Pokazywanie postów oznaczonych etykietą olimp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą olimp. Pokaż wszystkie posty
Nadejszła wiekopomna chwila... Na moim podwórku, na zimnym jak serce waszych ex bruku rozlałem piwo, które jak język łaciński uważane było za martwe. No dobra, może nie tak do końca. Piwowarzy domowi (i może ze trzy zagraniczne browary) uwarzyli coś tam w zaciszu swoich garnków. To jednak browar Olimp jako pierwszy w kraju wypuścił jopejskie hurtem na rynek.
Mieliśmy w tym roku dużo okazji do wydania niepojętych sum na 1 (słownie: jedną) butelkę sztosa. Kormoran jakoś się z tego wywinął, ale Artezan brnie w zaparte i tak np. dzisiaj widziałem ich Samca Alfa za 67zł... No sorry, ale wolę wydać taką kasę (coś ponad 40zł) na piwo, które jest unikatowe, a właśnie z takim mamy dzisiaj do czynienia. Plus swoim zakupem chciałem dać prztyczka w nos pewnemu Niemcowi z Trójmiasta.
Co jak co, ale jak Olimp odwali unikatowe opakowanie to nie ma ch... we wsi. Sama butelka to pewnego rodzaju dzieło sztuki, nie mówiąc już o kartonie i zawieszce z morskimi opowieściami. Co mnie jeszcze pozytywnie zaskoczyło to lak na korku. Bardzo łatwo się go pozbyć. Z tego co pamiętam w ich Hadesie czy też Zeusie był z tym wielki problem. Samo piwo jest czarne, dosłownie. Już przy nalewaniu widać też, jak bardzo gęste będzie. Piany nie ma, ale to nie wada w tym stylu.
Dałem się Jopejskiemu ogrzać. Grzechem byłoby pić je w temperaturze zbliżonej do tej na dworze. Naprawdę, nie róbcie tego. Ciepło uwalnia moc w tym syropie słodowym... i to jaką! Intensywny aromat składa się z tylu rzeczy, że pozostaje mi je tylko wymienić po kolei: miks suszonych owoców w tym głównie śliwki i moreli. Do tego świeża wiśnia i przyjemne nuty winne. W tle skórka od chleba, a na samym końcu sos sojowy. Po mocniejszych ogrzaniu wychodzi też czekolada, która z wiśnią przypomina trochę drogie bombonierki. W dodatku aromat nie należy do ulotnych i trzyma się szkła jak może.
Nalałem sobie bardzo mało, z resztą widzicie po zdjęciu (butelka ma 100ml). Taka ilość w zupełności wystarczy, bo piwo jest gęste jak syrop i bardzo powoli spływa do przełyku. Jak łatwo się domyślić nagazowania to też praktycznie nie ma. Chociaż w sumie... jeżeli dobrze pamiętam, to Kamilowe jopejskie było jeszcze gęściejsze. Co w smaku? To samo co w aromacie, no prawie. Do wiśni dołączyła czereśnia i droczy się z tą pierwszą swoją słodyczą. Wszechobecna śliwka próbuje uspokoić całe to towarzystwo i muszę przyznać, że jej się to udaje bardzo ładnie. Z ukrycia przygląda im się pigwa i bardzo, ale to bardzo delikatne zioła. W tle wyraźna, spieczona skórka od chleba i czekolada. No i te winne nuty... Pięknie tu zagrały. Jak nie lubię zbytnio wina tak tutaj pasuje mi idealnie. Goryczki nie ma, bo po co ona komu. Finisz podobny do reszty z tym, że trochę bardziej wybija się czekolada. Alkohol praktycznie niewyczuwalny, przyjemnie rozgrzewa z ukrycia. Właśnie za takie doznania jestem w stanie zapłacić większą sumkę. Coś unikatowego, pradawnego, odtworzonego z dawno zapomnianych kart historii.
----------
Styl: Jopejskie
Alk: 8,5% Obj.
Ekstrakt: 45% Wag.
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 12.2020
Jezusicku jak dawno u mnie browaru Olimp nie było. Nie wiem też do końca dlaczego... przecież jakoś szczególnie mi nie podpadli ostatnio (nie licząc dzikiego Hadesa). Z pomocą przybyła paczka od Szpunta, który uwarzył nowe piwo kooperacyjnie z wcześniej wymienionym browarem.
