. W tle ciemne słody, trochę chmielu i niestety absolutny brak kokosa. To już kolejne fiasko jeżeli chodzi o ten dodatek po Saint No More 2016.

W smaku też dzieją się jakieś dziwne rzeczy. No bo tak: piwo jest wystarczająco gęste i treściwe, stout owsiany z najwyższej półki można rzec. Problem w tym, że nagazowanie jest jakieś z kosmosu jeżeli chodzi o ten styl. Kompletnie psuje to odbiór całości. Na szczęście artezanowe Koko nadrabia smakowo. Jest czekolada, która z każdym łykiem robi się coraz bardziej gorzka. Zaraz za nią spaceruje odrobina kawy zbożowej i upragniony kokos. Ta mieszanka nie przypomina zbytnio dobrze wiecie jakiego batona, ale mi to akurat nie przeszkadza. Wyobraźcie sobie wytrawne Bounty... jeżeli jesteście w stanie oczywiście. Ja nie byłem, dopóki nie spróbowałem tego piwa. Goryczka umiarkowana, wystarczająca. Lekko palona nawet. Na finiszu dominuje kawa zbożowa wspomagana nutą kakao. Kokos niestety zanika kompletnie pod koniec. Podsumowując... całkiem dobry z tego stout owsiany. Niestety kokosowej powtórki z Rokokoko nie macie się co spodziewać.

----------

Styl: Oatmeal Stout
Alk: 5,5% Obj.
Ekstrakt: 14,5%
IBU: mało
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, płatki kokosowe, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 18.03.2017


Key Largo, tak jak większość piw browaru Raduga ostatnio, wpadł w moje ręce przy okazji odwiedzin Ducha Craftu w Tesco. Dziwna sprawa ogólnie bo gdy do marketu trafiają nowe piwa rzemieślnicze są one zazwyczaj z jednego, konkretnego browaru. Mnie martwi jednak coś innego...

Mianowicie poważny problem logistyczny, i to nie tylko w placówce w moim mieście. Podczas gdy alejka z piwami jest wręcz zalana koncernami (gdzieniegdzie wychylają się piwa regionalne typu Ciechan czy Amber) nie ma w niej miejsca na prawdziwe piwo. Ostatnio widziałem craftowców wystawionych na półki zaraz przy zabawkach dla dzieci... po drugiej stronie marketu. Jakby Tesco kompletnie nie zależało na sprzedaży piw segmentu premium. Wystarczyłoby zmniejszyć o połowę miejsce przeznaczone dla Harnasi i innych, jeszcze gorszych mózgotrzepów i wystawić tam taką Radugę czy Pintę. Uwierzcie mi wcale nie jest im potrzebna taka ilość zapasów. Czasami mam wrażenie, że ustawiają to tak tylko po to, aby uzupełniać je raz na tydzień (ze swoich stanów magazynowych). Nie raz słyszałem od znajomych, że w ich wielkim mieście jakim jest Zielona Góra nie ma craftu w marketach. Kto o zdrowych zmysłach pójdzie sprawdzić półki koło działu zabawek? Get your shit together Tesco.


Skończmy narzekania i porozmawiajmy o piwie. Etykieta trzyma poziom piw Radugi ale czegoś mi na niej brakuje... właśnie! Gdzie jest panna z obrazka? Jakoś bez niej całość wydaje się pusta i smutna. Tak jak piana która nalewa się sporawa ale z dość dużymi bąblami i krótkim żywotem. Na pocieszenie pozostawia słaby kożuch i delikatny lacing. Kolorek z początku wydawał się czarny, nieprzejrzysty. Przy dłuższym zapoznaniu, pod pewnym kątem w dodatku, dało się jednak zauważyć rubinowe refleksy. Jeżeli mnie wzrok nie mylił było też całkiem klarowne.


