Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haust. Pokaż wszystkie posty
Parę miesięcy temu piwną Polskę obiegła bardzo smutna wiadomość... minibrowar Haust przestał istnieć. Dla mnie osobiście było to dość druzgocące info, bo między innymi właśnie w jego murach zaczynałem przygodę z piwną rewolucją. Chyba każdy zna ich Citre, a i jakby nie patrzeć to właśnie tam zaczęły się początki browaru Birbant. Co najgorsze zamknięcie Hausta nie miało za dużo wspólnego z piwowarstwem, a bardziej z właścicielami budynku itd.
Ból zęba to chyba jedna z najgorszych rzeczy, która może się przydarzyć biednemu Januszowi. W moim przypadku owe cierpienia spowodowane są odpadnięciem (dosłownie) 1/3 zęba, bodajże górnej szóstki. Jak łatwo się jest domyśleć, nie mogę przez to pić piwa, dosłownie czuję jakby same nerwy były odkryte i reagowały na najmniejszą zmianę temperatury. Na szczęście (dla Was) mam jeszcze ze dwie degustacje czekające w kopiach roboczych.
Rzadko zdarza mi się odwiedzić Zieloną Górę w roli pasażera ale kiedy to robię nie omieszkam zajść do minibrowaru Haust. Akurat na kranach mieli swoje najnowsze dziecko czyli bardzo popularny ostatnio styl american wheat. W wersji haustowej zaciekawił mnie użyty chmiel, o którym nigdy nie słyszałem. Huell Melon to niemiecki chmiel aromatyczny zarejestrowany w 2012 roku. Powinien dodać do piwa zapachy owocowe (głównie mandarynki i moreli) oraz miodu, ogólnie dość słodkie w odczuciu. Czy tak będzie?
Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeżeli piwo z kija nie ma piany to zwyczajnie musi być beznadziejne. Brytole by się z tym zapewne nie zgodzili, ja w sumie też. Tutaj nie mamy tego problemu, biała czapa jest dość wysoka i bardzo ładnie zbita. Trochę szybko opada ale pozostawia obszerną koronkę i sporych rozmiarów kożuch. Piwo ma kolor złoty, lekko zmętniony. Wydaje mi się, że jest to jeden z bardziej klarownych wheatów jakie widziałem w życiu. Przejdźmy w końcu do etykiety. Jak oznajmia nam napis pod składem została ona zaprojektowana przez studentkę I roku grafiki. Według mnie wygląda, jakby ktoś na zdjęcie jednego z najbardziej znanych skalnych monumentów w USA nałożył filtr z Photoshopa. Kiedyś bawiłem się podstawowymi filtrami i jeden z nich daje taki sam, beznadziejny efekt. Oczywiście może to być zwykły przypadek i studentka zaprojektowała całość sama ale według mnie i tak wygląda to trochę tanio.
Kwadrans wcześniej jadłem zajebistego burgera w Burger House popijając, niestety, Książęcym Pszenicznym. Potrzebowałem normalnego piwa do wyzerowania kubków smakowych... nie przypominam sobie aby ta koncernowa pszenica była aż tak zła... Spragniony zacząłem łapczywie wąchać haustowy twór i się rozluźniłem. Aromat jest bardzo słodki ale dzięki Bogu nie mdły. Zapaszki miodu, owoców (rzeczywiście pełno w tym moreli) i lekkich cytrusów buszują aż miło. Wielka szkoda, że całość jest cholernie ulotna i po chwili ciężko jest cokolwiek wywąchać.
Osobiście wolę lekkie i mocno pijalne wheaty (np. taki Mitch z AleBrowaru) a propozycja browaru Haust… taka nie jest. Od samego początku atakuje dość duża treściwość jak na ten styl i powszechna zbożowość. W tle lekka cytrusowość, budzi się dopiero po chwili w postaci dość wysokiej (za wysokiej według mnie) grapefruitowej goryczki. Nie wygląda mi ona za cholerę na 25 IBU, w dodatku zalega niepotrzebnie przejmując wodze nad lekko kwaskowatym finiszem. Jak łatwo się domyśleć całość jest wytrawna, co akurat mi nieszczególnie przeszkadza. Wysycenie wysokie, jak najbardziej pasuje. Niestety nie zaliczyłbym jednak tego piwa do super duper lekkich i rześkich. Owszem gasi pragnienie w te upalne ostatnio dni ale bardziej w stylu typowej pszenicy niż jej amerykańskiego odpowiednika. Pod koniec wydawało mi się nawet lekko mdłe. Mimo tego warte spróbowania, nie oczekujcie jednak fajerwerków.
