Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gose. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gose. Pokaż wszystkie posty

 


Szczerze? Myślałem, że już dawno opisałem artezanowego Elektrolita. Może to i lepiej, że nie... patrząc na niektórych ludzi oceny sprzed paru lat. Niby fajne, okej, 5/10 cześć i poćwicz. Pijąc je dzisiaj stwierdzam, że albo ludzie nie mieli wtedy weny, albo Artezan się mocno poprawił.


Nie będę się jednak nad tym rozpisywał, bo wszyscy wiemy jak to jest w internetach. Ważne jest to, że akurat dzisiaj byłem cholernie spragniony i piłem co popadnie. Nawet bezalkoholowe Somersby...




Eta jakoś tak dziwacznie przypadła mi do gustu. Najwidoczniej mam słabość do renderowanych grafik. Teraz wyobraźcie sobie Elektrolit w małej puszce, którą widzimy na grafice. No miodnie by to wtedy wpasowało się w okres letni. Piwo ma kolor soku pomarańczowego, bez jakiejkolwiek piany, nawet podczas nalewania. Tak, nie chciało mi się umyć zbytnio szkła.


Dużo Wam nie napiszę o aromacie, bo... no pachnie to kwaśną morelą i tyle. Może jakby się człowiek uparł to by też wyniuchał jakieś solne nuty. Nie żeby to było coś złego. Po prostu aromat nie grzeszy złożonością czy też nawet jakąś mocą. Dość szybko ulatnia się ze szkła.


Tak jak nienawidzę gazowanych (prawdziwych) elektrolitów (czy też nawet samej wody) tak w tym przypadku mógłbym to wypić jednym duszkiem. Szczególnie po wyścigu. Orzeźwiające jak cholera, wysycone też sowicie. W smaku mocno kwaśne, puryści Gose mogliby się przyczepić. Mi jak najbardziej odpowiada. Jest morela, ale też brzoskwinia i mango. Nie wiem skąd, nie pytajcie się mnie. Robią za takie dalekie tło. Podstawą delikatna pszenica. Co najważniejsze jednak to to, że jest sól. Jak w dobrym izotoniku. Uwielbiam ją w tym zastosowaniu. Goryczki nie ma, bo po co ona komu tutaj. Na finiszu trochę słabo, bo są tylko jakieś tam owocowe pomrukiwania. Ogólnie bardzo dobry eksperyment. Szczerze nie pamiętam, abym tak dobrze odebrał poprzednią wersję, która miała premierę chyba w 2016 roku.


----------


Styl: Apricot Gose

Alk: 5%

Ekstrakt: 12%

IBU: b/d

Skład: słód jęczmienny, przecier morelowy, płatki owsiane, chmiel, drożdże, sól himalajska.

Do spożycia: 09.10.2022


Facebook Browaru


W każdym z nas jest trochę ze złodzieja. W crafcie widać to szczególnie: "No weź dał łyczka" po czym wypija jedną trzecią pokala i mówi "no, smaczne". Ja miałem podobnie ostatnio we Wrocławiu. Kumpel miał w lodówce zapas gose ze Stu Mostów i już po pierwszym łyku stwierdziłem, że muszę je mieć. Akurat miał ostatnią butelkę, która magicznie wylądowała dzień później w moim plecaku.

Kurde, dawno nie byłem w samym browarze... Fajne miejsce, dobrzy ludzie i spoko atmosfera. Będę musiał ich znowu odwiedzić przy najbliższej okazji, bo co jestem we Wrocku to mi nie po drodze do nich. Jeżeli natomiast nie piliście tego owocowego gose... rozumiem Wasze obawy. Wiadomo jak to u nas jest z owocami w piwie. Bardzo często potrafią przykryć wszystko, łącznie z podstawowymi aspektami danego stylu.



Etykieta, jak każda przy cyklu Salamander, wyróżnia się głównie nazwą piwa. Nic szczególnego, mogliby pomyśleć o małej zmianie grafik na swoich piwach (ale z utrzymaniem dotychczasowej stylistyki). Kapsel firmowy, napisy do wywalenia i będzie git. Piwo ma hipnotyzujący kolor, taka soczysta czerwień malinowa. Oczywiście jest też zmętnione. Piana mooożeee na dwa palce z dość krótkim żywotem niestety.