Oczywiście gdy zobaczyłem w jakim stylu był to trunek pierwsze co zrobiłem to jedno wielkie "meh". Ile tych podwójnych IPA potrzebujemy? Że to się ludziom nie znudziło jeszcze... Z drugiej strony pomyślałem sobie, że przecież dawno takowego nie piłem. Zwykłe AIPA owszem, ale imperialne nie bardzo.
Myślałem, że dostaniemy pewnego rodzaju miks stylów jeżeli chodzi o etykietę. Nic z tych rzeczy, zamiast tego mamy mocno minimalistyczną grafikę... która o dziwo mi się spodobała. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że nie lubię odblaskowych elementów na butelce. Co do samego piwa to wyczytałem, że wersja lana z beczki wyglądała jak Vermont IPA. Z butelki, która stała może jeden dzień, nic takiego nie zauważyłem. Piwo jest mętne, ale w granicach rozsądku. Kolor przypomina dojrzałą pomarańczę delikatnie wchodzącą w miedź. Piana śnieżnobiała, wysoka, ale szybko redukująca się. Przynajmniej ładnie oblepiała ściankę podczas umierania.
Podniecałem się ostatnio zapachem Vermont IPA z Pinty, ale Wormhole to już kompletnie inna liga. W tym przypadku nie wiem czy długotrwała rehabilitacja by pomogła... tak intensywny jest aromat. Co najlepsze nie jest przesadnie słodki (karmelowy) jak to się ostatnio zdarza u nas w przypadku tego stylu. A więc z czego składa się aromat? Z tropików i cytrusów oczywiście! Potężne mango atakuje zaciekle wspomagane przez soczystą pomarańczę. Aż sobie człowiek wyobraża miąższ na brodzie. Nie? A to przepraszam. Najwyraźniej to tylko moje fantazje. W tle delikatnie wypełniający karmel i guma balonowa. Jak się lekko ogrzeje to i nawet żywica wychodzi. O takie ajpy walczyliśmy Panowie i Panie.
O tak, już przy pierwszym łyku czuć, że będzie dobrze. Dość pełne, ale zarazem gładkie i w pewnym sensie sesyjne i orzeźwiające. Już dawno nie piłem tak zdradzieckiego piwa pod tym względem. Uważajcie na swój brzuch piwny. Wysycenie średnie, pomaga skontrować pełnie nie likwidując przyjemnego odczucia towarzyszącego sączeniu piw o tak wysokim ekstrakcie. Aż mi jest wstyd, bo przy całym moim hejcie do mocnego chmielenia amerykańcami podniecam się tym piwem jak młody... No ale jak mam reagować gdy przy każdym łyku czuję jakbym się wgryzał w soczyste cytrusy? I to całymi paletami. Brzoskwinia, mango, pomarańcza... lista nie ma końca. Wszystko to na delikatnej karmelowej podbudowie. Goryczka też wyśmienita. Owocowa, skojarzeń z grapefruitem raczej nie mam, ale wydaje mi się, że ma takie trochę ziemiste zacięcie. Finisz dobija leżącego na ziemi craftopijce zaskakującym albedo i pięknym miksem cytrusów z żywicą. Owszem, całość jest dość słodka, ale po pierwsze primo cała ta słodycz jest bardziej owocowa niżeli karmelowa, a po drugie primo ultimo goryczka idealnie wyrównuje granice. Aaa, no i uważajcie na alkohol. Jest idealnie ukryty więc może zaatakować znienacka. Jeżeli mam być szczery to nie kojarzę lepszej imperialnej IPA... w całej swojej karierze alkoholika. Przepraszam, degustatora.
----------
Styl: Imperial IPA
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: +/-100
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), cukier, chmiel (Citra, Amarillo, Centennial, Apollo), drożdże.
Do spożycia: 10.01.2018
Jednym z moich nielicznych priorytetów na ostatnich targach piwnych w Poznaniu było kupno jakiegokolwiek przedstawiciela stylu, w którym się niedawno zakochałem dzięki Zacnemu Zalcmanowi. Mowa tu oczywiście o Gose, kwaśno-słonym piwie którego synonimem mógłby być zwrot niebo w gębie.
