Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezalkoholowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezalkoholowe. Pokaż wszystkie posty

 


Ostatnimi czasy nasz polski krafcik bardzo rzadko zaskakuje pozytywnie. Ta cała pastry-stagnacja doprowadza mnie do szału szczerze mówiąc. Mulące to jest zazwyczaj i jeszcze z toną laktozy, której mam już serdecznie dość w piwach. Są jednak... momenty.


Przyznam się, że na początku wykluczyłem szosę z tego cyklu, bo "na asfalcie" picie piwa jednak mi się jakoś kłóci z osobistym podejściem do życia (co innego na MTB w lesie). Zapomniałem jednak, że przecież craftowcy wypuścili parę fajnych opcji bezalko ostatnimi czasy.

Wiecie, że ostatni wpis z cyklu Pijanego Rowerzysty pojawił się w maju... rok temu? Aż sam się zdziwiłem. W sumie to się zastanawiam nad zmianą nazwy, bo mnie chyba googlowe i facebookowe algorytmy zjedzą doszczętnie (zasięgi w sensie).

Tak się akurat złożyło, że w lodówce mam 3 (były 4) piwa bezalkoholowe/niskoalkoholowe. Chciałem je zabrać w drogę i gdzieś na mieście zdegustować, ale od paru dni nie mam nawet jak... Dlatego zrobimy to na raty, dzisiaj w szranki staną dwa browary regionalne: Fortuna i Witnica.

"Życie, życie jest nobelom" jak to mawiał klasyk gatunku. Raz pijesz beznadziejne, niskoalkoholowe "cuda" z Doctor Brew (z tej, odważę się nawet napisać, gównianej serii San Escobeer), a z drugiej masz znanego i lubianego Koczkodana z 1 na 100. Tak na marginesie... na serio unikajcie tej serii od Doktorów. Większego shitu w polskim crafcie nie widziałem chyba od ładnych paru lat.

Kormoran za to ma dość stabilną pozycję w top 3 piw niskoalkoholowych w kraju. Jakoś na początku sierpnia na półki sklepowe trafiło ich najnowsze dzieło z pigwowcem i miodem. Oryginał (o którym przeczytacie tutaj) zawojował nasz rynek i ludzie byli delikatnie rzecz ujmując... sceptyczni. Dużo osób bało się po prostu, że tymi dodatkami browar zepsuje rześkość i lekkość poprzednika. Czy tak się stało? Sprawdźmy, na plaży, po bardzo delikatnym pedałowaniu.



Etykieta zbytnio się nie wyróżnia. Owszem mamy podmiankę koloru tła na pomarańczowy, ale na tym się zmiany kończą. Kapsel firmowy jest nowy i przyznam się szczerze, że bardziej mi przypadł do gustu niż ten poprzedni. Samo piwo razi słońcem aż miło. Piękny pomarańczowy kolor, zmętnione, z dość niską pianą. Na swój sposób naprawdę uroczo wygląda, szczególnie w tych warunkach.


Już w aromacie czuć zmiany, ale chyba nie takie, których się spodziewałem niestety. Całość nie ma już tego efektu "boom" i jak się łatwo domyśleć można nie jest jakoś super intensywne. Z początku aromaty wydają się być podobne, z przewagą zbożowości (w tym żyta) i lekkiej cytrusowości. Pigwa może i jest, ale ginie w bliżej nieokreślonym miksie żółtych owoców. Miód pojawia się, ale tylko na chwilę gdzieś pod koniec, gdy piwo się już ogrzeje.

Co się jednak okazało, już po pierwszym łyku banan wrócił mi na twarz. To jest to co pamiętam: dość wyraźne ciałko jak na ten ekstrakt, ale też mega wysokie orzeźwienie i lekkość na swój sposób. Do tego zadziwiająca i w ogóle nie muląca lepkość w ustach, zapewne przez miód. Wysycenie średnie, idealne wręcz, wchodzi jak złoto. Smakowo znowu wyraźna zbożowość z żytem w roli głównej. Do tego pigwa, tutaj już mocniejsza i specyficznie kwaskowata. Miód zlepia to wszystko bardzo przyjemnie, ale też nie doprowadza do zasłodzenia piwa. Całość jest tak mniej więcej na granicy wytrawności. Sam miód, na moje oko, jest wielokwiatowy. Jakoś tak zalatuje miksem kwiatów polnych. Goryczka średnia, ujdzie w tłumie. Nic jej nie brakuje i ma lekko cytrusowy (grapefruitowy?) profil. Na finiszu trochę więcej żółtych owoców, w tym zdecydowanie wyraźniejsza pigwa. Wprowadza na końcu konkretną kwaskowatość owocową. Tutaj już nie może być mowy o zbożowym kwasku. A właśnie, trochę mi jednak brakuje tej minimalnej dominacji żyta z oryginału. Mimo tego piwo naprawdę dobre, według mnie zaraz po pierwowzorze w klasyfikacji piw niskoalkoholowych.
----------