O tak, pachnie identycznie jak we Wrocku. Bucha to aromatami aż miło. Malinka jedna z lepszych jakie wąchałem w piwie, wyraźna i intensywna. Czy czuć w tym brzoskwinie? Ciężko powiedzieć... jest jakaś owocowa słodycz dodatkowa gdzieś w tle i tyle. Dodatkowo lekka pszenica. Całość zapowiada się cholernie orzeźwiająco...

... no i tak jest. Typowe gose: lekkie, rześkie, orzeźwiające. Duże wysycenie, ale jeszcze nie w granicach np. takiego grodziskiego. Na pierwszym planie kwaśne malinki, ale tak przefajnie wkomponowane w lekką pszenice. Tutaj też brzoskwinie się pojawiają i nikt nie powinien mieć problemu z ich identyfikacją, ewidentnie czuć ich słodycz w tle. Nie próbują jednak przykryć kwasku, dzięki Bogu. Goryczka minimalna. W sumie to bardziej czuć tylko takie lekkie smyranie po kubkach. Finisz okazał się być dodatkowo delikatnie pestkowy i... słony. Zdziwiłem się trochę, bo u nas zazwyczaj zapominają o tej jakże ważnej rzeczy w tym stylu. W sumie... to browarowi udało się odwalić naprawdę kawał dobrej roboty. Dodając owoce do tak lekkiego piwa nie przykryli nimi podstawowych smaczków (ahhh te solone nuty). Całość jest cholernie dobrze zbalansowana.

----------

Styl: Raspberyy and Peach Gose
Alk: 3,5% Obj.
Ekstrakt: 12,5%
IBU: 10
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki pszeniczne, chmiel Taurus, sok NFC malinowy, przecier brzoskwiniowy, drożdże Burlington.
Do spożycia: 06.06.2020


Jezus Christ ile to piwo musiało przejść, aby do mnie dotrzeć w końcu. W sumie, to jedna butelka straciła życie abyście mogli o nim przeczytać. Dlatego na wstępie taka mała dygresja do kurierów... fuck you. Nie było mnie w domu i paczkę odebrała sąsiadka. Z tego co wiem pośpiesznie ją zostawił na schodach i poleciał. Gdy ją odebrałem od razu wiedziałem, że coś jest nie tak.

Na cztery butelki jedna (właśnie z AleBrowaru) była cała roztrzaskana, mimo naklejonej wszędzie taśmy z informacją o szkle w środku i naprawdę dobrego zabezpieczenia zawartości. W tym roku na miano najgorszych kurierów zasłużyło sobie DHL, zaraz za nimi DPD. No, ale zszedłem już za bardzo z tematu... Seria New Wave z Lęborka zyskuje całkiem spoko noty na internetach, dlatego się nią zainteresowałem. Znacie mnie, w zimie załącza mi się tryb RiSowy i jasnych piw zazwyczaj nie tykam przy niskich temperaturach na dworze.



Z tego co widziałem każda etykieta z tej serii jest... stosunkowo prosta. Jakiś przypadkowy gradient w tle i pospolita czcionka + logo. Nic ciekawe, move along. Piwo za to wygląda przepysznie. Ma jakiś taki żywy pomarańczowy kolor i jest wyraźnie zmętnione (tak równiutko). Piana bialutka, puszysta, ale trochę przykrótka. Żywot miała średni.


Ok, nie ma co ukrywać... to piwo pachnie wybornie. Od soczystej moreli po przyjemną pszenicę w tle i delikatne nuty kolendry. Jak się ogrzeje to wychodzą też słone zapaszki, jakby się człowiek po kopalni przechadzał. Dziwne, bo sól zazwyczaj jest niewyczuwalna w aromacie (no chyba, że już mi odbija kompletnie). Całość intensywna, a przecież nie jest to świeżynka.

Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się mdłego i zapychającego piwa. Nawet sobie nie zdajecie sprawy w jakim błędzie byłem. Mega kremowe, gładkie, ale też na swój sposób lekkie i śmiem nawet stwierdzić, że orzeźwiające. Wysycenie średnie, trafione w punkt. W smaku pulpa morelowa zmieszana z pszenicą i szeroko pojętymi płatkami śniadaniowymi (to te płatki owsiane i mleko). Do tego szczypta wyraźnej kolendry (ale takiej w ogóle nie wchodzącej w drogę) i sól. Tak tak, w tym całym zaplanowanym zamieszaniu znalazło się nawet miejsce na nią. Jest wyraźna, ale punktowa (przynajmniej z początku). Goryczki praktycznie żadnej, ale w sumie nie jest ona zbytnio potrzebna. Na finiszu sól zyskuje na sile, co tylko jeszcze bardziej łechta moje kubki smakowe. Tak wiem, wydaje się Wam to dziwne, że to piwo nie jest mdłe. Otóż moi drodzy nie wspomniałem jeszcze o jednym, w sumie to najważniejszym (zaraz obok soli) "składniku" w tym stylu: kwaskowatości. New Wave Gose jest kwaśne po całości, ale w bardzo fajnie stonowany sposób. Tak wystarczająco, aby tylko zwalczyć mleczno-owocową mdłość, która zapewne by się bez kwasku wybiła znacząco. Ciekawi mnie tylko czy użyto bakterii kwasu mlekowego, bo jakoś ich nie widzę na etykiecie.

----------

Styl: Gose
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 14% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, CaraRed), płatki owsiane, chmiel Magnum, morela, laktoza, kolendra, sól, drożdże.
Do spożycia: 29.06.2019


Pracownia Piwa, która ma (a tak naprawdę to ja mam do niej) wielkiego pecha jeżeli chodzi o degustacje na moim blogu, ma w zwyczaju warzyć co sto warek jakieś specjalne piwo. W tym przypadku, jako bagatela osiemsetne już "zamieszanie w kotle" postanowili stworzyć solone trio z dodatkiem owoców. Po moich wcześniejszych przygodach z tym browarem stwierdziłem, że nie ma co kupować wszystkich trzech.

Dlatego właśnie wybrałem to najtrudniejsze (jak na moje oko) czyli z mango. Owoc, który bardzo często zamula trunki już nie raz spieprzył renomę znanym i lubianym rzemieślnikom. Czy tak będzie i tym razem? Wybaczenia jakiegokolwiek nie będzie, uwielbiam ten styl. Kwaśne piwo z solą jest wręcz idealne na lato i wycieczki rowerowe.


Gose w małej butelce? Pracownia już na serio zaczyna lecieć sobie w kulki... Tylko patrzeć, a wypuszczą "craftowego lagera" w 330ml... Etykieta fajna za to, jako nieliczni trafili w punkt jeżeli chodzi o przezroczyste tło z samą grafiką na szkle. Piwo też niczego sobie. Ładny pomarańczowy kolor, lekko wyblakły (co jakoś mi się właśnie kojarzy ze stylem) i zmętniony równo. Piany praktycznie żadnej za to. Kożuch cieniutki i szybko ulatniający się ze szkła.


Aromatu... nie ma, no prawie nie ma. Musielibyście włożyć nie lada wysiłek, aby wyczuć tę wątłą nutę kefiru z mango. O soli zapomnijcie kompletnie. W tym momencie mocno się zacząłem zastanawiać czy to aby przypadkiem nie autosugestia mi te zapaszki zasugerowała.

W smaku lekkie, zahaczające o wodnistość. Ciężko przy takich parametrach tego uniknąć szczerze mówiąc. Dlatego właśnie zastanawia mnie sens schodzenia tak nisko jeżeli chodzi o ekstrakt. Lubię niskoalkoholowe piwa, ale to już jest chyba przerost formy nad treścią. Wysycenie też jakieś takie marne. Czuć trochę bakterii pod postacią skisłego mleka fajnie łączącego się z pszenicą. W oddali nawet się jakaś sól pojawia, no ale... te i tak delikatne smaczki zakrywa mango, robiąc z całości taką lekko mdłą wodę. Nuda, niedorobienie i woda. Cholera wie czy przy większym ekstrakcie mango byłoby tak dominujące (co jest dziwne wręcz, bo samo w sobie jest mdłe i bez wyrazu). No nic, chyba sobie znowu odpuszczę Pracownię Piwa na jakiś czas.

----------

Styl: Mango Gose
Alk: 1.8%
Ekstrakt:
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), mango, laktoza, chmiel, drożdże, sól.
Do spożycia: 17.11.2017


W końcu udało mi się dorwać (czyt. otworzyć) piwo od Absztyfikanta, i nie mówię tutaj o żadnej kooperacji z istniejącym już browarem. Łukasza wiele ludzi zna jako piwowara domowego, który na swoim fanpage'u inspirował innych do eksperymentowania ze składnikami. W końcu zaczął warzyć w prawdziwym browarze, na przykład w takim Olimpie. Nikt chyba jednak nie myślał, że Łukasz spocznie na laurach i przyjmie ciepłą posadkę jako piwowar w obcym browarze.

