Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kormoran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kormoran. Pokaż wszystkie posty

Oj uparty jest człowiek czasami, nie słucha się ludzi w internetach... Jednym z pierwszych przykazań polskiego craftu jest: Nie będziesz leżakował Imperium Prunum nadaremno. Ja, jak prawdziwy heretyk olałem to i swoją pierwszą butelkę (chyba z 2017 roku) wrzuciłem do piwnicy zamiast ją wypić. Tu na wstępie muszę się Wam przyznać jeszcze do jednej rzeczy, ominęła mnie ta cała nadęta bańka i hype przy okazji pierwszej warki. Po prostu jej nie kupiłem.

"Nie dajmy się zwariować" - tak mówią ludzie, którzy widzą zazwyczaj innych dążących do bycia lepszym. Czy to w sporcie czy innej dziedzinie życia. Dlaczego ja o tym? Dowiecie się z kolejnych akapitów. A teraz, mapka, jak zwykle.


Wschodnia Europa rządzi się swoimi prawami. Taki Polak na przykład dostaje szału jak wyczuje na dworze temperaturę powyżej 10'C. Wyjmuje wtedy z lodówki dawno zamarynowane mięso (specjalnie oczekujące pierwszych ciepłych dni wiosennych) i idzie rozpalać grilla. Mamy podobnie ze znajomymi, ale dorzucamy jeszcze do tego planszówki pokroju Talizmanu itp.

Problem (jak co roku) pojawia się z wyborem piw. Wyjścia są dwa: albo kupujesz sprawdzone i modlisz się, aby jakość kolejnych warek trzymała poziom, albo ryzykujesz coś nowego. Wczoraj zaryzykowałem "najnowszą" (tak wiem, premierę miało to piwo już jakiś czas temu) Podróżą Kormorana, czyli goryczkowym, amerykańskim lagerem. Wredni mogą powiedzieć, że trochę słabo jak na craft, ale do grilla pozycja idealna się wydaje według mnie.



Etykieta nie zmieniła się w ogóle. Ładna grafika przypominająca człowiekowi stare dobre czasy, gdy craft się rozwijał prężnie i nikt nawet nie myślał o aferach. Niestety nadal jest niechlujnie przyklejona. Trochę szkoda, bo papier jest naprawdę premium, no i ktoś się namęczył przy tych ich "morskich opowieściach". Piwo ma złoty kolor i jest ciut zmętnione, duża porcja syfu zostaje bowiem w butelce. Piana wysoka, ale dziurawa. szybko się redukuje do dość pokaźnego krateru i taka już pozostaje przez dłuższy czas.


Nooo... nie zaczyna się za dobrze. Aromatu to to za dużo nie ma szczerze mówiąc. Głównie słodowe: trochę chlebka z odrobiną masła. Tego ostatniego już dawno nie czułem w piwie muszę przyznać. O jakichkolwiek chmielach (tym bardziej amerykańskich) słuch zaginął. Nie zdążyłem nawet przewrócić mięsa na grillu, a już zapaszków kompletnie nie było.

W smaku jest już lepiej, ale też nie przesadzałbym z zachwytami i innymi ohami i ahami. Ciałko jest jak przy dobrej czternastce, a i wysycenie dość mocne się wydaje. Całość ma takie przyjemne, chrupkie zacięcie. Jest słodowo, czysto i lagerowo (na serio w tej kategorii nie ma się co rozpisywać), ale też wytrawnie. Trochę mnie to przy tym stylu zmyliło, ale tak zaskakiwany to ja mogę być codzienne. Goryczka niska, można by było popracować trochę nad jej wzmocnieniem. Finisz psuje trochę odbiór piwa, bo zalega nieprzyjemnie taką jakąś dziwną nutą kredową. Ogólnie spoko, do karkówki jak znalazł (szczególnie w kontekście pospolitych eurolagerów). Nawet dość duża ilość alkoholu jest naprawdę bardzo dobrze ukryta. Problem polega na tym, że za cholerę nie ma wyczuwam w tym amerykańskich chmieli... No i nie pasuje mi to jako całość do cyklu Podróże Kormorana, w ogóle.

----------

Styl: Brut American Lager
Alk: 7,5% Obj.
Ekstrakt: 14,5% Wag.
Goryczka: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 27.05.2019


"Życie, życie jest nobelom" jak to mawiał klasyk gatunku. Raz pijesz beznadziejne, niskoalkoholowe "cuda" z Doctor Brew (z tej, odważę się nawet napisać, gównianej serii San Escobeer), a z drugiej masz znanego i lubianego Koczkodana z 1 na 100. Tak na marginesie... na serio unikajcie tej serii od Doktorów. Większego shitu w polskim crafcie nie widziałem chyba od ładnych paru lat.

