Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

Często zamawiam piwa przez internet. Jest to łatwy i przyjemny sposób zakupienia dobrych piw w miejscach, gdzie religia Ducha Kraftu jeszcze nie dotarła. Oczywiście, płacimy dodatkowo za przesyłkę ale dla mnie jest to połowa kosztów jakie musiałbym wydać na paliwo jadąc do najbliższego sklepu z lepszym piwem. Za każdym razem, gdy robiłem zamówienie intrygowała mnie informacja o najczęściej zamawianych piwach. W jednym ze sklepów na pierwszym miejscu cały czas utrzymywało się piwo bez lepku.

Szczerze to nie sądziłem, że mamy tylu bezglutenowców w kraju. Z tego co mi jest wiadomo żaden z naszych browarów nie produkuje tego trunku więc pozostaje takim osobom tylko importowane piwo, głównie z Czech. Zawartość glutenu w tytułowym leżaku to mniej niż 5 ppm/100 ml co według ludzi obytych w temacie jest bardzo dobrym wynikiem. 


Wygląd piwa niczym nie zaskakuje. Jest idealnie klarowne, kolor czystego złota. Piana jak w większości eurolagerów szybko opada ale przynajmniej zostawia po sobie ładny kożuszek. O jakiejkolwiek koronce zapomnijcie. Etykieta... jest prosta ale wyróżnia się na półce białym tłem i dość dużą, także białą krawatką. Człowiek sobie myśli: "O właśnie, bezglutenowe, czyste piwo jak ta etykieta". Ma to jakiś sens.


Nie ma co się oszukiwać, że doznania smakowe wbiją nas w ziemię. To jest zwykły, lekki lager i nawet producent tego nie ukrywa. Czesi chcą się po prostu podzielić czystym, lagerowym smakiem z ludźmi, którzy wcześniej omijali nasz ulubiony trunek szerokim łukiem. Czy im wyszło? Powiedzmy, że tak ale po czesku. Od początku jednak, aromat. Typowo czeski, słodowy z maślanym zacięciem. Mi to nie przeszkadza bo uwielbiałem kiedyś piwa od naszych sąsiadów. Jak się dobrze wczuć to nawet da się wywąchać chmielową, ziołową nutę. Całość na średnim poziomie intensywności. Plusem też jest fakt, że aromat nie jest tak słodkawy jak w większości eurolagerów. W smaku znowu typowy, czeski lager (i tak lepszy od naszych koncerniaków). Jest słodowo, wyróżniają się lekkie biszkopty z tak samo lekkim masełkiem. Dość słodkie, coś jak nektar kwiatowy. Minimalna, ziołowa goryczka subtelnie prowadzi pijącego do lekko ziemistego finiszu. Nagazowanie średnie, treściwość też. Lager jest nudny, nie ma co się oszukiwać. Jeżeli jednak jesteś bezglutenowcem i nie możesz czerpać z kraftowej rewolucji mogę spokojnie polecić Ci Celię. Wbija się idealnie w styl czeskiego lagera i na pewno zasmakuje Ci bardziej niż nasze koncerniaki. Jest nawet lepsza od niektórych, zwykłych, pełnych złego glutenu czeskich lagerów.


Drugie picie:

Obiecałem sobie, że już nigdy nie kupie wina w butelce po piwie. Niestety w sklepie nie mieli nic z rodziny porterowatych oprócz dubla z Primátora. No chyba, że człowiek wlicza ciemniaki czeskie do tej kategorii... ja chciałem się rozgrzać, szczególnie po pierwszym w tym sezonie skrobaniu szyby o poranku.

Bernard to chyba najbardziej rozpoznawalny browar czeski w Polsce. Osobiście wolę Krakonoša ale tego czasami trzeba szukać jak ze świecą. Bernardzika może człowiek kupić zazwyczaj w tescopodobnym przybytku a w moim mieście nawet w jednym z osiedlowych monopolowych. W sumie jak tak sobie teraz myślę to jeszcze rozpoznawalny jest Primátor… no i Svijany… no i Černá Hora… o Broumovie (czyli Opacie) nie wspomnę. Przy nich jednak też jest problem z dostępnością, przynajmniej w mniejszych miejscowościach.