Styl: Lite Ale / Niskoalkoholowe
Alk: 1% Obj.
Ekstrakt: 8,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jasne, ciemne, żytnie, pszeniczny), naturalny miód (3%), naturalny sok z pigwowca (2,4%), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.11.2018


Deweloperka craftowa trwa w najlepsze, chociaż jedynym sprzedającym (jak narazie) jest właściciel Ciechana, Pan Jakubiak. Po Tenczynku przyszedł czas, aby jego kolejne "dziecko" odłączyło się od stada. Mowa tu oczywiście o Bojanowie. Muszę przyznać, że nic o tym wcześniej nie słyszałem dopóki mi sam przedstawiciel browaru tego nie oznajmij.

Ciekawa jest to strategia, wykupić upadający/zamknięty browar, wyremontować go i sprzedać po krótkiej chwili. Zajmijmy się jednak piwem może co? A konkretnie kosmiczną APA o 1% zawartości alkoholu. Wiecie, że jestem jak najbardziej za takimi wynalazkami. Szczególnie jeśli nie smakują jak koncernowe soczki słodowe. Jak będzie tym razem?



Widać, że browar jeszcze się nie przestawił na samodzielność. Nadal używają butelek z grawerem BRJ. Etykieta zmieniona, aczkolwiek w kształcie, którego wręcz nienawidzę. Kojarzy mi się on za bardzo z Witnicą... Koloratkę wyrzuciłbym w cholerę, kapsel może zostać. Kolor piwa był nie lada zaskoczeniem z początku. Spodziewałem się jaśniejszej barwy, a dostałem rażącą miedź. W dodatku fajnie zmętnioną. Piana może nie za wysoka, ale za to trwała i bez dziur. No ładne cacko.


Z przykrością muszę stwierdzić, że zapaszek nie urywa tyłka, szczególnie intensywnością. Rzadko kiedy się zdarza, że piwa niskoalkoholowe buchają wręcz aromatami... No ale tutaj jest naprawdę ubogo. Czuć lekką słodowość i trochę kwiatów polnych. W tle zacięcie melanoidynowe w postaci skórki od chleba.

W ustach to już kompletnie inna bajka na szczęście. Jest leciutko, orzeźwiająco i zgrabnie. Ciałko malutkie, ale o wodnistości nie ma mowy. Wysycenie średnie, momentami mocniejsze się wydaje. Jest słodowo, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czuć skórkę od chleba, czuć też lekko kwaskowate żyto. Zaskakujące jest to, że całość nie jest wcale taka słodka i "koncernowo słodowa". W tle pojawia się też pewnego rodzaju ziemistość. Brakuje mi trochę goryczki. Ta jest naprawdę delikatna, a przydałoby się troszku większe kopnięcie. Profil ma... hmm... "zielony" w pewnym sensie, żywicznopodobny. Na finiszu dominuje ziemia wspomagana odrobiną kory drzewnej. Naprawdę spoko podejście do niskoalkoholowego piwa. Pije się z przyjemnością i z chęcią chwyciłbym kolejne. Poprawić te błędy i mamy top 3 piw w tym stylu w Polsce.

----------

Styl: American Pale Ale Light
Alk: 1%
Ekstrakt: 7,5%
IBU: b/d
Skład: słód (), chmiel (Marynka, Fuggles, Citra, Mosaic), drożdże.
Do spożycia: b/d


Kurde... jakoś ostatnimi czasy podróżuje dużo autem. W dodatku nie są to jakieś super dystanse, ot takie 45km w jedną stronę do "większego miasta". Jeździłem tą trasą rowerem bez problemu, tylko teraz jakoś pogoda nie chce się dostosować zbytnio... Dlatego cieszy mnie fakt, że craftowe piwa bezalkoholowe wkraczają na rynek.

