Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lager. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lager. Pokaż wszystkie posty
Na polskiej, jak i zagranicznej scenie craftowej pojawia się wiele trendów. Trochę słabe jest jednak to, że nie potrafimy za bardzo wykreować własnych (no może oprócz popytu na grodziskie parę lat temu). Podobnie jest i tym razem, chociaż chyba w trochę mniejszej skali. Moda na craftowe lagery zaczęła się w tamtym roku i jej, chyba, najbardziej znanym przedstawicielem było piwo Kryształ (teraz, po pewnych prawnych perturbacjach związanych z Perłą po prostu "K"), czyli kooperacja Pinty i browaru Łańcut.
Ludzie rozchwytywali to piwo, blogerzy nazywali je fenomenem, a ja siedziałem sobie wtedy z boku i drapałem się po głowie. Tak samo jak w przypadku Pierwszej Pomocy z Pinty, które swojego czasu chodziło po 8-9zł za butelkę... Odświeżona wersja Kryształu kosztowała w jednym z multitapów bodajże 16zł. Ja rozumiem, że każdy może sobie robić co chce w swoim lokalu, ale to akurat pokazuje skalę odrealnienia społecznego, które nas dosięgnęło. Że tak się zapytam wprost: gdzie tu ku$!% craft?
Dobra, zajmijmy się samym piwem, bo mnie ten wewnętrzny hejt zje do reszty. Z zewnątrz całość wygląda spoko. Etykieta wzorowana na te starodawne, mocno kojarzące się z "jasnym pełnym" dawnych czasów. Kapselek firmowy, łańcutowy. Piwo mieni się ślicznie złocistym kolorem z zerowym zmętnieniem i ma typową dla lagerów pianę: bielutką i dość wysoką. Opada w średnim tempie przy akompaniamencie sporych bąbli.
No pachnie to... lagerowo. Co prawda tak poprawnie i intensywnie (co nie jest spotykane dość często w koncernowych lagerach), ale nadal... lagerowo. Słodowość na pierwszym planie, jest słodko, ale też nie ulepkowo na szczęście. Wyróżnia się chmiel, co jest wielkim zaskoczeniem. Duża porcja chmielowych ziół i trochę mokrej trawy. Nie powiem, już teraz robi się rześko i przyjemnie.
Zachęcony wziąłem spory łyk i muszę przyznać, że coś we mnie pękło. Kojarzycie tą scenę z Ratatouille z flashbackiem? Tak się poczułem właśnie. Życie stało się prostsze, bez zbędnych udziwnień. Całość chrupka, jak ten wymarzony pils za trzy zyle. Wysycenie średnie do dużego. W smaku słody (takie trochę ciasteczkowe, czy też biszkoptowe) przegryzione sporą dawką chmielu, który pozostaje jednak na drugiej pozycji. Tutaj znowu zioła i dopiero co zroszona trawa, świeżo skoszona. Goryczka nadzwyczaj wyraźna, ale też przyjemnie punktowa. Na finiszu troszku więcej ziół wyczuwam. Całość cholernie orzeźwiająca, z czystym lagerowym profilem, którego ze świeczką można szukać w koncernowych piwach. Tak, zachwyciłem się. Niestety bardzo szybko przypomniałem sobie o cenie i typowym podejściem kopyrowym, jako że craft musi być drogi i szczerze? Odechciało mi się.
Zachęcony wziąłem spory łyk i muszę przyznać, że coś we mnie pękło. Kojarzycie tą scenę z Ratatouille z flashbackiem? Tak się poczułem właśnie. Życie stało się prostsze, bez zbędnych udziwnień. Całość chrupka, jak ten wymarzony pils za trzy zyle. Wysycenie średnie do dużego. W smaku słody (takie trochę ciasteczkowe, czy też biszkoptowe) przegryzione sporą dawką chmielu, który pozostaje jednak na drugiej pozycji. Tutaj znowu zioła i dopiero co zroszona trawa, świeżo skoszona. Goryczka nadzwyczaj wyraźna, ale też przyjemnie punktowa. Na finiszu troszku więcej ziół wyczuwam. Całość cholernie orzeźwiająca, z czystym lagerowym profilem, którego ze świeczką można szukać w koncernowych piwach. Tak, zachwyciłem się. Niestety bardzo szybko przypomniałem sobie o cenie i typowym podejściem kopyrowym, jako że craft musi być drogi i szczerze? Odechciało mi się.
----------
Styl: Lager/ Jasne Pełne
Alk: 5,2%
Ekstrakt: 12,5°
IBU: b/d
Skład: słód (premium pilsner, carapils), płatki ryżowe, chmiel (Styrian Cardinal, Styrian Wolf), drożdże dolnej fermentacji.
Do spożycia: 31.01.2020
Wschodnia Europa rządzi się swoimi prawami. Taki Polak na przykład dostaje szału jak wyczuje na dworze temperaturę powyżej 10'C. Wyjmuje wtedy z lodówki dawno zamarynowane mięso (specjalnie oczekujące pierwszych ciepłych dni wiosennych) i idzie rozpalać grilla. Mamy podobnie ze znajomymi, ale dorzucamy jeszcze do tego planszówki pokroju Talizmanu itp.
