Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pale ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pale ale. Pokaż wszystkie posty
Pełnoprawna wiosna zbliża się wielkimi krokami. W tym tygodniu ma być nawet 20'C z praktycznie bez chmur. My, Polacy, nie musimy czekać długo. Już widziałem parę imprez na świeżym powietrzu, gdzie głównym daniem jest kiełbasa z grilla. Dlatego właśnie trzeba znaleźć idealne piwo na tą okoliczność w sezonie 2019.
Jakie są kryteria? Orzeźwienie, może jakiś tam kontrast do tłustego mięsa i jak najniższa ilość alko. Nie będziemy się jednak skupiać na piwach bezalkoholowych, bo to nie ma sensu przy grillowaniu. Na pierwszy ogień postanowiłem wziąć jedno z najnowszych piw AleBrowaru, bardzo lekkie, amerykańskie pale ale. Jak sama nazwa wskazuje jest podwójnie chmielone na zimno, z czego wiele osób się śmieje, ale czasami prowadzi to do naprawdę zaskakujących efektów.
Widzę, że chłopaki ciągną modę na proste etykiety (tak jak to było w przypadku ich New Wave Gose). Niestety zaczyna mnie to trochę irytować, szczególnie dobór czcionek... Kapsel firmowy, za każdym razem jak na niego patrzę przypomina mi się ten pierwszy, unikatowy. Samo piwo ma piękny, pomarańczowy kolor i jest wyraźnie zmętnione. Piana wysoka, trochę dziurawa. Trzyma się jednak nad wyraz długo przy tak słabej konstrukcji.
Przypomnę Wam tylko, że to piwo ma 3,6% alko. Dlaczego? Bo na pierwszy rzut nosem w ogóle na takie nie wygląda. Aromat mocno cytrusowy, głównie grapefruit i mandarynki. Soczyste do granic możliwości. W tle dopełniające tropiki, tutaj głównie mango czuć. Momentami zdaje mi się nawet, że wyczuwam jakieś iglaki, ale to może mi się tylko wydawać.
No dobra, mamy to. Idealne piwo na biwak, grilla (wiosno szybciej!) czy też jakąkolwiek inną "akcję" na świeżym powietrzu ze znajomymi. I możecie też wliczyć w to towarzystwo zagorzałych craftopijców. Jest soczyście, nowofalowo i orzeźwiająco. Dwunastka (dla nowych chodzi o ekstrakt) jak się patrzy. Wysycenie średnie, do wysokiego. Tak idealnie pod karkóweczkę. Jeżeli chodzi o sam smak to pierwsze co naprawdę zaskakuje to... brak słodyczy. Może inaczej się wyrażę: wytrawność. To ona króluje wraz z eksplozją owoców cytrusowych i tropikalnych. Mamy pomelo (z małym dodatkiem skórki białej), grapefruit, pomarańcze i delikatną nutę mandarynek. W tle pojawia się trochę nafty i... herbata. Średnio lubię ją w piwie, ale tutaj akurat bardzo fajnie komplementuje resztę. Goryczka zauważalna, ale punktowa. Przy tak lekkim piwie pasuje idealnie. Na finiszu pojawia się dodatkowo delikatna żywica. Boziu jakie to jest dobre i orzeźwiające. Dobrze wiecie jak ciężko mi jest amerykańskimi chmielami zaimponować, bo jestem swego rodzaju hejterem przechmielania wszystkiego co ma słód w sobie. AleBrowar powraca do najwyższej formy chyba.
----------
Styl: American Pale Ale
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 12% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, owsiany, dekstrynowy), płatki (owsiane, pszeniczne), chmiel Centennial BBC, drożdże.
Do spożycia: 04.11.2019
Leżakowanie piwa weszło u mnie na kolejny poziom. W piwnicy mam bowiem browary, które się do takowego nie nadają... Nie mam kiedy ich wypić, albo po prostu nie mam na nie ochoty. Zauważyłem jednak, że wrzucam ostatnio na bloga same ciemne trunki dlatego postanowiłem trochę "rozjaśnić" swoje zimowe horyzonty.