We Wrocławiu możemy nawet zajść do restauracji firmowej Bernarda (zaraz przy ratuszu), gdzie leją piwo z beczki i gdzie można zjeść zajebistego burgera (aczkolwiek dość drogiego). W dodatku obsługa jest przemiła a i wystrój całkiem przyjemny co możecie zobaczyć we wpisie o lokalach wrocławskich przed WFDP. Uwielbiam ich ciemnego leżaka, jest po prostu idealny tak o na wieczór do kolacji, z beczki smakował jeszcze lepiej. Problem jednak jest jeden, browar bał się lub nie chciał po prostu wejść w trochę bardziej wymagające style piwne, do teraz.


Byłem mocno zdziwiony, gdy w świat poszła informacja o uwarzeniu Bohemian Ale (czyli takie belgian golden strong ale) przez Czechów. Z drugiej jednak strony, skoro Primator może uwarzyć IPA (które według wielu jest beznadziejne) to czemu Bernard nie może się trochę pobawić w craft? Efektem jest bączek, na którego etykiecie widnieje dumny napis "craft beer". Samo wykonanie niczym się nie wyróżnia, jest to standardowy szablon etykiet bernardowskich. Cieszy mnie jednak kapsel, w końcu będę miał coś z ich stajni na tablicy (zazwyczaj mają butelki z porcelanką). Od razu wyjaśnię też scenerię, testowałem akurat nową lampkę na rower (2400 lumenów) i jak widać dała radę nawet w ciemnościach. Samo piwo wygląda bardzo przyjemnie, lekko zamglone ciemne złoto, do bursztynu mu jeszcze trochę brakuję. Piana niska ale jakoś nieszczególnie się starałem żeby ją utworzyć. Jest za to zbita i równiutka z bardzo ładnym lacingiem.


Aromat intensywnością nie zachwyca i to już po wzięciu poprawki na szerokie szkło. Szkoda bo jest w czym wybierać, mamy trochę jabłka, gruszki i perfum połączonych z alkoholem. Nie ma się co bać, to nie jest "zapach" AXE, którego uwielbiają nadmiernie używać hejterzy mycia codziennego myśląc, że jeden psik pod zarośnięte pachy im wystarczy. Jest to po prostu przyjemny alkoholowy aromat o lekkim zabarwieniu delikatnych perfum kobiecych, jak najbardziej poprawny dla tego stylu. W smaku na szczęście bardziej wyraziste, jest owocowo i dość słodko. Znowu gruszki i to co najbardziej lubię w belgach czyli pieprz. Wszystko wsparte lekkim (i przyjemnym) alkoholem i dość wysoką goryczką, która w ogóle nie zalega. Bardzo fajnie wchodzi w harmonie z pieprzem i o dziwo tworzy delikatne (jak na belga) doznania smakowe. Nagazowanie dość wysokie ale w tym przypadku mi to nie przeszkadza. Finisz wytrawny, co dobrze kontrastuje ze słodkim początkiem. Nie zapycha, pije się szybko i przyjemnie. Średnio treściwe ale też na pewno nie wodniste. Wszystko fajnie ale da się wyczuć, że nie jest to taki 100% belg. W sumie można to uznać za jego wadę ale i zaletę. Mógłby być bardziej intensywny ale wydaje mi się, że browar chciał uwarzyć szeroko dostępnego belgian goldena, który nie odpychałby laików tylko wprowadzał ich w tajniki piwa z kraju brukselki i gofrów. Mi to odpowiada, idealne do bujania się w fotelu przy kominku.


I znowu mam pełną piwnice piw, które chciałbym wrzucić na bloga. Problem w tym, że nie bardzo mam ostatnio czas i znowu pewnie będę musiał większość wypić na szybko do grilla (bo data ważności). Tę paczkę dostałem od pewnego małżeństwa, na którego weselu zapijałem wódkę paulanerem... tak, nie jestem z siebie dumny ale o dziwo głowa mnie za mocno nie bolała następnego dnia. Pojechali sobie do Pragi pozwiedzać knajpy z piwami, Bon'a przywieźli z piwnicy nad którą mieszkali.