Aromat jest bardzo dziwny… przyznam się szczerze, że jeszcze się z takim nie spotkałem w stoucie. Chodzi głównie o to, że czuć wyłącznie… owsiankę. Nie ma ani palonych ani czekoladowych nut (że o kawie nie wspomnę). Sama owsianka, świeżo przygotowana. Cynamon może i jest ale blisko granicy autosugestii. Czy jest to zły aromat? Niekoniecznie. Czy przypomina stout? W ogóle. Intensywnością też jakoś nie grzeszy.

W smaku na szczęście jest o wiele lepsze. Na pierwszym planie mocna, gorzka czekolada i wtórująca jej paloność. „Gorzka” jest tu słowem klucz bo jest to jeden z wytrawniejszych stoutów jakie piłem (a już szczególnie ich owsiankowych odpowiedników). W pewnym momencie wchodzi stanowcza i mocna jak na ten styl goryczka ale jej ziemiste harce kończą się dość gwałtownie. Finisz to już kawa zbożowa i delikatna owsianka, które według mnie są idealnym zakończeniem każdego łyku. Cynamon wychodzi dopiero po mocnym ogrzaniu i pojawia się na chwilę w momencie gdy piwo ląduje na języku. Żeby nie było za dobrze wraz z nim pojawia się też lekki, ale kompletnie niepotrzebny alkohol przy finiszu. Dużym minusem jest odczucie w ustach, nagazowane to za mocno i nie ma tej aksamitności, do której przyzwyczaiły mnie inne oatmeal stouty. Mimo tego piło się okej i bez większych grymasów na twarzy.


Picie american wheatów, zwykłych pszenicznych, saisonówamerykańskich lub też normalnych IPA to norma w tak upalne dni jakie nam zafundowało w tym roku lato. Jako miłośnik piw ciemnych mam co chwilę chcice na takowe ale nie da się ich wypić z przyjemnością w takich warunkach. Dzięki Bogu pogoda na ostatnie dni postanowiła zmienić się diametralnie i dzięki temu miałem okazje otworzyć ostatnie piwo, które oceniam sobie we współpracy ze sklepem piwnym Piwna Przystań.

Dlaczego uważam, że stoutów nie powinno się pić przy takich temperaturach? Ano z bardzo prostego powodu: temperatura serwowania piw (w szczególności stoutów i porterów) powinna być dość wysoka, porównując oczywiście do „zalecanej” temperatury Żywca czy innych koncerniaków. Piwem nie można się nacieszyć pijąc je prawie, że lodowate. Ciemne, mocne piwa dopiero przy dwucyfrowej temperaturze uwalniają swój prawdziwy potencjał. Wszelakie pszeniczne czy lagery to inna sprawa ale my dzisiaj nie o tym.



Wygląd naszego dzisiejszego gościa bardzo przypadł mi do gustu. Zacznijmy od etykiety, która wydrukowana jest na bardzo fajnym, twardym i szorstkim papierze. Niedźwiedzio-jeleń w górzystych klimatach przypominających trochę Kanadę (mimo, że sam browar leży w Kalifornii) to to, co Brodaty lubi najbardziej. W teku piwo zachwyca czarną, nieprzejrzystą barwą. Niestety piana nie bardzo dorównuje reszcie, trafiają się w niej kratery wielkości mojego kciuka a i bardzo szybko zanika, pozostawiając tylko marny kożuch.


Aromat jest średnio intensywny jak na rasowego stouta ale za to dość długo utrzymujący się. Wytrawny, mocno palony z domieszką kawy i delikatną jak pupa niemowlęcia wanilią. Gdzieś w tle pojawia się też słaba, gorzka czekolada ale wraz z nią atakuje lekka nuta rozpuszczalnikowa, która zręcznie psuje cały odbiór. Szkoda.