Owsiane pale ale z AleBrowaru trzymałem w piewni już od jakiegoś czasu. W dodatku pokusiłem się o sprawdzenie paru opinii na necie i muszę przyznać... nie były one zachęcające. Jakoś chłopaki nie potrafią się wczuć w nowy sprzęt w Lęborku chyba. Raz im wychodzi, a raz nie. Nie ma co psioczyć, trzeba sprawdzić samemu.
No dobra, dawno się tak nie uśmiałem z alebrowarowej etykiety. Sylwetka Janusza przerobiona na mocno naciągane indyjskie bóstwo wygląda przekomicznie. Trochę mnie jednak dziwi brak pełnego składu. W końcu to AleBrowar był jednym z założycieli polskiego craftu... w dodatku nazywają siebie hopheadami, a na etykiecie nie ma nawet wyszczególnionych chmieli. Piwo ma piękny złoty kolor i jest wyraźnie zmętnione. Co mnie dodatkowo zmartwiło to brak piany, za cholerę nie chciała się utworzyć.
Po opiniach z neta nie spodziewałem się takiego aromatu, a już na pewno nie po tym czasie spędzonym w piwnicy. Uderzenie jest mocne i grozi złamaniem przegrody nosowej. Mamy tu miks tropików i cytrusów. Na czele mango z grapefruitem wspomagane mandarynką i nutą owsa. Rześko, lekko i przyjemnie. I to z shakera!
Pierwszy łyk zwiastuje to samo. Piwo jest lekkie i orzeźwiające jak grodziskie czy też gose, ale wysycenie ma ciut niższe. Od razu przyszło mi na myśl jedno... byłoby idealne na rower. Szczególnie przy tej zawartości alkoholu. W smaku mamy fajną i zwiewną zbożowość, zapewne od płatków owsianych. Na niej wór owoców: głównie cytrusy. Grapefruit wybija się najbardziej, ale delikatne mango i liczi też nie odpuszczają. Całość delikatnie kwaskowata, chyba od zboża. Goryczka wyraźna, ale dość stonowana jeżeli chodzi o moc. Lekko grapefruitowa. Jak wcześniej balans pomiędzy słodyczą, a wytrawnością był zachowany tak na finiszu granica przesunęła się trochę na korzyść tej drugiej. Dominuje kwaskowate zboże, a cytrusów jest znacznie mniej. Pojawia się za to nuta ziołowa. Kurde, bardzo przyjemna i lekka APkA z owsem.
----------
Styl: Oatmeal Pale Ale
Alk: 3,1% Obj.
Ekstrakt: 9% Wag.
IBU: 1/4
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny, owsiany), płatki owsiane, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.05.2018
Jakby tak się chwilę zastanowić to jestem pewnego rodzaju craftowym patriotą. Rzadko kiedy pijam zagraniczne piwa, a już na pewno nie te znane i często stawiane jako przykład dobroci piwnej rewolucji. Wolę się bawić na własnym podwórku, przecież nie brakuje u nas smacznych i poprawnych trunków.
Siedzę jednak na różnorakich forach czy też grupach społecznościowych i aż mnie coś strzela jak widzę zachwyty i spuszczanie się nad kolejnym zagranicznym klasykiem. Ja rozumiem, że te piwa mogą być wyborne, ale weźmy np. takie Omnipollo... jak piwo warzone z ekstraktem/aromatem może kosztować 30-40zł za mała butelkę? To kolejny przykład głupoty jaką jest podejście "sztosy muszą być drogie". Dlatego będąc ostatnio w sklepie wziąłem pierwszą lepszą butelkę z w/w browaru. Od tak, żeby sprawdzić o co w tym wszystkim chodzi. Jeżeli mnie pamięć nie myli to jak na złość w tym piwie akurat aromatów nie ma.