Problem (jak co roku) pojawia się z wyborem piw. Wyjścia są dwa: albo kupujesz sprawdzone i modlisz się, aby jakość kolejnych warek trzymała poziom, albo ryzykujesz coś nowego. Wczoraj zaryzykowałem "najnowszą" (tak wiem, premierę miało to piwo już jakiś czas temu) Podróżą Kormorana, czyli goryczkowym, amerykańskim lagerem. Wredni mogą powiedzieć, że trochę słabo jak na craft, ale do grilla pozycja idealna się wydaje według mnie.
Etykieta nie zmieniła się w ogóle. Ładna grafika przypominająca człowiekowi stare dobre czasy, gdy craft się rozwijał prężnie i nikt nawet nie myślał o aferach. Niestety nadal jest niechlujnie przyklejona. Trochę szkoda, bo papier jest naprawdę premium, no i ktoś się namęczył przy tych ich "morskich opowieściach". Piwo ma złoty kolor i jest ciut zmętnione, duża porcja syfu zostaje bowiem w butelce. Piana wysoka, ale dziurawa. szybko się redukuje do dość pokaźnego krateru i taka już pozostaje przez dłuższy czas.
Nooo... nie zaczyna się za dobrze. Aromatu to to za dużo nie ma szczerze mówiąc. Głównie słodowe: trochę chlebka z odrobiną masła. Tego ostatniego już dawno nie czułem w piwie muszę przyznać. O jakichkolwiek chmielach (tym bardziej amerykańskich) słuch zaginął. Nie zdążyłem nawet przewrócić mięsa na grillu, a już zapaszków kompletnie nie było.
W smaku jest już lepiej, ale też nie przesadzałbym z zachwytami i innymi ohami i ahami. Ciałko jest jak przy dobrej czternastce, a i wysycenie dość mocne się wydaje. Całość ma takie przyjemne, chrupkie zacięcie. Jest słodowo, czysto i lagerowo (na serio w tej kategorii nie ma się co rozpisywać), ale też wytrawnie. Trochę mnie to przy tym stylu zmyliło, ale tak zaskakiwany to ja mogę być codzienne. Goryczka niska, można by było popracować trochę nad jej wzmocnieniem. Finisz psuje trochę odbiór piwa, bo zalega nieprzyjemnie taką jakąś dziwną nutą kredową. Ogólnie spoko, do karkówki jak znalazł (szczególnie w kontekście pospolitych eurolagerów). Nawet dość duża ilość alkoholu jest naprawdę bardzo dobrze ukryta. Problem polega na tym, że za cholerę nie ma wyczuwam w tym amerykańskich chmieli... No i nie pasuje mi to jako całość do cyklu Podróże Kormorana, w ogóle.
----------
Styl: Brut American Lager
Alk: 7,5% Obj.
Ekstrakt: 14,5% Wag.
Goryczka: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 27.05.2019
Z tym piwem stworzonym przez blogerów to zawsze był problem. Jak browar próbuje uwarzyć coś, co w zamyśle ma być połączeniem wszystkich chorych fantazji polskiej blogosfery to... to nie może się zwyczajnie udać. No nie da się tego wszystkiego zmieścić w jednym piwie. Wyjdzie coś na styl tegorocznego YouTube Rewind (takie tam młodzieżowe nawiązanie do tematów akurat na czasie).
Brokreacja (jak i sama brać blogerska) zrozumiała to w tym roku i dlatego uwarzyli... zwykłego pilsa, a tak dokładniej to czeską desitke (od ilości ekstraktu). W zamyśle bardzo proste, orzeźwiające piwo. Znowu mnie nie było na warzeniu jak i na premierze, dlatego udałem się ostatnio do sklepu i za swoje ciężko zarobione dukaty kupiłem jedną butelkę. Jak to mawiał Ultron w Avengersach: "There are no strings on me", dlatego mogę Wam szczerze i bez krępacji napisać co o nim myślę.
Ale najpierw, wygląd. W tym roku chłopcy poszli po bandzie i na etykiecie znalazła się sylwetka, co tu dużo pisać, uwalonego blogera. Były takie przypadki i to dość znanych osobistości, ale nie będziemy tutaj wytykać palcami. Sama grafika jak zwykle trzyma wysoki poziom. Kapsel firmowy, no ale dalej ma te niepotrzebne nikomu napisy. Piwo, jak to przystało na jasnego dolniaka, ma złocisty kolor (prawie przejrzysty) i pianę na dwa palce, a przynajmniej na początku. Redukuje się w dość szybkim tempie, ale spory kożuch pozostaje prawie do końca picia.
Tak właśnie powinna pachnieć świeżynka (i nie mam tutaj na myśli wyrobu mięsnego). Wyraźny i utrzymujący się aromat zbożowy, moooże delikatnie wchodzący w chlebek. Do tego zroszona trawa i umiarkowane muśnięcie ziołowe. Jak się ogrzeje to wychodzi słaba kukurydza, ale to tak naprawdę gdzieś w tle.