Śmieszna sprawa tak w ogóle. W Czechach jest coś takiego, że gdy barman przynosi Ci kolejne piwo musisz od razu powiedzieć, że to ostatnie. Inaczej przyniesie Ci kolejne gdy zobaczy, że kończysz pić. Z moją pamięcią na pewno za trzeźwy bym nie wychodził z takich przytulnych miejsc. Inna sprawa, że piwo jest tańsze niż woda... i jedzenie zamawia się do piwa a nie na odwrót. Istny raj, gdyby tylko mieli coś więcej niż dwa jasne i jedno ciemne w praktycznie każdej tawernie.


Pierwsze piwo z plastiku na blogu. Tak to już jest gdy dostępne są tylko z nalewaka a w kapslowanie nikomu się nie chce bawić. W sumie to może i lepiej, dzięki temu miałem więcej piwa bo 0,7l. Etykieta trochę mi się kojarzy z gotowymi szablonami np z beerlabelizer.com. Walnięta na szybko ale przynajmniej trafili z kolorem tła, które jest wręcz identyczne jak kolor piwa. Taka dojrzała skórka pomarańczy, bardzo ładnie się prezentuje. No ale w sumie to każde piwo, nawet największy sikacz będzie dobrze wyglądał w imperatorskim szkle. Piana ładna, drobna ale cholerne szybko opada do kożucha.


Trochę się bałem, data ważności pykła wczoraj. Pszeniczne zazwyczaj nie wybacza przekroczenia daty do spożycia. Szybki niuch i nie czuć żadnych negatywów, będzie dobrze. Głównym bohaterem jest banan, który mocno mi przypomina ten z wrocławskiego Spiżu, za czasów ich świetności oczywiście. Jest też dość mocno słodkawe, bardziej kwiatowo niż miodowo. W smaku od razu atakuje bezczelnie wysycenie, dawno nie piłem tak nagazowanego piwa... i tak przyjemnego zarazem. W każdym innym przypadku odpychałoby mnie to ale tutaj jakoś mi to pasuje. Bananowe, słodkie ale z przyjemnym kwaskiem, który bardzo fajnie kontruje tę słodycz. Nawet goryczka jest, krótka ale trzeba się cieszyć że w ogóle jest, taka ziołowa. Całość cholernie orzeźwiająca i pijalna. Podczas picia kwasek robi się coraz mocniejszy ale wcale to nie przeszkadza bo zaczyna przypominać cierpkość jabłka świeżego. Pod koniec może jeden, ale według mnie ważny minus: za mało w tym niuansów pszenicy. Jakiś chlebek albo lekka zbożowość by się przydała.


Jednym z moich celów na niedaleką przyszłość jest pojechanie do czeskiego Trutnova na lanego Krakonoša z jakimś typowym dla tego kraju daniem, oczywiście mięsnym. Zadaniem pobocznym jest oczywiście wypicie każdego piwa z tego browaru, może i nawet odwiedzić samą miejscówkę (jeśli oczywiście mnie wpuszczą). Jakoś tak lubię te piwa z Trutnova, co zrobisz.

Ucieszyłem się więc gdy znajomy przywiózł mi ich parę z wypadu snowboardowego właśnie w Czechach. Przyznam się szczerze, że ciemnego nigdy nie piłem a i data ważności jakoś tak zmusza do skosztowania. Za każdym razem, gdy wyciągam Krakonoša siedzi mi w głowie tekst, który zasłyszałem gdzieś: "Czesi nie potrafią robić piwa". Załączam więc Skunk Anansie i otwieram butelkę.


Bardzo mi się podoba etykieta, jak każda ich z resztą. Lubię te stylizowane na stare rysunki. Kapsel jednak mogliby poprawić, dodać jakiś kolorek. Brzydko ten brodacz wygląda gdy jest tylko zacieniowany na gołym kapslu. Samo piwo niczego sobie, piana co prawda szybko się burzy i strzela focha ale pozostawia po sobie kożuszek. Kolor przyjemny, ciemny, bursztynowy pod światło. Klarowne oczywiście.


