Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doctor brew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doctor brew. Pokaż wszystkie posty
Doctor Brew... we meet again! Jak zapewne łatwo się jest domyślić nie jestem ich fanem. Owszem, zaczęli dobrze, ale potem "coś" się popsuło w ich rozumowaniu, a przynajmniej według mnie (i wielu innych ludzi pijących crafty). Wiecie, jak ktoś sprzedaje gazowane błoto w butelce i jeszcze się tym szczyci to... no cóż.
No i były też granaty, czyli piwa, które wybuchały w sklepach i w domach. Browar za każdym razem próbował się wywinąć pokręconymi odpowiedziami na żale klientów i ani razu nie przyznali się po prostu do błędu. O płatnych recenzjach nawet nie będę wspominał, bo po co. Aż tu nagle, ni stąd ni zowąd zaczęły się pojawiać pochlebne recenzję ich truskawkowego milkshake'a. I to u ludzi, których zdanie cenię jeżeli chodzi o piwo. Schowałem więc mój wewnętrzny hejt i zapolowałem na ich IPkę.
Grafika na etykiecie przypomina mi trochę Mario z czasów SNESa, nie wiedzieć czemu. Nie jestem jednak do końca przekonany czy tutaj pasuje. Kolory jakieś takie wyblakłe i ogólnie lekkie burdello. Kapsel firmowy fajny, ich logo idealnie pasuje. Piwo ma kolor miedzi i jest zmętnione tak jak trzeba. Piana za cholerę nie chciała się tworzyć za to. Nalewałem je chyba z wysokości pół metra, a widzicie co powstało.
Ale... dziwne. Aromat jest... bez wad, jakichkolwiek. Na pierwszym planie truskawki, potem mleczne nuty od laktozy. Znajdzie się też szczypta wanilii. Coś mi to przypomina... już wiem. Trochę Jogobellę truskawkową i/lub shake z MC. Baaardzo daleko w tle cytrusy. Ogólnie przyjemne zapaszki i nie powiedziałbym, żeby zalatywały sztucznością.
W ustach przyjemnie gładka i kremowa konsystencja stylu vermont/new england IPA. Lekko wypełniające, ale niezapychające (a przynajmniej nie za mocno) zarazem. Wysycenie średnie, pasuje wręcz idealnie. Wyraźna pszeniczna podstawa dźwiga na sobie bardzo przyjemny miks truskawek i laktozy, przyprawiony wanilią. Z początku całość wydaje się być też dość słodka, ale cytrusy w końcu się wybijają i trochę rozganiają to towarzystwo. Goryczka średnia, wyraźna i krótka. Trochę łączy się z kwaskiem, który wychodzi na finiszu (jak taka niedojrzała truskawka). Do tego bardzo delikatna żywica gdzieś na samym końcu. Bardzo dobrze się ta wytrawniejsza końcówka wkomponowała w tego shake'a muszę przyznać. Piwo naprawdę smaczne, efekt mlecznego shake'a jak najbardziej wyczuwalny. O dziwo jest ono też na swój sposób pijalne i spokojnie mógłbym wypić kolejne. Doktorzy powracają do łask?
----------
Styl: Milkshake India Pale Ale
Alk: 5,7% Obj.
Ekstrakt: 14,5% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pale ale, karmelowy, pszenica), chmiel (Citra, Mosaic, Amarillo), laktoza, przecier jabłkowy, koncentrat soku truskawkowego, wanilia, drożdże.
Do spożycia: 23.02.2018
Polska myśl piwna nauczyła mnie jednego: jak już robić grubaśne piwo to tylko ciemne, najlepiej RiSa. Może to przez ten wysyp młodych stoutów rok temu? Kto wie. Dlatego zdziwiłem się wielce gdy jako dary losu otrzymałem kolaboracyjne piwo browaru Spółdzielczego i Doctor Brew.
Kotwiczne, bo taką nazwę ma to piwo jest pszenicznym barley wine o ekstrakcie... 30% wagowo. Można się wymądrzać, że przecież jopejskie ma więcej, ale omawiany dzisiaj trunek można normalnie kupić w sklepie. Z jopejskim wiadomo jak jest.