Dopiero na targach przypomniałem sobie, że przecież Olimp ma w swoim portofito Talie, wychwalaną z resztą przez wiele osób na internetach. W sumie to już nawet nie pamiętam na jakim stoisku je kupiłem... coś mi się SzałPiw pląta po głowie, ale pewny nie jestem. Od samego początku miałem wielkie nadzieje co do tej muzy komedii, nie będę ukrywał, że piwotekowe Gose wysoko zawiesiło poprzeczkę. Zabrałem butelkę do znajomych, u których akurat skręcaliśmy kazylion kartonów z meblami wprost z IKEA. W końcu Gose powinno orzeźwiać i dodawać energii, jak znalazł do takiej roboty.
Etykiety Olimpu od samego początku mi się podobały. Talia nie jest wyjątkiem a nawet mogę stwierdzić, że dzięki kolorystyce postawiłbym ją na podium boskich malunków panów z Torunia. Uwielbiam wszelakie odcienie niebieskiego. Piwo koloru złotego, może lekko wyblakłe. Zmętnione, szczerze mówiąc myślałem, że po paru godzinach na balkonie bardziej się wyklaruje (w dodatku syf został na dnie butelki). Piana bardzo niska, śnieżnobiała i w większości drobnopęcherzykowa. Bardzo szybko zamieniła się w dziurawy kożuch. Kwasy (szczególnie słonawe) chyba jednak tak już mają.
Pierwszy zawód pojawił się już przy aromacie. Ten okazał się słaby, ledwo co wyczuwalny. Bardzo nijakie skojarzenia ze zsiadłym mlekiem. Do tego słabe zacięcie witbieropodobne, głównie poprzez cytrusowe nuty, w tym przypadku chyba od chmielu Aurora. Całość oczywiście na delikatnej zbożowości, jakiegokolwiek skojarzenia z solą brak niestety. Oj słabo się zaczyna, w dodatku aromat wydaje się dość mulący.
Piwo mocno wysycone co dobrze wróżyło na przyszłość. Niestety okazało się wysoce treściwe jak na ekstrakt bliski 12% w gruncie czego nie można go nazwać ani mocno pijalnym ani jakoś szczególnie orzeźwiającym. Podstawą jest pszenica, na szczęście nie tak muląca jak w niektórych pszenicznych. Do tego trochę cytrusów, najbardziej przypominających chyba limonkę i bardzo lekki kwasek wyraźnie wskazujący na dodany kwas mlekowy. Z czym by Wam go jeszcze porównać... O! Coś podobnego do kefiru naturalnego. Goryczka niska a nawet marginalna wręcz. Nie o nią jednak chodzi w tym stylu przecież. Finisz to znowu cytrusy, trochę mulącej pszenicy i, o mój Boże w końcu sól. Ta niestety bardzo niewyraźna aczkolwiek pozostająca przez chwilę w ustach po każdym łyku. Dodanej kolendry nie wyczuwam. Niestety, Gose z Olimpu okazało się średnim piwem, zrobionym na pół gwizdka można nawet rzec. Niepotrzebnie mulące, z bardzo słabym kwaskiem i co najważniejsze solą. Może i piwowar chciał osiągnąć idealny balans smaków, ale według mnie nie wyszło to mu w ogóle i pszenica zakryła wszystko. To piwo nie jest ani świeże ani chrupiące. Jest wręcz nijakie.
Grodzisz z lewej, grodzisz z prawej… grodzisz z przodu a nawet z tyłu. Wychodzi na to, że każdy browar w Polsce postanowił mieć ten rodzimy styl piwa w swoim portfolio. Różnie im to wychodzi, jedni przesadzają z wędzonką a drudzy ze słodyczą. Nie jest to nic złego, dzięki temu każdy powinien znaleźć grodziskie odpowiednie dla siebie.
Browar Olimp poszedł o krok dalej i podstępnie namówił do współpracy piwowara domowego Łukasza Szynkiewicza, znanego głównie pod pseudonimem artystycznym Absztyfikant. Efektem tego jest dzisiejsze piwo na bazie receptury domowego trunku Łukasza pod wdzięczną nazwą Zośka. Tak na marginesie owa receptura wygrała w swojej kategorii na festiwalu Birofilia 2014. Ostatnio dowiedzieliśmy się też, że Łukasz dołączył do ekipy Olimpu.