Właśnie sobie przypomniałem, że miałem jechać do Tesco sprawdzić, czy są nowe Żywce... kusiło mnie przez chwilę, żeby zostawił Krakonoska ale kurde, straciłby na wartości zanim bym wrócił. Trzeba będzie pójść na piechotę, eh! Wącham go więc, jest fajnie, karmelowo ale nie za słodko. Da się też wyczuć lekkie palone słody. Z początku myślałem, że jest też alkohol. Po namyśle stwierdzam jednak, że bardziej mi to przypomina nalewkę ze śliwek. Chwila zwątpienia... (czy naprawdę chcę mi się iść na piechotę?)... łykam. Z początku słodkawy szybko zmienia się w połączenie palonego słodu z lekkim kwaskiem. Ta słodycz z początku to pułapka, całość jest mocno wytrawna co tylko potęguję paloność. Gorycz na bardzo niskim poziomie. Niestety wszystko razem wydaje się trochę tępe, jakby jednak coś tu nie grało. Nie zmienia to faktu, że jak na ciemne piwo jest ono lekkie i sądzę, że każdy wypiłby je bez większego grymasu. Ja jestem jednak lekko zawiedziony.


Ma człowiek czasami taki jakiś kaprys. Chciałby spróbować może nie czegoś nowego, ale bardziej zaskakującego. Jednym z takich kaprysów był Opatowy Absinth, na którego z resztą poluję cały czas. Dzisiejszym wymysłem mojej alkoholowej wyobraźni będzie ten sam browar z Broumov'a a głównym bohaterem: pieprz!

Zacznijmy może jednak od małej, swoistej anegdoty. Dając ojcu do spróbowania usłyszałem zabawny tekst, któremu towarzyszył lekki grymas: "EB było o wiele lepsze". No cóż, mentalności ludzi nie zmienisz. Doszło do tego jeszcze stwierdzenie że: "Przecie Czesi nie potrafią robić piwa!". Mój wewnętrzny diabeł zaczął się śmiać.


Długo się zastanawiałem nad szkłem, naszła mnie chęć na wypicie piwa like a sir więc chwyciłem pokal z Chimaya. Kurde no, podoba mi się jak cholera. Samo piwo prezentuje się w nim pięknie. Piana drobniutka, puszysto-biała. Utrzymuje się dość długo, kożuszek pozostaje bardzo cieniutki ale według mnie wygląda wręcz elegancko. Trunek prawie że klarowny, złoty... jak miód.


Wącham i... ohohoho. To nie jest słodkie, oj nie. Mimo szerokiego szkła uderza eksplozja ziołowych aromatów, prosto z młynka. I znowu wspomnienia z dzieciństwa i niezniszczalny młynek na baterie babci. Czytam sobie opinie w internetach z roku 2009 i oczom nie wierzę. Że niby masło i stęchła piwnica? Nigdy! Biorę łyk i odpływam. Ziołowość jest ale ma panicza, prowadzącego owieczki, w swoim rodzaju monarchę. Pieprz, taki dopiero co zmielony, prowadzi bliżej mi nie znane zioła jak jakiś heros. Panoszy się niesamowicie po przełyku. Co najdziwniejsze nie zalega, ulatnia się dość szybko co by za bardzo nie zmęczyć człowieka podczas picia. Gdzieś na samym końcu tej wesołej gromadki ciągną się słody, są jednak tak małe, że nikt na nie nie zwraca uwagi. Wbrew pozorom, nie jest też wodniste. Jest to kompletnie inne doznanie pieprzowe niż w Triplu Chimaya ale nadal cholernie zaskakujące i przyjemne. Normalnie narzekałbym, że nic innego nie ma w tym piwie. Że sam pieprz, że jest ciągle takie samo. Nie mogę jednak... jest takie smaczne.


Jakież to zdziwienie ogarnęło moją przerośniętą brodę gdy zobaczyłem to piwo w lodówce zaprzyjaźnionego sklepu monopolowego. No popatrzcie na tą etykietę. Aż przyjemnie się ogląda i każdy sikacz smakuje lepiej gdy się spogląda na tak pocieszny obrazek.

Najdziwniejsze jest jednak to, że piwo to pochodzi z czeskiego browaru Opat (w sumie to Broumov). Zadziwili mnie swoim Absinthem i całkiem przyjemnym czekoladowym, w sumie to muszę dorwać więcej Opatów w tym roku. Wracając do pasiastego pana w czapce, jest to dziesiąteczka czyli nie ma się co spodziewać szczególnych doznań smakowych. A może jednak?