Kolejnym w moim bezalkoholowym mini teście będzie Motocyklowe z Browaru na Jurze. Według mnie pomylili się trochę z nazwą, lepsze byłoby "Rowerowe". Cieszy fakt, że sam browar znowu pojawił się na blogu. Jakoś ostatnio cisza o nich była w internetach. Teraz tylko pozostaje pytanie: czy będzie to piwo, czy znowu piwopodobna lemoniada. 



Browar na Jurze lubi te swoje pastelowe kolory. W tym przypadku mamy też dość przejrzystą grafikę, która nawet dobrze się prezentuje na półce sklepowej. Sylwetka motocyklisty wydaje mi się jednak trochę nienaturalna. Kapsel firmowy, ale bez szału. Piwo ma ładny złoty (przechodzący w słomkowy) kolor i jest prawie, że klarowne. Piana maksymalnie na jeden palce dość szybko redukuje się do kożucha. Ten przetrwał prawie do ostatniego łyku.


W aromacie czuć lekkie pociągnięcie słodowe (w piwach tego typu to już sukces), takie typowe dla normalnych piw. To jednak owoce grają główną rolę. I tak: cytrusy, głównie pomarańcze i towarzyszące im cytryny (albo nawet bardziej zest cytrynowy). Jest też nutka grapefruita, która wprowadza trochę zamieszania. Całość dość intensywna i nawet utrzymująca się.

W smaku, jak to przystało już na bezalkoholowe piwa, ciała nie ma za dużo. Nie powiedziałbym jednak, że jest wodniste. Wysycenie też bez przesadyzmów, na średnim, nieinwazyjnym poziomie. Od samego początku towarzyszą nam przyjemne nuty zbożowe i uderzenie chmielu, głównie Citry. CryoHops znowu pokazuje pazury. Soczyste połączenie cytrusów i tropików (głównie limonki i grapefruita) bardzo fajnie orzeźwia. Goryczka też niczego sobie, oczywiście o grapefruitowym profilu. Na finiszu chmiel wrzuca drugi bieg i jeszcze bardziej zaskakuje intensywnością. Dochodzi słodka pomarańcza, zbożowość też zdaje się być wyraźniejsza. Jakby się tak dobrze wgryźć to nawet i lekką ziołowość czuć, ale od chmielu, bo kolendry jako takiej za cholerę nie wyczuwam. Gdyby tak smakowało to piwo od samego początku mocno bym się zastanawiał nad tym, czy nie jest ono lepsze od kormoranowego 1 na 100. To oczywiście nie znaczy, że nie jest dobre. Z chęcią bym je zabrał w podróż gdy po raz kolejny spadnie na mnie "klątwa kierowcy".

----------

Styl: Bezalkoholowe
Alk: poniżej 0,5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, Carahell), chmiel (Columbus, CryoHops Citra, Citra, Amarillo), kolendra, drożdże Wyeast 1388 Belgian Strong Ale.
Do spożycia: 


Moja szosa łaknie piw sesyjnych, pod każdym względem. Głównie chodzi jej pewnie o aspekt alkoholowy, no ale. Dzięki Bogu polski craft zaczyna powoli reagować na potrzeby spragnionych cyklistów. Mad Driver Vermont jakoś nie przekonał mnie do końca. Dlatego ich ostatnie piwo, czyli IPA z Rooibosem poczeka sobie jeszcze.

Dzisiaj zdegustujemy sobie szpuntowy wynalazek, a jak wiecie lubię chłopaków z tego browaru (no homo) i smutno by mi było gdyby podpadli akurat przy takim trunku. Z drugiej jednak strony... ciężko jest uwarzyć dobre bezalkoholowe piwo.


Etykieta z serii piw specjalnych, czy też wyjątkowych. Mamy bliżej nieokreślony wzorek, który mieni się jak... dobrze wypolerowane amelinium. Jak widzicie powyżej jest to zmora aparatów, ale dla oka jest to jak najbardziej miły widok. Białe tło kojarzące się z trunkiem bez alko też spoko. Sooo clean. Piwo ma jasnozłoty kolor, prawie, że słomkowy. Jest też wyraźnie (i równo) zmętnione, tak jak przystało na New England IPA. Piana dość niska, ale równa. Po chwili pozostał po niej tylko kożuszek, ale za to trwały.


Aromat nieszczególnie powala na kolana jeżeli chodzi o intensywność. Ot coś tam czuć przy każdym zanurzeniu ust. Głównie cytryna, albo i nawet limonka wraz z delikatną nutą żywicy. Do tego słodowość, jak przy brzeczce podczas domowego warzenia.