Jak zapewne niejeden wścibski piwosz zauważy, Sophia jest ciut za mętna. Mogę Was jednak zapewnić, że przed podróżą w plecaku była o wiele bardziej… czysta. Brak wertepów i umiejętne nalewanie i mielibyśmy wzorcowe, lekko zamglone grodziskie. Kolor jak najbardziej się zgadza, piwo jest jasne, słomkowe wręcz. Piana tworzy się ładna ale po chwili zaczyna brzydko pękać od środka. Zostawia jednak ładny brud na szkle. Etykieta olimpijska, schludna i ogólnie bardzo miła dla oka. Motywem przewodnik bogini mądrości.
Aromat jest dość wyraźny ale także umiarkowany, tak jakby Duch Craftu nie wstąpił w to piwo w stu procentach. Na pierwszym planie przyjemna wędzonka, z takim lekkim ogniskowym zacięciem kojarzącym się z prostym grillem na bazie kiełbasy. Oprócz tego dość wyraźny czysty profil słodowy. Można powiedzieć, że aromat zachowuje się dość zapobiegawczo ale jednak sprawia przyjemne wrażenie. W smaku od razu rzuca się na język dość duża wytrawność, na pewno o wiele większa niż w wznowionym Grodziskim. Znowu mamy czysty słodowy profil wspomagany przez średnio intensywną wędzonkę. Zaryzykuje, że bardziej kojarzącą się z szyneczką niżeli z oscypkiem. Bardzo interesująca jest też goryczka, na oko mocno pilsowa. Dobrze trafia w punkt swoim ziołowym profilem i nie dominuje nad innymi smaczkami. Finisz to głównie lekko kwaskowata pszenica z dymionym drewnem. Nagazowanie średnie do wysokiego, może trochę za niskie jak na ten styl ale mi jak najbardziej wystarcza. Piwo mocno orzeźwiające i pijalne. Nie jest to kolejny przewędzony craft. Coś takiego próbowali chyba uzyskać piwowarzy z Grodziska ale duet Olimp/Absztyfikant poradził sobie o wiele lepiej z tematem. Sądzę, że mimo wysokiej wytrawności powinno zasmakować najbardziej wybrednym Januszom.
![]() |
| Sysuuunia. |
Browar Olimp wie jak podniecić piwoszy z wąsem a i tych bez zarostu także. Pewnego pięknego i zapewne słonecznego dnia panowie postanowili zalać beczki po francuskim czerwonym winie resztką Hadesa, który jak zapewne pamiętacie bardzo mi zasmakował. Zostawili go tak w ciemnościach na ponad pół roku gdzie dzikie drożdże i odrobina magii zdziałały cuda... no, przynajmniej tak twierdzą.
Trzecie picie 05.11.2014:
Zachęcony ostatnimi poczynaniami Olimpu łaskawszym okiem spojrzałem na samotnego Prometeusza, który gnieździł się w mojej piwnicy już od jakiegoś czasu. Data przydatności to jeszcze nienarodzony rok 2015 ale sentyment do butelki euro przekonał mnie do reszty. Jest to też pierwsze piwo, które odwiedza blog po raz trzeci. Czy jest czego gratulować? Oj nie...
Pewnie mnie ktoś posądzi o darmową reklamę browaru ale na
serio mam tylko stouty z Olimpu w piwnicy, no i dzisiaj przyszedł jeszcze Hades
Gone Wild… Zostawię go sobie chyba na święta jednak. Za drogie to jest żeby
wypić tak o sobie dla degustacji tylko, nawet podczas tygodnia stoutowego. Co
do Olimpu, mam jeszcze 2 piwa, które czekają w odmętach piwnicznych. Bądźcie
więc gotowi.
