Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą india pale ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą india pale ale. Pokaż wszystkie posty

 


Pastry-"tutaj wpisz styl" zabiło trochę we mnie chęć picia piwa, serio. Co prawda zdarzały się naprawdę dobre trunki (np. Wypiekowe Mocne), ale zazwyczaj nie były one 100% przedstawicielem stylu. Na szczęście nasz craft powoli zaczyna wstawać z kolan pogardy. Browary wypuszczają serie prawdziwych IPA np.


Jednym z nich jest Artezan ze swoją serią IPA Stories. Żeby ktoś coś takiego zrobił z ciemnymi piwami... byłbym wniebowzięty. Tylko nie tak jak to próbował zrobić AleBrowar parę lat temu... Aha, jeszcze jedno. Piwo wysłał do mnie sam browar, jeżeli to dla Was robi jakąkolwiek różnicę.




Artezan znowu postanowił zaprojektować nowe etykiety do kolejnej serii. Z początku miałem mieszane uczucia (za bardzo rozciągnięta ta grafika jest na mój gust), ale po krótkim obcowaniu z butelką (bez udziwnień) zaczęła mi się podobać. Piwo złociste (he he) i mętne jak błoto. Momentami wygląda nawet tak, jakby tam brokatu dodali. Piana niska od początku, ale utrzymująca się.



Niczego innego nie można się było spodziewać po Artezanie, w kwestii IPA oczywiście. Moc chmieli bucha ze szkła jak z jakiegoś gara czarownicy z lasu. Na pierwszym planie pomelo z winogronem, potem lekka cytrusowość i bardzo delikatna nafta. W tle pojawia się też granulat chmielowy, bliżej nieokreślony.


Przez aromat zapomniałem, że to piwo ma 18% ekstraktu... zostało mi to bardzo szybko uświadomione po pierwszym łyku. Z jednej strony całość jest orzeźwiająca (o tym za chwilę), ale z drugiej ciałko nie wybacza i w połowie picia czuć to, szczególnie gdy nie ma się czym przegryźć. Wysycenie średnie, takie w miarę jak na ten ekstrakt. Smakowo powtórka chmielowa: winogrono, pomelo, cytrusy (tutaj wyłania się pomarańcza i nuta limonki), liczi i... nafta. Tak sobie próbuję przypomnieć gdzie jeszcze spotkałem się z tak dużą jej ilością w piwie i za cholerę nic mi na myśl nie przychodzi. Goryczka średnia, cytrusowa z takim lekkim zacięciem albedowym. Jest wyraźna, ale zdecydowanie przy tym double mogłaby być wyższa. Chociaż... w końcu to new england tylko. Finisz to już głównie nafta z delikatną skórką cytryny. Całość na fajnej, zbożowej podstawie (czasami wydaje się być biszkoptowa). Nie ma co ukrywać, to chmiel króluje w tym piwie. Dobry start serii i powrót (mam nadzieję) craftu do goryczki w IPA.


----------


Styl: Double New England India Pale Ale

Alk: 7,5%

Ekstrakt: 18%

IBU: hoprate 16 G/L

Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Enigma, Mosaic, Citra), drożdże WLP066 London Fog.

Do spożycia: 20.02.2021


www.artezan.pl


Ja nie wiem co to się ostatnio wyprawia... Od ponad miesiąca nie miałem wolnego weekendu, bo albo tyrlandia, albo uczelnia. I tak, gdy nadeszła w końcu ta upragniona wolna sobota człowiek nawet nie zdążył się nią zachłysnąć. Tak szybko przeleciała, o niedzieli nie wspominając. Zaraz dojdzie do tego, że wolne weekendy będę traktował jak upragniony urlop... no jeszcze czego.

Ryżowa IPA z Browaru Zakładowego zdawała mi się być idealnym wyborem przed weekendem. No bo po co zaczynać od jakichś zapychających i ciężkich RiSów, skoro za oknem pogoda robi się iście wiosenna? Dlatego tropiki będą lepszą opcją, na pewno.



Chłopaki mają chyba jedne z najbardziej rozpoznawalnych etykiet w kraju. Według mnie są piękne, sam pomysł na każdą jak i kreska bardzo przypadły mi do gustu. Nawet jakość papieru poszła w górę. Z tego co pamiętam pierwsze butelki źle reagowały na wodę. Samo piwo ma barwę zbliżoną do złota, może delikatnie ciemniejszą. Jest też widocznie zamglone. Piana niska, dziurawa, ale za to chwyta się ścianek desperacko. Znika całkowicie po chwili.