I tak już od jakiegoś czasu siedzi sobie na warzelni Czarnej Owcy (no bo kto by tam chciał spędzać czas w domu) pod własnym szyldem i wymyśla różniaste receptury. Tak więc gdy zobaczyłem jego piwo na półce sklepowej musiałem wyciągnąć plastik z portfela. Akurat udało się zakupić trunek w stylu, który jak wiecie uwielbiam. Trochę zmartwiło mnie mango... boję się o to, że może zamulić Mobiusa.


Etykieta wektorowa, zgrabna i schludna. Mi osobiście kojarząca się z latami 70-80. Można zaprojektować grafikę z dużym tekstem i kreseczkami tak aby całość ładnie wyglądała? Jak widać można. Piwo też nie odbiega wyglądem, ma piękny pomarańczowy kolor i jest równiutko zmętnione, co tylko dodaje całości uroku w tym świetle. Piana praktycznie nieistniejąca chociaż równy po całości kożuch pozostaje praktycznie do końca picia.


Aha, nie jest to piwo dla nowicjuszy craftu to na pewno. No bo kto niewtajemniczony pomyślałby, że piwo może pachnieć jak przesolona do granic możliwości woda gazowana? Tak jest bowiem w tym przypadku. Gdzieś w tle pojawiają się nuty mango, ale to sól daje po nosie aż miło. Trochę brakuje mi tu pszenicy, ale damy radę.

Oho, już na wstępie powiem Wam, że bardziej solonego piwa nie piłem chyba. Owszem, głównymi składnikami gose są sól i kolendra, ale w Mobiusie ta pierwsza dominuje nad wszystkim. Tak do końca nie jestem przekonany czy mi się to podoba, aczkolwiek pewnego rodzaju efekt wow jest. Pszenica ledwo co się wybija, a mango praktycznie nie istnieje na początku niestety. Wychodzi dopiero po lekkim ogrzaniu, ale tego stylu nie powinno się pić zbyt ciepłego... Goryczki żadnej, pojawia się za to kwasek, który umacnia się na finiszu wraz z przebijającą się kolendrą. Mimo tej przytłaczającej solanki i dość niskiego jak na gose wysycenia całość jest cholernie pijalna i sesyjna. Po ostatnim łyku miałem ochotę na więcej... tak, mam mały fetysz jeżeli chodzi o sól w piwie i najwyraźniej szybko się do tej sporej dawki przyzwyczaiłem. Szkoda tylko, że reszta smaczków nie była choć trochę bardziej intensywniejsza. 

----------

Styl: Gose
Alk: 4,8% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: 10
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), amchur mango, sól, ziarna kolendry, chmiel Marynka, bakterie lactobacillus plantarum, drożdże fermentis safale us-05.
Do spożycia: 17.07.2017


Ostrzyłem sobie zęby na to piwo już jakiś czas. W sumie to nie pamiętam dlaczego nie kupiłem go przy okazji pierwszego wypustu... Pewnie miało to związek ze słabą dostępnością, bo hipsterstwo Beer Geek Madness czy jakieś tam inne brednie. Na szczęście Brokreacja uwarzyła kolejną warkę, której butelka nie umkła tym razem mojej jakże przenikliwej alkoholowej uwadze.

Co to w ogóle są za wymysły? Imperialne gose? Jeszcze nachmielone po amerykańsku... za takie coś sędziowie BJCP wieszają na latarni szalonych piwowarów... o PSPD nie wspomnę nawet. Chłopaki z browaru myśleli tak samo i stąd ta nazwa (chyba, nie wiem, Jurka się spytajcie). 



FtB nie posiada typowej brokreacyjnej etykiety. Zamiast tego mamy gęś, która wygląda jakby nie bawiła się w półśrodki. This gose does not f*ck around. Podoba mnie się to, nawet bardzo. Kapsel firmowy. Fajny, ale z niepotrzebnym tekstem. Piwo ma kolor jasnego złota i jest wyraźnie zmętnione. Trochę mi to ciasto drożdżowe przypomina szczerze mówiąc. Piana może i nie urosła do jakichś pokaźnych rozmiarów, ale za to pięknie oblepia szkło.