Jako że mieszkam nader blisko Zielonej Góry dość często bywam w browarze Haust. Większość ich piw piłem z kija i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie smakowały one niektórym z Was tak jak mi. Postanowiłem zbadać sprawę i mimo chęci i czasu nie usiadłem wygodnie przy barze tylko poprosiłem o nalanie piw do butelek, większość Waszych narzekań była właśnie przy wersjach na wynos.
Powoli zaczynam być stałym bywalcem Minibrowaru Haust... nie wiem do końca czy to dobrze czy źle. Zazwyczaj jak tam jestem jest trochę po 12:00, niby wszystko okej, w końcu dżentelmeni nie piją przed południem. Trzeba będzie chyba wynająć jakieś mieszkanie zaraz obok browaru, tak będzie prościej i łatwiej. Co jednak mam zrobić jak akurat muszę załatwić inne sprawy w Zielonej Górze gdy oni wypuszczają nowe piwo? To zamach na moją trzeźwość, na pewno.
Takie wizyty mają swoje zalety, oprócz oczywistego wypicia dobrego piwa z kija. Dowiedziałem się na przykład, że w niedalekiej przyszłości możemy się spodziewać Brown IPA o swoistej nazwie Gałgan. Na pewno będę miał znowu ważne sprawy do załatwienia w mieście, to Wam mogę obiecać. Zajmijmy się może jednak kolejną ipą-sripą (dla wścibskich palejem-srejlem?) na nowozelandzkim chmielu, w tym przypadku jest to Kohatu.
Użyłem mocy internetów i dowiedziałem się, że Moko to nazwa tradycyjnego tatuażu malowanego na twarzy w rejonie Nowej Zelandii. Alkoholizujemy się i uczymy zarazem, czyż to nie piękne? Na etykiecie właśnie taki tatuaż i nazwa piwa wydrukowana czcionką, według mnie, bardzo dobrze dobraną do całości. Wszystko na mocno kontrastowej pomarańczy, dobór koloru tła nie mógł być przypadkowy, wystarczy spojrzeć na piwo. Różnicy praktycznie żadnej z tym, że Moko jest dodatkowo lekko zmętnione. Piana śnieżnobiała, zbita i dość wysoka. Szkoda, że tak szybko opuszcza szklankę pozostawiając jednak jakąś tam koronkę.
Przyglądając się jak barmanka uprawia akrobatykę barowo-tablicową zacząłem ze spokojem wąchać Moko. Tak na marginesie nie wiedziałem, że ten zawód jest tak niebezpieczny. Widać było jednak, że ktoś tu ma wprawę w tym co robi więc mogłem skupić się na piwie. Lekceważąco pociągnąłem nosem i dostałem za to prętem z resztką zaschniętego betonu na końcu. Cholernie mocne uderzenie owocowe, słodkie, tropikalne. Szefem gangu jest zdecydowanie ananas, za nim czai się przydupas w postaci liczi a za rogiem chowa się rudy koleś w okularach o pseudonimie żywica. Jak pierwsze uderzenie aromatu jest piorunujące tak z czasem całość robi się mniej intensywna. Co dziwne, po mocnym ogrzaniu gang tropików powraca. 12' BLG robi swoje i dzięki temu piwo jest cholernie pijalne i treściwe zarazem. Multum owoców tropikalnych z ananasem i mango na czele. Nie można jednak nazwać Moko słodkim. To w jaki sposób wchodzi goryczka kojarzyło mi się dotąd tylko z mocnym AIPA czy tam innym IIPA. Według etykiety i pracowników browaru oscyluje ona w granicach 30 IBU na co moje kubki smakowe nie mogą się za cholerę zgodzić. Oczywiście nie jest to Crazy Mike lub inne około 100 IBU'owe piwo ale odczucie i tak jest po prostu potężne... i przyjemne. Smakowo przypomina albedo grapefruita z tym, że jest odrobinę bardziej gorzkie. Trochę zalega ale osobiście traktuje to jako triumf tajfunu nad tropikami. Po ogrzaniu wychodzi też trochę żywicy która robi za most pojednania pomiędzy owocami a goryczką. Nagazowanie na poziomie średnim ale odczucie w ustach jest też dość specyficzne. Taka aksamitność lekko oblepiająca usta rzadko kiedy spotykana w czystych przechmielonych amerykańcach. Nie jest to kolejny klon z rodziny IPA, którymi zalany jest nasz rynek. Chmiel Kohatu rzeczywiście nadaje całości specyficzny smak i goryczkę.