Etykieta w stylu Spółdzielczego co mnie bardzo cieszy. Coś jednak spieprzyło się podczas drukowania, bo w pewnych miejscach kolory dziwnie wyglądają. Tak jakby tuszu zabrakło w drukarce (albo ktoś użył oszczędnej jakości wydruku). Piwo ma kolor ciemnej miedzi, ewentualnie rubinu. Jest zaskakująco klarowne, ale w sumie swoje odstało. Piana nikła, ledwo co urosła na jeden palec i bardzo szybko zredukowała się do poniższego kożucha. Ten jednak pozostał już do końca picia.
Zapach jest taki jakiego człowiek by się mógł spodziewać po tych parametrach. Zwyczajnie w świecie... ogrzewający. Po pierwszych niuchach poczułem się jak za młodego, gdy w chłodne jesienne wieczory z kuchni wydobywały się zapachy jeszcze gorącego ciasta drożdżowego. No dobra... Kotwiczne może i tak nie pachnie, ale skojarzenia pozostają. Jest słodko, owocowo i karmelowo głównie. Jakieś rodzynki, te ustrojstwa podobne do śliwek no... figi! Do tego nektar kwiatowy, delikatne zboża i cholernie przyjemny alkohol. Nie mówię tutaj o uwielbieniu do alkoholu ala pan Edzio spod Lewiatana, ale o idealnie dopełniającym całość szlachetnym alkoholu. No pięknie to pachnie.
Trochę się bałem wziąć pierwszy łyk. Trzeba w końcu mieć szacunek do tego ekstraktu... Mimo tego i tak miałem jedno wielkie zdziwienie na twarzy gdy po raz pierwszy spróbowałem Kotwicznego. Głównie dlatego, że to piwo po prostu nie wygląda na tak... cieliste. Jest gęste jak syrop klonowy i bardzo przyjemnie wypełnia całą jamę ustną, lepiej niż niejeden porter muszę przyznać. W dodatku nagazowanie jest na bardzo niskim poziomie. W smaku jest bardzo słodkie, ale to akurat można zaliczyć do pozytywów. Pierwsze skrzypce gra karmel, ciemne owoce (tutaj znowu rodzynki, suszone śliwki i figi), ale też trochę jasnych (suszone brzoskwinie i morele). W tle znajdziemy odrobinę biszkoptu i polnych kwiatów. Goryczka średnia do niskiej, ziołowa. Ciężko jest jej się przebić przez tą całą słodycz, ale w sumie to jej się nie dziwie. Na finiszu przyjemnie rozgrzewający alkohol z taką szlachetną miodową nutą. Łojezu... już nie pamiętam kiedy ostatni raz piłem tak grubaśne piwo w tak powolnym tempie i z taką przyjemnością.
----------
Styl: Wheat Wine
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: 30% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, karmelowy 30), chmiel Polaris, drożdże US-05.
Do spożycia: 30.11.2016
Chłodne jakoś się zrobiły te wieczory w środku lata... Co może zrobić człowiek w takiej sytuacji? Napić się RiSa oczywiście. Można też jakiegoś portera lub barley wine powoli sączyć, ale moje spalone podniebienie domagało się akurat stouta. Zszedłem więc do piwnicy i wyciągnąłem jakiegoś...
No właśnie, nie tak do końca "jakiegoś". Po pierwsze jest to piwo z browaru Doctor Brew, który ma u mnie bardzo nadszarpniętą reputację. Po drugie jest to trunek, który kosztował mnie coś koło 15zł za butelkę 330ml... No bo wiecie, unikat, leżakowany w beczkach itd. Jeżeli dobrze rozumiem chłopaki wlali swojego RISa i Barley Wine do beczek po bourbonie i brandy. Mi akurat udało się dostać stouta w bourbonie i barley wine w brandy (które leży w ciemnościach dalej). Oczywiście mogłem otworzyć jakiegoś zwykłego portera, ale doszły mnie słuchy, że owych Doktorków nie ma co leżakować...