Sam aromat zapowiadał dość "chrupkie" piwo, czyli jak to mawiają wielbiciele pilsów: "takie, jakie być powinno". Wiecie co? Właśnie takie jest. Już przy pierwszym łyku czuć zadziorną na swój sposób lekkość i orzeźwienie. Wysycenie na średnim poziomie, pasuje idealnie. Mamy przyjemną podstawę słodową, czyli takie tam zwiewne zboże i trochę świeżego chleba. Doprawione ziołami i to tak szczodrze. Chłopaki (i kobiety, bo przecież mamy ich parę w naszej blogerskiej społeczności) nie oszczędzali chmielu i to widać gołym... językiem? Goryczka wyraźna, momentami nawet bardzo (aż mi się nie chce wierzyć, że to ma tylko 20 IBU). Przyznam się szczerze, że niestety nie jest to często spotykane na naszym rynku (bo u nas to tylko potrafio te szatańskie ziele amerykańskie sypać wszyndzie!). Na finiszu ziołowość dostaje jeszcze większego powera, przy akompaniamencie mokrej trawy. No panie! Pięknie orzeźwiający, chrupki, nachmielony i prosty lagerek, czy tam nawet pils.
----------
Styl: Desitka / Pils
Alk: 4% Obj.
Ekstrakt: 10°
IBU: 20
Skład: słód (pilzneński, monachijski, Carapils), chmiel Iunga, drożdże W-34/70.
Do spożycia: 19.08.2019
Piwa bezglutenowe to dla wielu nowość na rynku. Można się śmiać, że bezglutenowcy to pewnego rodzaju weganie, ale osobiście znam paru i nie jest to tak zabawne jak się wielu ludziom wydaje. Jest to choroba, dlatego piwa tego typu są potrzebne na rynku. Do niedawna jedynymi sprzedawanymi w polskich sklepach były te zagraniczne np. czeska Celia.
Do produkcji takiego piwa używane są te same składniki co do zwykłych lagerów. Różnica jest taka, że browary używają albo bezglutenowego zboża (proso, gryka, kukurydza, sorgo) albo fermentują tak, że gluten rozkładany jest na białka proste. Tak jest w przypadku naszego dzisiejszego gościa. Pamiętajcie, ważne jest to, aby butelka miała międzynarodowy znaczek Gluten Free.
W tym przypadku taki znaczek widzimy także na kapslu, co według mnie jest bardzo dobrym pomysłem (kolejna nowość na tablicy korkowej). Etykieta schludna, bez fajerwerków, ale za to przyjemna dla oka. Piwo ma wyraźny złoty kolor i jest delikatnie zamglone. Ładny widok trzeba przyznać, szczególnie gdy dacie mu odstać dzień w lodówce i syf zostanie na dnie butelki. Piana może i nie rośnie zbytnio, ale za to utrzymuje się długo w postaci śnieżnobiałej i ładnie zbitej czapy.
Moje pierwsze obawy przy każdym uwielbianym przez wielu tzw. jasnym zwyczajowym? Czy nie będzie śmierdziało czymś nieprzyjemnym. W tym przypadku na szczęście mamy brak wad. Jest słodowo, delikatne masełko też się pojawia (czeskie korzenie się kłaniają). Nie wiem od czego, ale wyczuwam też lekki popiół, tak gdzieś pod koniec, delikatny bardzo.
Miałem dziwne przeczucie, że BezGlutenNowe będzie strasznie słodkie. Pierwszy łyk zweryfikował bardzo szybko moje obawy. Owszem piwo jest głównie słodowe, ale nie powiedziałbym, że jakoś tak strasznie i nie do wytrzymania słodkawe. Podbudowa słodowa jest solidna z lekko wyczuwalnym biszkoptem. Do tego ten dziwny i intrygujący popiół w tle. Masło znikło kompletnie, goryczka też niczego sobie. Według mnie jest dość wysoka, jak na lagera oczywiście. Profil ma trawiasto-ziołowy i bardzo fajnie komponuje się z resztą. Finisz utrzymuje chmielową tradycję i jest głównie ziołowy. Nie zapycha, ma idealne ciało. Można nawet rzec, że jest dość orzeźwiające i sesyjne. Wysycenie średnie, według mnie pasuje idealnie. Zadziwiające... całkiem przyjemny lager, i to w dodatku bezglutenowy. Co najlepsze bije większość swoich pobratymców z półek sklepowych na głowę. I co? Jak teraz będę chciał zwyczajnie w świecie wypić dobrego lagera to będą mnie wytykać palcami w sklepie bo hipster bezglutenowy? Dzięki Kormoranie, dzięki.
----------
Styl: Jasne, Lager
Alk: 4,9% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, chmiel (Marynka, Sybilla, Lubelski, Żatecki, Tettnanger), drożdże.