Hera i Hades pokazały,
że kondycja piw z browaru Olimp poprawiła się, i to bardzo. Nie żeby wcześniej było
źle, po prostu ich wyroby były takie… meh, nijakie. Dlatego kompletnie nie rozumie narzekania
ludzi i bojkotowania przez niektórych browaru, przyklejając mu etykietę np. mokrej szmaty wciśniętej w butelki. Ja mam kompletnie inne zdanie i nie wiem, czy jest to wina nagonki czy po prostu różnicy w warkach lub nawet poszczególnych butelkach. Wiem za to jedno, mam dość tej amerykanizacji. Jest listopad a browary dalej wpychają mi amerykańskie chmiele, i to nawet w moim najulubieńszym stylu.
Nyks ma ten sam problem co Hera, jej etykieta nachodzi na siebie przez butelkę z mniejszym obwodem. Na Pani Nocy jest to jednak o wiele bardziej widoczne (zdjęcie pod koniec posta). Panowie zróbcie coś z tym proszę bo mnie nerwica strzeli w końcu i wyląduje w psychiatryku. Piwo na szczęście wygląda tak jak powinno. Jest czarne, bez refleksów, jak włosy pierwotnej bogini. Tutaj mam też małe zdziwko bo na sylwetce z etykiety nie zostało to zaznaczone, no nic. Piana zbita i wysoka z początku szybko się niestety ulatnia. Na szczęście zostaje po niej kożuch a i lacing ma całkiem całkiem.
Pierwszy niuch i Nocka ma już jedną poważną przewagę nad Herą. Aromat jest o wiele bardziej intensywny i w dodatku jest co wąchać. Najmocniejsze wydają się zapaszki pochodzące od chmieli czyli owoce, te słodsze. Jeżeli mnie wąsy nie oszukują to mango i możliwe, że brzoskwinia. Mocno otulone są mieszanką prażonego słonecznika, żywicy i odrobiną kawy. Niestety (jak dla stoutowego fanboya) w całości dominuje słodycz cytrusów, trochę szkoda ale źle przecie też nie jest. Jednak to w ustach dzieje się prawdziwa magia. Profil zmienia się, słodkie akcenty z aromatu praktycznie zanikają na języku. Pojawia się silna żywica, grapefruit i łącząca się z nim goryczka pokaźnych rozmiarów jak na stout. Nie zalega, uderza z idealną mocą. W sumie to nie ma jak zalegać bo jej miejsce zajmuje bardzo szybko istny piekielny popiół z bardzo gorzką czekoladą a swoistym łącznikiem obu światów jest lekki prażony słonecznik. Super miks, działa kojąco i uspokajająco mimo wręcz ogromnej intensywności. Powoli i równomiernie zanika z ust gdy człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem istnienia... albo dlaczego nie działa mu ogrzewanie tylnej szyby w Golfie. Możecie się zapytać: jak coś takiego może uspokajać?! Ano może, aż się rozłożyłem w fotelu i leniwie opadłem na oparcie. Po tak słodkim aromacie jest to wielkie zaskoczenie trzeba przyznać. Cieszy mnie to bardzo, tak powinien smakować amerykański stout według mnie, niby nowofalowe chmiele ale jednak natura starego przypalonego dziada zwycięża. Nagazowanie niskie, idealne. Pod koniec picia, po mocnym ogrzaniu popiół staje się jeszcze intensywniejszy. Aż czuć lepiący się syf z ledwo co ugaszonego ogniska. Dziwne uczucie ale ekscytujące zarazem. Sadomaso w smole pełną parą. Minusem jest to, że raczej nikt nie pokusi się o wypicie dwóch w jeden wieczór ale za to będzie przynajmniej celebrował każdy łyk.
6 listopada przypada międzynarodowy Stout Day więc chyba jakoś należy to uczcić nie? Taki stoutoholik jak wasz uniżony bloger nie odpuści sobie takiej okazji, co by ogołocić piwniczkę z tego pięknego stylu. Zaczniemy od małżonki Zeusa, jakże mściwej i zazdrosnej istoty.
Wybrałem się z nią na działkę co by pozbyć się w odmętach płomieni reszty (a raczej większości) gałęzi i innych pochodnych drzew ściętych złowieszczo we wrześniu. Niestety ogień nie chciał się utrzymywać, najwidoczniej nie był tak zawzięty jak Pani Olimpu. Może zmieni swoje nastawienie gdy pozna brodatego amanta wprost z polskich pól?