No właśnie, nie tak do końca "jakiegoś". Po pierwsze jest to piwo z browaru Doctor Brew, który ma u mnie bardzo nadszarpniętą reputację. Po drugie jest to trunek, który kosztował mnie coś koło 15zł za butelkę 330ml... No bo wiecie, unikat, leżakowany w beczkach itd. Jeżeli dobrze rozumiem chłopaki wlali swojego RISa i Barley Wine do beczek po bourbonie i brandy. Mi akurat udało się dostać stouta w bourbonie i barley wine w brandy (które leży w ciemnościach dalej). Oczywiście mogłem otworzyć jakiegoś zwykłego portera, ale doszły mnie słuchy, że owych Doktorków nie ma co leżakować...
Tak jak o etykietach Doktorów nie ma co się rozpisywać tak o wyglądzie samego piwa już warto. Nie powiem, po przelaniu do szkła piana wyglądała wręcz wybornie (milordzie?). Zbita, beżowa i wysoka na trzy palce. Po paru sekundach jednak zaczęła się redukować gwałtownie aż w końcu nie pozostał po niej nawet mały kożuch. Samo piwo wydawało się być nieprzejrzyście czarne, ale to z czego niechybnie znany jest browar łatwo było zauważyć. Syf, mimo odstania butelki, unosił się wszędzie. Warto też wspomnieć o zabezpieczeniu trunku. Zalakowane i zastęplowane tak (czego chyba jeszcze u nas nie widziałem), że już po paru sekundach przeszedł mi kompletnie zachwyt nad estetyką i zacząłem się powoli denerwować. Nie chciał się ładnie skruszyć skubany. Na szczęście nic mi do piwa nie wpadło.
Nie żebym się spodziewał jakoś mocno intensywnego aromatu po takim czasie, ale miło by mi było gdybym jednak nie musiał dosłownie topić nosa w tym piwie. Dopiero wtedy coś człowiek wyczuje. Ogólnie prym wiedzie miks likieru i czekolady. Coś w stylu czekoladowych bombonierek z wiśnią ze średniej półki sklepowej. Do tego, gdzieś w tle, pojawia się jakaś taka dziwna guma balonowa i alkohol, który niestety przypomina trochę rozpuszczalnik. Po dość mocnym ogrzaniu wychodzi bardzo, ale to bardzo delikatna wanilia.
Pierwszy łyk i... lekki zawód już na starcie. To piwo nie ma ciała... a przynajmniej nie ma takiego, jakiego bym się spodziewał po nie tyle co RiSie, ale zwyczajnie po tym ekstrakcie. Wysycenie na szczęście niskie, nie dobija mojej tęsknoty za oblepiającym czarnym trunkiem jeszcze mocniej. W smaku nuty czekoladowe, lekko palone w dodatku. Do tego ciemne owoce, śliwki i rodzynki głównie plus karmel, który jeszcze bardziej podbija słodycz. No i ta delikatna wanilia, która jakoś tak dziwnie wysusza całość. Nie jest to nic złego bynajmniej. No i coś jeszcze... za cholerę nie wiem co, może to ten opisywany wszędzie kokos? Goryczka, o dziwo, dość wysoka, ale trzymana w ryzach. Jej profil to taki dziwny miks popiołu z żywicą chyba. Finisz bardzo długi i przeciągający się. Czekolada, popiół i alkohol, który na szczęście nie przypomina tego z aromatu. Przyjemnie ogrzewa przełyk, ale nie zapowiada tych ponad 10%. Napiszę szczerze... jestem pozytywnie zaskoczony smakiem. Wad jako takich nie ma, jest za to paleta smaków, które zabierają nas w bardzo zróżnicowaną podróż. Nie jestem jednak pewien, czy beczka aż tak dużo dała, może to przez to moje leżakowanie w piwnicy? No i gdyby ciało było bardziej wyraziste i oblepiające... Jest dobre, ale orgazmu, którego się zazwyczaj ludzie spodziewają po RiSie (leżakowanym w dodatku) nie ma.
----------
Styl: Russian Imperial Stout Bourbon Barrel Aged
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrak: 24% Wag.