Trzeba przyznać, że mała butelka ma swój urok. Szczególnie przy tej dziwnie kojarzącej się etykiecie (namalowanej na szkle). Pozwólcie, że zinterpretowanie grafiki pozostawię Wam. Kapsel niby czysty, ale kolorowy za to. Samo piwo wygląda wybornie. Ładny złoty kolor, zmętnione. Trochę przypominający pomarańczę z dodatkiem mleka. Piana niska i dziurawa, ale kożuch który po niej zostaje wygląda jakoś tak dziwnie hipnotajzing.
Mój pesymizm został, delikatnie mówiąc, zahamowany już przy pierwszym niuchu. Wyraźny zapach owsianki z lekką słodyczą laktozy to rzecz, której się szczerze mówiąc nie spodziewałem. Po chwili dochodzą tropiki i cytrusy. Jeżeli mnie nos nie myli to marakuja wyróżnia się dość wyraźnie. Wanilia gdzieś mocno w tyle, ale jednak wystarczająco wyczuwalna. Czasami wychodzą też wafle.
W ustach wydaje się być gładkie, jak to zazwyczaj bywa z piwami z dodatkiem owsa. Wysycenie na średnim poziomie, nie przeszkadza zbytnio. Całość jest jednak bardzo wyraźna w smaku, drapieżna wręcz. Wytrawne z natury, grapefruitowe do bólu. Żywica z początku robi za dodatek, ale bardzo szybko zyskuje na sile, zaraz przed uderzeniem goryczki. Ta jeńców nie bierze i w życiu bym się jej nie spodziewał przy zwykłym pale ale. Na finiszu mała zmiana, dochodzą pędy sosny i bardzo, ale to bardzo delikatna wanilia. To jednak albedo z grapefruita nadal rządzi. Całość mocno wytrawna i bez upragnionego efektu "ice cream". Wanilia na wyczerpaniu, a laktoza znikła kompletnie. Wybitnie uwarzone i goryczkowe pale ale, no ale niestety TYLKO pale ale.
----------
Styl: Pale Ale
Alk: 5,6%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, owies, pszenica, laktoza, wanilia.
Do spożycia: 25.10.2018
Spotkaliście się kiedyś z takim czymś jak "piwo stołowe"? Ja osobiście sobie nie przypominam. Dlatego zdziwiłem się gdy w sklepie zobaczyłem takowe od Pinty. "Co oni znowu wymyślili?" pomyślałem. Z początku wydawało mi się, że chcieli tak po prostu ukryć zwykłego lagera mocno chmielonego amerykańcami. Ale nie.
Piwo stołowe to nic innego jak lekkie pale ale, z dość niską jak na nasze standardy ilością alkoholu. Podobno korzenie belgijskie ma ten styl, ale jak to zazwyczaj bywa USA musiało wprowadzić swoje zmiany. Tak np. wzrosła zawartość alkoholu (jeżeli wierzyć internetom oryginalnie było to 1,5-3%) i w takim mocno chmielonym przekraczać ona może nawet 4%. Cały plan z wypiciem paru przy obiedzie szlag trafia wtedy. Na szczęście pintowa wersja nie jest aż tak przesadzona.
Oho, nawet mam jakieś skojarzenia z tą etykietą (jak nigdy jeżeli chodzi o zazwyczaj nudne butelki Pinty). Grafika nawiązuje trochę do logo Pepsi, tylko że w tym przypadku mamy topiącą się w piwie szyszkę chmieli. Na pewno lepiej to wygląda niż 80% etykiet z tego browaru. Piwo też niczego sobie. Ma złocisty kolor, lekko zamglone. Średniopęcherzykowa piana, z początku wysoka, szybko redukuje się do sporego kożucha i "takiej sobie" koronki na szkle.