Do spożycia: 25.07.2016
Zabrzmię teraz trochę beznamiętnie i w pewnym sensie jak heretyk, ale... w polskim crafcie brakuje prostoty. Od razu zaznaczam, dobrej prostoty. Nie chodzi mi tu o kolejnego single-hopa, ale o lekko podkręcone i z pozoru zwyczajne style piwne.
Większość z Was słysząc słowo "lager" na pewno się krzywi i czuje lekki niesmak. Jest to zrozumiałe, w naszym kraju lager jest traktowany na równi z eurolagerami, w których często i gęsto pojawiają się wady i do których przyzwyczaiły nas koncerny. Tę mentalność chce zmienić browar Pinta wypuszczając żytniego lagera w kolaboracji z estońskim browarem Tanker. Piwo powinno być idealne na zbliżające się upały, sprawdźmy więc czy tak rzeczywiście jest.
Trzeba było kolaboracji (znowu) aby Pinta umieściła na swojej butelce etykietę, która się wyróżnia i w dodatku oczarowuje. Większość grafik pintowskich jest jakaś taka bezpłciowa... w tym przypadku jest odwrotnie. Wyrazisty, tryskający energią tank przyciąga wzrok. Dałbym dużą okejkę gdybym był blogerką modową. Tak samo piwo, ma wyraźny złoty kolor i jest tylko delikatnie zmętnione. Śnieżnobiała piana rośnie na dwa palce i z początku wydaje się być zbita. Zaczyna szybko opadać, ale o dziwo zatrzymuje się w granicy jednego palca i tak pozostaje przez większość picia. Pozostawia też po sobie całkiem zacny lacing.
Aromat nie jest jakoś mocno intensywny, ale przy tym stylu można to puścić płazem. Z początku bardzo słodowy, słodki, karmelowy. Po paru kolejnych niuchach wychodzą nuty żytnie, kojarzące się z dodanymi bochenkami czerstwego chleba (bodajże 200 sztuk). Bardzo daleko w tle majaczą chmiele, głównie cytrusy. Jak to mi jednak ktoś kiedyś powiedział: "Lagera się nie wącha, lagera się pije". No więc...
Już po pierwszym łyku okazuje się, że All Ryed! jest cholernie sesyjnym i lekkim piwem. Niby się tego spodziewałem, ale przecież pełno tu żyta... A jednak, gasi pragnienie lepiej niż niejedno grodziskie. Nagazowanie średnie do wysokiego, wystarczające, jak na mój gust. Po pierwszym łyku wydawało się mocno słodowe, słodkie. Dopiero przy kolejnych inicjatywę przejęło żyto, całość zaczęła być specyficznie kwaskowata i czerstwa. Bardzo mi się to spodobało, szczególnie przy tak dużej lekkości samego trunku. Goryczka krótka, punktowa wręcz, według mnie za słaba (ale w sumie to "tylko" lager przecież). Jej profil wydał mi się lekko żywiczny. Finisz na szczęście jest wyraźniejszy. Coś pokroju żyta zmieszanego z ziemią i zlepionego odrobiną żywicy. Zaskakujące jest to, jak dużo żyta jest w tym piwie a jak mało pełni, którą w końcu żyto wnosi zazwyczaj do naszego ulubionego trunku. Takie lagery to ja mogę pić litrami.
----------
Styl: Rye Lager
Alk: 5,8% Obj.
Ekstrakt: 14% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, żytni, caramunich typ I, cararye), chleb żytni, chmiel (Amarillo, Columbus), drożdże Fermentis Saflager W 34/70.
Do spożycia: 21.09.2016
Często zamawiam piwa przez internet. Jest to łatwy i przyjemny sposób zakupienia dobrych piw w miejscach, gdzie religia Ducha Kraftu jeszcze nie dotarła. Oczywiście, płacimy dodatkowo za przesyłkę ale dla mnie jest to połowa kosztów jakie musiałbym wydać na paliwo jadąc do najbliższego sklepu z lepszym piwem. Za każdym razem, gdy robiłem zamówienie intrygowała mnie informacja o najczęściej zamawianych piwach. W jednym ze sklepów na pierwszym miejscu cały czas utrzymywało się piwo bez lepku.
Szczerze to nie sądziłem, że mamy tylu bezglutenowców w kraju. Z tego co mi jest wiadomo żaden z naszych browarów nie produkuje tego trunku więc pozostaje takim osobom tylko importowane piwo, głównie z Czech. Zawartość glutenu w tytułowym leżaku to mniej niż 5 ppm/100 ml co według ludzi obytych w temacie jest bardzo dobrym wynikiem.
Wygląd piwa niczym nie zaskakuje. Jest idealnie klarowne, kolor czystego złota. Piana jak w większości eurolagerów szybko opada ale przynajmniej zostawia po sobie ładny kożuszek. O jakiejkolwiek koronce zapomnijcie. Etykieta... jest prosta ale wyróżnia się na półce białym tłem i dość dużą, także białą krawatką. Człowiek sobie myśli: "O właśnie, bezglutenowe, czyste piwo jak ta etykieta". Ma to jakiś sens.