PKS ma jedną dużą zaletę, tak, napisałem zaletę a nie wadę. Mianowicie chodzi o sytuacje, gdy człowiek ma ochotę na piwo z kranu. Jechać autem trochę szkoda, paliwo niby staniało ale do magicznego progu poniżej 2zł za litr na pewno nie zejdzie. No i to zachowanie trzeźwości za kółkiem... o problemach z lokum na noc nie wspomnę, problemy pierwszego świata. Wsiadając do autobusu człowiek płaci 9zł i ma wszystko w czterech literach. No może prawię wszystko, do menelskiego zapaszku się chyba nie da przyzwyczaić.
Co się odwlecze to... no właśnie. Birbantowa czerwona AIPA leżała u mnie w piwnicy już ładny kawał czasu (tak samo z resztą jak ich Robust Porter, już miesiąc po terminie) i mogłaby poleżeć jeszcze trochę. W końcu datę ważności ma do stycznia 2015. Nadarzyła się jednak piękna okazja gdy po raz kolejny wybrałem się rowerem do większego miasta, z tą różnicą, że wracać musiałem PKSem.
Jak wiecie wybrałem się ostatnio do browaru Haust w Zielonej Górze. Oprócz wypicia w południe przepysznego Piwonauty zaopatrzyłem się też w Quadrupelka, którego resztkę podłączyli pod schowany kran. Uwielbiam piwa belgijskie, uwielbiam połączenie owoców i pieprzu. Ostatnio namnożyło się trochę tego... z różnym skutkiem.
Jak wiadomo markiety i inne chcą wejść w rynek craftu i zafundowały nam np takiego Argusa Łowczego, którego ocenę trochę zawyżyłem bo mnie pozytywnie zaskoczył. Browary regionalne nie pozostają w tyle i wypuszczają swoje piwa z lepszym lub gorszym skutkiem. Najlepszym przykładem jest Komes, który według mnie nadawał się do zlewu (pierwsza warka) ale ostatnio się mocno poprawił (i trzyma poziom Argusowy). O Triple Blond z Corneliusa nawet mi się pisać nie chcę. Można powiedzieć, że jestem żądny przepysznego belga, czy Haust mi takiego zafundował?
Za dużo butelek miałem w plecaku gdy wracałem PKSem tamtego dnia. Etykieta troszku się zniszczyła, prawdopodobnie kapsle z Śrupa i Pompy Chmielu są temu winne. Czyżby były zazdrosne? W sumie to nie ma o co, trzeba przyznać że etykieta jest nader ascetyczna. Liście dębu i logo browaru, co było w zamyśle? Nie wiem. Po przelaniu człowiek jednak zapomina o tym dziwolągu. Piwo ma piękny bursztynowy kolor, lekko zmętniony co tylko dodaje uroku. Piana wydaje się problemowa ale trzeba jej wybaczyć, w końcu to końcówka na kranie i takie przelewanie do butelki nie bardzo służy nagazowaniu. Mimo tego jakiś grubopęcherzykowy kożuch się utrzymuję.