Kormoran za to ma dość stabilną pozycję w top 3 piw niskoalkoholowych w kraju. Jakoś na początku sierpnia na półki sklepowe trafiło ich najnowsze dzieło z pigwowcem i miodem. Oryginał (o którym przeczytacie tutaj) zawojował nasz rynek i ludzie byli delikatnie rzecz ujmując... sceptyczni. Dużo osób bało się po prostu, że tymi dodatkami browar zepsuje rześkość i lekkość poprzednika. Czy tak się stało? Sprawdźmy, na plaży, po bardzo delikatnym pedałowaniu.



Etykieta zbytnio się nie wyróżnia. Owszem mamy podmiankę koloru tła na pomarańczowy, ale na tym się zmiany kończą. Kapsel firmowy jest nowy i przyznam się szczerze, że bardziej mi przypadł do gustu niż ten poprzedni. Samo piwo razi słońcem aż miło. Piękny pomarańczowy kolor, zmętnione, z dość niską pianą. Na swój sposób naprawdę uroczo wygląda, szczególnie w tych warunkach.


Już w aromacie czuć zmiany, ale chyba nie takie, których się spodziewałem niestety. Całość nie ma już tego efektu "boom" i jak się łatwo domyśleć można nie jest jakoś super intensywne. Z początku aromaty wydają się być podobne, z przewagą zbożowości (w tym żyta) i lekkiej cytrusowości. Pigwa może i jest, ale ginie w bliżej nieokreślonym miksie żółtych owoców. Miód pojawia się, ale tylko na chwilę gdzieś pod koniec, gdy piwo się już ogrzeje.

Co się jednak okazało, już po pierwszym łyku banan wrócił mi na twarz. To jest to co pamiętam: dość wyraźne ciałko jak na ten ekstrakt, ale też mega wysokie orzeźwienie i lekkość na swój sposób. Do tego zadziwiająca i w ogóle nie muląca lepkość w ustach, zapewne przez miód. Wysycenie średnie, idealne wręcz, wchodzi jak złoto. Smakowo znowu wyraźna zbożowość z żytem w roli głównej. Do tego pigwa, tutaj już mocniejsza i specyficznie kwaskowata. Miód zlepia to wszystko bardzo przyjemnie, ale też nie doprowadza do zasłodzenia piwa. Całość jest tak mniej więcej na granicy wytrawności. Sam miód, na moje oko, jest wielokwiatowy. Jakoś tak zalatuje miksem kwiatów polnych. Goryczka średnia, ujdzie w tłumie. Nic jej nie brakuje i ma lekko cytrusowy (grapefruitowy?) profil. Na finiszu trochę więcej żółtych owoców, w tym zdecydowanie wyraźniejsza pigwa. Wprowadza na końcu konkretną kwaskowatość owocową. Tutaj już nie może być mowy o zbożowym kwasku. A właśnie, trochę mi jednak brakuje tej minimalnej dominacji żyta z oryginału. Mimo tego piwo naprawdę dobre, według mnie zaraz po pierwowzorze w klasyfikacji piw niskoalkoholowych.
----------

Styl: Lite Ale / Niskoalkoholowe
Alk: 1% Obj.
Ekstrakt: 8,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jasne, ciemne, żytnie, pszeniczny), naturalny miód (3%), naturalny sok z pigwowca (2,4%), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.11.2018


Ciężko się pisze takie teksty. Przecież jakiś czas temu browar Kormoran był jednym z moich ulubionych jeżeli chodzi o nasze piwne podwórko krajowe. Coś się jednak popsuło ostatnio. Podróże Kormorana zostały zwyczajnie w świecie olane, a jakość piw z tej serii poszła mocno w dół.

Światełkiem w tunelu był ostatni Czeski Pils, ale zamiast iść za ciosem browar ponownie zapadł w hibernacje. Czy wypuszczenie na rynek porteru z wiśnią można nazwać pobudką? Mam taką nadzieję, bo na papierze wygląda to fajnie. Leżakowany pół roku + kolejne miesiące po dodaniu soku z wiśni. Baza jest dobra, kormoranowy porter był zawsze smaczny z tego co pamiętam.