Nie ma co się oszukiwać, że doznania smakowe wbiją nas w ziemię. To jest zwykły, lekki lager i nawet producent tego nie ukrywa. Czesi chcą się po prostu podzielić czystym, lagerowym smakiem z ludźmi, którzy wcześniej omijali nasz ulubiony trunek szerokim łukiem. Czy im wyszło? Powiedzmy, że tak ale po czesku. Od początku jednak, aromat. Typowo czeski, słodowy z maślanym zacięciem. Mi to nie przeszkadza bo uwielbiałem kiedyś piwa od naszych sąsiadów. Jak się dobrze wczuć to nawet da się wywąchać chmielową, ziołową nutę. Całość na średnim poziomie intensywności. Plusem też jest fakt, że aromat nie jest tak słodkawy jak w większości eurolagerów. W smaku znowu typowy, czeski lager (i tak lepszy od naszych koncerniaków). Jest słodowo, wyróżniają się lekkie biszkopty z tak samo lekkim masełkiem. Dość słodkie, coś jak nektar kwiatowy. Minimalna, ziołowa goryczka subtelnie prowadzi pijącego do lekko ziemistego finiszu. Nagazowanie średnie, treściwość też. Lager jest nudny, nie ma co się oszukiwać. Jeżeli jednak jesteś bezglutenowcem i nie możesz czerpać z kraftowej rewolucji mogę spokojnie polecić Ci Celię. Wbija się idealnie w styl czeskiego lagera i na pewno zasmakuje Ci bardziej niż nasze koncerniaki. Jest nawet lepsza od niektórych, zwykłych, pełnych złego glutenu czeskich lagerów.
Browar Bojanowo, jak i reszta grupy BRJ, nie ma lekko ostatnio. Dużo blogów olewa ich piwa, bo przecież Pan Jakubiak to taka zła persona i w ogóle szatan piwnego światka. Jest też aspekt braku czasu, kazylion rzemieślniczych premier robi swoje i mało kto ma czas na biedne browary regionalne. Jak przy pierwszym argumencie uważam, że trzeba oddzielić grubą kreską piwo od wypowiedzi ich właściciela tak przy drugim muszę się niestety zgodzić.
Są jednak chwile, gdy nawet zabiegany piwopijca ma czas skoczyć do żabojada kupić, o dziwo, ekskluzywne dla tej sieci sklepów piwo. Czyżby jakaś zawiła strategia dostarczenia trunku do jak największej rzeszy odbiorców? W sumie nie musisz się martwić o hurtownie a sam produkt trafia w każdy zakątek kraju (a przynajmniej tam gdzie żabi gatunek występuje). Co do czasu na degustacje… nie będę kłamał i napiszę, że leżało w piwnicy ponad miesiąc jeżeli mnie pamięć nie myli.
Tak jak etykieta w Maorysie była krokiem do przodu tak Szwejk wygląda wręcz paskudnie i starodawnie. Dziwny odcień zieleni też nie pomaga i całość wygląda dość nudnie, tanio i wywołuje skojarzenia z piwami mocnymi za 1,5zł. A może to tylko moje wymysły? Mamy też nową butelkę na styl Kormoranowych. Nie bardzo przypadła mi do gustu bo nie jestem szczególnym fanem jakichkolwiek oznaczeń na szkle (oprócz naklejonych/namalowanych etykiet). W szklanicy piwo wygląda dość zgrabnie. Ma iście złoty kolor, średnio mętne (aczkolwiek i tak za mocno jak na pilsa). Piana bielutka, dość zbita i wysoka. Utrzymuje się też stosunkowo długo.
Spytałem się Was na facebooku dlaczego Szwejk spotkał się z tak mocnym hejtem gdy tylko trafił na półki sklepowe i muszę przyznać, że Wasze odpowiedzi mnie zszokowały. Wiadomym jest, że w piwach rzemieślniczych/regionalnych ciężko jest utrzymać powtarzającą się jakość ale w życiu bym nie powiedział, że można tego zielonego ludka użyć jako przykładu prawie każdej znanej nam wady piwnej. Zacznijmy od aromatu, może i jest średnio intensywny i nie bardzo mu się chcę wytrzymać do końca ale za to jest całkiem przyjemny, orzeźwiający i co najważniejsze bez wad. Ziołowo-trawiasty, chmielowy zapaszek wspomagany przez nutę... mięty? W smaku jest raczej delikatne (nie mylić z wodnistym) ale też wytrawne. Chmiele szaleją i tylko raz na jakiś czas dają dojść do głosu i tak słabej już słodowości. Bardzo fajna trawiastość i zioła, tak jak w aromacie. Goryczka niska ale przyjemna, ziołowa. Nagazowanie średnie, pasuje idealnie. Wad znowu żadnych. Zdziwił mnie brak jakiegokolwiek masełka, w końcu jest to pewnego rodzaju czeskie podejście do piwa. Nie jest to jednak pils, brak mu wyrazistości, zdecydowania i powera ale jako orzeźwiające jasne niefiltrowane sprawdza się idealnie. Osobiście na pewno sięgnę po nie ponownie gdy będę potrzebował wypić coś mało skomplikowanego, no chyba że trafię na słabszą butelkę... Kompletnie inne doznania smakowe możecie przeczytać na przykład u Jerrego.