IBU: 80
Skład: słód (pilzneński, karmelowy, czekoladowy, barwiący, jęczmień prażony), chmiel (Chinook, Galaxy, Ella, Centennial), ekstrakt słodowy, drożdże.
Do spożycia: 02.07.2016
Kontynuując nowy cykl pt. Brodate Granie postanowiłem tym razem sięgnąć po grę, w którą jeszcze nie grałem. No dobra... może nie tak do końca. Miałem krótki epizod z ESO podczas beta testów jeszcze przed wypuszczeniem jej na rynek, ale w sumie to się nie liczy przecie. Towarzyszącym mi piwem będzie Stopro! z browaru Doctor Brew, uwarzone dla internetowego hip-hop sklepu z odzieżą (podesłał mi je sam sklep mimo moich ostrzeżeń, że może nie być kolorowo). Co do samego tytułowego obrazka... tak wiem, jestem mistrzem Photoshopa.
Na pewno większość z Was zna gównoburzę, która trzyma się Doctor Brew już jakiś czas i nie chce ich zostawić w spokoju. Sprawa, zwyczajowo przeze mnie nazwana „Kopyr vs reszta blogerów” obiła się chyba każdemu o uszy. W skrócie chodzi o to, że Tomek ocenia zazwyczaj dość dobrze piwa z w/w browaru a większość pozostałych blogerów jedzie po nich jak po burej… no.
Dodajmy do tego fakt, iż Pan Kopyra degustuje owe piwa we współpracy z browarem i mamy piękny hejt wprost z najczarniejszych zakątków internetu. Ja się wypowiadać nie będę co do owego sponsoringu, a przynajmniej nie na trzeźwo. Biorąc pod uwagę moje wpisy na blogu nie podpadli mi za bardzo a ich premierowa Molly IPA była wręcz wyśmienita... tylko ile to miesięcy temu było. Natrafiłem na parę wpadek ale głównie przy okazji pub crawla, np podczas WFDP. Trzeba jednak dorosnąć i stawić czoło prawdziwym problemom polskiego craftu. Sprawdźmy więc dzisiaj kto tak naprawdę potrzebuje leczenia.
Etykieta jakoś nieszczególnie zachwyca, ale też nie odstrasza. Nie wiem co ma ten malunek oznaczać (zapewne nic), ale Doktorzy już nas zdążyli przyzwyczaić do tego szablonu na ciemnym tle więc powiedzmy, że jest ok. Jeżeli chodzi o sam wygląd piwa mam dość mieszane uczucia. Piana tworzy się skąpa i nie potrafi się utrzymać przy życiu. Kolor też jakiś taki… niby widać czerwonawe refleksy pod światło ale całość jest cholernie mętna i bardziej niż miedź przypomina błoto. Dałem piwu czas na odstanie więc tym bardziej mnie to dziwi.
Zacznijmy jak zwykle od aromatu. Intensywnością nie grzeszy, można mu nawet zarzucić, że jest dość słabo wyczuwalny. Tyle dobrze, że nie znika całkowicie po trzech łykach. Na pierwszym planie... Ameryka, tropiki i to dość słodkawe. Potem mamy długo, długo nic aż w końcu pojawiają się resztki mlecznej czekolady. Tyle z wątpliwych plusów bowiem do wesołej gromadki dołączają lakier do paznokci i cholernie sztuczna słodycz, coś jak obrzydliwe cukierki po taniości. Martwi mnie ten aromat. Pomijając wady jest on zwyczajnie w świecie chmielowy a nie o to chodzi w tym stylu przecie.
W smaku jest… cholernie płytkie i jednowymiarowe. To coś ma niby 16% ekstraktu? Nie rozśmieszajcie mnie. Uczucie wodnistości pojawia się praktycznie na każdym etapie picia. Jednoznacznie kojarzy mi się z rozwodnioną Colą (przez specyficzną, powiedzmy, że karmelową słodycz) z dodatkiem taniego wyrobu czekoladopodobnego. Co ja piję do cholery?! Goryczka znikoma, pestkowa, mimo słabej intensywności odpychająca. Finisz to już mokra szmata do ścierania podłogi. Całość jest przegazowana i zadziwiająco cierpka… To piwo jest straszne, nudne i obrzydliwe zarazem. Długo się zastanawiałem nad sensem wrzucania go na bloga bo dołączę w ten sposób do całego grona doktorowych hejterów. Większości nie podobało się to, że bardziej przypominało black IPA ale ja bym taki stan rzeczy przyjął w tym momencie z otwartymi ramionami. Na koniec postanowiłem sprawdzić oceny na Ratebeer i jeszcze bardziej się zdziwiłem... może jednak miałem felerną butelkę po prostu?