Już przy pierwszym łyku daje się we znaki owsiankowa strona tego stoutu. Jest gładki, kremowy wręcz i treściwy. Od samego początku atakuje paloność, mocna i drapieżna. Gdzieś z tyłu pojawia się delikatna kawa ale to popiół rządzi na tej dzielnicy. Goryczka pojawia się znikąd i trzeba jej przyznać, że jest dość mocna jak na ten styl. Palona, kawowa, wykrzywia gębę jak mała czarna z ekspresu ciśnieniowego tyle, że… zimna (wielu osobom może się to nie spodobać). Finisz, a jakby inaczej, palony ale także lekko kwaskowaty z dodatkiem delikatnej wanilii. Mimo wysokiej treściwości pije się całkiem przyjemnie i bez zapychania (jeżeli ktoś ma wysoką tolerancję na spaleniznę oczywiście). Trochę przeszkadza wysycenie, które jest za wysokie jak na owsiankowego stouta. Ogniste wnętrze może wielu osobom przeszkodzić w delektowaniu się smukłą konsystencją tego piwa. Jakbym miał się czepiać, to mógłbym nawet stwierdzić, że jest za bardzo jednowymiarowe z tą swoją dominującą palonością.


Drugie picie:

Browar Ninkasi miał ciężki start na naszym rynku. Ich piwa nie wyróżniały się niczym szczególnym, no chyba że człowiek liczy wpadki w pojedynczych butelkach. Sam olałem trochę ich trunki po spróbowaniu owsianego stout'u. Nadarzyła się jednak idealna okazja na powrót. Browar przeniósł się z warzeniem na... Litwę.

Jak niektórzy wiedzą uwarzyłem jakiś czas temu swoją trzecią warkę piwa w życiu. Wymyśliłem sobie, że dodam do stoutu owsianego trochę skórki pomarańczy, innymi słowy curacao. Poszedłem na łatwiznę i kupiłem gotowy zestaw surowców plus owe skórki. Co mi wyszło? Ano taki trochę schwarzbier z curacao. Dlaczego? W zacieraniu jeszcze raczkuje, skórek dodałem za dużo i co za tym idzie słodów miałem za mało, o płatkach owsianych nie wspomnę. Nauczka na przyszłość.

Przez to wszystko nabrałem ochoty na jakiegoś porządnego stout'a, owsianego w dodatku. Moja piwniczka parę przedstawicieli stylu przechowuje, niestety tylko jeden z nich posiadał płatki owsa w zasypie. Jest to też pierwsze piwo z browaru kontraktowego Wrężel na blogu więc bijmy mu brawo, niech się nie wstydzi i pokaże co umie. "It's your time to shine!" jak to mówią. 


Butelka oblepiona etykietą, która ni za cholerę się szkła nie puści, no chyba że w kawałkach. Trudno, trzeba będzie zrobić miejsce na półce. Co do nadruku, jest prosty, trochę jak z szablonu jakiegoś. Na samym środku odręczny rysunek młyna i dość dziwna czcionka, trochę kiczowata. Na całość nałożony efekt negatywu wprost z taniego programu do obróbki zdjęć. Specjalnie źle to nie wygląda ale dupy też nie urywa. Piwo ma kolor ciemnobrunatny, wydaje się gęste i jest na pewno nieprzejrzyste. Piana trochę dramatyczna, przez ułamek sekundy wydawało się, że będzie wysoka, zbita i utrzymująca się. Życie szybko zweryfikowało te nadzieje i nie zdążyłem nawet jej donieść do domu po zrobieniu zdjęć. 