Leje się spokojnie, piana rośnie do sporych rozmiarów. Niestety, szybko się redukuje ale pozostawia przyjemny kożuszek (trochę wielkości wąsa z etykiety) do samego końca picia. Kolor mocno wyblakły, jasny złoty. Pierwsza myśl: będzie wodniste jak cholera. Szybki niuch i od razu zmieniam zdanie. Aromat dość wyraźny, słodowy, trawiasty, trochę hmm... mokrych chmieli?


W smaku jest... lepsze niż niejedna 10' którą zdarzyło mi się pić to tu, to tam. Mocno słodowe, wbrew pozorom nie za słodkie. Pełne i zarazem orzeźwiające. Nagazowanie średnie, według mnie idealne. Goryczka pojawia się na końcu ale jest trochę za słaba jak na mój gust, a nawet jak na pilsnera. Jest dość krótka, trawiasta. Na początku myślałem, że będzie po prostu wodniste, nic z tych rzeczy. Nie jest tworem wybitnym, nad którym można snuć wykłady piwne godzinami ale jeżeli dobrze pamiętam, kosztowało mnie coś koło 3zł... spokojnie można nim zastąpić każdego z naszych koncerniaków.


Czasami człowiek zostaje oszukany tak, że aż go serce zaboli. Jestem prosty, dla mnie dwa plus dwa to cztery. Tak samo dla mnie piwo świąteczne to przyprawy/piernik. Namówiony wielce przez kumpla kupiłem Krakonosa Świątecznego. On sam robi sobie zawsze zapas jak tylko to piwo pojawia się w sklepach. 12 i 11 mi bardzo smakowały więc oczekiwałem pięknie pachnącego piernika.

Uwielbiam takie stare etykiety, słowiańskie, rysowane starą kreską. To samo na kapslu, ah! Butelka też jedna z moich ulubionych, grube szkło, wiesz że trzymasz coś solidnego w ręce. Kapsel trochę ciężko odszedł, no nic, przypadek! 

Po nalaniu tworzy się bardzo ładna piana, średnio się utrzymuje ale niestety nie pozostawia po sobie nic. Aromacik mocno słodowy, średnio wyczuwalny ale taki jak lubię czyli bez zbędnych słodkości ponad normę. Oczom natomiast ukazuje się czyste złoto.


Łykam i... będzie dobrze. Znane mi już ułożenie smaków. Do dziś się dziwie jak zwykły lager może dawać tak fajne doznania smakowe, być tak fajnie ułożonym trunkiem. Bardzo fajna podbudowa słodowa i gorycz, która przychodzi pod koniec. Jest też większa niż w poprzednich piwach. Dość pełne ale nie sycące, bardzo pijalne. Nic nie zalega, nie powoduje niepotrzebnych grymasów na twarzy. Słodycz trzymana w ryzach, najlepiej ze wszystkich Krakonoszy. Przepyszna czternastka... no właśnie.

Co to ma do świąt? Według mnie nic i to mi się nie podoba. Gdzie są pierniki, baa, gdzie jest coś innego, czego każdy oczekuje od piw świątecznych. Czuję się szczęśliwy ale zarazem oszukany. Czternastka spokojnie mogłaby wejść do stałego repertuaru piw z Krakonosa.


Pierwszym piwem z tego czeskiego browaru jakie próbowałem była Borůvka, którą piłem na Wrocławskim Festiwalu Piwa. Jakoś mocno mi nie zapadła w pamięci ale widząc pszenice postanowiłem dać im kolejną szanse.

Zacznijmy może od walki, która nie zawsze kończy się zwycięstwem. Ciężko było spienić to piwo. Próbowałem, lejąc jak szaleniec i podnosząc butelkę coraz wyżej. Ta mizerna, jak na pszenice, piana którą widzicie na zdjęciu to wszystko co udało mi się uzyskać. Jedynym pocieszeniem był kożuszek, który jako tako utrzymywał się do końca picia. Kolor trochę ciemniejszy niż w pierwszym lepszym pszenicznym. Aromat też nie zachwycał, był słaby. Niby banany ale jakieś takie dziwne... Dopiero po chwili zorientowałem się, że to... chmiel.