Jak wiecie z internetów i ostatniego Brodacza Miesięcznego na półkach w Tesco pojawiły się piwa browaru Doctor Brew, zaraz obok Pinty. Wczoraj doszły mnie słuchy, że do wesołej bandy dołączyli jeszcze Birbant i Faktoria. Miałem śmiały cel zakupu większości i uzupełnienia nimi listy wypitych piw, co by sobie każdy Janusz tescowy mógł sprawdzić na co wydać złotóweczki przy tych trochę zawyżonych cenach. Jak zwykle jednak plany poszły w cholerę i jak narazie do tej listy mogę dodać tylko jedno.
Doktorki jeszcze mi nie podpadły. Ba, robią całkiem dobre piwa. Problem w tym, że jakoś nie potrafią się wbić (albo po prostu nie chcą) w trend zimowy (jaki by nie był w tym roku). Skutkiem czego są same ipy-sripy, do wyboru, do koloru. Co prawda w piwnicy mam jeszcze ich australian weizenbock'a ale ten też jest nacytrusowany. To samo z ich piwem świątecznym, chociaż mi trafiła się wersja mniej nachmielona. Taki najwidoczniej panowie mają styl i nic nam do tego, chlip.
Co to znaczy "molly"? Nie mam zielonego pojęcia. Z jednej strony jest to powszechna nazwa czystego ekstazy, ale chyba nie o to im chodziło. Z drugiej jest to slangowe określenie perfekcji albo coś w tym stylu. Jak tak jednak patrze na morskie opowiastki na etykiecie to może jednak chodzi o to pierwsze... "Wlej do szklanki, przyłóż do ucha i posłuchaj szumu oceanu." Ktoś tu musi mi dać numer do swojego dilera. Po dłuższym studiowaniu internety oznajmiły mi, że jest to też pewien rodzaj ryby morskiej, to by akurat pasowało do opowieści. Zostawmy to już jednak bo piwo nalane a my się tu pierdołami zajmujemy. W wyglądzie piwa zdziwił mnie kolor, jest dość jasny, wyblakły jeżeli ktoś woli takie określenie. Nie jest to jeszcze poziom cytryny ale do pomarańczy mu daleko, lekko zmętnione. Piana bardzo przyjemna, wysoka, zbita, bielutka. Trzyma się średnio ale pozostawia sporą koronkę i zatrzymuje się na poziomie wysokości jednego palca.
Pochyla człowiek nos nad piwo a to go chwyta i powala na glebę jak jakiegoś bezczelnego młodzika. Aromat jest tak intensywny, ale harmonijny zarazem, że człowiekowi tylko jedno na myśl przychodzi: "holy fuck". Owoce... tropiki, cytrusy! Przez ułamek sekundy jest słodycz liczi lecz zostaje ona zgnieciona czystym (żeby nie napisać aryjskim) grapefruitem. Całość dopełnia mieszanka żywicy i dość obszernego lasu iglastego. Jest zima a ja mógłbym to wąchać godzinami... W ustach zaskoczeń ciąg dalszy. Mimo dość niskiego wysycenia jest cholernie rześkie. Goryczka może i jest na poziomie 95 IBU (i w dodatku jest przyjemnie grapefruitowa) ale jest też ładnie kontrowana przez słodycz. Mamy tropiki, głównie pod postacią mango i liczi, cytrusy z wyróżniająca się cytryną i mieszankę żywiczno-iglastą. No i ten grapefruit... Jest dość treściwe ale wchodzi gładko prawdopodobnie dzięki dodanym płatkom ryżowym. I znowu wychodzi na to, że pierwszy hejter IPA w okresie świątecznym podnieca się właśnie tym stylem... co jednak mam zrobić jeżeli to piwo wydaje mi się wręcz unikatowe. Wyróżnia się proporcjami smaków a w szczególności tym czystym grapefruitem.