Wąchanie przyniosło ostre zaskoczenie. Owszem pojawia się zapaszek suszonych śliwek, fig i co najważniejsze pieprzu ale oprócz nich występuję też... brzoskwinia. Skąpane w lekkim słodowym aromacie i przyjemnym alkoholu. Kurde, aż żałuję że dopiero teraz dorwałem to piwo albowiem intensywność owych zapaszków zdążyła się już mocno obniżyć. Mimo tego jest cholernie przyjemnie i ogrzewająco. Po pierwszym łyku wąs zaczął mi się cieszyć wraz z całym zarostem na twarzy. Smak jest praktycznie identyczny jak aromat tyle że... mocniejszy. Przy każdym łyku człowiek się czuję jakby wgryzł się w figę, śliwkę i brzoskwinie jednocześnie aż z tej ostatniej poleci co najmniej litr soku z miąższem. Żeby tego było mało od razu sypie sobie trochę pieprzu na nadgarstek i wciąga nosem jak rasowy narkoman. No i ten rozgrzewający alkohol... mniam. Uwielbiam takie połączenie... czy to znaczy, że jestem uzależniony? Mniejsza o to, całość kończy delikatna i chyba lekko ziołowa goryczka. Istna kropka nad "i". Jak już pisałem, wysycenie niskie ale mi to bardzo pasuje w tym momencie. Treściwe, takie lekko drożdżowe ale nie zapychające, do kominka w zimne wieczory idealne. Co szczególnie wyróżnia ten haustowy twór? Właśnie ta brzoskwinka, która rozwala całą akcje bo ze standardowymi sucharami owocowymi (rodzynki, figi, śliwki) tworzy kompletnie inne doznania smakowe niż w belgach, które dotychczas piłem.
Nadszedł ten okres, gdy cała Zielona Góra upija się winem (i nie tylko) bezkarnie w centrum miasta. Zawsze uważałem, że jest to impreza trochę wieśniacza i tandetna. Czemu? Ano wina (nadal) nie można kupić na straganach a i samych stanowisk jest mniej... w porównaniu na przykład do stoisk z tandetnymi pierdołami z Chin i ozdobami/biżuterią kompletnie nie związaną z Bachusem. Oczywiście samego trunku można się napić... jako próbkę z plastikowego kubeczka, szał ciał mówię wam.
Zadziwia mnie czasami ślepota ludzka. Spróbuj coś negatywnego napisać o np Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa i już dostajesz hejt bo jak można ślepo nie wierzyć, że wszystko było wspaniale i w ogóle cudnie. Dalej uważam, że jest to najlepsza impreza piwna w Polsce ale ktoś dał ewidentnie ciała w paru aspektach i tyle. Do poprawy i wszystko będzie okej, ciekawe jak by się ci ludzie zachowali gdyby powiedzmy najlepszy mechanik w mieście ewidentnie spieprzył im coś w aucie? Przecie to nie możliwe! To najlepsiejszy mechanik jest!
Ostatni będą pierwszymi! Mawiał kiedyś ktoś tam. Oj tak, będą. Nie wiem czemu ale miałem bardzo małą chęć na portera. Przecie to ciężkie a mi nawet nie jest zimno! Jest to jednak ostatnie, po Citrze i Kazbeku piwo, które zakupiłem w browarze Haust. No nic, miejmy to już za sobą.
Portery ogólnie są sycące, ogrzewające i zazwyczaj nie pije się ich więcej niż 2 (przynajmniej w moim przypadku). Dlatego właśnie ciężko jest się nimi delektować jeżeli po prostu nie ma się na nie ochoty. Z początku myślałem, że będę tego ostro żałował ale po otwarciu butelki zmieniłem diametralnie zdanie. Czemu?
Po pierwsze aromat, długo się zastanawiałem co w nim jest takiego dziwnego. Musiało to wyglądać nadzwyczaj dziwnie gdy tak stałem i wąchałem butelkę przez dobre parę minut, prawie przy tym nie mrugając. Tak mam. Oprócz normalnej, typowej spalenizny czuć też... las, drzewa i to nawet nie spalone. Dziwne uczucie. Piana bardzo fajna, bujna i trzyma się dość długo.
A te drzewa szumią dalej mi w głowie.
Zahipnotyzowany zaczynam pić. Na początku... chmiel, nie wiem jak wy ale mi się wydaje, że to nie jest normalne w tym stylu. Potem dopiero wchodzi paloność i zaraz za nią... cytrusy. BOOM! Dosłownie eksplozja smaków. Do wybuchu dołączają śladowe ilości gorzkiej czekolady i czasami pojawiający się alkohol. Robust nie jest aż tak treściwy jak reszta mi znanych porterów (pewnie przez te doznania cytrusowo-chmielowe) ale w tym przypadku jest to duży plus. Jest bardzo przyjemny i fajnie rozgrzewający. Udany eksperyment na porterze.