Etykieta w znajomym stylu Kormorana. Fajna grafika na białym tle (pewnie przypadła mi do gustu, bo obejrzałem ostatnio całą Watahę). Kapsel firmowy z wilkiem też na propsie. Lepiej by wyglądał bez napisu, ale dam temu spokój. Piwo wygląda na czarne, ale da się wymusić rubinowe refleksy pod światło. Piania niestety niska, od samego początku bardziej kożuch przypomina. Po paru łykach zanika kompletnie.


Aromat nie jest jakoś szczególnie intensywny, ale da się go wyczuć nawet w kuchni, gdzie zupa cebulowa zaczyna właśnie bulgotać w garze. Pojawiają się typowo porterowe zapaszki (praliny, słodka czekolada, delikatna paloność), ale niestety są one zdominowane przez wiśnie. Czuć też, że nie są to soczyste owoce, a zwykły sok. I to w dodatku ze średniej półki. Po mocnym ogrzaniu zaczyna zalatywać też tanim winem/siarką.

Aha, niestety stało się to czego się spodziewałem po trochu, ale od początku. Konsystencja i odczucie w ustach naprawdę spoko. Piwo jest gęste i aksamitne zarazem, jest też nisko wysycone. Problem pojawia się w smaku. Owszem są szeroko pojęte praliny, czekolada deserowa, delikatna paloność i trochę ciemnych owoców (suszonych bodajże), ale... całość tonie w tanim soku z wiśni. Efekt jest jeszcze gorszy niż w aromacie. Ja nie wiem jak można tak zabić (dosłownie) styl, który sam w sobie uchodzi za wyraźny i nie do zdarcia. Miałem nadzieję, że sok podkreśli po prostu owocową stronę tego porteru, ale stało się coś kompletnie innego. Na finiszu to szczególnie czuć. Kwaskowatość jest minimalna (tak jak można się tego spodziewać po tanim soku), a słodycz za wysoka. O jakiejkolwiek goryczce też zapomnijcie. Po mocnym ogrzaniu robi się z tego takie trochę tanie wino, bo alkohol zaczyna się wybijać pod cholernie nieprzyjemną postacią. Nie ma co owijać w bawełnę, spieprzyli całkiem przyjemne piwo i wątpię, aby leżak coś tu pomógł.

----------

Styl: Porter
Alk: 8,5% Obj.
Ekstrakt: 23,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny jasny, karmelowy, palony), ekstrakt słodowy, naturalny sok wiśniowy (5,2%), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 07.07.2018


Mielone nie pytają, mielone rozumieją.

Wiosna w pełni (bo latem nie można tego nazwać w 100%), a w kwestii pijackich wypadów rowerowych nic się nie zmieniło od... marca. Biorę się zatem w garść i pomóc ma mi w tym nowe postanowienie. Mianowicie ustawiłem sobie cel na Stravie: 100km na tydzień (minimum). Niby nie dużo, ale przy natłoku innych spraw ciężko jest go czasami osiągnąć.

Kurde dawno nie było wpisu z cyklu "Powroty"... ostatni pojawił się na blogu jakoś rok temu (minus jeden tydzień). Brak czasu i chęci na opisywanie tego samego piwa, to główni winowajcy niestety. Trzeba to zmienić... akuratnie nabrałem ochoty na koźlaka, a w sklepie mieli jednego z lepszych jakie piłem wprost z browaru Kormoran. Przypadek? Nie sądzę.

Piwa bezglutenowe to dla wielu nowość na rynku. Można się śmiać, że bezglutenowcy to pewnego rodzaju weganie, ale osobiście znam paru i nie jest to tak zabawne jak się wielu ludziom wydaje. Jest to choroba, dlatego piwa tego typu są potrzebne na rynku. Do niedawna jedynymi sprzedawanymi w polskich sklepach były te zagraniczne np. czeska Celia.

Do produkcji takiego piwa używane są te same składniki co do zwykłych lagerów. Różnica jest taka, że browary używają albo bezglutenowego zboża (proso, gryka, kukurydza, sorgo) albo fermentują tak, że gluten rozkładany jest na białka proste. Tak jest w przypadku naszego dzisiejszego gościa. Pamiętajcie, ważne jest to, aby butelka miała międzynarodowy znaczek Gluten Free. 