Aromat z butelki zapowiadał piękne zapaszki. Był mocno kawowy z odrobiną gorzkiej czekolady. Ze szkła jednak... troszku się zmienił. Po pierwsze jego intensywność opadła jak szczeny Hiszpanów dwie sekundy przed końcem podstawowego czasu gry w meczu o brąz na mistrzostwach w piłce ręcznej. Po drugie jego profil zmienił się diametralnie, mleczna czekolada, średnia paloność, jakbym miał się uprzeć to nawet lekkie masełko. Co z tego jednak jak po paru łykach już nic człowiek nie wywącha. Ekstrakt 11,5% i 4,5% alkoholu. W sumie to powinno trochę tłumaczyć lekkość aromatu... mam jednak poczucie, że na siłę chcę tu kogoś usprawiedliwić. W smaku jest wyraźniejsze i na pewno bardziej oblepiające niż mój domowy wymysł z curacao. Jest palone po całości ale bardziej przy finiszu. Wytrawne z gorzką czekoladą i odrobiną kawy, w sumie to spodziewałem się czegoś łagodniejszego... ot takie miłe zaskoczenie. Pod koniec średnia, albo nawet dość mocna jak na stout goryczka po której pozostaje już tylko wcześniej wspomniana paloność. W sumie to za dużo tych "w sumie" w jednym tekście. Wszędobylska owsianka, lekka ale dość wyraźna, skleja wszystko w całość, nie ma śladu po masełku czy mlecznej czekoladzie. Nagazowanie troszeczkę za wysokie, wchodzi z butem na twarz gdy człowiek zaczyna myśleć o oblepiającej gładkości w ustach. Piwo zaskakujące, aromat do bani ale nadrabia smakiem. Pije się szybko i przyjemnie, tak jak wskazują na to parametry. Mam jednak lekki niedosyt... za cholerę nie wiem dlaczego.


Kiedyś, w odległych czasach były tylko dwa rozpoznawalne browary rzemieślnicze w Polsce. Mowa tu oczywiście o AleBrowarze i Pincie. Pierwszy kojarzony z dodawaniem do wszystkiego amerykańskich chmieli a drugi jak ten starszy brat, który owszem robił wariacje piwne ale na większej ilości stylów i niekoniecznie mieszając je z IPA. Czemu o tym piszę? Kiedyś wolałem Pintę, właśnie dlatego że była bardziej wszechstronna. Dzisiaj… no już nie tak bardzo.

Piwa od Pinty zrobiły się ostatnio jakieś takie słabsze. Niby okej ale to już nie jest ta sama podnieta co kiedyś. Zarzucicie mi pewnie, że gust mi się zmienił bo od tamtych czasów wypiłem wiele lepszych trunków, rodzimych i zagranicznych. Ja mówię bullshit, jeżeli tak by było to AleBrowar też by mi się znudził a jest wręcz odwrotnie. Z resztą nie jestem już początkującym robinsonem na morzu craftu więc potrafię odróżnić takie rzeczy. Najlepszym przykładem będzie Dobry Wieczór, oatmeal stout przez wielu uważany za wzór tego stylu.


Etykieta trochę zmieniona, oprócz małych detali jak pokolorowanie księżyca na żółto i zmiany cieni w tle na pewno największą różnicą jest wklejenie infografiki znanej z reszty nowych piw Pinty. Po raz pierwszy zauważyłem też, że tekst/opowiastka z tyłu jest inaczej ułożona. Niby mówi o tym samym ale trochę inaczej ułożyli słowa. Kolor wydaje się iście czarny, chciałem wymusić refleksy pod światło ale za cholerę się nie dało. Wszystko pięknie tylko mam podstawowe pytanie: co z tą pianą? Rośnie ładnie jak na stout przystało ale w astronomicznym tempie znika nie pozostawiając nawet kożuszka.


Już w aromacie zaczyna mi coś nie pasować. Intensywnością to to nie grzeszy na pewno. Kurde śmiem nawet stwierdzić, że tak naprawdę są tu tylko śladowe ilości owsianki z mlekiem i dosłownie szczyptą czekolady. Taka trochę woda aromatyzowana stoutem. Patrze na opis i wychwytuje specyficzne słowo, którym jest "aksamitne"... hmm. Zaczynam pić i od razu nie podoba mi się jedno, nasycenie jest stanowczo za wysokie jak na stout. Kolejnym, a może bardziej powracającym problemem jest intensywność, tym razem smaków. Mieszanka kawy, gorzkiej czekolady i odrobina, odrobineczka owsianki. Wszystko jednak na granicy autosugestii. Jest też trochę kwasku pod koniec ale i tak po każdym łyku człowiek się czuje jakby pił głównie wodę. Jestem łapczywy i zachłannie próbuje wynaleźć coś pozytywnego. Gdy szklanka jest prawie pusta nie mogę uwierzyć jak słaby poziom ma to piwo. Od razu zaznaczę dla wścibskich, że nie było schłodzone. Wyjęte z piwnicy, postało trochę w pokoju nawet więc pewnie miało temperaturę wyższą lub równą tej polecanej. Wmawianie ludziom, że wodnistość to po prostu aksamitność i delikatność jest nie fair panowie. Najnowsza warka jest zwyczajnie słaba i wodnista, tak w smaku jak i konsystencji i odczuciu w ustach. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z tym stoutem bardzo dobrze, to nie jest za cholerę to samo. Czyżby zmiana miejsca warzenia miała aż taki wpływ?