Pierwsze miejsce jeżeli chodzi o trio, które zakupiłem w Hauscie.
WWW
Kolejne piwo, które przytargałem do domu w rękach swych prosto z browaru Haust w Zielonej Górze. Dopiero gdy wyjąłem je z reklamówki zauważyłem, że nie nakleili mi etykiety podczas butelkowania. No cóż, smutek mnie pogrąża niesamowity ale trzeba iść dalej!
Wyciągając otwieracz nie wiedziałem nawet co to za piwo, pamięć mnie zawiodła i nie potrafiłem sobie przypomnieć, co oprócz portera i citry kupiłem w browarze. No nic, będzie pewnego rodzaju blind test. Pach i kapsla nie ma. Niuch z butelki dużo nie wniósł, słaby chmiel, lekkie cytrusy. No nic, zobaczmy co się stanie w w kuflu. Leje się ładnie, piana rośnie równomiernie i pozostaje na parę chwil. Na szczęście nie znika do końca tylko zamienia się w średniej wielkości kożuszek. Kolor mi się średnio podoba, jest niby złoty ale jakiś taki wyblakły.
Pijemy, pierwszy, drugi i trzeci łyk. Hmm, jest gorycz i są chmiele. Niby mnie to na IPA wygląda ale jakoś tak... no nic, szybki przegląd internetu i już wiem. EPA czyli English Pale Ale. Dlatego ta gorycz wydawała mi się inna, w sumie to słabsza po prostu. Pijemy dalej, wdziera się taka lekka ziemistość z żywicą w parze. Baaardzo daleko, gdzieś w oddali, za siedmioma górami machają mi cytrusy. Małe wysycenie to plus w tym piwie.
Nie jest to piwo wybitne, za słabe trochę jak na mój gust. Takie "masz goryczki ale nie za dużo bo mamusia nie pozwala". Idealne dla ludzi, którym dopiero co wdarła się myśl, że chcieliby wypić coś bardziej wyrazistego niż tylko te nudne koncerniaki.
Taki wstęp do goryczki.
www.haust.pl / Gdzie wypijesz?
Wybrałem się pewnego razu do browaru Haust w Zielonej Górze. Bądź co bądź, przez przypadek. Ponure niedzielne popołudnie, zamknęli mi bezczelnie sklep z "lepszym piwem" a z czymś do domu trzeba wrócić. Uderzyła mnie nagła myśl, no gdzie jak gdzie ale w mini-browarze chyba dostanę jakieś piwo?
Wchodzę, od razu witają mnie tanki warzelnicze. Jakiś bilard, stoły, niby normalnie. Jest tam jednak jakiś fajny klimat typowego pubu piwnego. W pomieszczeniu, gdzie znajduje się bar, pełno wafli poprzyklejanych na ścianach i suficie. Podchodzę i pytam się co mają w butelkach. "To co w kranach" lekko zdziwiony wybieram trzy piwa. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz widziałem butelkowanie prosto z kranów. W tym momencie postanawiam, że muszę tu wpaść z aparatem i zrobić jakiś ładny post na temat Haust'a.
Pach, kapsel odleciał. Szybkie wąchanko z butelki, jest moc, cytrusowa na dodatek. Lejemy, piana rośnie. Ładna, biała ale jakaś taka puszysta. Szybko zaczyna się redukować do małego kożuszka. Już prawie zaczynam pić ale nagle coś zaczyna do mnie machać. Jestem w gościach i na stole leży sałatka z tuńczyka. Nienaruszony kufel odkładam na sekund pięć. Om nom nom, jeszcze nie raz nałożę sobie tej sałatki.
Wracając do piwa, jak aromat był mocny i orzeźwiający tak smak bije go po mordzie i krzyczy na niego: "Jesteś niczym!" Czemu? Niby to single hop a mocy większość piw mogłaby doktorowi zazdrościć. I nie chodzi mi o alkohol, czy nawet goryczkę (bo ta akurat jest lekka jak na IPA, ale za to bardzo fajna) ale o ogólne doznania smakowe. Te cytrusy! Ah! Lekko nagazowane co tylko dodaje treści. Dopiłem do końca i pomyślałem:
O tak, Citra ma moc.
WWW