Gdyby tak zaczynał się każdy urlop... świat byłby piękniejszy. Całość aż kipi orzeźwieniem i tropikami. Najbardziej wyróżnia się ananas, potem wchodzi mango. Na każdym kroku czuć ich intensywny miąższ. Trzeba się trochę namęczyć, aby przez nie przebrnąć, ale zaraz za nimi czają się też cytrusy (głównie zest z limonki). No ładnie panie, ładnie...

Pierwszy łyk trochę mnie... zdziwił. Po takim aromacie spodziewałem się trochę mniej cielistego piwa, a Wniosek Urlopowy okazał się być pełnoprawną szesnastką. Nic w tym złego nie ma oczywiście. Szczególnie, że wysycenie nadrabia (takie średnio-wysokie jest). Smakowo też zaskakuje. Po pierwsze primo: nie jest za słodkie, a trochę się tego spodziewałem po tak soczystych owocach. Owszem nadal są one dominujące (tutaj już bardziej mango, pomarańcza, grapefruit i dopiero potem ananas), ale całość ma też takie dość mocne skórkowo-albedowe zacięcie. Jako podstawę mamy pszenicę delikatnie polaną karmelem. Po drugie primo: goryczka. Wyraźna, grapefruitowa, delikatnie zalegająca. Finisz trochę pustawy, głównie cytrusy z nutą albedo po grapefruicie. Ogólnie przyjemnie, naprawdę tropikalne, ale też trochę zagubione IPA. Ryżowe piwa zawsze kojarzyły mi się z rześkością i lekkością, nawet te z dość wysokim ekstraktem. Tutaj tego tak do końca nie ma niestety.

----------

Styl: Tropikalne Ryżowe IPA
Alk: 6,6% Obj.
Ekstrakt: 16% Wag.
IBU: ~52
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki ryżowe, mango, ananas, skórki owoców cytrusowych, chmiel (Citra, Mosaic), drożdże US05.
Do spożycia: 17.03.2019


Znowu nadszedł ten dzień w roku, gdy mój znajomy przywozi mi najnowsze piwa z browaru Ursa Maior, bo akurat wrócił z wojaży bieszczadzkich. Wszyscy pamiętamy shitstormy z ich udziałem, ale czas leczy rany i chyba wszystko już gra w relacji browar - reszta świata craftu. A przynajmniej mam taką cichą nadzieję.

Dziki Kot z Berehów to piwo szczególnie ważne, bo część kasy ze sprzedaży idzie na cele charytatywne. Tym bardziej człowiek ma nadzieję, że będzie... no chociaż pijalne. Mój wewnętrzny chochlik nie śpi jednak. Bo jeśli piwo ma trafić do mas i sprzedać się w jak największej ilości to zazwyczaj jest robione na pół gwizdka co nie? Tak nas doświadczenie nauczyło. Chodzi o to, co by tych mniej craftowych klientów też zaciągnąć. 



Etykieta (jak każda Ursy z resztą) jest mega przyjemna dla oka. Fajny, kredowopodobny papier, niespotykany kształt, no i ta grafika. Tym razem jest to praca plastyczna podopiecznej fundacji, na którą przeznaczana jest część dochodów ze sprzedaży. Kapsel firmowy jak zawsze spoko. Samo piwo ma ładny, ciemnozłoty kolor i jest delikatnie zmętnione. Piana wysoka, trochę dziurawa. Trzyma się jednak dzielnie pozostawiając niewielki kożuch do samego końca.


No... mało czuć. Aż mnie taka niemoc chwyciła. Bo człowiek chce dobrze, ma pozytywną energie... a tu nie ma z czego brać inspiracji do pisania. Tak na dobrą sprawę aromat pojawił się może na parę sekund, zaraz po przelaniu piwa do szkła. Potem znikł, tak po prostu. Szkoda, bo było to całkiem fajne połączenie owoców (tutaj głównie gruszka, ananas i pomarańcza) i herbatnika. Potem były już tylko lekko gotowane warzywa i nicość. 