Święta, święta i po świętach. Nażarliśmy się do granic możliwości (jak to w końcu tradycja nakazuje) i napiliśmy się tak, co by nam do Sylwestra starczyło. Ja miałem mocne postanowienie nie pić wódki w ogóle. Wiecie jak to jest... "Że mną sze nie napijeszzz?" może łatwo roztrzaskać taki, jakże ważny, cel życiowy. Na szczęście udało mi się wypić tylko dwa kieliszki czystej, z czego jestem niezmiernie dumny. Chociaż w sumie, Bozia pokarała mnie za niepodtrzymanie tradycji i przez cały weekend poświąteczny byłem chory aż do dziś...
Nie było łatwo muszę przyznać, głównie dlatego, że przyjechały do mnie dwa małe i urocze stworzonka (w tym moja chrześnica). Obie, młodsza szczególnie, zapatrzone są w jedną bajkę. Szczerze, nigdy nie doświadczyłem tego całego hejtu na utwór "Mam Tę Moc" z filmu animowanego Kraina Lodu (Frozen) ale przez te dwa dni to się zmieniło... Jak moja chrześnica nie rozrabiała (za dużo) tak jej młodsza kuzynka musiała mieć włączony teledysk do tego utworu bo inaczej marudziła jak cholera. Spać nie mogłem bo ciągle miałem w głowie tę melodie... the horror.
Piwo świąteczne od doktorków to nic innego jak żytnie, przechmielone i doprawione w ich stylu. Problem w tym, że panom coś odwaliło i postanowili rozlać tylko połowę a drugą dochmielić na zimno. Mi trafiła się pierwsza wersja co można stwierdzić po dacie przydatności, czy żałuję? Nie bardzo. Zdziwiła mnie też trochę etykieta, zamiast zmienić tylko nazwę piwa (jak to mają w zwyczaju) dodali też płatki śniegu po całości i wstęgę... szok. Tak na serio jednak podoba mi się ich podejście do prostych, jednolitych etykiet i taka mała zmiana na święta jest jak najbardziej dopuszczalna i mile widziana. Co do samego piwa, na pierwszy rzut oka widać, że to żytnie. Specyficzny brudek, ciemnobrązowy kolor i gęstość. Miało też dziwne, ledwo widoczne białe łuny ciągnące się od dna, których jeszcze nigdy w piwie nie widziałem. Piana gruba na jeden palec była drobna i wydawała się twarda ale czas szybko ją zweryfikował. Drobny kożuszek to wszystko co po niej zostało.
Aromat bardzo wyraźny jak na Grubą Bertę (tak zwykłem już mawiać na shaker AleBrowaru). Dość słodki, świąteczny, przyprawowy i co najważniejsze piernikowy. Goździki, gałka muszkatołowa i cynamon chyba najbardziej dają się we znaki. Z domieszką reszty przypraw tworzą mocne, piernikowe zapaszki. Reszta aromatów, które niby powinny się tu znaleźć raczej już dawno utonęła w tej świątecznej woni. Dopiero teraz zacząłem się zastanawiać co się stało po tym dodatkowym chmieleniu na zimno… wątpię jednak, żeby mi się chciało szukać drugiej wersji. W smaku jest jeszcze bardziej przyprawowo niż w aromacie. Piernik depcze po wszystkim jak jakiś gigant i nie zostawia jeńców. Z początku machała szabelką leciuteńka słodycz ale została zmiażdżona praktycznie od razu dużym palcem stopy. Najwaleczniejsza okazała się ziołowa goryczka lecz i ona uległa. Jak szybko się pojawiła tak szybko znikła, no i na pewno nie miała tych zadeklarowanych 48 IBU. Zamiast niej lekko zalega cynamon, który w tej postaci mi akurat nie przeszkadza. Alkohol za to gra rolę skrytobójcy, piernikowy gigant go nie widzi więc ten atakuje nas złowieszczo gdy tylko zaczyna nam się podobać dopiero co wzięty łyk. Jest drętwy i nieprzyjemny, na szczęście nie zostaje na długo. Całość jakoś ratuje gęstość tego piwa, jest oleiste, przyjemnie wypełnia gębę i dzięki bogu jest nisko wysycone. No ale właśnie, gęstość gęstością ale gdzie to żyto? Nie ma i nie będzie, piernik zdeptał. Gdyby ten cholerny alkohol zamienić na coś słodszego i może pomarańczowego (?) to byłoby cholernie przyzwoite piwo świąteczne, przynajmniej dla mnie (i pewnie taka okazała się wersja dochmielona...).
