Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar stu mostów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar stu mostów. Pokaż wszystkie posty

Czasami zastanawiam się po co ja w ogóle robię te ankiety na fejsie. W większości przypadków i tak wybieracie nie to co ja chcę i muszę robić degustację obu piw na bloga. Teraz nie jest inaczej, wolałem sprawdzić stout z Maltgardena, bo mam dziwne przeczucie, że byłby to ich dość udany debiut na stronie.

Nie żebym nie lubił Browaru Stu Mostów. Ich ciemne piwa praktycznie zawsze mi smakowały, szczególnie na miejscu w browarze. Mam jednak dziwne wrażenie, że wiśnia jako dodatek zbytnio zdominuje porterowe nuty. Zobaczmy, czy tak będzie.



Wektorowa etykieta (czy też jak kto woli: kreskowana) w stylu Stu Mostów przyciąga wzrok, ale nie przez samą grafikę, a przez błękitne tło. Nadal jednak sądzę, że za dużo na niej tekstu. To samo na kapslu firmowym, takie ładne logo mają to po co je otaczają napisami? Piwo jest nieprzejrzyście czarne... a takiego wała! Ich nitro porter nie jest jak typowy przedstawiciel tego stylu, bo ma dość zadziwiający, brązowo-wiśniowy odcień. Przez to wyraźnie widać zmętnienie, a jasna, beżowa piana pasuje wręcz idealnie. No właśnie, piana. Zrobiłem eksperyment i nalewałem jak najostrożniej jak sie da. Nic to nie dało, bo azot zrobił swoje i drobnopęcherzykowe piękno i tak się pokazało. Najs.


No dobra, trochę sobie ponarzekamy na początku. Niestety mało co się wydobywa ze szkła jeżeli chodzi o aromaty, momentami praktycznie nic nie czuć nawet. Z butelki są jakieś nuty ciemnych słodów, chlebowości i karmelu, ale ze szkła to już jest tragedia. Nawet dość mocne ogrzanie nic nie daje. 

Trochę zawiedziony wziąłem pierwszy łyk... i przypomniałem sobie o co tak naprawdę chodzi w tej serii. Piwo jest gęste, oblepiające, aksamitne i z cholernie niskim wysyceniem. Ta tekstura ukoiłaby pewnie nawet ostry ból zęba (no bo przecież nie te 9% alk). W smaku inne niż większość porterów w kraju. Zazwyczaj mamy bliżej nieokreślone ciemne słody i owoce, a tutaj... Na początek chleb razowy (tego to rzadko widuję w polskich porterach). Wyraźny, długi, ale też nieszczególnie nachalny. Na nim trochę lukrecji, szczypta kakao i oczywiście wiśnie. Te ostatnie dość specyficzne. Czuć, że były dodane oddzielnie i nie pochodzą np. ze słodów czy też utlenienia. Co mnie pozytywnie zaskoczyło to to, że nie dominują w ogóle i nie są kwaśne. Goryczka niska, ale tworzy wystarczającą kontrę i jakoś próbuje powalczyć z ogólną słodyczą piwa. Oczywiście jej się to nie udaje, bo taki styl, dzięki Bogu. Na finiszu kolejne zaskoczenie w postaci wyłaniającej się gorzkiej czekolady. Nie jest w stanie całkowicie przykryć słodyczy, ale nieustannie próbuje, co warto podkreślić. Pozostawia też po sobie fajny, gorzkawy posmak. Alkohol ukryty idealnie, czuć go tylko przez powolne rozgrzewanie. Fajnie ułożone piwo. Brakuje aromatu, ale w smaku nadrabia i to z nawiązką.

----------

Styl: Wiśniowy Porter Bałtycki Nitro
Alk: 9% Obj.
Ekstrakt: 25% Wag.
IBU: 30
Skład: słód (monachijski, pilzneński, karmelowy 100-130 EBC, carafa specjal III, słód barwiący), chmiel (Hallertau Magnum, Styrian Goldings), wiśnie, drożdże W34/70.
Do spożycia: 25.06.2022


W każdym z nas jest trochę ze złodzieja. W crafcie widać to szczególnie: "No weź dał łyczka" po czym wypija jedną trzecią pokala i mówi "no, smaczne". Ja miałem podobnie ostatnio we Wrocławiu. Kumpel miał w lodówce zapas gose ze Stu Mostów i już po pierwszym łyku stwierdziłem, że muszę je mieć. Akurat miał ostatnią butelkę, która magicznie wylądowała dzień później w moim plecaku.