To jest dopiero zróżnicowany aromat. Na początku uderza nas moc amerykańskich chmieli, cytrusy i jakiś szczególny owoc... liczi? Po chwili wodze przejmuje słodowość, taka zakwaszająca i ledwo co wyczuwalna sól. Po mocnym ogrzaniu zaczyna to trochę przypominać ogórki kiszone... ale super. Aż mi ślinka poleciała.

Szybkie otarcie ust rękawem i można brać pierwszy łyk. *gulp* Ożeż ty... to jest... dziwne. Gdy tylko brokreacyjna gęś dotyka ust pojawia się sól morska, ale to zaraz. Jest ciałko, czuć gęstość, ale też wyraźne orzeźwienie i dość wysokie nagazowanie. Jest pszenica, to na pewno. Jest kwaśność (od słodu zakwaszającego) i bardzo delikatna nuta cytrusowa od chmieli. Soli też nie brakuje, znowu na myśl przychodzą mi te smakowite ogórki (a bardziej woda po ogórkach, jakże pożądana na kacu). Zanim zaczniecie wymiotować na podłogę, nie jest to mocne skojarzenie. Bardziej to mój mózg płata mi figle po prostu. Goryczka znikoma, prawie, że niewyczuwalna. Nie wiem skąd panowie wytrzasneli te 60 IBU. Finisz słodowy z jeszcze silniejszą solą i szczyptą kolendry. Goddamn, myślałem, że imperialne gose mi zwyczajnie w świecie nie podejdzie. A tu takie zaskoczenie... 

----------

Styl: Imperial Hoppy Gose
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: 60
Skład: słód (pszeniczny, pilzneński, zakwaszający), chmiel (Hallertau Blanc, Magnum, Simcoe, Citra), kolendra indyjska, sól himalajska, drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 23.03.2017


Nie wiem jak Wy sobie radzicie z najnormalniejszym w świecie podkur... zdenerwowaniem, ale ja zwyczajnie wsiadam na rower i podgrzewam łydę (zazwyczaj). Oczywiście nie zawsze mi przechodzi tak do końca, ale przynajmniej trochę pary zejdzie z człowieka. Tak było i tym razem.

Przyczyna nie jest ważna, ale dopiero po całym fakcie przyszła mi do głowy jedna myśl. Przecież taki stan umysłu bardzo łatwo mógł wpłynąć na moja ocenę piwa. Szkoda byłoby okaleczyć dobre imię browaru Kingpin. Szczególnie, że ich ostatnia wizyta na blogu miała miejsce jakoś w styczniu. 



Kurde trochę mnie się etykieta pomarszczyła w plecaku (i z zimna). Może mi się też tylko wydawać, ale tak jakby papier był cieńszy niż przy pierwszych piwach z tego browaru. Świnia jak zwykle na propsie aczkolwiek jest to chyba najmniej rozpoznawalna "odmiana" ze wszystkich. Piwo nalewa się z wysoką pianą. Niestety bardzo dziurawą i ogólnie brzydką po prostu (o jej znikaniu w zastraszającym tempie nawet nie wspominając). Kolor trunku oceniłbym na ciemny bursztyn. Jest chyba też lekko mętne. 


Niestety świnia okryta prześcieradłem nie zaczyna za dobrze... aromat jest po prostu słaby. Jakby człowiekowi nie zależało na wywąchaniu czegokolwiek to mógłby nawet stwierdzić, że ze szkła nie wydobywa się kompletnie nic. Ja wyczułem jedynie coś podobnego do Coca-Coli, serio. Taki bardzo słodkawy karmelek, nic więcej.

Jak to jednak mówią na dzielni: "piwa się nie wącha, chyba, że jest Pan kobietą"... Idąc za tą jakże prostą mądrością życiową wziąłem pierwszy łyk i... o proszę, zaskoczenie. Wszelkie podobieństwa do Coli znikły. Jest wyraźnie karmelowa słodowość bardzo dobrze kontrowana kwaśnością. Do tego subtelna, ale wyczuwalna sól. Z początku myślałem, że będzie przesadnie słodkie, ale o dziwo takie nie jest. Goryczka krótka, ale wyraźna. Po prostu jest i tyle. Przez cały czas pałęta się w tle też lekka zbożowość, która wzmacnia się przy finiszu. Kwas ma tak samo, co mnie bardzo cieszy. Najbardziej zaskakujące jest jednak... kakao, którego nuty pojawiają się na samym koniuszku. Co do ciała... piwo jest naprawdę lekkie, nawet trochę za bardzo. Orzeźwia, to trzeba mu przyznać, ale ja osobiście mam też takie dziwne odczucie wodnistości niestety. Wysycenie średnie, mogłoby być wyższe. Nie zrozumcie mnie źle, Gosebuster jest smacznym piwem, ale jakbym miał wybierać to następnym razem w sklepie sięgnąłbym po zwykłą wersję tego stylu. Mam też wrażenie, że jest to najmniej udany eksperyment panów z browaru Kingpin (a jak dobrze wiecie zawsze stałem za nimi murem). 