Nie kupuje się piwa dlatego, że ma ładną etykietę tak samo jak się nie ocenia książki po okładce. Co jednak miałem zrobić gdy w niedziele, powoli ulatniając się z już lekko opuszczonego WFDP zobaczyłem tak pięknego stwora na butelce? Ostatnia dycha w portfelu aż się dobijała chcąc poświęcić swój żywot za tak uroczy malunek. Pamiętajcie, dyszkom się nie odmawia.

Przyznam się szczerze, że nigdy nie słyszałem o austriackim Bevog Brewery. Może to i grzech patrząc na ich etykiety. Mistrzostwo świata według mnie nawet jeśli nie mają nic wspólnego z danym piwem. Po RISie z Hausta miałem ponownie chrapkę na jakiegoś stout'a. Mam jeszcze B-Day 2.0 i Jurajskie Stout Czekoladowy ale stwierdziłem, że na słodycz nie mam ochoty. W sumie to nawet chciałem z nim gdzieś pojechać na rowerze ale... to zrobię kiedy indziej z Przewrotem Mlecznym.


Jak już wspomniałem etykieta to istny majstersztyk. Nie wiem co za stwór jest tam namalowany ale przypomina trochę żubra, tylko takiego bardziej zhumanizowanego. Papier też jest przyjemny w dotyku i trwały. Kapsel to kolejny artyzm browaru, z początku wydaje się chaotyczny i lekko przypomina mi (jakieś takie dziwne skojarzenie) grafiki spotykane na Reds'ach. Po dłuższej chwili stwierdzam jednak, że pasuje stylem do baśniowych etykiet. Piwo nalałem do Teku bo jestem fanboyem, i tyle. Prezentuje się bardzo ładnie, czarne bez prześwitów. Piana z początku kremowa i wysoka szybko się redukuje do małej obrączki. Trochę szkoda, zapowiadała się tak dobrze.


Szybki niuch i wiem, że będzie dobrze. Średnia paloność wspomagana przez kawę zbożową walczy o każdy wdech. Leciuteńko słodkie ale milk stout to na pewno nie jest. Gdzieś w oddali pojawia się też aromat owsianki ale miejsca na podium mu nikt nie przyznał. Czy mi to przeszkadza? Broń boże. Zaczynam pić i jest zdziwienie a nawet zakłopotanie. Wyobrażałem sobie duża aksamitność a w piwie od Bevog'a jest ona na dość niskim poziomie, zahaczającym lekko o zwykłe piwa. W smaku jednak jest petarda. Owsiana paloność, która nie może się do końca zdecydować czy jest słodka czy może bardziej wytrawna. Kawa też się szamota bo ma jakieś rozdwojenie jaźni. Raz jest z mlekiem a raz czarna. Przyznam się, że czegoś takiego nigdy nie miałem, praktycznie każdy łyk to ruletka. Przy bardziej słodkawym wariancie wyczuwalne też pomarańcze. Goryczka bardzo niska, z kwaskiem, pojawia się tylko po to by zaznaczyć swoją obecność i pięknie zakończyć każde przełknięcie. Nagazowanie bliskie zeru, dzięki bogu. Najlepsze w tym piwie jest to, że nie jest to ukryty milk stout. Dopiłem do końca z płaczem, czemu nie kupiłem więcej butelek?!


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com