Kurde, dawno nie byłem w samym browarze... Fajne miejsce, dobrzy ludzie i spoko atmosfera. Będę musiał ich znowu odwiedzić przy najbliższej okazji, bo co jestem we Wrocku to mi nie po drodze do nich. Jeżeli natomiast nie piliście tego owocowego gose... rozumiem Wasze obawy. Wiadomo jak to u nas jest z owocami w piwie. Bardzo często potrafią przykryć wszystko, łącznie z podstawowymi aspektami danego stylu.



Etykieta, jak każda przy cyklu Salamander, wyróżnia się głównie nazwą piwa. Nic szczególnego, mogliby pomyśleć o małej zmianie grafik na swoich piwach (ale z utrzymaniem dotychczasowej stylistyki). Kapsel firmowy, napisy do wywalenia i będzie git. Piwo ma hipnotyzujący kolor, taka soczysta czerwień malinowa. Oczywiście jest też zmętnione. Piana mooożeee na dwa palce z dość krótkim żywotem niestety.


O tak, pachnie identycznie jak we Wrocku. Bucha to aromatami aż miło. Malinka jedna z lepszych jakie wąchałem w piwie, wyraźna i intensywna. Czy czuć w tym brzoskwinie? Ciężko powiedzieć... jest jakaś owocowa słodycz dodatkowa gdzieś w tle i tyle. Dodatkowo lekka pszenica. Całość zapowiada się cholernie orzeźwiająco...

... no i tak jest. Typowe gose: lekkie, rześkie, orzeźwiające. Duże wysycenie, ale jeszcze nie w granicach np. takiego grodziskiego. Na pierwszym planie kwaśne malinki, ale tak przefajnie wkomponowane w lekką pszenice. Tutaj też brzoskwinie się pojawiają i nikt nie powinien mieć problemu z ich identyfikacją, ewidentnie czuć ich słodycz w tle. Nie próbują jednak przykryć kwasku, dzięki Bogu. Goryczka minimalna. W sumie to bardziej czuć tylko takie lekkie smyranie po kubkach. Finisz okazał się być dodatkowo delikatnie pestkowy i... słony. Zdziwiłem się trochę, bo u nas zazwyczaj zapominają o tej jakże ważnej rzeczy w tym stylu. W sumie... to browarowi udało się odwalić naprawdę kawał dobrej roboty. Dodając owoce do tak lekkiego piwa nie przykryli nimi podstawowych smaczków (ahhh te solone nuty). Całość jest cholernie dobrze zbalansowana.

----------

Styl: Raspberyy and Peach Gose
Alk: 3,5% Obj.
Ekstrakt: 12,5%
IBU: 10
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki pszeniczne, chmiel Taurus, sok NFC malinowy, przecier brzoskwiniowy, drożdże Burlington.
Do spożycia: 06.06.2020


Nasycenie piwa "butelkowego" azotem (nie mylić z azotowaniem) nie jest czymś powszechnym, szczególnie na naszym rynku. Owszem mamy Guinnessa w puszce, którego nalewa się, dosłownie, w pionie, ale poza tym nikt się za to u nas nie wziął... do teraz. Browar Stu Mostów wyskoczył jak Filip z konopi ze swoją najnowszą serią piw. Dziś sprawdzimy sobie wersję najbardziej podstawową, bez dodatków itp.

Gdzieś z tyłu głowy człowiek ma takie dziwne przekonanie, że to nie mogło się udać. To Guinnessa działka była, zawsze. Czy browarowi z Wrocławia uda się uzyskać chociaż trochę podobny efekt? Zobaczymy. Ja się cieszę, że znowu zawitali na bloga, bo dawno ich tutaj nie było.