----------

Styl: Salted Caramel Dark Gose
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, cara gold, zakwaszający, barwiący, czekoladowy, pszeniczny), chmiel ( Tettnanger, Lubelski), laktoza, kolendra, sól morska, kakao, drożdże Fermentis Safbrew WB-06.
Do spożycia: 21.01.2017



Jednym z moich nielicznych priorytetów na ostatnich targach piwnych w Poznaniu było kupno jakiegokolwiek przedstawiciela stylu, w którym się niedawno zakochałem dzięki Zacnemu Zalcmanowi. Mowa tu oczywiście o Gose, kwaśno-słonym piwie którego synonimem mógłby być zwrot niebo w gębie.

Dopiero na targach przypomniałem sobie, że przecież Olimp ma w swoim portofito Talie, wychwalaną z resztą przez wiele osób na internetach. W sumie to już nawet nie pamiętam na jakim stoisku je kupiłem... coś mi się SzałPiw pląta po głowie, ale pewny nie jestem. Od samego początku miałem wielkie nadzieje co do tej muzy komedii, nie będę ukrywał, że piwotekowe Gose wysoko zawiesiło poprzeczkę. Zabrałem butelkę do znajomych, u których akurat skręcaliśmy kazylion kartonów z meblami wprost z IKEA. W końcu Gose powinno orzeźwiać i dodawać energii, jak znalazł do takiej roboty.


Etykiety Olimpu od samego początku mi się podobały. Talia nie jest wyjątkiem a nawet mogę stwierdzić, że dzięki kolorystyce postawiłbym ją na podium boskich malunków panów z Torunia. Uwielbiam wszelakie odcienie niebieskiego. Piwo koloru złotego, może lekko wyblakłe. Zmętnione, szczerze mówiąc myślałem, że po paru godzinach na balkonie bardziej się wyklaruje (w dodatku syf został na dnie butelki). Piana bardzo niska, śnieżnobiała i w większości drobnopęcherzykowa. Bardzo szybko zamieniła się w dziurawy kożuch. Kwasy (szczególnie słonawe) chyba jednak tak już mają.


Pierwszy zawód pojawił się już przy aromacie. Ten okazał się słaby, ledwo co wyczuwalny. Bardzo nijakie skojarzenia ze zsiadłym mlekiem. Do tego słabe zacięcie witbieropodobne, głównie poprzez cytrusowe nuty, w tym przypadku chyba od chmielu Aurora. Całość oczywiście na delikatnej zbożowości, jakiegokolwiek skojarzenia z solą brak niestety. Oj słabo się zaczyna, w dodatku aromat wydaje się dość mulący.

Piwo mocno wysycone co dobrze wróżyło na przyszłość. Niestety okazało się wysoce treściwe jak na ekstrakt bliski 12% w gruncie czego nie można go nazwać ani mocno pijalnym ani jakoś szczególnie orzeźwiającym. Podstawą jest pszenica, na szczęście nie tak muląca jak w niektórych pszenicznych. Do tego trochę cytrusów, najbardziej przypominających chyba limonkę i bardzo lekki kwasek wyraźnie wskazujący na dodany kwas mlekowy. Z czym by Wam go jeszcze porównać... O! Coś podobnego do kefiru naturalnego. Goryczka niska a nawet marginalna wręcz. Nie o nią jednak chodzi w tym stylu przecież. Finisz to znowu cytrusy, trochę mulącej pszenicy i, o mój Boże w końcu sól. Ta niestety bardzo niewyraźna aczkolwiek pozostająca przez chwilę w ustach po każdym łyku. Dodanej kolendry nie wyczuwam. Niestety, Gose z Olimpu okazało się średnim piwem, zrobionym na pół gwizdka można nawet rzec. Niepotrzebnie mulące, z bardzo słabym kwaskiem i co najważniejsze solą. Może i piwowar chciał osiągnąć idealny balans smaków, ale według mnie nie wyszło to mu w ogóle i pszenica zakryła wszystko. To piwo nie jest ani świeże ani chrupiące. Jest wręcz nijakie.