W smaku trochę lepiej pod względem intensywności, ale cholera... z całą resztą jest kiepsko. Ciałko takie jakiego byście się spodziewali po tym ekstrakcie. Czuć coś, ale nie zapcha Was za szybko co w sumie jest nawet fajne jak na takie belgijskie wannabe. Wysycenie średnie, też całkiem dobrze dobrane. Problem jest w smaku... belgijskość przejęła władzę i to niestety nie w najlepszym stylu. Jest owocowo, pomarańcze, gruszka, mandarynki, te klimaty. Niestety czuć, że już stanowczo za długo leżały na słońcu i to psuje cały odbiór piwa. W dodatku pojawia się lekko denerwująca nuta alkoholowa. W tle delikatna pieprzowość i tostowo-herbatnikowa słodowość. Goryczka wyczuwalna, ale jakaś taka męcząca. Dziwne, bo przy tak mulących doznaniach powinienem jej wyszukiwać z utęsknieniem. Zdaje się mieć delikatnie ziołowy profil. Finisz nijaki, trochę pieprzowy, trochę herbatnikowy. Jakby nie patrzeć kontynuuje maksymę życiową tego piwa: być mulącym i na swój sposób bez wyrazu. Nie wiem... naprawdę chciałem jak najlepiej. Z kija na miejscu było podobno bardzo smaczne. Niestety Dziki Kot z butelki jest cholernie męczącym piwem, a weźcie pod uwagę to, że wziąłem poprawkę na styl. 

----------

Styl: New Belgian India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 31.10.2018


Ahh Browar Tenczynek. Chyba jedyny ze spółki BRJ, którego nie gościliśmy jeszcze na blogu. Trochę smuteczek, bo w starej formie już nie będziemy mieli okazji. Dlaczego? Ano dlatego, że Pan Jakubiak postanowił sprzedać go Panu Palikotowi. Taka deweloperka craftowa: wykup - wyremontuj - sprzedaj.

W sumie nic złego w tym nie widzę , szczególnie jeśli nowi właściciele mają trochę bardziej craftowe podejście do piwa. Tenczynek chce właśnie za takiego uchodzić i dlatego oprócz piw zwyczajnych wypuścił też serię "P", czyli taką właśnie rzemieślniczą bardziej. Dziś sprawdzimy sobie klasyka, czyli IPA.


Etykiety miały być proste, ale jakoś ta akurat prostota do mnie nie przemawia. Szczególnie na takim papierze i w takim kształcie. Duży plus za odpowiednie kolorystycznie kapsle (tutaj czerwony) i za pełny skład. W dzisiejszych czasach nawet topowi rzemieślnicy o tym zapominają. Kolor piwa przypomina dość mocną AIPA, taki średnio zmętniony karmel, czy też bursztyn. Piana na dwa palce. Niestety szybko zanikająca, ale za to z ładnym lacingiem i bardzo trwałym kożuchem.


No, niczego innego bym się nie spodziewał po tym piwie. Są tropiki, głównie miks nieokreślony z czasami wychodzącym mango. Do tego czerwone owoce i  dość wyraźny aromat słodowy podobny do skórki od chleba. W tle, bardzo daleko, lekki karmel. Starych wyjadaczy to zapewne nie zachwyci, ale jakby porównać je do IPA z koncernów... panie, bierz pan skrzynkę.

Ciałko niczego sobie, czuć je, ale spokojnie da się wypić parę butelek. Wysycenie na średnim poziomie. Jak tak się chwilę zastanowić to mogłoby być odrobinę wyższe. W smaku władzę przejmują czerwone owoce. Długo nad nimi rozmyślałem i najbardziej mi one przypominają żurawinę. Tropiki też mocne, ale momentami czuć po prostu lekką przewagę tych pierwszych. Podstawą jest wyraźna słodowość (znowu ta skórka od chleba), a karmel zanika kompletnie. Co jest dość pozytywnym zaskoczeniem w mojej opinii. Goryczka wyraźna, ale bez przesadyzmów. Czuć takie żywiczno-grapefruitowe zacięcie. Finisz trochę pustawy, głównie żywiczny. Podsumowując... no IPA, uwarzono tego tyle, że ciężko się jest nad tym stylem zachwycać. Ta z Tenczynka jest poprawna, orzeźwiająca jak na ten ekstrakt i pasuje idealnie do grilla. Czego chcieć więcej? W sumie... to taka nawet Red IPA chyba bardziej, co nie?