Jak zazwyczaj nie miałem problemu z wrocławskimi etykietami tak tutaj już mi się coś nie podoba. Przy tak małej butelce mnogość tekstu przeszkadza... Mogliby bardziej wyeksponować grafikę wektorową. Kapsel firmowy zawsze na propsie. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana, mimo nalewania w pionie, urosła do bardzo skąpych paru milimetrów. Przypominała trochę tą z Guinnessa, ale bardziej na zasadzie młodszego i trochę podupadłego na zdrowiu brata. Dość szybko też znikła ze szkła.


Przesadziłem z chłodzeniem... trzeba poczekać aż się skubany ogrzeje. Gdy już damy mu chwilkę odsapnąć dostajemy średnio intensywne zapaszki czekolady mlecznej, zbożowej kawy, karmelu i moooże delikatnego sosu sojowego. Kawa jest dość specyficzna, bo przypomina bardziej taką iście domową. Nie mogę się zdecydować, czy aromat jest słodki, czy może bardziej palony...

Okej... tutaj już czuć nasycenie azotem. Tekstura piwa jest cholernie gęsta (w końcu to monstrum ma 30 % ekstraktu), ale zarazem taka... puchowa, aksamitna, no jak zwał tak zwał. Dodatkowo przy tak niskim wysyceniu człowiek się nie musi zbytnio wysilać, aby to poczuć. W smaku już tak spokojnie nie jest, co trochę kłóci mi się z tym ciałem. No bo wyraźnie czuć mleczną czekoladę (przy braku laktozy) i wspomagające ją nuty karmelowe. Jest też kawa, która w tym przypadku jest mocno neutralna. Znowu pojawiają się skojarzenia z taką lekką kawą, zaparzoną w domu. Zaraz za nią czai się jednak coś kompletnie innego. To miks gorzkiego kakao, palonych słodów i orzechów. Te ostatnie odnalazły się wręcz idealnie w tej całej sytuacji. Goryczka minimalna. Przechodzi się praktycznie od razu do finiszu, który jest niczym innym jak paloną czekoladą półsłodką. Tak, wiem że takiego czegoś nie ma, ale uwierzcie mi, że w tym piwie akurat jest. Całość tworzy mega wybuchową mieszankę, poszukiwacze wyraźnych jak cholera RiSów będą bardzo zadowoleni.

----------

Styl: Nitro Imperial Stout
Alk: 11% Obj.
Ekstrakt: 30% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (jęczmienne, czekoladowy, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.09.2021


Ciężko jest. Mamy pierwszy stycznia i większość z Was czuje się podobnie jak ja. Może nie tak do końca trafiony przez tramwaj, ale dużo mi nie trzeba. Imprezowanie rozpocząłem od dzisiejszego piwa. W końcu trzeba zacząć przyjemnie ten sylwestrowy wieczór. Kolejnych nie opisywałem, nie byłoby to miarodajne.

Tak na marginesie zastanawia mnie ten fenomen fajerwerków. Nie rozumiem po co ktoś miałby wydawać kasę (i to nie małą) na coś, po czym nie ma śladu po jakichś 10 sekundach. Jako właściciel psa dostaję też spazmów jak widzę gówniarzy (i nie tylko) strzelających petardami tydzień przed/po sylwestrze... Nie powiem co bym mu przy czym urwał. 



Seria ART+ ma swój szablon, którego nie zawsze rozumiem. Na przykład w tym przypadku mamy bardzo fajną grafikę, ale co ona reprezentuje? No za cholerę nie wiem. Kapsel firmowy z grafiką po obu stronach (co dopiero teraz zauważyłem). Piwo ma ciemny kolor, coś pomiędzy brązem, a miedzią. Piana dość niska, szybko zredukowała się do kożucha, który widzicie poniżej. Ten trzymał się długo. 


Aromat jaki jest każdy kto pił "widział". Nieszczególnie wyraźny, głównie słodowy. Trochę przypieczonej skórki od chleba, karmel i nuta wanilii. Bardziej po tej słodkiej stronie, jak łatwo się można domyśleć. Szkoda, że z intensywnością jest spory problem.