Jako rowerzysta uważam, że teraz, gdy listopad tuż tuż, trzeba chwytać każdy cieplejszy dzień. Co prawda chwytam się sam bardzo często na lenistwie i podejściu, że przecie jutro mogę pojechać do lasu/nad jezioro/na pole. Wczoraj jednak, mimo siedzenia na wykładach od 7:30 coś mnie tknęło i w ten piękny, i o dziwo cieplejszy dzień, wybrałem się na kładkę aby nie pić piwa w domu.
Trasa zbyt krótka abym mógł ją traktować jako prawdziwy wyjazd Pijanego Rowerzysty. Prawdą jest jednak, że jesienny las nie zna pojęcia odległości i człowiek wyjeżdża z niego zawsze tak samo upaprany błotem. Nie żeby mi to przeszkadzało, może bardziej mojej chęci mycia roweru później. Ale ten, no… wyjmując piwo z plecaka zauważyłem jedną dziwną rzecz. Mamy koniec października a nad jeziorem były rozbite dwa kampingi… marznąć nad jeziorem to każdy jeden by chciał ale robić nie ma komu!
Tak jak podobają mi się proste etykiety Doctor Brew tak ta wymusiła na mnie tik oczno-nerwowy. Jest krzywo przyklejona co kompletnie zaburza estetykę. Tak, czepiam się. W butelce piwo przypomina Żytorillo, jest mętne (ale to głównie przez wertepy i obijanie się w plecaku, w domu było widać syf na spodzie) i o dziwo ciemnobrązowe. Piana wysoka, redukuje się powoli i z gracją zostawiając nie tylko osady na szkle ale też swoisty grzyb nuklearny na środku.
Siadam sobie więc na kładce wygodnie aż tu nagle podchodzi do mnie jegomość z zapytaniem czy ryby biorą. Odpowiedziałem mu, że na rybach to ja się znam jak na wielbłądach więc sam wgramolił się na chwiejnej postury mostek i z dezaprobatą na twarzy popatrzał na wodę. "No kurde nie biorą" stwierdził po chwili i pojechał na swoim miksie taniego skutera z simsonem w siną dal. Patrząc się na jego znikającą sylwetkę zacząłem wąchać swój czarny skarb. Niestety chmieli w nim było jak na lekarstwo. Kapeczka owoców i żywicy. Czekolady jest za to sporo, zaraz za nią ciągnie się przyjemna paloność. W ustach sytuacja się odwraca. Jest cholernie dużo żywicy, która nie pozwala się nikomu przebić. Wspiera ją lekka, palona czekolada. A co chciałoby się przedostać? Powiedzmy takie brzoskwinie i mango, które jak tylko wychylą nos z kąta dostają takiego kopniaka w dupę od żywicy, że aż spadają po schodach do piwniczki łamiąc przy tym większość kończyn. Goryczka niska, zbyt niska. Zamiast niej mamy dość wyraźny kwasek pod koniec, przyjemny nawet. Po ogrzaniu paloność zwiększa się i kompletnie unicestwia owocowość. Pozostaje tylko żywica, czekolada i popiół... i kwasek. Nagazowanie wysokie, zbyt wysokie jak dla mnie. Mimo tego nonic bardzo szybko zrobił się pusty. Stylowo jest bałagan i piwo przypomina trochę niezdecydowanego i rozpieszczonego bachora w supermarkecie. Moja stoutowa natura podpowiada mi jednak, że jest to pewnego rodzaju artystyczny nieład bo to co wypiłem mi po prostu smakowało. I co ja mam zrobić?
Dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez literkę "S". Głównie przez dwa słowa: słońce i skur*****stwo. Oj tak, nie będzie tylko miło i przyjemnie. Dlaczego? Ano sezon w pełni, dlatego. Szczęście w nieszczęściu mieszkam w regionie pełnym jezior. Przez większą część roku jest fajnie, głównie przez trasy rowerowe blisko akwenów wodnych. Problem pojawia się gdy robi się gorąco. Wtedy wieśniactwo ludzkie wychodzi z obory i pakuje się do aut.
Po failu przy warzeniu własnej IPA trzeba się jakoś uleczyć. Wypadałoby wypić coś mocno tropikalnego i goryczkowego. Zapas Grand Prix już mi się skończył, Brackiego Championa nie mam zamiaru ruszać przed końcem wakacji. Patrzy jednak na mnie Sunny Ale od Doctor Brew... przypadek? Nie sądzę.
Cała otoczka związana z tym browarem bardziej mnie śmieszyła niż denerwowała. Moje bzdurne poematy, które czasami wypisuje w degustacjach, chowają się do ich tekstów na fanpage. Na szczęście mnie nie dotknęła cała ta sytuacja, lekko wojenna, związana z blogerami piwnymi. Dlatego właśnie na spokojnie mogę wypić i ocenić ich pierwsze piwo, bez wyrzutów sumienia, że robię to pod wpływem emocji.
Cała otoczka związana z tym browarem bardziej mnie śmieszyła niż denerwowała. Moje bzdurne poematy, które czasami wypisuje w degustacjach, chowają się do ich tekstów na fanpage. Na szczęście mnie nie dotknęła cała ta sytuacja, lekko wojenna, związana z blogerami piwnymi. Dlatego właśnie na spokojnie mogę wypić i ocenić ich pierwsze piwo, bez wyrzutów sumienia, że robię to pod wpływem emocji.
Kapsel golas więc dałem zdjęcie owej poezji ku uciesze waszych oczu i umysłu. Etykieta prosta i jakoś mi się cholera zbytnio nie podoba. No bo kurde dwie podstawowe czcionki plus swoistego rodzaju logo otwieracza do butelek (lub tego dytka od puszki). Jedyny plus to info z tyłu o IBU, użytych składnikach itd. Piwo natomiast prezentuje się bardzo ładnie. Piana drobniutka jak obłoczki na niebie, o dziwo trzyma się dość długo i bardzo ładnie oblepia szkło. Kolor bardzo przyjemny, taki pomarańcz albo brzoskwinka a może i nawet bursztyn. Nie jest jakoś mocno sunny ale mi się podoba.
Usiadłem sobie spokojnie na bujaku wprost z Castoramy i patrząc na psa biegającego za własnym ogonem zacząłem wąchać. Omajgad, rzeczywiście jest słonecznie (mimo tego, że słońce już zaszło za domami sąsiadów). Mega dużo cytrusów, głównie grapefruita z lekką żywicą. Aż się w głowie kręci od tych doznań. Sam zapach pomaga mi zapomnieć o tych 40 butelkach piwa w piwnicy, które prawdopodobnie trzeba będzie wylać. Łykam więc i po chwili łapię się na tym, że zaraz mi się nonic pusty zrobi. Pierwsze piwo Doctor Brew jest cholernie pijalne. W smaku mamy wszystko czego oczekiwałem po tym trunku, mocna goryczka (w końcu 83 IBU), grapefruit zatopiony w żywicy i nawet gdzieś na początku pojawia się lekka słodowa słodycz. Nie zgodzę się z tymi co piszą, że goryczka jest przesadzona i nieprzyjemna. Może i troszkę za długo zalega ale jak dla mnie jest bardzo... smaczna i dlatego mi w ogóle nie przeszkadza. Doctor Brew saved my day!




