----------

Styl: India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: 50
Skład: słód (pale ale, crystal maple, mela beech, aroma malt), chmiel (Magnum, Cascade, Mosaic, Citra, Amarillo), drożdże.
Do spożycia: 13.09.2018


Polski craft czyha na moje zdrowie, mówię Wam. Dlaczego? Już śpieszę z wytłumaczeniem. W tym sezonie wymyślili sobie (w sumie to nie oni, a bardziej zagramanica) mleczne IPki zwane potocznie milkshakeami. Lubię laktozę i to co wprowadza do piwa, ale w stoutach i tym podobnych piwach... A tu jebs, mleko w IPA z wuchtą chmielu. Jeszcze pal licho gdyby im to jakoś wychodziło... a tak większość polskich shakeów ledwo co nadaje się do wypicia. W dodatku po prawie każdym miałem jakieś dziwne problemy, a mleko mi nie szkodzi zazwyczaj.

Siedząc jednak ostatnio w pracy rozmarzony z powodu zbliżającego się sezonu na "kto da więcej BLG"  (w mojej głowie głównie przaśny stout mleczny się pojawiał) zostałem zaskoczony przez kuriera z paczką. Po otwarciu okazało się, że to kolejny Birbant Box, a w nim znowu milkshake i pils. Pomyślałem sobie, że najlepiej jest zacząć od "tego gorszego", a więc... do dzieła.



Dawno nie widziałem tak pociesznej brzoskwinki na etykiecie piwa, agencja Flov znowu się popisała (jak z każdą etykietą z serii Hopsbant z resztą). Kapsel firmowy, jeden z lepszych w branży. Piwo ma soczyście pomarańczowy kolor, ale jest pełne syfu. Oprócz typowego zmętnienia mamy też pełno chmielin (ale to już wina samej technologii przepływu piwa przez naszą ulubioną przyprawę). Piana wysoka i dość trwała. Niestety szybko zaczyna pękać od środka, ale pozostawia za to ciekawy lacing w postaci takiej jakby pajęczyny. 


"Efekt hopsbanta" uzyskany, piwo pachnie nieziemsko trzeba przyznać. Na pierwszym miejscu wyraźna brzoskwinka, soczysta i świeża. Wspomagają ją mango i marakuja tworząc cholernie przyjemny owocowy miks. Do tego nieinwazyjna pszenica gdzieś w tle i baaardzo delikatna słodycz mleczna. 

W smaku wyszła chyba najbardziej pijalna (jak dla mnie) wersja piwno-mlecznego shake'a jakiego dotąd udało mi się spróbować. Zazwyczaj miałem z tym specyficznym wynalazkiem problem, tutaj nie. Chłopakom udało się uwarzyć trunek gęsty i sycący, ale głównie w odczuciu. Niski alkohol i rześkość pozwala bowiem na sięgnięcie po kolejne (albo nawet parę). Wysycenie średnie do wysokiego nie psuje odbioru w ogóle. Znowu mamy istny wybuch owocowy z cholernie soczystą brzoskwinią na czele. Do tego mango i fajnie wkomponowane cytrusy w tle. Pilnują, aby się człowiek za mocno nie zamulił. Całość na pewnego rodzaju płatkach śniadaniowych (z tym mi się najbardziej skojarzyło połączenie płatków owsianych i laktozy). Goryczka wyraźna, ale krótka. Fajnie wbija się w to całe towarzystwo próbując poustawiać każdego po kątach. Profil ma... powiedzmy, że lekko grapefruitowy. Finisz uwydatnia trochę bardziej mleczną stronę tego piwa. Laktozowa słodycz przebija się mocniej, a do towarzystwa ma już tylko brzoskwinię. Ogólnie bardzo przyjemne i smaczne piwo. Jak dla mnie najlepszy milkshake polskiego craftu.

----------

Styl: Peach Milkshake India Pale Ale
Alk: 4,2% Obj.
Ekstrakt: 16,5°
IBU: 40
Skład: słód (Pale Ale), płatki owsiane, chmiel (Mosaic, Citra, Equinox, Chinook), laktoza, sok brzoskwiniowy NFC, drożdże.
Do spożycia: 11.05.2018


Dostałem ostatnio od Michała z beardshop.pl (i Ferajny) paczkę. Wiadomo, dary losu itd. z tym, że jego przesyłka wyróżniała się dość znacznie spośród innych "prezentów dla blogera". Otóż oprócz piwa wysłał mi on olejek i szampon do brody... ten drugi na bazie wcześniej wymienionego trunku. Nie będę ukrywał, że sceptycznie patrzę na takie wynalazki, ale postanowiłem podejść do tematu profesjonalnie (jak nigdy har har).