Spodziewałem się czegoś bardziej cielistego... ale to głównie przez moje skrzywienie barley wine'ami i mocniejszymi wersjami wee heavy. Interpretacja Stu Mostów jest po prostu,  hmm, ok. Średnie ciałko gładko spływa po przełyku. Nagazowanie na dość umiarkowanym poziomie. W smaku jest głównie słodowo, trochę chlebowo, ale też owocowo. Śliwki i rodzynki na pewno się pojawiają. Cały czas, gdzieś z tyłu przyczaja się kakao. Robi za nawet fajną, ale słabą kontrę jeżeli chodzi o wszechobecną słodycz. Goryczka raczej niska i krótka. Nieszczególnie interesująca. Finisz za to bardzo zadziwiający. Oprócz wcześniejszych smaków pojawiają się też papryczki. Tak w dolnej granicy wyczuwalności, ale nieprzyzwyczajeni do ostrych przypraw mogą zakaszleć ze zdziwienia. Mi podoba się to, że habanero bardzo fajnie rozgrzewa wraz z dobrze ukrytym alkoholem. Po ogrzaniu wychodzą też delikatne orzechy. Naprawdę fajne, przyjemne i średnio wypełniające piwo z niedominującymi dodatkami (chociaż wanilia kompletnie zanika w ustach). 

----------

Styl: Vanilla and Chocolate Hot Scotch Ale
Alk: 6,7% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pilzneński, karmelowy 300 EBC, melanoidynowy, karmelowy 30 EBC, słód barwiący), chmiel (Magnum, Styrian Goldings), kakao, papryczki habanero, laski wanilii, drożdże S-04.
Do spożycia: 08.12.2018


Wiele rzeczy potrafi mnie zadziwić, ale rzadko kiedy są to te związane z piwem. I nie mówię tu o doznaniach organoleptycznych. Chodzi mi o sam pomysł. No bo człowiek przyzwyczajony był do beczkowych wersji piw ciężkich, tak? Taki RiS czy porter na przykład, a tutaj Browar Stu Mostów wyskoczył z leżakowanym w beczkach po rumie Schöpsie, który ma 4,3% alkoholu.

Dziwnie się z tym czuje. Ale nie neguje, w końcu nie ma co oceniać książki po okładce. Rum, wędzone śliwki i kwaskowata pszenica wydaje się być idealnym połączeniem jakby się tak dobrze zastanowić. 



Etykieta różni się nieznacznie od poprzedniej, zmienili tylko tło na dziwną biszkoptową biel. Kapsel firmowy, ten sam, nadal z niepotrzebnym tekstem na krawędzi. Piwo ma miedziany kolor i jest średnio zmętnione. Piany praktycznie żadnej niestety. 


Zapaszek idealny pod chłodne zimowe wieczory ma to piwo. Na pierwszym planie lekko wędzone śliwki tak minimalnie przypominające babciny kompot (bardzo zdrowy przecież). Do tego bliżej nieokreślona słodowość w tle, może lekko wchodząca w świeżo upieczony chleb. Niby prosty aromat, ale jakże przyjemny!

Przy pierwszym łyku przypomniałem sobie, że przecież to nie jest jakieś tam barley wine czy też inne grubaśne piwo (mimo podobnych skojarzeń smakowych). Owszem jest gładkie i aksamitne, ale zapchać się tym człowiek nie ma szans. Co nie oznacza oczywiście, że nie można się nim delektować. Wysycenie średnie, tak na idealnym poziomie bym powiedział. W smaku znowu kompocik ze śliwek, z subtelną, ale wystarczająco wyraźną wędzonką. W tle bardzo, ale to bardzo delikatna beczka i takie mrowienie na końcu języka od kwasku. To bakterie kwasu mlekowego dają znać o sobie. Jest pszenica i bardzo, ale to bardzo stonowany biszkopt. Goryczka marginalna, w sumie to można napisać, że jej nie ma. Finisz mało wyraźny w porównaniu z resztą, taki miodowo-wędzony. Nie zmienia to jednak faktu, że całość jest cholernie przyjemna i zbalansowana. Może i główny atut stylu, czyli kwasek, został zepchnięty na drugi (a może i trzeci lub czwarty) plan, ale w pełni rekompensuje nam to śliweczka, która zdziałała tutaj cuda. 