Bardzo dziwne.

Biorę łyk i czuję... słabość. Piwo jest dość wodniste. Niestety słabo jest też z orzeźwieniem, które mogłoby ratować Velenke. Wyczuwalny banan ale taki gorzki. Coś jak ta skórka co się czasami trafia w środku. Może to ten chmiel tak zadziałał? Niskie wysycenie, tym bardziej dziwi ogólna wodnistość. O goździkach czy innych przyprawach zapomnijcie. Nieprzyjemny posmak bananowy zostaje dość długo w ustach. Zostawiam, niech się trochę ogrzeje. 

I co? Nicość! Nie powiem, piłem gorsze. Jednak na pewno już z własnej inicjatywy nie wrócę do Velenki.


Parę dni temu w końcu dorwałem Krakonosową jedenastkę. W sumie to nie wiem czemu miałem takie problemy z zakupem. Jutro będę jechał po świątecznego więc jest to idealna okazja na przypomnienie sobie piwa z tego czeskiego browaru.

Patrząc na moją "degustację" dwunastki stwierdzam, że muszę zrobić to ponownie. Jest mi nawet trochę wstyd, że tak lakonicznie ją opisałem. No nic, może jutro też ją znajdę. Wróćmy jednak do 11' która już jakiś czas czekała na wypicie. Akurat miałem ochotę na coś jasnego i boy oh boy jakie cudo mi się trafiło.

Zacznijmy może (jak zwykle z resztą, duh) od piany. Bieluteńka, ładna i pozostawia ochronny kożuch. Kolor trunku to czyste złociszcze! W aromacie nic szczególnego, słody all around z dodatkiem lekkiego miodu. No no no, spokojnie mi z tą słodyczą!

Lejemy do gardła, ileż można wąchać. Tutaj od razu muszę napisać, że o nawet najmniejszym hejcie nie może być mowa. Ogólny smak słodowy, lekkie toffi nawet ale nie aż tak beznadziejnie słodkie. Goryczka jest, ale gra drugoplanową rolę. Niby nie jest to opis po którym można się spodziewać jakiś super doznań. Nie ma nic bardziej mylnego. To w jaki sposób każdy smak jest przedstawiony... o jezu. Mianowicie: każdy łyk zaczyna się słodyczą miodową/toffi (trwa ona milisekundę, tylko zaznacza swoją obecność) - potem wchodzą słody (fajne, zbalansowane) - na końcu wpada goryczka, jakby miała ukoronować każdy łyk pod sam jego koniec. Wszystko spływa szybko i przyjemnie, aż się prosi o ponowne przechylenie kufla. Średnie wysycenie czyni to piwo jeszcze bardziej pijalnym.

WWW

Siedzi sobie człowiek w domu, czyta różne pierdoły na internecie. Kątem oka widzi tekst: "DOSKONAŁE PIWO!" na profilu Piwnych Podróży. Zmusza się więc do podjęcia wyzwania, trzeba jakoś doprowadzić ten kursor myszki na linka i przeczytać o jakim piwie mowa. Iiiiiiiii click, success!

Moim oczom ukazało się zdjęcie Bernarda, ciemnego. Że niby doskonałe piwo z tego czeskiego browaru? Na pewno tworzą tam dobre piwa ale żeby je aż ta wychwalać... i nagle myśl, boing! Przecie mam to piwo schowane na kiedyś tam. Sprawdźmy je więc, i tak nie miałem nic lepszego do roboty.

Kaboom! Uwielbiam ten odgłos odskakującej porcelanki.

Lejemy to czarne złoto, piana z początku wydaje się ładna. To jednak tylko podstęp bo dość szybko znika niestety. Szybkie wąchanko i tu pierwsze zdumienie. Aromat to palona czekolada. Nawet nie wiem czy można uzyskać coś takiego ale ja miałem właśnie takie odczucia gdy mój nos był przyklejony do butelki, nie chciał się skubany od niej odczepić.