Dlatego dziś sprawdzimy sobie samo piwo, a w przyszłości specyfiki do brody. Jakby nie patrzeć nadaję się idealnie na królika doświadczalnego. Olejku używam sporadycznie (muszę to zmienić), a pielęgnację zarostu ograniczyłem do codziennego mycia mydłem naturalnym. Co najlepsze olejki posiadam już trzy, więc porównanie ich będzie jak najbardziej wskazane. Dodatkowo jazda rowerem po lasach mocno odbija się na zaroście... No, ale co my tu dzisiaj mamy na tapecie... Ach tak, piwo, które z tego co zrozumiałem zostało uwarzone specjalnie pod markę Capt. Fawcett przez angielski browar Elgood's Brewery.


Sama etykieta jakoś szczególnie się nie wyróżnia i jest trochę nudna. Na środku logo/grafika firmy a w tle elementy graficzne jak z tutoriala. O wiele lepiej prezentuje się opakowanie jako całość, bo butelka sprzedawana była wraz z drewnianym pudełkiem (fota na końcu). Piwo to już inna para kaloszy. Ma piękny miedziany kolor (lekko przyciemniony) i jest idealnie klarowne. Śnieżnobiała piana rośnie na trzy palce, ale dość szybko zaczyna opadać niestety. Pozostawia po sobie jednak spory kożuch i ładny lacing na szkle.


Tak, tego można było się spodziewać. Karmel to podstawa aromatu, lekko odmieniony tostowymi nutami. Do tego całkiem wyraźny trawiasty zapaszek wchodzący w korę drzewną. No i kwiaty, pełno kwiatów, które momentami przechodzą niestety w tanią podróbę miodu. Co jakiś czas pojawiają się też papierosy i warzywa. Całość nie grzeszy intensywnością i zanika dość szybko co podbija tylko odczucie nudy i craftowego snobizmu. 

W smaku dość lekkie, średnio wysycone i orzeźwiające o dziwo. Już na wstępie czuć jednak, że doznaniowo to to bardziej będzie przypominać jakiś lepszy lager/pils niżeli IPA. Jest trawa, a nawet delikatna ziołowość momentami. Słodowość na podobnym poziomie, tostowa z karmelowym zacięciem. Wszystko ładnie zbalansowane i współgrające ze sobą. Goryczka za to niska, średnio przyjemna i jakaś taka gryząca dziwnie. Finisz z początku wydaje się być trawiasty, taki leśny nawet. Niestety szybko robi się cierpki, łodygowy i ogólnie nieprzyjemny. Podsumowując piwo z potencjałem, ale delikatnie mówiąc... uwarzone na odwal trochę. Szkoda, wypiłbym sobie takie typowe i wyraziste angielskie india pale ale.

----------

Styl: India Pale Ale (English)
Alk: 4,7%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiel, drożdże.
Do spożycia: zamazane, ale chyba do 2018.



Nowe trendy w piwnym świecie to norma. Czy to beczki, czy też hype na jakiś egzotyczny lub patriotyczny dodatek (śledzik np.). Są też takie bardziej przyziemne wymysły piwowarskie jak na przykład mocno nachmielony... muł, który zyskał dużą popularność za oceanem. Tak bowiem w skrócie można opisać styl Vermont IPA (czy też New England IPA).

Takie niespodzianki to ja lubię. Rafał, znajomy z drużyny rowerowej, lata dość często służbowo do kraju, który wielu z nas uważa za kolebkę piwnej rewolucji. Chodzi oczywiście o Stany Zjednoczone. Tak jak my lubi sobie wypić dobre piwo, więc odwiedza miejscowe browary kiedy tylko może.

Akurat tak się złożyło, że był ostatnio w browarze Voodoo, który z zewnątrz przypomina bardziej kamienicę usługową a nie miejsce, w którym się warzy piwo. Z tego co wiem, większość browarów w USA tak właśnie wygląda co według mnie ma swój urok. Anyway, przemycił mi butelkę świeżej IPA wprost z browaru. Nawet daty ważności nie zdążyli nakleić. Mam się bać?


Etykieta kojarzy mi się trochę z czasami flower power i to raczej zamierzony efekt artysty. Jest kolorowo, na dobrym papierze i z głównym bohaterem na środku, pokaźnych rozmiarów w dodatku. Tak, chodzi o szyszkę chmielu, a nawet dwie. Spodobało mi się też to, że kapsel nie był czarny, ale żółty. Samo piwo okazało się być prawie, że idealnie klarowne. Złote, może lekko miedziane. Piana średnio chciała się utworzyć i w dodatku zaczęła znikać dość szybko pozostawiając po sobie dziurawy kożuch. 