Chwyciłem więc butelkę z zamiarem pyknięcia kapsla i nagle, bez ostrzeżenia zaczęło mi oko latać. Tik oczno-nerwowy wywołała rzecz dla niektórych trywialna, stali czytacze bloga wiedzą jednak, że mi takie rzeczy przeszkadzają bardzo. Mianowicie etykieta nachodziła na siebie... whooosssaaa i odliczamy w myślach do dziesięciu. Nowa etykieta (zdjęcie starej na końcu postu) była przygotowana długością pod butelki Euro, które tak na marginesie uwielbiam. Panowie z Olimpu postanowili jednak przejść na zwykłe, zapewne przez słabą dostępności tych szerszych. Efektem jest nachodząca na siebie etykieta, zasłaniająca w ten sposób niektóre wyrazy. Szkoda bo nowe etykiety browaru prezentują się fenomenalnie. A co z piwem? Jest czarne, jak myśli bogini powiązane z Kallisto, w której kochał się Pan Olimpu. Piana zbita, na dwa pokaźne palce. Znika w średnim tempie i trzyma się szkła jakby zależało od tego jej życie.
Zacząłem wąchać ale najwidoczniej mnie bogini nie chciała uwieść. Aromat średni, pokuszę się o stwierdzenie, że momentami nawet słaby. Taki bardziej owsiankowo-mleczny niżeli kawowy. W sumie to kawy nie ma w nim w ogóle. Intensywnością też nie grzeszy. Czyżby powtórka z Dobrego Wieczoru od Pinty? Biorę pierwszy łyk i już wiem, że podczas wąchania musiała myśleć, żem tylko jakiś dziwny natręt i za bardzo sobie mną głowy nie zaprzątała. Gdy człowiek pokazał że he means business wystrzeliła smakami jak z torpedy. Połączenie kawy z mlekiem, bez cukru, w takich proporcjach, że nawet mnie zaskoczył ten niby znany stoutowy smaczek. Nie jest to mieszanka, jak przy praktycznie większości przedstawicieli tego stylu. Smaki świeżo zmielonej kawy i mleka (czy tam laktozy, jak kto woli i jest bardziej uparty) są przedzielone grubą linią, z łatwością można delektować się każdym z osobna. Pasują jednak do siebie jak rozdziały książki tworząc spójną całość. Coś jak podział w Pieśni Lodu i Ognia (Gra o Tron dla mniej rozgarniętych). Co prawda po mocniejszym ogrzaniu kawa przejmuje inicjatywę ale mleczne akcenty i tak pozostają wyraźne. Pojawia się też trochę czekolady, która nie miesza się jednak w sprawy głównych aktorów. Zalegający popiół pod koniec subtelnie dopełnia dzieła. Całość wytrawna, bez nawet szczypty cukru i cholernie aksamitna. Treściwe ale niezapychające. Brak owsianki z aromatu strasznie mnie ucieszył. Goryczka znikoma ale po co ona komu w mleczno-kawowym stoucie? Jedyny problem, maciupeńki, to odrobinkę za wysokie nagazowanie jak na mój gust. Mimo słabego aromatu uważam to za bardzo dobry początek stoutowego tygodnia.
![]() |
| (Stara etykieta) |
Czekam i czekam i się doczekać nie mogę. Na pewno większość
z was słyszała, że browar Olimp wlał coś koło 185l Hadesa do beczek po winie i dał
mu dorosnąć przez parę miesięcy. Zrobili ładną rezerwacje na butelki w
większości sklepów piwnych co by każdy „lepszy” piwosz miał szansę zakupić ten
jakże dziwny specyfik. Jako szanujący się alkoholik zamówiłem swoją sztukę
oczywiście.
Możecie powiedzieć żem durny i naiwny. W końcu ceny do
dzisiaj nie znam tak samo jak daty dostarczenia. Oczywiście są już osoby, które
miały przyjemność odkorkować butelkę (np. taki Jerry) i dzięki nim wiemy, że
cena za butelkę 375ml waha się w okolicach 50 złociszy. Ja jednak nadal czekam aż
sklep łaskawie mnie o mojej butelce poinformuje. Na początku tygodnia wysłałem
im maila z zapytaniem ale zero odzewu jak narazie. Najśmieszniejsze jest jednak
to, że całkowicie zapomniałem o leżakowanym w piwnicy zwykłym Hadesie. Biedny
marzł tam od maja, no to co, przytulmy go może?