----------

Styl: Schöps Smoked Plums Rum Barrel Aged
Alk: 4,8% Obj.
Ekstrakt: 14,5% Wag.
IBU: "niskie"
Skład: słód (pszeniczny, pilzneński, caramel hell, caramel red, melanoidynowy, słód pszeniczny czekoladowy), wędzone suszone śliwki, chmiel Lomik, drożdże Empire Ale M15 Mangrove Jack, bakterie kwasu mlekowego.
Do spożycia: 01.05.2018


Dobieranie zimowego ubrania rowerowego do warunków pogodowych ciąg dalszy. Jestem zwolennikiem bramki numer 2 jeżeli chodzi o tę kwestię i wolę ubrać mniej warstw odzieży w zimie, ale za to lepszej jakościowo. Termika to podstawa, spokojnie może zastąpić minimum dwie warstwy "zwykłych" ubrań. Potem jakiś lepszy strój, w którym zazwyczaj jeżdżę w lecie i na to spodnie luźne i kurtka przeciwwiatrowa. 

Dlaczego ja o tym? Ano dlatego, że wybrałem się ostatnio przetestować taki wariant wraz z Truskawką z Browaru Stu Mostów. Szybka trasa, coś koło 5'C i krótki postój na uzupełnienie elektrolitów. Odzież wypadła całkiem dobrze. Nie zmarzłem nawet pod koniec gdy zaczął padać lekki deszcz ze śniegiem. Muszę jednak pomyśleć o kurtce nowej, aktualna jest o jakieś 2 rozmiary na mnie za duża... Problemy ludzi zbijających wagę. 



Jak wskazuje na to etykieta mamy do czynienia z piwem z serii ART+. Całość utrzymuje się w stylu innych etykiet browaru, czyli takie jakieś industrialo-minimalo-artyzmo-coś. Jak dla mnie grafika jest trochę za bardzo rozciągnięta po butelce. Kapsel firmowy. Ładny, ale z niepotrzebnym napisałem na obrzeżach. Piwo ma kolor pomarańczowy, ale z takim lekko czerwonym odcieniem. Jest wyraźnie zmętnione a piana rośnie wysoka. Niestety jest pokryta większymi bąblami co psuje jej image, ale utrzymuje się dość długo jak na tak dziurawą czapę. 


Aromacisko bardzo wyraźne trzeba przyznać. Milusi kefirek, bardzo kwaskowaty i mleczny. Do tego lekkie owocowe zacięcie w postaci truskawki. Coś na styl świeżo otwartego słoika dżemiku z tych owoców. Tak świeżego, że jeszcze ciepłego. Nie patrzcie tak na mnie, dobrze wiem, że sami otwieraliście jeszcze ciepły słoik babcinych wyrobów w młodości.

Patrze na notatki dotyczące smaku a tam: "ku... śnieg". Hmm, no tak. Wracając do truskawy, berliner weisse jak się patrzy. Pierwsze parę łyków to prawie, że czysty kwas mlekowy. Wyraźny, przyjemny (niby co?) i bez jakichkolwiek wad. Chcieliście przykład na idealny kefir w piwie? No to go macie. Dopiero po chwili zaczynają się pojawiać truskawkowe nuty. Goryczka marginalna, w sumie to nie jest tutaj potrzebna. Finisz zadziwił mnie najbardziej, bo truskawa zyskała na sile. W tle pojawiła się też zbożowość. Nie wiem na ile sobie to wymyśliłem, ale wyczułem w nim też odrobinę porzeczki. Całość orzeźwiająca, lekka i mocno wysycona. Fajny, wyraźny i lekko owocowy kwas. Z chęcią zabrałbym go na pierwsze wiosenne treningi.