Ładny zapaszek ma to piwo. Taki rześki i bez niepotrzebnych zachwytów nad jego złożonością. Jest słodowo z dodatkiem nowofalowych chmieli. Wyraźnych, ale nie dominujących warto zaznaczyć. Bardziej nieokreślony miks cytrusowy, trawa i bardzo delikatna słodycz tropików mi osobiście kojarząca się z mango (to chyba Mosaic wymrażany tak się przebił). No ładnie ładnie.
No to już wiem jaki zamiar miała Pinta nazywając to piwo stołowym. Ze spokojem mogłoby zastąpić lagery, pilsy i inne często spotykane na grillach trunki. Fajne ciałko. Wydaje się być lekkie i orzeźwiające, ale nie powiedziałbym, że ma tylko 9° Plato. Bardziej jakieś 11-12. Średnie wysycenie, w niczym nie przeszkadzające. Na pierwszym planie cytrusy z wyróżniającą się cytryną i takim lekkim posmakiem ropy. Do tego fajna podstawa słodowa i to w dodatku nie za słodka. Ogólnie piwo wydaje się być bardziej po tej wytrawnej stronie mocy. Chmielowa goryczka średnia, zaznacza swoją obecność, ale jakoś nie chce zostać na dłużej. Ma bardzo, ale to bardzo słaby grapefruitowy profil. Finisz to połączenie ziemistości, cytrusów i żywicy. Aż się sam zdziwiłem jak bardzo się zmieniło pod koniec. Niby takie nic, lekkie piwo stołowe znaczy się, a tyle różnych doznań smakowych daje. Bardzo fajne, w końcu Pincie coś wyszło na 100%.
----------
Styl: Hoppy Table Beer
Alk: 4% Obj.
Ekstrakt: 9°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, Carapils, Caraamber), chmiel (Columbus, Cascade, Ekuanot, Citra, Mosaic, CryoHops Mosaic), drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 27.04.2018
Jakby się tak zastanowić (wiem, często się to facetom nie zdarza) to, do dzisiaj, nie chodził mi po głowie składnik, którego bym w piwie mógł nie zdzierżyć. Aż tu nagle z odsieczą przychodzą dwa browary, które drogą kooperacji postanowiły zniszczyć mi całkiem przyjemny dzień.
Mowa tu oczywiście o Piwotece i Okrętowym, które dotychczas miały całkiem pochlebne recenzje na blogu. Oba browary postanowiły uwarzyć pale ale, które w zamyśle ma przypominać gin & tonic... czy jakoś tak. Nie-na-wi-dzę tonicu, odrzuca mnie już na samą myśl... dlaczego ja to sobie robię?
Po tych wszystkich "czarnych" etykietach Piwoteki fajnie jest popatrzeć na coś innego. Niebieskie tło (jestem facetem, dla mnie to JEST niebieski) i żółte wypełnienie fajnie grają ze sobą. Piwo bardzo ładnie mieni się złotem z idealnie białą pianą. Ta ledwo co się tworzy na wierzchu, ale za to pozostaje tak prawie, że do samego końca.
Okej... dziwny zapach ma ten pale ale. Z jednej strony suszony jałowiec i delikatna cytryna, a z drugiej prawdopodobnie chinina, która mi osobiście kojarzy się tutaj z miksem tytoniu i świeżych bandaży. Wszystko na delikatnej pszenicy. Radzę pić szybko, po lekkim ogrzaniu wychodzi masełko. Mimo tego ciekawy aromat, w dodatku dość intensywny.
Aha, może wydawać się to zaskakujące, ale Piwotece i Okrętowemu udało się całkiem dobrze wkomponować chininowe nuty do piwa. I to w taki sposób, który mi nie przeszkadza zbytnio. Nie lubię toniku, nie pijam Schweppes czy też alkoholi na bazie wcześniej wymienionego. W Żółtej Łodzi Podwodnej pierwsze co w nas uderza to właśnie chinina, ale złagodzona jałowcem i skórką cytryny. Do tego dochodzi przyjemna pszenica w tle. Chmielowa goryczka niska jak miłościwie nam panujący Prezes. Jakby się bała wchodzić w paradę chini(ni ni ni)nowym nutom. Finisz zadziwiająco nudny i pusty. Ot lekka cytryna i pszenica. Mimo tego całość ciekawa i dobrze wyważona. Ciałko w sam raz, sesyjność jest, orzeźwienie też. Nagazowanie na średnim do wysokiego poziomie, można rzec, że w punkt. Nie spodziewałem się, że trunek z chininą może mi posmakować, a tu takie zaskoczenie.