Styl butelki i etykiety ten sam co przy Zeusie. Bardzo ładny
i dokładny nadruk na matowym, grubym papierze. Hades ma sylwetkę rodem z
Batmana, jeżeli dobrze pamiętam plakaty z Bane’em były podobne. No i ta
zalakowana szyjka, miodzio i istny artyzm piwny. Samo piwo jest po prostu
czarne, bez refleksów, odcieni, no nic. Czarna dziura i tyle. Piana, jak na
taki woltaż rośnie spora ale dość szybko się redukuje do kożucha, uporczywie
chwytającego się szkła.
Pierwsza moja obawa potwierdziła się już przy aromacie. Jest
słaby, leżakowanie najwidoczniej bardzo mu zaszkodziło (ale w sumie nie wiem
jak było przy świeżynce). Z tego co mój lekko przepalony nos wyczuł można na
pewno wyszczególnić papryczki. Nie ma co uciekać jeżeli boicie się ostrego,
jakoś tak dziwnie delikatny ten zapaszek się wydaję (pomijając intensywność).
Na drugim planie mamy alkoholową śliwkę wspomaganą słodkimi rodzynkami. Kurde, gdyby całość była mocniejsza mógłbym to
wąchać godzinami. Co się dzieje w ustach? O jezu, bardzo dużo i fajno.
Zacznijmy od nie do końca gorzkiej czekolady mocno wspomaganej przez
alkoholową śliwkę, która wydaje się słodsza niż zazwyczaj. Pięknie się to łączy
z głównym aktorem, którym jest specyficzna paloność, i to podwójna. Zaczyna się
typowo, jak w każdym dobrym stoucie. Kończy się lekkim papryczkowym opalaniem,
troszkę zalegającym ale dodającym dzięki temu uroku. Wręcz idealnie dobrana
kompozycja tworząca paloność ver 2.0. Nie są to papryczki jak przy Grand Imperial Porter Chili gdzie ich intensywność rosła aż zaczęły przykrywać
większość smaków. Tutaj są wspomagaczem, idealnie zbalansowanym. Po ogrzaniu
wychodzą słodkie rodzynki, którym i tak kontra palona daję radę. Goryczki
praktycznie żadnej ale jakoś mi to nie przeszkadza. Nagazowanie niskie, nie
jest wypychające ale treściwe. Lepi mi się do wąsa jak skurczybyk. Całość nie
jest agresywna lecz bardzo dobrze wyważona i wyraźna. Popijając człowiek wręcz
wyobraża siebie na bujanym fotelu przed kominkiem. Nawet czuje to ciepło, nie
za mocne, nie za słabe. Po prostu idealne. Dla wielu może to być problem. RIS
ma niby bić po mordzie aż człowiek straci przytomność ale mi się podoba
bardziej ta wersja, gdzie doznania przypominają specyficzny orientalny masaż. Niby relaksacyjnie ale z pazurem.
Zacznijmy może od czegoś innego. Byłem sobie wczoraj w kinie lokalnym na maratonie Sci-Fi. Guardians of the Galaxy, Dawn of the Planet of the Apes (czemu polski tytuł to ewolucja?) i Godzilla. Nie wiem kto postanowił puścić strażników z dubbingiem a resztę z napisami... jestem osobą, która nienawidzi polskiego dubbingu. To najgorsza rzecz jaką można zrobić widzowi, akurat ten film jest książkowym przykładem złego lip syncu. No i to ugrzecznienie tekstu...
Prawie wyrzuciłem tego bączka do śmieci wraz z kartonem. Zamówiłem parę piw ze sklepu internetowego, między innymi limitowanego Promka i kompletnie o nim zapomniałem. Wielkość butelki zrobiła swoje i już miał polecieć gdyby nie pieseł, który pociągnął za karton. Butelczyna wypadła a ja zacząłem się zastanawiać czy moja psina nie jest przypadkiem alkoholikiem jak jej pan. Eee, no.




