----------

Styl: Berliner Weisse
Alk: 3,8% Obj.
Ekstrakt: 9,0% Wag.
IBU: 5
Skład: truskawki, słód (pilzneński, pszeniczny), chmiel (Comet, Huell Melon), drożdże US-05, bakterie (Lactobacillus lactis, Lactococcus lactis, Lactobacillus plantarum, Lactobacillus delbrueckii ssp. bulgaricus).
Do spożycia: 19.02.2017




Zabrałem ostatnio na rower truskawkowego Berliner Weisse z Browaru Stu Mostów i gdy przyjechałem cały w błocie do domu uświadomiłem sobie, że przecież w kopiach roboczych mam nieskończony wpis o innym piwie z tego browaru. I to nawet trochę podobnym.

Czym jest tajemnicze Schöps? Zapomnianym przez nawet najstarsze drożdże stylem, który podobno był bardzo popularny w szesnastowiecznym Breslau. Wrocławski browar postanowił wskrzesić ten "pszeniczny symbol miasta" i jak się okazało nie był to łatwy i przyjemny proces. Więcej możecie przeczytać na ich stronie (link na końcu wpisu). 



Firmowy kapsel bardzo ładnie się prezentuje. Wywalić niepotrzebny napis i będziemy mieli cudo. Etykieta dość prosta. Powiedzmy, że zachowana w stylu graficznym Stu Mostów. Krótki opis, pełna metryczka, wszystko na swoim miejscu. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się jaśniejszego piwa. Ku mojemu zaskoczeniu Schöps okazał się być bursztynowy i tylko delikatnie zmętniony. Piana urosła bardzo wysoko i z początku przypominała trochę zbite białka jajek. Po chwili zaczęła się szybko redukować pozostawiając dość pokaźny, ale dziurawy kożuch.


Zapaszki jakoś nieszczególnie wyraźne, ale dość intrygujące trzeba przyznać. Taka lekka kwaskowatość na bazie kefiru i bardzo delikatne zbożowe nuty. Momentami wyczuwalna też gałka muszkatołowa. O dziwo nie wydaje mi się, aby piwo miało być przez to słabe. Bardziej lekkie i sesyjne. Sprawdźmy.

Już przy pierwszym łyku czuć bardzo delikatną kwaskowatość, która towarzyszy nam do samego końca. Broń Boże nie może ona się równać z pitymi wcześniej przeze mnie sour ale, ale jeżeli dobrze rozumiem styl to właśnie o to chodziło. Potem jednak robi się... dziwnie. Ciężko jest to opisać szczerze mówiąc. No bo tak: podstawą jest lekka pszenica, do której można dodać też delikatną przyprawowość (znowu głównie gałka muszkatołowa). Po lekkim ogrzaniu wychodzi też miód, ale nie taki przesadnie słodki a bardziej... no nie wiem, gryczany? Dodatkowo, mocno w tle, pojawia się pewnego rodzaju biszkopt. Goryczka znikoma, delikatnie ziołowa. Finisz bardzo podobny do reszty, ale z większym naciskiem na kwaskowatość. Całość wydaje się być pełna i słodowa po pachy, ale... po wypiciu całej butelki taka wcale nie jest. Spokojnie mógłbym sięgnąć po kolejne butelki. Wysycenie średnie, pasuje. Co jeszcze bardziej zadziwia to to, że Schöps wrocławski nie jest wcale tak przesadnie słodki. Kwasopijcy będą na pewno marudzić, to samo  miłośnicy piw pszenicznych. Mnie to piwo zaciekawiło muszę przyznać i chętnie bym po nie sięgnął np podczas treningu rowerowego. 

----------

Styl: Schöps
Alk: 4,3% Obj.
Ekstrak: 14,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód (pszeniczny, słody jęczmienne: pilzneński; caramel hell; caramel red; melanoidynowy, słód pszeniczny czekoladowy), chmiel Lomik, bakterie (Lactobacillus lactis, Lactococcus lactis, Lactobacillus plantarum, Lactobacillus delbrueckii ssp. bulgaricus) drożdże Empire Ale M15 Mangrove Jack’s.
Do spożycia: 31.01.2017


Jeżeli chcecie wypić super ultra hipsterskiego crafta to mam dla Was radę: nie szukajcie go sami. Niech sprezentuje go Wam osoba, która na piwie rzemieślniczym się kompletnie nie zna. Jeżeli jej zależy to... znajdzie coś odpowiedniego. W moim przypadku jest to osóbka, która miesza Lecha ze Spritem.