"Holy shit goddamn!" jakby to powiedzieli demokratyczni najeźdźcy zza wielkiej wody. Aromat wbija w podłogę intensywnością i długo nie pozwala się podnieść. Podwójne chmielenie na zimno dało efekty. Marakuja, mango, soczysta cytryna z grapefruitem i delikatny chlebek gdzieś z tyłu. Do tego ta dziwna nuta tytoniowa, którą chyba tylko ja wyczuwam przy mocno chmielonych IPA. Jest miazga ogólnie.

W smaku piwo nie zwalnia tempa i utrzymuje zasłużony zachwyt pijącego. Istna zupa chmielowa, tylko, że dość klarowna. Cytrusy i trochę dopełniających tropików to główne składowe Good Vibes. Grapefruit przejmuje pałeczkę głównodowodzącego a cytryna robi za jego sługusa. Mango i pomarańcza maszerują za nimi, ale ich słodycz nie ma prawa się przebić. Wszystko na delikatnej, biszkoptowej podbudowie słodowej. Goryczka mocna, momentami przyjemnie bolesna nawet. Profil grapefruitowy, a jakże by inny. Zalega też długo, ale na pewno znajdą się tacy, którzy pokochają ją za to. Finisz to nic innego jak wytrawne przeciągnięcie goryczki: grapefruit i szeroko pojęta cytrusowość. Cholernie wyraźne, złożone i bardzo pijalne jak na te parametry. Ciało idealne, niby je czuć, ale jeszcze nie tak mocno aby wypchało człowieka. Nagazowanie dość wysokie co w tym przypadku pomaga w piciu. Wielu na pewno odrzuci to, jakie to piwo jest wytrawne w porównaniu z naszymi polskimi odpowiednikami, ale najwyraźniej Amerykanie tak już mają. Można sobie z nich żartować, ale chciałbym żyć w kraju gdzie w zaledwie 15 tyś. mieście można sobie zajść do browaru i napić się tak dobrego piwa.

---------- 

Styl: India Pale Ale
Alk: 7,3%
Ekstrakt: b/d
IBU: 85+
Skład: słód (caramalt, acidulated, carapils), chmiel (Galaxy, Amarillo, Mosaic, Apollo), drożdże.
Do spożycia: b/d


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Może zaatakujemy dzisiaj coś? Mam za małe ambicje żeby rzucić się na rząd jak uczciwie nam panujący pan D. w Solidarności (który nosi bardzo ładne zegarki z resztą). Ale ja nie o tym miałem. Spróbujmy podbić jakieś małe państewko, albo dzielnice lub stan. Wiem! Let's go to California!

Czemu akurat Kalifornia? Źródła mówią, że właśnie tam narodził się styl Imperial IPA. Uwielbiam IPA i nikt mnie nie musi namawiać do wypicia Imperiala, dlaczego? W skrócie jest to po prostu jeszcze mocniejsza wersja tego stylu. No to jedziem! Aromat, tu nie ma zaskoczenia, głównie chmiel i cytrusy. Po nalaniu kolorek bursztynu ale nie on gra w wyglądzie najważniejszą rolę, piana! Takie gęste to, tak fajnie utrzymujące się, tak przyjemnie odczuwa się ją na ustach. Ano właśnie, usta. Dochodzimy do najlepszej części tego piwa. Smak to coś na pograniczu Ataku Chmielu i Hardcore IPA z Brew Dog'a. Nie obchodzi mnie to, że chmiel nie jest do końca kontrowany przez słody (jak to wielu ludzi z wielkim żalem opisywało na internetach). Ja kocham chmiel i goryczkę. Dodatkowo mamy taki przyjemny efekt pełności/gęstości. Jakby samo piwo chciało nam powiedzieć: "Niczego mi nie brakuje, jestem idealne!". A alkohol? W końcu jest go trochę... ja osobiście nie wyczułem go w smaku, bardzo przyjemnie ogrzewał przełyk.

I co wyszło z tym naszym podbojem? Ano to, że to Pinta mnie podbiła swoim Imperialem. Nawet nie jest mi wstyd, przez takie doznania smakowe mogę być zniewalany cały czas.

www.browarpinta.pl / Gdzie wypijesz?

Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Piwo… fetysz. Połączenie ciemnego pszenicznego z India Pale Ale. Pszenicznego praktycznie w tym nie ma ale za to jest multum goryczki. Im cieplejsze tym bardziej wykręca gębę. Dla mnie? Bomba. 


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com