W tym przypadku taki znaczek widzimy także na kapslu, co według mnie jest bardzo dobrym pomysłem (kolejna nowość na tablicy korkowej). Etykieta schludna, bez fajerwerków, ale za to przyjemna dla oka. Piwo ma wyraźny złoty kolor i jest delikatnie zamglone. Ładny widok trzeba przyznać, szczególnie gdy dacie mu odstać dzień w lodówce i syf zostanie na dnie butelki. Piana może i nie rośnie zbytnio, ale za to utrzymuje się długo w postaci śnieżnobiałej i ładnie zbitej czapy.


Moje pierwsze obawy przy każdym uwielbianym przez wielu tzw. jasnym zwyczajowym? Czy nie będzie śmierdziało czymś nieprzyjemnym. W tym przypadku na szczęście mamy brak wad. Jest słodowo, delikatne masełko też się pojawia (czeskie korzenie się kłaniają). Nie wiem od czego, ale wyczuwam też lekki popiół, tak gdzieś pod koniec, delikatny bardzo.

Miałem dziwne przeczucie, że BezGlutenNowe będzie strasznie słodkie. Pierwszy łyk zweryfikował bardzo szybko moje obawy. Owszem piwo jest głównie słodowe, ale nie powiedziałbym, że jakoś tak strasznie i nie do wytrzymania słodkawe. Podbudowa słodowa jest solidna z lekko wyczuwalnym biszkoptem. Do tego ten dziwny i intrygujący popiół w tle. Masło znikło kompletnie, goryczka też niczego sobie. Według mnie jest dość wysoka, jak na lagera oczywiście. Profil ma trawiasto-ziołowy i bardzo fajnie komponuje się z resztą. Finisz utrzymuje chmielową tradycję i jest głównie ziołowy. Nie zapycha, ma idealne ciało. Można nawet rzec, że jest dość orzeźwiające i sesyjne. Wysycenie średnie, według mnie pasuje idealnie. Zadziwiające... całkiem przyjemny lager, i to w dodatku bezglutenowy. Co najlepsze bije większość swoich pobratymców z półek sklepowych na głowę. I co? Jak teraz będę chciał zwyczajnie w świecie wypić dobrego lagera to będą mnie wytykać palcami w sklepie bo hipster bezglutenowy? Dzięki Kormoranie, dzięki.

----------

Styl: Jasne, Lager
Alk: 4,9% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, chmiel (Marynka, Sybilla, Lubelski, Żatecki, Tettnanger), drożdże.
Do spożycia: 25.07.2016


Jest coś cholernie satysfakcjonującego w pierwszym wyjeździe zaraz po kontuzji. Szczególnie gdy okazuje się, że po bólu kolana nie ma już śladu. Oczywiście pozostaje problem z kondycją, a dokładniej jej brakiem, ale do pełni formy dochodzi się dość szybko. No, przynajmniej w moim przypadku.

Drugie picie:

Dawno nie było powtórzonej degustacji z prawdziwego zdarzenia na blogu. Za mało czasu i za dużo nowych premier się pojawia… Gdy jednak człowiek idzie na działeczkowego grilla się odprężyć nie może wziąć ze sobą samych piw do degustacji. Zazwyczaj robię tak, że biorę jedno specjalne, którego jeszcze nie piłem a reszta to sprawdzone specyfiki do powolnego sączenia. Tak było i tym razem z tym, że skończyło się to małą katastrofą.

Uwielbiam takie wyjazdy. Człowiek się ubiera w sportowe ciuszki, napala się bo słońce daje jak szalone a na niebie żadnej chmury. Wychodzi na dwór i jebs! Wszystko fajnie i pięknie ale temperatura nie przekracza 3 'C. Mocno zacząłem się zastanawiać czy jest w ogóle sens zabierania piwa ze sobą...

Drugie picie:

Browar Kormoran ma w swoim dorobku bardzo dobre i co za tym idzie przepyszne piwa (głównie z serii Podróże Kormorana) ale nie ustrzegł się przed wpadkami. Wielu uważa, że PLONiaste są właśnie specyficznym spadkiem formy piwowara. Też tak myślałem ale trzeba wziąć pod uwagę jedną rzecz, polskie IPA jest eksperymentem, bardzo niewdzięcznym w dodatku. Żeby sprawiedliwości stało się zadość postanowiłem powrócić do tej serii, zaczynamy od Bronka

Pamiętacie akcje #jestemhopheadem reklamowaną praktycznie wszędzie gdzie się da przez AleBrowar? Najwidoczniej hashtagi mają dużą moc bo coraz więcej firm właśnie tak próbuje dotrzeć do potencjalnego klienta. Bardzo dobrze komponują się z dzisiejszym trendem spędzania czasu na twitterze czy instagramie, ba, nawet na facebooku od jakiegoś czasu. Dlaczego ja o tym? Ano dlatego, że powstał nowy #wpolscesiędymi mający na celu propagować wszelakie piwa wędzone. Podoba mnie się to, nawet bardziej niż przechmielanie każdego piwa do granic możliwości.