Już po pierwszym łyku czuć, że gasić tym można pragnienie o każdej porze i w każdym miejscu. Piwo jest lekkie i orzeźwiające, ale nie zahacza o wodnistość o dziwo. Mocne nagazowanie też jakoś pasuje w tym przypadku. Na delikatnie zbożowej podbudowie mamy potężny filar cytrusowy, głównie limonkowy, który wspierany jest dodatkowo żywicznym zacięciem. Jest też lekki kwasek, jak w jakimś sour ale. Goryczka może i nie przypomina tych ze znanych nam IPA, ale jak na trunek bezalkoholowy jest nad wyraz wyraźna. Ma lekko żywiczny profil. Finisz dość wytrawny i już zdecydowanie żywiczno-ziemisty. Całość jak najbardziej OK. Przyjemnie orzeźwia i rzeczywiście można tym uzupełnić płyny po wysiłku fizycznym. Problem jednak pozostaje... Tak jak w przypadku Mad Drivera tak i tutaj większe skojarzenia mam z lemoniadą chmielową niżeli z pełnoprawnym piwem (ot taki wieczny problem bezalkoholowców). Na pierwszym miejscu nadal pozostaje 1 na 100 z Kormorana, który wygrywa np. ciałkiem. Zeropoint depcze mu jednak po piętach.

----------

Styl: Bezalkoholowe New England IPA
Alk: poniżej 0,5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: niskie.
Skład: słód (jęczmienny, żytni), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 07.12.2018


Ahhh... znowu zagłębimy się dzisiaj w świat tak płytki, że nawet płaszczka miałaby problem w nim egzystować. Piwa bezalkoholowe, albo jak kto woli "o niskiej zawartości alkoholu". W świecie craftu można było ich szukać ze świecą. Na szczęście wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują sezon na takie trunki.

Do dziś królem bezalkoholowców był 1 na 100 z Kormorana. Internety zawrzały jednak ostatnimi czasy, bo oto na scenę wszedł śmiałek, który według wielu zdetronizował miłościwie nam panującego monarchę. Zamysł jest niezły... smaczny vermoncik, którego można pić podczas jazdy? To tak jakby ktoś próbował podzielić przez zero...


Etykieta... nie zachęca. Rozumiem inspiracje filmem Las Vegas Parano, ale wykonanie graficzne jest... no marne. A może po prostu nie gustuję w takim... artyzmie? Tak w połowie picia przypomniało mi się też z czym mi się ta etykieta kojarzy jeszcze, pamiętacie grę Wacki? No właśnie. Piwo ma słomkowy kolor. Jest też dość równo zmętnione jak dobrze zamiesza człowiek. Piana na dwa paluchy, szybko się redukuje. Pozostawia jednak bardzo ładny lacing na szkle i wytrzymały kożuch.


Co my tu mamy? Ano ładny i wyraźny zapaszek. Są cytrusy (głównie limonka) i dużo zestu. Potem mamy typowy dla piw bezalkoholowych aromat słodowy, słodki. Mi osobiście kojarzący się polnymi kwiatami i pszenicą w tym przypadku. Jest też odrobina miodu i imbir. Pieprzu jako takiego nie wyczuwam.

Jak ktoś mi znowu powie, że piwo nie nadaje się na rower do np. gaszenia pragnienia to mu chyba... no wiecie. Mad Driver wręcz eksploduje rześkością i koszyk na bidon mógłby być jego drugim domem. Lekkie, dobrze wysycone i wchodzi jak woda (ale wodniste nie jest, co to to nie). Cytrusy znowu wychodzą na pierwszy plan, ale imbir też mocno zyskał na sile. Czuć nie tylko odżywcze, ale i lecznicze właściwości tego trunku. Oczywiście lekki kwasek do tego i pszenica, miodowo-polne skojarzenia gdzieś znikły. Goryczka jakaś tam jest. Mogłaby być większa, ale minusem bym tego nie nazwał. Na finiszu pojawia się dodatkowo pieprz. Muszę przyznać, że takie korzenne uderzenie jest idealnym zakończeniem tego wytrawnego i orzeźwiającego izotoniku. Trzeba jednak pamiętać o jednym... Vermont IPA to nie jest. Ciężko jest zrobić piwo bezalkoholowe, które smakowałoby jak... no wiecie... piwo. A co dopiero styl typowo craftowy. W tym przypadku mamy bardzo fajną piwną lemoniadę z imbirem.