Nie miałem nawet pojęcia o tym, że Browar Stu Mostów uwarzył piwo z marchwią (jakikolwiek styl by to nie był). Pierwsze co mi przyszło na myśl to kradzione z ogrodu sąsiada słodkie marchewki (prosto z ziemi), które wcinaliśmy z kuzynostwem podczas wakacji na wsi za młodu. Sprawa dawno przedawniona, proszę mi na bloga policji nie sprowadzać!



Etykiety browaru były zazwyczaj bardzo proste i minimalistyczne. Przyznam się szczerzę, że nie widziałem zbyt wielu butelek (jak już piłem ich piwa to zazwyczaj z kija), ale przy tej zauważyłem różnicę. Otóż mamy jakąś... grafikę! Nie mam pojęcia co na niej się znajduję, ale kolor czerwony nawiązujący do marchwi jest aż nadto widoczny. Kapsel firmowy. Ładny, aczkolwiek lepiej by się prezentował z samym logo. Piwo ma wyraźny, złotawo-pomarańczowy kolor. Jest równo zmętnione, jak z resztą przystało na pszenice. Piana to niestety żart, bardzo szybko się redukuje i od samego początku jest jakaś taka mało... spójna. Coś tam jednak próbuje przylepić się do szkła.


Pierwszy niuch z musztardówki artezanowej i już mam banana na twarzy. No pachnie karotką jak nic! Inaczej... sokiem marchwiowym Kubuś, tym z bananem i jabłkiem. Tego się nie da z niczym pomylić. Do tego lekkie zacięcie cytrusowe gdzieś z tyłu. Zadziwiające, naprawdę. Mogłoby być jednak trochę bardziej intensywnie.

Po pierwszym łyku mam bardzo duże skojarzenia z grodziskim, jest bardzo lekkie i cholernie mocno nagazowane, aż nosem wychodzi. Co od razu zaskakuje to poziom wytrawności, spodziewałem się czegoś o wiele bardziej słodkiego (ale mi to nie przeszkadza akurat). Na pierwszym planie zbożowość, lekko cierpka. Czyżby orkisz? Do tego bardzo delikatne drożdże. Goryczka bardzo krótka, ale za to zabójczo skuteczna. Profil ziołowy, bardzo fajnie wkomponowała się w zboże trzeba jej przyznać. Finisz to głównie ciągnące się od goryczy zioła z bardzo delikatnym dodatkiem miodu. Im dłużej się pije to piwo tym bardziej staje się ono wytrawne... Niestety marchwi nie uświadczysz. Chyba, że dacie się mu ogrzać. Wtedy rzeczywiście karotka wychodzi, ale samo piwo staje się średnio pijalne. Według mnie idealne po wysiłku, jak grodziskie. Szkoda, że w smaku coś nie pykło z marchwią. 

----------

Styl: Orkiszowe
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 11,8% Wag.
IBU: 23
Skład: słód (orkiszowy, jęczmienne, pszeniczny), marchew, sok jabłkowy, chmiel (Magnum, Hersbrucker, Cascade, Huell Melon, Amarillo), miód, drożdże.
Do spożycia: 30.07.2016


Mokry jeż, he he.

Wrocław jest specyficznym miastem. Zawsze uważałem je za to lepsze jeżeli porównać by je miał człowiek do Warszawy czy na przykład takiego Poznania. Mnogość lokali, multitapów, burgerowni (które mi się nigdy nie znudzą mimo przemijającego trendu) czy nawet browarów jest po prostu zadowalająca jak na takiego wieśniaka z zadupca piwnego zwanego Rio de Świebodzineiro. No bo co ja mogę z jednym, małym (ale bardzo dobrym) minibrowarem Haust, do którego mam około 50km rowerem? No i jeszcze trzeba być światowym i w ogóle prowadząc bloga piwnego...

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com