----------
Styl: Pale Ale
Alk: 5,3% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny jasny), chmiel Magnum, cytryna, jałowiec, chinina, drożdże US-05.
Do spożycia: 25.10.2017
Ostatnio degustowana przeze mnie Chmielarka z browaru Baba Jaga uświadomiła mi, że jest bardzo duże pole do popisu jeżeli chodzi o styl Pale Ale na naszym rodzimym rynku (czy też jego polską odmianę). Takie niby to proste i górnej fermentacji w dodatku (według wielu oznacza to też, że lepsze z definicji). Wiele browarów zauważyło chyba ten trend i starają się wypuścić na rynek swojego przedstawiciela, z zacięciem patriotycznym oczywiście.
Osobiście wolę dobrze uwarzonego Pilsa. No nie wiem... wydaje mi się on bardziej chrupiący niż pale ale, które czasami potrafi być mulące. Niestety takiego pilsika można u nas ze świecą szukać, a pałeczki (zdrobnienie dla stylu piwnego? chyba już oszalałem kompletnie) wyrastają jak grzyby po deszczu i dzięki temu poprawnych i smacznych egzemplarzy trafia się więcej.
Osobiście wolę dobrze uwarzonego Pilsa. No nie wiem... wydaje mi się on bardziej chrupiący niż pale ale, które czasami potrafi być mulące. Niestety takiego pilsika można u nas ze świecą szukać, a pałeczki (zdrobnienie dla stylu piwnego? chyba już oszalałem kompletnie) wyrastają jak grzyby po deszczu i dzięki temu poprawnych i smacznych egzemplarzy trafia się więcej.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę browaru (powstałego w budynku starego kompleksu zakładów Predom) zaciekawiło mnie bardziej nie to jakie piwa będą warzyć, a to jak będzie wyglądać ich etykieta. Przez myśl przeszła mi tylko jedna możliwość... rysunki ze starych tabliczek zakładowych rodem z PRLu. Nie muszę chyba Wam tłumaczyć dlaczego nie jestem w żaden sposób zawiedziony? Piwo też nie odpycha wyglądem. Ma kolor miedzi, w dodatku lekko zmętniony. Piana drobna i zbita z początku. Mogłaby się w sumie dłużej utrzymywać, ale za to pozostawia bardzo ładny lacing na ściankach. Wszystko w wyglądzie tego piwa przypomina stary warsztat, z tokarkami pamiętającymi jeszcze lata osiemdziesiąte.
W aromacie dzieje się sporo trzeba przyznać. Są na pewno kwiaty, mi osobiście kojarzące się z wiązanką uzbieraną na polu. Do tego zioła, wysuszone, wiszące na babcinym piecu kaflowym. Jedna rzecz mi do tego sielskiego obrazka nie pasuje... to cytrusowa nuta, która mi osobiście psuje odbiór. Dla wielu będzie ona jednak idealnym dopełnieniem całości. Wad nie wyczuwa, co najlepsze zapachy utrzymują się praktycznie do ostatniego łyku.
No, jest to co lubię w tak prostych stylach czyli porządne wykonanie bez większych wad. Piwo jest wyraźnie sycące (a przynajmniej na tyle na ile mu ekstrakt pozwala), ale też niezapychające zarazem. Nagazowanie średnie czyli wystarczające i dzięki temu nie męczy niepotrzebnie. Wyraźna biszkoptowo-ciasteczkowa podbudowa słodowa robi swoje. Co mnie dodatkowo ucieszyło to to, że nie jest ono jakoś przesadnie słodkie. Ziołowe nuty idealnie się wpasowały a goryczka (też ziołowa) bardzo przyjemnie oczyszcza podniebienie. Może delikatnie zalega i jest czasami niepotrzebnie łodygowa, ale można jej to spokojnie wybaczyć. Finisz wyraźnie cytrusowy z delikatnym ziołowym zacięciem. Sesyjne, rześkie na swój sposób i smaczne. Czego chcieć więcej od pale ale?