Browar w Gościszewie już dawno chciał się pozbyć przylepionej mu łatki warzelni przejściowej, do której zaglądają tylko kontraktowcy. Przyznajcie się, kto z Was jeszcze trochę ponad rok temu kojarzył jakiekolwiek piwo z Gościszewa, które nie miało etykiety AleBrowaru? No właśnie.
Od jakiegoś już czasu jednak browar zaczyna walczyć o swoje (też dzięki Michałowi Saksowi) i warzy coraz więcej rozpoznawalnych na rynku piw z własnym logo. Problem w tym, że większość z nich nie ma nic wspólnego z piwną rewolucją. Wszelakie odmiany lagerów królują w ofercie Gościszewa i głównie dlatego nie interesowałem się nimi podczas podróży do specjalistycznego sklepu z piwem. Oto stał się jednak cud, pewien hipermarket (który hejtuje zawzięcie ostatnio) postanowił, używając sztandarów owej rewolucji, wprowadzić do swoich lodówek owe trunki gościszewskie. Zabawne jest to, że w moim mieście wyparły one (poza przyjemnie chłodne ramiona lodówek) np takiego Robust Porter z Birbanta i Pony Express z Faktorii.
Czym jest owy Rybak? Ano niczym innym jak starym Naturalnym Niefiltrowanym. Jak już pisałem przy Gwiazdorze zmiana etykiet wyszła browarowi na dobre. Są piękne i nieskomplikowane. Wyróżniają się na półce sklepowej i przyciągają oko dobrze dobranymi kolorami. Tym razem mamy też nowy kapsel, który szczerze mówiąc... jest gorszy od poprzedniego. Może to przez brak jakiegokolwiek tła? Z chęcią widziałbym to nowe logo na białym kapselku. Piwo prezentuje się jak poczciwe jasne niefiltrowane. Ma złoty kolor, opalizujący lekko. Piana z początku wydawała się trwała ale po paru chwilach dostała jakiegoś szoku i zaczęła znikać w zastraszającym tempie pozostawiając drobniutkie skrawki na szkle.
Spodziewałem się mocno lagerowego aromatu a dostałem coś o wiele lepszego. Owszem jest głównie słodowe ale nawet typowy Janusz wywącha też przyjemne nuty zbożowe i odrobinkę drożdży. Takiego aromatu właśnie spodziewam się po piwie naturalnym/niefiltrowanym. Jest też dosłownie odrobinka gotowanych warzyw ale większość piwoszy pewnie go nie wyczuje. Co do intensywności to jest średnia ale utrzymuje się do końca picia. W smaku też jest całkiem zacnie. Słodowe, nie za słodkie. Biszkopt, chlebek, te klimaty. Szlachetna goryczka średnia do niskiej ale na pewno wyższa i przyjemniejsza niż w eurolagerach. Lekko kwaskowate z przyjemnym trawiastym finiszem. Przez całość wyczuwalne lekkie drożdże i powszechna zbożowość. Oczywiście bez przesadyzmów, to nie jest piwo pszeniczne. Nagazowanie średnie, trafiło w mój gust. Bardzo przyjemne, niepasteryzowane jasne, które nie wymaga od pijącego zbytniego skupienia a daje od siebie masę przyjemności z picia (np podczas malowania płotu na działce). Piłem wcześniej Rycerza z tej samej serii i według mnie był gorszy od Rybaka, i to tak dość wyraźnie. Najgorsze jest jednak to, że ludzie nie potrafią się już cieszyć dobrym piwem jeżeli nie było leżakowane w beczce po rudej przynajmniej pół roku i z wsadem złotego pyłu.
Tak się ostatnio zastanawiałem czy nie zrobić czegoś w rodzaju nowego cyklu pod tytułem "Janusze Piątkowi". Pomysł był prosty, przy tym jakże pięknym dniu tygodnia wrzucałbym na bloga degustacje piw, które koło kraftu nawet nie stały. Mamy dużo takich na półkach sklepowych więc byłoby w czym wybierać. Problem z takim przedsięwzięciem jest jednak sporawy, no bo w końcu komu się chce pić HarnasioŻubroŻywca oceniając w dodatku jego walory smakowe... jeżeli takowe w ogóle są. O robieniu zdjęć nawet nie wspomnę.