Długo nie trzeba było czekać na odpowiedź chyba najulubieńszego regionalnego browaru wielu piwoszy. Kolejna Podróż Kormorana zawitała do Bambergu w Bawarii. Przyznam się szczerzę, że gdy Kormoran wypuścił weizenbocka ponad rok temu omyłkowo przeczytałem właśnie rauchbock i w sumie dlatego zakupiłem butelkę. Jakaś taka dziwna autosugestia, wydawało mi się to normalne bo sam pszeniczny koźlak jest zazwyczaj... nudny. Przyszło mi czekać 14 miesięcy na wypicie tego lepszego (według mnie) stylu podkoźlakowego, tym razem już bez zwid na etykiecie.


Idealnym pretekstem do wypicia był brak chęci sprzątnięcia opadłych liści na działce. Pograbiłem dosłownie 15 minut i wmówiłem sobie, że przecie muszę wypić jeszcze piwo w spokoju i zrobić notatki a już zaczyna się ściemniać. Otworzyłem więc butelkę siedząc na wygodnym krzesełku typu plastik ogrodowy i pomyślałem o tych biednych blogerach wracających właśnie z Piwnego Blog Dayu w zapewne czystych i ciepłych wagonach PKP. Co do wyglądu butelki nie ma się co rozpisywać, etykieta znana z serii podróży, bardzo ładny nadruk i fajny, kredowopodobny papier. Piwo ma piękną barwę, coś pomiędzy rubinem a ciemną miedzią, leciuteńko opalizujące. Piana zbita, wysoka, trzyma się szkła mocno i nie puszcza przez długi czas. Problem jednak w tym, że dość szybko opada po całości zostawiając po sobie dziurawy kożuszek. 


Naczytałem się znowu niepotrzebnie opinii innych. Że niby to już nie jest ta sama jakość co AIPA z tej serii. Że niby mdłe, że warzywa, że masło, że glony, że kury, że kaczki. Jak ja uwielbiam takie narzekania wbijać w ziemię, tym razem jednak może być... trudno. Jak przy pierwszym sztachnięciu aromat wydawał się intensywny tak przy kolejnych mocno się osłabił. Pod koniec już go praktycznie nie było. Wielka szkoda bo jest cholernie przyjemny i wydaje się taki... ciepły. Głównie skórka od chleba, aż można sobie wyobrazić moment wyciągnięcia bochenka z pieca. Jest też trochę karmelu ale głównego składnika, wędzonki, brak. Na upartego można też odnaleźć trochę suszonych owoców. Jak już się nie raz przekonaliśmy to nie zapach czyni piwo więc z dużą nadzieją i zaufaniem do Kormorana wziąłem pierwszy łyk, patrząc na resztę liści proszących o potraktowanie ich grabiami. Shieeet, piwo okazało się cholernie aksamitne a niskie wysycenie tylko potęguje to odczucie. Mamy tu trochę zbożowości, wędzonka też się pojawia. Przyjemna, nienachalna (ale wyrazista), szynkowa. Jest też karmel na średnim poziomie. Wszystko wydaje się zlepione w całość, rzadko kiedy widuje tak mocno zatarte granice pomiędzy poszczególnymi smakami. Nie jest jakoś szczególnie wypychające (broń Boże nie jest wodniste), pijalność na bardzo wysokim poziomie. Mam jednak nieodparte wrażenie jakby piwowar Kormorana bał się dorzucić trochę więcej do kotła. To piwo jest grzeczne, wręcz sesyjne i trochę leniwe. Można, a nawet trzeba się w nim zanurzyć i zapomnieć o świecie ale nie jest aż tak intensywne, żeby się nim zachwycić. Tylko w sumie, takie lenistwo mi teraz jak najbardziej odpowiada.