----------

Styl: Bezalkoholowe
Alk: 0,5%

Ekstrakt: 7,5% Wag.
IBU: 50
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel (Magnat, Cascade, Mosaic), czerwony pieprz, imbir, drożdże.
Do spożycia: 13.09.2018


Jest coś cholernie satysfakcjonującego w pierwszym wyjeździe zaraz po kontuzji. Szczególnie gdy okazuje się, że po bólu kolana nie ma już śladu. Oczywiście pozostaje problem z kondycją, a dokładniej jej brakiem, ale do pełni formy dochodzi się dość szybko. No, przynajmniej w moim przypadku.

Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Poszukiwań ciąg dalszy. Czy są na świecie dobre piwa bezalkoholowe? Na pewno są jakieś odmiany tego dziwacznego trunku (np energizer z Ciechana) ale czy jest takie, które będzie smakowało jak piwo? Narazie się z takim nie spotkałem.... może więc Cornelius mnie zaskoczy?

Oh Cornelius, czy jak kto woli Sulimar. Szczerze mówiąc dziwi mnie, że nie mają jeszcze reklam w TV w stylu Lecha lub Carlsberga. Zobaczcie na ich profil facebookowy, marketing podobny jak nic a czasami nawet można się uśmiać z niektórych beznadziejnych pomysłów. Parę razy się nawet zastanawiałem czy mają pozwolenie na edytowanie niektórych zdjęć. No cóż, nie mnie to oceniać.

Nalewamy ten ich wynalazek reklamowany jako "dziedzictwo browaru Panien Dominikanek". Piana z początku wydawała się epicka, niby zbita, fajnie oblepia szkło. Jednak już po 2 łykach zaczęła uciekać jak przestraszona zakonnica przed pokusami letnimi. Zapaszek całkiem przyjemny, miodowo-słodowy, coś takiego jak w miodowym Kvass'ie. Wiadome już było jednak, że to będzie mocno słodki trunek. No nic pijemy. Szybkie łyki i rzeczywiście, nic oprócz cholernej słodyczy słodowej i miodowej. O jakiejkolwiek kontrze można zapomnieć. Pany z Corneliusa, to jest kwas chlebowy a nie piwo bezalkoholowe. W sumie jest dość treściwe ale to chyba tylko dzięki małemu nagazowaniu. Przez to jednak w ogóle nie orzeźwia więc w sumie po co komu taki trunek bezalkoholowy?

Eh, szukamy dalej.


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Trzeba propagować piwa bezalkoholowe, wbrew pozorom potrafią czasami być lepsze od niektórych "prawdziwych piw". Co tym razem? Czechy i ich woźnica. Muszę przyznać, że etykieta i nazwa mnie rozbawiły, czy ktoś za czasów furmanek sprawdzał upojenie alkoholowe kierowcy? Najwidoczniej ludzie z tamtych lat przewidzieli, że takie czasy nadejdą. Otwieramy i bam! Ostro palony słód. Dziwne, niby miał być chmiel aromatyczny. Po nalaniu piana pnie się w górę dość ładnie, zostawia jednak brzydkie "wyspy" po opadnięciu. Tak jakby ktoś to piwo gotował i zdjął je z ognia stawiając od razu na zimnie. Mało to estetyczne według mnie. Pijemy! Znowu się zawiodłem, chmielu po prostu nie ma. Jest lekko palony słód, dość słodkie z taką kwaśną goryczką, która nieprzyjemnie zostaje w ustach. Pod koniec picia, po ogrzaniu, jest jeszcze słodsze. Bardzo średnie ogółem. No nic, szukamy dalej dobrego bezalkoholowego piwa!


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Pewnego pięknego dnia wpadłem sobie do sklepu na górce aby zakupić coś pszenicznego bo ukrop ostatnio straszny. Patrze, a w lodówce Krzepiak od Ciechana. Myślę sobie “why not?". Wiadomo jak na polskim rynku smakują piwa bezalkoholowe. Po prostu bleh. No ale trzeba być twardym i testować wszystko. Otwieram butelkę a tam kwiaty, takie z łąki. O co tutaj chodzi? Nalewam do kufla, piana znika prawie od razu, kolor nawet ładny, mętny. Smak? Piliście kiedyś red bull’a wymieszanego z tymbarkiem miętowo-jabłkowym? Właśnie tak smakuje Krzepiak. Dodać do tego te kwiaty polne i mamy coś czego się kompletnie nie spodziewałem. Nie jest to piwo co jest nawet napisane na etykiecie. Jest to słodowy napój bezalkoholowy i stwierdzam, że jest to coś przepysznego. 


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com