Pierwszy łyk, oj duża paloność, fajnie fajnie. Drugi łyk, na przód wychodzą kawa z czekoladą i pozostają już do końca. Trzeci łyk, gdzieś w oddali wyczuwalny karmel ale może tak przez pół sekundy. Najlepsza w tym piwie jest jednak jego konsystencja. Coś pokroju kogla-mogla ale na pewno nie aż tak słodkiego, oj nie. Goryczka średnia, a nawet taka bardziej delikatna. Mogłaby być większa ale wtedy całość nie byłaby tak fajnie zbalansowana. Tomek miał racje, doskonały ciemny lager.


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

A może by tak spotkanie z prezydentem? Jak na głowę państwa przystało ma to być kwintesencja czeskiego lagera, które idealnie będzie reprezentowało swój kraj za granicą. Hmmm, mam nadzieje, że nie wyjdzie z tego żadna choroba filipińska.

Zaczynamy od ładnej piany, która jednak trzyma się dość krótko. Czyżby początek choroby? Zaraz się przekonamy. Gulp, gulp, gulp. Coś jest nie tak... Mamy dość mocny słód ale na szczęście nie tak słodki jak w większości piw. COŚ jest zaraz za nim, chowa się. Piję dalej, no co to jest?! Chmielowość niska, goryczka słaba. Internet mówi, że taka goryczka to norma w południowoczeskich piwach, wychodzi więc na to że to nie są piwa dla mnie. Piję i piję, coś pozostaje na języku, ukrywa się w postaci goryczy ale wiem że to jakiś niechciany intruz (i w dodatku bardzo nieprzyjemny). Odstawiam na chwilę, niech się ogrzeje. Kolejny łyk... jest! W sumie to nie wiem z czego się cieszę. Ten niechciany intruz to metal. Nie tak mocny jak w raciborskim ale jednak. Ma też taki specyficzny smak. Taki... popsuty? Przeterminowany? Zgrzybiały? Gdyby nie ten mankament byłby to najzwyklejszy lager.


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Trzeba propagować piwa bezalkoholowe, wbrew pozorom potrafią czasami być lepsze od niektórych "prawdziwych piw". Co tym razem? Czechy i ich woźnica. Muszę przyznać, że etykieta i nazwa mnie rozbawiły, czy ktoś za czasów furmanek sprawdzał upojenie alkoholowe kierowcy? Najwidoczniej ludzie z tamtych lat przewidzieli, że takie czasy nadejdą. Otwieramy i bam! Ostro palony słód. Dziwne, niby miał być chmiel aromatyczny. Po nalaniu piana pnie się w górę dość ładnie, zostawia jednak brzydkie "wyspy" po opadnięciu. Tak jakby ktoś to piwo gotował i zdjął je z ognia stawiając od razu na zimnie. Mało to estetyczne według mnie. Pijemy! Znowu się zawiodłem, chmielu po prostu nie ma. Jest lekko palony słód, dość słodkie z taką kwaśną goryczką, która nieprzyjemnie zostaje w ustach. Pod koniec picia, po ogrzaniu, jest jeszcze słodsze. Bardzo średnie ogółem. No nic, szukamy dalej dobrego bezalkoholowego piwa!


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Kolejny Bernardzik. Zacznę od pochwały, bardzo dobra dziesiątka! Jasny bursztyn z dużą aczkolwiek szybko znikającą pianą. Lekka, z wyczuwalnym posmakiem drożdżowym. Troszku kwaśna, na plus oczywiście. Goryczka też jest, chmielowa, taka trochę ziemia z trawą (?). Pod koniec picia można nawet wyczuć jakieś warzywa, niestety nie skojarzyłem jakie dokładnie. Sama natura! Jedyny problem jaki mam z tym piwem to szybkość napełnienia żołądka. Po dziesiątce nie spodziewałbym się, że tak mocno można się jedną butelką napchać. Nie zmienia to jednak faktu, że przyjemnie się je pije. Taki panie, czeski pils! 