II warka pita 06.02.2015 jest nieco inna. Piana to porażka, szybko opada i przypomina trochę tą z Coca-Coli. Nie pozostawia też praktycznie żadnych śladów na szkle. Kolor piwa wydaje mi się też odrobinę jaśniejszy. W aromacie doszła upragniona wędzonka, szynkowa. Niestety tylko pierwszy niuch jest mocny i nadal trzeba się mocno nawąchać żeby coś poczuć później. W smaku dużo się nie zmieniło. Jedynie na  finiszu doszedł taki lekko zalegający smaczek ni to wędzony ni to popiołowy. Jest też chyba odrobinę wyżej wysycone. Po ogrzaniu wędzonka przejmuje pałeczkę i dominuje nad innymi smakami.



Namnożyło się tych PLONów kormoranowych. Jak narazie najlepszy był ten pierwszy czyli PLON Zielony. Potem było już trochę gorzej, np taki PLON Brązowy, który był istną serenadą słodkości. Czerwonego jakoś nie udało mi się upolować ale też podobno szału nie było. Jako ostatni pojawił się właśnie Niebieski, który o dziwo już nie jest IPA a lagerem. Co dolna fermentacja zrobiła z Ploniastym?

Ile to już my mieliśmy tych rewolucji na polskim rynku piwnym? Bardzo dużo, szczególnie gdy do gry wchodzą koncerny, którym się wydaje, że odkrywają Amerykę... po raz drugi. No i oczywiście jest też rewolucja chmieli nowofalowych, która według mnie już przesiąkła codziennością. Osobiście nazwałbym to eksperymentami, rewolucyjne może być coś, czego jeszcze nikt nie spróbował np takie Black Sahti (czy udane to już niech każdy oceni sam).

Dlatego właśnie z pewnym sceptycyzmem podszedłem do nowego piwa z Browaru Kormoran. Rewolucyjny lager? Naprawdę? Ja się pytam gdzie kolejna Podróż Kormorana? Chwyciłem z pewną złością za butelkę i czytam: "Odwrotne chmielenie, aromatyczna Sybilla na goryczkę i goryczkowa Marynka na aromat". Hmm, z tego co mi wiadomo obie (polskie) odmiany są dualne, czy jak by to inaczej napisać... nie wyróżniają się szczególnie ani aromatem ani goryczką. Tylko w naszym piwnym światku przyjęło się ich takie używanie. To by była w sumie taka umówiona rewolucja, hmm.


Etykieta mi się podoba, i to bardzo. Jest prosta ale piękna zarazem i cholernie podchodzą mi kolory, które wybrali. Duży rysunek browaru z dawnych lat tylko trochę przykryty przez nazwę piwa. Podobają mi się nawet odwrócone litery mające symbolizować chaos powiązany (w sumie) z każdą rewolucją. Ktoś tu mnie próbuje przekupić wyglądem, szczególnie gdy piwo też jest niczego sobie. Jakoś tak się złożyło, że promienie słoneczne padały akurat na kufel. Przypadek? Nie sądzę. Kolorek złota, lekko zmętniony. Mieni się jak wschód słońca nad moim ulubionym jeziorem, szkoda tylko, że piana nie daję rady. Poddaje się dość szybko grawitacji, nie jest jakoś specjalnie zbita ale przynajmniej zostawia kożuszek, który pilnuje trunku do ostatniego łyku.


No i nieźle się zaczęło, rzeczywiście od rewolucji. W aromacie raz klops raz tornado. Z jednej strony da się wyczuć bardzo fajny aromat chmielowy, kwiaty i ogólną słodowość. Z drugiej jednak strony atakują gotowane warzywa. Najdziwniejsze jest to, że oba fronty nigdy nie spotykają się na polu walki, raz jest mega dobrze a raz źle do potęgi entej. Zaczynam pić i dzięki bogu warzywa pozostają tylko niemiłym wspomnieniem. Kubki smakowe atakuje... kawa zbożowa, w lagerze (i to nawet dość wyrazista). Zaraz obok maszerują zioła, trawa i bardzo przyjemna, subtelna goryczka. Największym jednak zaskoczeniem smakowym jest posmak cytrusów, który przyjemnie zalega po każdym łyku. Wysycenie dość niskie jak na lagera ale nie powiedziałbym, że piwo jest wodniste. Bardziej orzeźwiające i pijalne zarazem. Rewolucja (w większości) udana. Na kazylion procent lepsze niż koncernowe lagery ale duch craftu na pewno wymachuje palcem i wzdycha z dezaprobatą. Dla mnie jest spoko, w końcu to jednak tylko lager, z małymi wadami.