Nadarzyła się jednak idealna okazja na chociażby napisanie swoistego pilota cyklu. Na pewno zauważyliście, że koncerny podłapały kolejne trendi słówko wprost od rzemieślników czyli mocne chmielenie, w większości przypadków na zimno. I tak, idąc sobie moją ulubioną alejką w Tesco, nieświadomy czyhających zagrożeń zwróciłem swoją uwagę na dziwnie wyglądającą butelkę Carlsberga. Wrzuciłem do koszyka, zaraz obok Pony Express od Faktorii. Może Duch Craftu nie ukaże mnie sromotnie za tę zniewagę. Tak na marginesie Harnaś też coś takiego wypuścił, robi się ciekawie... Nurtuje mnie jednak fakt, że nigdzie o tym piwie nie można przeczytać. Oficjalna strona milczy, wygląda to na wybryk polskiego oddziału raczej.
Największym zdziwieniem dla mnie była sama butelka. Wbrew pozorom nie jest to ciemna zieleń lecz cholernie ciemny brąz. Pojemność 400ml świadczy o piwie premium... zapewne. Co innego mówi jednak slogan na szyjce: "Intensywny aromat, bez zbędnej goryczki". Czy muszę to komentować? Samo piwo nie wyróżnia się niczym spośród swoich eurolagerowych pobratymców. Jest to to samo wyblakłe złoto co zawsze, ze znikomą pianą której żywotność można zmierzyć jedną gołotą. Musicie mi wybaczyć smugi na szkle, jakoś nie chciało mi się szorować szklanicy do tego piwa.
Sprawdźmy od razu aromat, w końcu ma wbijać w ziemię i dobijać glanem jak jakaś imperialna AIPA. O dziwo jest go sporo i utrzymuje się praktycznie do końca picia. Najdziwniejsze jest jednak to, że naprawdę czuć w tym chmiel Polaris. Trochę ziół i mięta pałętają się jak jakieś bezdomne psy, które cały czas pogania gruby, rozpieszczony bachor zwany Rozpuszczalnikowym Biszkoptem. W sumie to się powinienem cieszyć, że w ogóle chmiel wyczuwam przy tym kolosie. W smaku bachor znika ale zabiera ze sobą większość podwórka. Piwo jest słodowe, lekko biszkoptowe jak najzwyklejszy eurolager i w dodatku bez goryczki (ale w sumie o tym już nas łaskawie poinformowali). Wiadomym jest, że lagery nie posiadają dużo tego jakże ważnego składnika ip-srip ale jej brak w Nox'ie jest wręcz wybitny a nawet... minusowy. Ale cóż to? Ktoś jednak postanowił nie uciekać wraz z grubasem i został. Lekki posmaczek nieprzyjemnego alkoholu wędruje z kąta w kąt i chyba mu się wydaje, że komuś jest potrzebny. Pozostałości po rozpuszczalniku jak mniema. Czasami próbuje się upodobnić do trawiastego posmaku ale ja się nie dam zrobić w balona, oj nie. Wysycenie cholernie niskie tylko potęguje odczucie wodnistości. Z całego opisu może Wam się wydawać, że piwo jest dość wyraźne w smaku, choćby nawet dzięki wadom. Prawda jest jednak taka, że smakuje gorzej i bardziej wodniście niż nie jeden koncernowy lager na naszym rynku.
![]() |
| Hasło reklamowe roku według mnie. |
Lagerowość to pierwszy stopień do piekła: taka myśl mnie naszła gdy zobaczyłem informacje o wypuszczeniu przez Pintę jasnego lagera. Co prawda jest to już kolejny wypust Pierwszej Pomocy ale wtedy nie wiedziałem jeszcze o tym. No bo jak to, jeden z czołowych browarów rzemieślniczych w Polsce wypuszcza zwykłego lagerowca? Żeby to jeszcze było jakieś piwo z nowofalowymi chmielami albo inną zieleniną z pola…
Pinta ma dodatkowo handicapa jeżeli chodzi o ten styl bo ostatnio piłem ich Oki Doki, które lekko mówiąc mnie nie zachwyciło, no i ta cena. Jak nie przeszkadza mi zapłacenie za piwo specjalne/wybitne/szalone około 50zł (np taki Hades Gone Wild na którego czekam) tak wołanie za zwykłego lagera piątala to jest już przerost formy nad treścią (chociaż jeżeli mnie pamięć nie myli ktoś już kiedyś sprzedawał coś podobnego za ponad dyszkę...) Oczywiście może się okazać, że chłopaki tak zakręcili w kotle, że będzie super, mega i przyjemnie. W końcu Kormoran dał radę swoimi Warmińskimi Rewolucjami.
Trzeba przyznać, że jest to jedna z bardziej rozpoznawalnych etykiet Pinty. Mamy główny motyw pasujący do nazwy, jako (nie)anonimowy alkoholik stwierdzam wszem i wobec, że otwieracz do piwa uratował niejednego jegomościa. Takie tylko jedno dziwne skojarzenie mam z pianą, która wybucha spod kapsla: bardziej mi ona przypomina mleko na tej etykiecie. Piwo ma typowy, złoty kolor (trochę wchodzący w ciemny). O dziwo jest lekko opalizujące. Piana bardzo szybko się ulatnia i to w bardzo brzydki sposób, pęka jak oszalała. Jakiś tam lacing jednak jest.