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Dziś mamy coś dziwnego. Już dawno nie piłem tak obojętnego piwa. Z wyglądu można nawet powiedzieć, że jest brzydkie. Barwę ma taką... brudną. Jedyne co może się spodobać to piana, gęsta i utrzymująca się. Pijemy, nic. Drugi, trzeci, czwarty łyk i dalej nic. Niby jest ogólny posmak pszenicznego, słaby banan z chlebem, ale dosłownie nic się nie wyróżnia, dziwne. Taki mix z blendera bez wyrazu. Pod koniec picia, po dość mocnym ogrzaniu bardziej wyczuwalne banany, takie już lekko przekwitłe. Grzechem byłoby stwierdzić, że jest pokroju pszenicy z Kampanii Piwowarskiej, w końcu orzeźwiło mnie w ten bardzo upalny dzień. Dodam tylko jeszcze, że browar należy do Heineken'a.


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Dzisiaj double feature w wykonaniu Svijany’ego: dziesiątka i trzynastka. Oba jasne, niepasteryzowane różniące się głównie ilością ekstraktu.

W 10 wyczuwalne nuty chlebowe, gorycz średnia. Piana szybko znika ale coś zostaje na ściankach. Kolor nie zachwyca, powiedzmy że wyblakły bursztyn. Wysycenie średnie, idealne jak na ten typ. Takie średnio/lepsze piwo, które jednak piję się szybko i przyjemnie w te upały. 7/10

W 13 mamy już więcej goryczki, to lubię! Co dziwne, nuty chlebowe mieszają się tu z lekko cytrusowymi. Piana tak samo jak w 10 znika szybko. Kolor ładniejszy od dziesiątki, pełny bursztyn. Wysycenie również idealnie pasuje. 8/10


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Kolejny ciemniak z Czech. Gdzieś jest jakaś gorycz, gdzieś jest jakiś karmel, gdzieś była jakaś piana (dość szybko znika i jest słabiutka). Właśnie wszystko gdzieś jest ale nie wiadomo gdzie. Lekkie piwo, niczym się nie wyróżnia. Byłem zdziwiony do momentu wejścia na ich stronę - Heineken, i wszystko jasne. 


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Co to jest… po prostu nie mam zielonego pojęcia co sobie Primator myślał robiąc to coś. Piwa lub choćby jakiejś jego namiastki nie ma w tym w ogóle. Najgorsze jest jednak to, że samego soku z grapefruita też. Jest to gazowana woda z dodatkiem proszku o smaku grapefruitowym. Tymbark gazowany ma więcej smaku. Won mnie z mojego podniebienia.


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Nie wiem jak ocenić to piwo. Plus za odwagę połączenia “zielonej wódeczki" z piwem ale z drugiej strony mocno wyczuwalny jest alkohol w postaci właśnie wódki. Jest coś jednak fajnego w tych ziołach. No nie wiem… 


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Drugie picie 11.12.2013:

Po wybiciu wspaniałej 11' stwierdziłem, że muszę wrócić i ponownie ocenić jej głębszą siostrę. Nadarzyła się okazja podczas zakupu sezonowego Krakonosa. Kurde podobają mi się te butelki, etykiety takie starawe, słowiańskie! Samo szkło grube i ciężkie, tak jak lubię.

Piana nadal jest nietrwała. Rośnie do dużych rozmiarów ale bardzo szybko znika do zera. Kolor typowy, czyste złociszcze. Aż chciałoby się wbić kilof w tą żyłę złota.


Kilofa nie mam, użyję więc nosa. Aromat mocno słodowy z miodem. O dziwo nie jest aż tak słodko jak w 11". Wyczuwalne nawet nuty chlebowe. Smak jest trochę inny niż u poprzedniczki. Podbudowa słodowa jest wystarczająca. Słodkawa ale zaraz za nią wpada sucha gorycz, która walczy jak blondyna z Władcy Pierścionka. W końcu wygrywa a winszuje jej bardzo delikatny kwasek, chlebowy na dodatek. Bardzo dobrze zbalansowane i pijalne piwo, nie ma jednak aż tak fajnych doznań smakowych jak 11'.

Oryginał:

Ktoś mnie ciągle dźgał patykiem żebym w końcu spróbował tego piwa. Skórę mam delikatną to się zgodziłem i zakupiłem. Gorycz fajna, ale długo zostaje na języku. Coś dodatkowego wyczuwałem w tym piwie ale za cholerę nie wiem co. Ot takie fajne jasne. Z tego co czytałem trzeba będzie kiedyś zakupić 11’ bo podobno lepiej wyważona jest. 


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com