Drugie picie:

Piękna pogoda za oknem. Ani jednej chmurki na niebie, stopni lekko ponad 30 na termometrach. Co za tym idzie duszno i parno się zaczyna robić momentami. Wszędzie, głównie w TV, będziecie słyszeć, żeby wychodzić z domów tylko w razie konieczności... Szczerze, czasami się zastanawiam kto takie pierdoły wygaduje i zaleca. Jestem zdania, że ciało trzeba hartować w każdych warunkach, trzeba się tylko zabezpieczyć dobrze. Dlatego właśnie założyłem czapkę z daszkiem i wrzuciłem kormoranowego wita do plecaka. Dodałem do tego dwa bidony wody i jedziem korzystać z tej pogody. W jednej rzeczy mogę przyznać trochę racji pięknie uczesanym prezenterom z TV, takie smażenie na słońcu z bebechem do góry może być niezdrowe. Wysiłek fizyczny w tempie rekreacyjnym? To jest to.

Siedząc sobie w pracy dzisiaj rozmyślałem jak to zmieszczę 60m siatki leśnej w aucie. Muszę ogrodzić jedną stronę działeczki co by mnie pies z ADHD nie pomknął za jakąś sarną. Rozwiązując ten wieczny problem ludzkości zostałem nagle przebudzony przez dzwonek telefonu: "Eee mam paczkę, zostawię na portierni, okej?"

Zostawił, ja pozostałem z problemem. Przyjechałem do pracy rowerem a w plecaku mało miejsca. Karton wielki jak na 4 butelki ale o to nie mam się co gniewać. Przynajmniej wiem, że nic im nie grozi. Najlepsze było jednak zdziwienie gdy rozciąłem karton i wyjąłem owe trunki. No bo kto normalny zamawia piwa kurierem?! W paczce znajdowały się (oprócz Citry z Birbant'u i Strażackiego z Bojanowa) dwie sztuki nowych Podróży Kormorana, serii, która przebojem wdarła się na rynek polski. Muszę przyznać, że właśnie tego stylu oczekiwałem od Kormorana, pisząc im o tym nawet w mailu konkursowym (do wygrania był ich kalendarz).


Kapsel jest piękny ale chyba mają problem z drukarnią. Nadruk jest lekko niewyraźny. Etykieta bez zarzutu, po lekkim retuszu o wiele lepiej się prezentuje niżeli na początku. No i ten papier, jest taki przyjemny i gruby zarazem. Otwieram butelkę i jest uderzenie aromatu, ale o tym za chwilę. Piana bujna, co widać po tym jak trochę mi jej uciekło ze szklanicy. Trzyma się długo i jest zbita, powiedziałbym wręcz wzorcowa. Kolor czarny, stoutowy. 


Wącham i... o jezu. Zastanawiałem się czy przypadkiem nie zrobić sobie kawy zamiast piwa ale nieee. Zapach jest piękny, mocny, nic go nie przebije. Na pierwszym planie mocna kawa, prawdziwa, aż da się wyczuć jak nos atakują opiłki ledwo co zmielonych ziaren. Wtóruje jej paloność, która nie jest nachalna, podkreśla po prostu wyrazistość kawy. Gorzka czekolada też się znajdzie, co jednak najważniejsze nie jest to milk stout. Nie ma śladu cappuccino czy nawet lekkiej słodyczy mlecznej. Szczerze mówiąc miałem już dosyć coffee stoutów, które tylko udawały go pod śmietankową przykrywką. W smaku jest bardzo, ba, cholernie bardzo aksamitne. Czysta, palona kawa podkreślona lekko gorzką czekoladą. Sama kawa smakuje jak pierwsze łyki espresso prosto z ekspresu (te z pianką!). Smak nie jest tak mocny jak aromat ale to tylko dodaje uroku i lekkości. Na końcu średnia kawowa goryczka (w sumie to mocna jak na polskie standardy stoutowe). Wysycenie bardzo niskie, idealne. Kormoran znowu pokazał klasę, wiele polskich browarów powinno się od nich uczyć. Uwielbiam to piwo, czemu kupiłem tylko dwie sztuki?!


Jest piękna sobota (nie licząc cholernego wiatru i śniegu z deszczem) więc chciałem wrzucić degustacje jakiegoś dobrego, lekkiego piwka, które pasowałoby na ogród (i co najważniejsze, do kiełbaski z grilla... w marcu). Już od jakiegoś czasu patrzył na mnie nowy smakowy wynalazek z Kormorana. Tymbarkowe piwo, jak znalazł do dzisiejszej sytuacji.