Aromat nie powala, piwo pachnie po prostu jak lager. Jest słodowo i tyle. Od eurolagerów różni się tym, że nie ma wyczuwalnych żadnych wad. Sam zapach nie jest też jakoś szczególnie intensywny, kurde, on jest po prostu słaby. Po dwóch łykach już nic nie czuć. W smaku jest o wiele bardziej wyraziście i intensywnie. Mocna słodowość, wyraźna goryczka z wszechobecnym iglastym posmakiem. Sama goryczka jest nader wysoka jak na lager szczerze mówiąc, broń boże mi to nie przeszkadza. Znajdziemy też trochę chlebka. Istny książkowy lager gdzie po ogrzaniu wychodzi dodatkowo taka trawiastość/ziemistość. Trochę mi się to kojarzy z rosą na polu o poranku. Orzeźwiające i sycące zarazem, jak to panowie napisali na etykiecie: do jajecznicy w sam raz. I tu właśnie jest problem, w połowie picia odechciało mi się przechylać szklankę. Zwykły lager, wykonany prawidłowo jest po prostu nudny. Pijąc piwo samotnie miałem wielką chęć coś zjeść i to nie dlatego, że byłem głodny. Po prostu brakowało mi jakichś innych smaków. Do grilla byłoby idealne, w ogóle do każdego dania codziennego. Samotnie wygląda trochę jak mokry kot na ulicy, liżący się po łapach przy osiedlowym śmietniku. No i ta cena... ja rozumie, że warzenie kontraktowe jest drogie ale według mnie moce przerobowe powinno się w takiej sytuacji przerzucić na coś bardziej ambitnego. Zwykle lagery pozostawmy browarom regionalnym. Ja... idę sobie zrobić jajeczniczkę na boczku.
Będąc na tegorocznym FDPW kompletnie ominąłem tę premierę. Jeżeli dobrze kojarzę uwarzyli tego lagera specjalnie na festiwal. Mnogość i długość kolejek odstraszyły mnie jednak od piw nazywanych potocznie zwykłymi i swój czas w poczekalni spędzałem przy tych bardziej craftowych trunkach. Nadarzyła się jednak w końcu okazja na wypicie tego, jak to się zarzekają panowie z Pinty, orzeźwiającego lagera na nowozelandzkich chmielach. Pisząc nadarzyła mam na myśli znalezienie czasu na wyciągnięcie zakurzonej butelki z piwnicy...
Coś tak ostatnio dużo tych niby zwykłych piw się pojawiło. Zadziwiające jest to, jak dobrze można zawirować stylem, który z góry skazany jest na nudę. Najlepszym przykładem będzie chyba rewolucja z browaru Kormoran. W lodówce czeka jeszcze Pierwsza Pomoc od Pinty. Szykuje nam się lagerowe niebo z duszą craftu, mówię wam.
Nie mam zielonego pojęcia o co chodzi z tą nazwą. Na pewno angole tak mówią i znaczy to tyle co „OK” ale czemu akurat panowie z Pinty postanowili tak nazwać to piwo? Może w tamtym rejonie świata tak się często mówi, kto wie. Ja wiem jedno, etykieta jest iście pintowska i jeżeli mnie oczy nie mylą przedstawia piaszczystą plażę. Przyjemnie się ją ogląda, głównie przez ładnie wykontrastowane kolory. Piwo jest także piękne w swojej prostocie. Czysty złoty kolor, klarowne aż do bólu. Piana taka sobie, średniego wzrostu i dziurawa (albo wykruszona jak to ostatnio jest w modzie mówić) ale bardzo powoli opada i stara się trzymać ścianek. Jak na lager istna niezrozumiała poezja malowana pędzlem.
Kumple rozkładają Talisman a ja wybieram postacie, padło na złodzieja… oj będzie hejt przy spotkaniach. Jak to mówią „all your items are belong to me”. Gdy oni się meczą z tasowaniem kart ja zaczynam wąchać i… ktoś chyba skradł zapaszki z tego piwa. Chmieli nowozelandzkich w ogóle nie czuć. Jest za to słaby aromat słodowy i lekki kalafior. No nic, mała wtopa. W smaku też jest jakoś dziwnie, z początku wydaje się… bezsmakowe. Słodowość wydaję się tak nudna jak wykład filozofii na wydziale mechanicznym. Jest jednak jedna rzecz, dla której każdy powinien spróbować Oki Doki. Goryczka! Wyrazista, mocna, orzeźwiająca, no po prostu fajna. Wchodzi, robi rozróbę swoją ziołowością i znika. Wysycenie średnie ale wyraziste, mi pasuję do lagera właśnie takie. Tylko kurde jest jeden wielki problem: lager powinien być wyrównany smakowo. Tutaj mamy bardzo dobrą goryczkę i jakieś majaczące słody w kącie. Cytrusowości i zdecydowanej kontry słodowej z (podobno) pierwszej warki nie uświadczysz.

















