Gose, guze, guose, gouze... wszędzie Gose! Był niedawno taki okres w piwnym światku naszego pięknego kraju, że gdzie nie spojrzałeś tam opisy, omdlenia młodych niewiast i zachwyty nad stylem, który prawie, że wymarł kompletnie. Mowa tutaj o Gose, czyli lekkim, kwaśno-słonym piwie pszenicznym wprost z Lipska (czy też Goslar) w Niemczech. 

Cała ta fascynacja zaczęła mi działać na nerwy... głównie dlatego, że nie mogłem dostać choćby jednej butelki (już nie ważne z jakiego browaru). Z pomocą (i butelczyną w dłoni) przyszedł Marek z browaru Piwoteka. W sumie... to ich interpretacja stylu zbierała właśnie najlepsze noty wśród polskich piwoszy, istny double win jak to mówią. 


Piwoteka konsekwentnie trzyma się swojego szablonu na etykietach i chwała im za to. Ładne to i schludne, kontretykieta z resztą też. Czasami przesadzają z np polecanym szkłem, ale najwidoczniej taki mają specyficzny humor. Z chęcią zobaczyłbym na ich butelkach firmowy kapsel, patrząc na inne browary rzemieślnicze można stwierdzić, że przestaje to być rzeczą segmentu premium więc czemu nie? Samo piwo wygląda jak biszkopt, powiedzmy, że takie sobie wyblakłe złoto. Jest lekko mętne a piana... jest niestety tylko na początku. Biała czapa trzyma się cholernie krótko, szczerze mówiąc nie spodziewałem się tego bo urosła do fajnych rozmiarów i nie syczała zbytnio.


Spodziewałem się, że sól namiesza mocno, ale nie przypuszczałem, że aż tak bardzo jeżeli chodzi o aromat. Podstawą jest pszenica z bardzo delikatną kolendrą. Ramie w ramie maszeruję też sól kuchenna, która, na chłopski rozum, nie powinna tutaj pasować... a jednak. Zadziwiające jest też to, że nie psuje ona odbioru w żaden sposób. Zapach całości jest intensywny do samego końca dzięki czemu każdy będzie mógł się nadziwić do woli.

Ale chwila! Jest tego więcej. Dopiero w ustach odpala się prawdziwa petarda smakowa. Jest pszenica z kolendrą (dość delikatną) i lekki posmak chlebowy gdzieś z tyłu. Sama pszenica jest wyraźna, ale nie naciska zbytnio. Jak w bardzo fajnym, orzeźwiającym witbierze. Do tego kwaskowatość (przy tej warce użyto kwasu mlekowego), bardzo przyjemna, trafiająca idealnie w punkt i w pewnym stopniu zastępująca marginalną goryczkę. Dodaje pewnego rodzaju zadziorności do piwa. No i w końcu gwiazda wieczoru, która nie stara się zasłonić reszty. Wręcz przeciwnie, wspiera inne smaczki nie przykrywając ich kompletnie. Mowa tu oczywiście o soli. Ta pojawia się na samym początku, gdy piwo dotyka języka jak i na finiszu, wraz z delikatną kolendrą i cytrusami. Pozostawia po sobie mineralny posmak w ustach, który okazuje się być całkiem przyjemny, na swój sposób oczywiście. Piwo wydaję się lekkie i jest cholernie pijalne, ale porównałbym je bardziej do Bruce Lee. Niby niepozorny z wyglądu, ale jakbyś dostał od niego z kopa to byś się przez godzinę z podłogi nie mógł podnieść. Wydaję się idealne na rowerowe wypady, jest dobrze zbalansowane, zadziwiająco kruche i suche, ale z powodzeniem gasi pragnienie. Średnie do wysokiego nagazowanie także wspomaga pijalność. Coś mi mówi, że będzie to mój drugi najulubieńszy styl piwny, zaraz po stoucie oczywiście.

WWW

Warka z przełomu maja/czerwca 2016 jest tak samo zajebista.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com