Co prawda przygotowuję Zacnego posta ale jeszcze go nie mogę opublikować, wymaga on degustacji parodniowej... Jako taką małą odskocznie wyszedłem na ogród, popatrzeć jak u sąsiadów urywa gałęzie i zrywa papy... z dachów. Wracając do piwa, lubię te smakowe specjały Kormorana, szczególnie śliwkę. Według mnie najlepiej łączą złoty trunek z sokiem owocowym, mają przynajmniej ten pierwiastek piwa w sobie. Ochoczo więc zacząłem nalewać sobie tego gazowanego Tymbarka.


Nowa butelka, tak samo etykieta. Wolę te nowe, prostokątne nadruki muszę przyznać, wizualnie utrzymany styl graficzny Kormorana, lekko dopieszczony po prostu. Butelka natomiast mi się nie podoba, nie lubię specjalnie wytapianych napisów i innych badziew na szkle. Co prawda wyróżnia się na tle innych piw ale jakoś tak... meh. Po nalaniu ukazuje się bardzo ładna i trwała piana. Drobna, zbita, pozostawia ślady na szkle. Kolorek przyjemny, ciemne złoto, dużym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że jest bursztynowe. Troszeczkę zmętnione, opalizujące po prostu. Kurde no, ładne.


Długi niuch, mocny, muszę na tym wietrze walczyć o aromat. Nagły zonk, metal? Szybkie sprawdzenie na skórze potwierdza jego brak. Dziwne, postanowiłem wrócić do domu. Kolejne pociągnięcia nosem uspokoiły mnie. Lekka słodowość zdominowana przez mięte. Gdzieś w oddali pojawia się jabłko ale jest wbite do kąta przez swoją liściastą współlokatorkę. Mając nadzieję, że w smaku będzie więcej piwa biorę pierwszy łyk... hmm. Jest mięta, potem długo nic i pojawia się jabłko ubrane w zwiewną koszulę słodową. Plus za to, że narodowy owoc eksportowy nie jest do końca taki słodki. Można wyczuć lekką cierpkość, która próbuje chyba zastąpić nieistniejącą goryczkę. Przyznam się jednak szczerze i bez bicia, że nie do końca tego oczekiwałem. Wiadomo, żarty o Tymbarku jak najbardziej na miejscu ale według mnie jest to najmniej piwne piwo z tych owocowych Kormorana. Co prawda piję się przyjemnie ale to samo można powiedzieć o Tymbarku za 1,20zł.


Piwne wynalazki czasami potrafią być zaskakująco dobre. Szczególnie, gdy oparte są na starych recepturach. Takim piwem jest Gruit Kopernikowski z Kormorana. Bezchmielowe... prawie jak Lech. HEHE taki żarcik.

Do poszukiwania tego piwa zmusił mnie Happy End z Pinty. Czemu? Spotkanie ze znajomymi, Magia i Miecz, nerd party. Ja miałem właśnie Happy End'a a oni Gruit'a. W skrócie napiszę, że byłem mocno zawiedziony swoim a po wzięciu łyka od nich mocno zaskoczony jaki ten brak chmielu może być fajny.

Kupiłem więc ten specjał i wlałem do, ulubionego ostatnio, nonica od Pinty. Zero podtekstów. Piana bardzo szybko znikła, ciężko ją było wytworzyć. Aromat jest bardzo dziwny muszę przyznać. Na początku coś jakby kwiaty polne, skórka od pomarańczy, takie sprawy. Kończy się jednak na moherowych beretach. Nie jest to odpychające ale... dziwne po prostu. Kolor jest ładny, taki żółtkowy, ciemniejszy od zwykłych pszenicznych.

Właśnie przez wygląd z ochotą przechyliłem szkło. Ojej, dużo lawendy i jałowca. Goryczka niska, przebija się to tu, to tam. Wszystko jest takie dziwne ale im dłużej pijesz tym więcej chcesz. Smakuje trochę jak słabsza wersja orzechówki. Takie w sumie lekko masochistyczne. Zapomnijcie o jakiejkolwiek słodyczy, zioła, zioła, zioła! Każdy powinien chociaż raz spróbować tego piwa. Pomówienia i kalumnie piszą ci, co uważają że smakuje jak szampon.

www.browarkormoran.pl / Gdzie wypijesz?

Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Trochę zwlekałem z wypiciem PLON'a. Tyle tych IPA w tym roku, że po prostu nie mam już na nie zbytniej ochoty. Trzeba jednak być patriotą i wypić te... PIPA. Give Sybilla a chance right?

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com