----------
Styl: Polish Pale Ale
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 12% Wag.
IBU: 35
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel (Cascade, Puławski), drożdże US-05.
Do spożycia: 15.07.2016
Bodajże miesiąc temu chciałem napisać tekst o tym jak to Tesco wycofuje się powoli z craftu. Dlaczego? Ano dlatego, że od jakiegoś czasu jedynymi rzemieślnikami w owym hipermarkecie byli Wąsosz, Kraftwerk i od czasu do czasu Raduga. Jeszcze bym zrozumiał gdyby problem dotyczył tak małego miasta jakim jest Rio, ale to samo zauważyłem też w większych aglomeracjach.
Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie mojego zdziwienia, gdy idąc po Książęce Pszeniczne parę dni temu zobaczyłem półki dosłownie wypchane różniastymi nowościami craftowymi. Owszem były to głównie pale ale, IPA i inne mocno rozpowszechnione u nas style, ale zawsze to jakieś zaskoczenie. Chwyciłem więc parę butelek i powędrowałem do kasy. Książęcego zapomniałem.
Jeżeli dobrze kojarzę to wszystkie etykiety "chmielarkowe" mają ten sam wzór graficzny i różnią się tylko kolorystyką. Jest kocioł, moździerz (a nawet dwa) i pełno ziół. Wszystko pociągnięte fajną kreską, jakby komuś artyzm pomylił się z rysunkiem technicznym. Samo piwo wygląda jak rasowy pale ale, kolor ma ciemnozłoty (dla wścibskich miedziany) i jest tylko lekko zmętnione. Piana może i nie rośnie do olbrzymich rozmiarów, ale trzyma się twardo na wysokości jednego palca przez większość czasu. W dodatku lepi się jakoś tam do ścianek.
Powiem tak... nut cytrusowych jest w tym piwie jak na lekarstwo. W aromacie góruje bowiem słodowość, taka umiarkowana i nieinwazyjna na szczęście. Niestety pojawia się też pewna mało przyjemne warzywo... cebulka. Całość trochę przypomina zapach Laysów cebulowych. Meh.
W smaku jest o niebo lepiej. Już przy pierwszym łyku da się wyczuć, że piwo jest bardziej po tej wytrawnej stronie aniżeli po tej słodkiej. Bardzo fajna podstawa słodowa, która przypomina miks chleba razowego z biszkoptem. W tle pojawiają się też jakieś tam oznaki cytrusów, aczkolwiek mi ta słodowość jak najbardziej wystarcza. Dość szybko wchodzi też goryczka, wyraźna i mocna. Ma specyficzny posmak grapefruita połączonego z ziołami. Finisz za to... jest niestety najsłabszą stroną Chmielarki. Ledwo co wyczuwalne nuty ziołowo-biszkoptowe jakoś mi nie pasują swoją intensywnością do reszty. Całość piję się jednak szybko i z przyjemnością. Fajna pełnia, taka w punkt i średnie do mocnego wysycenie pozwalają spokojnie wypić parę butelek przy grillu czy też meczu. Cały czas trapi mnie jednak jedna rzecz... czemu to piwo nazywa się "Chmielarka Cascade" skoro w składzie jest też chmiel Iunga (i to chyba nawet w większej ilości)?
----------
Styl: Polish Pale Ale
Alk: 4,9% Obj.
Ekstrakt: 12,5° Blg.
IBU: 25
Skład: słód (pale ale, carapils), chmiel (Iunga, Cascade), drożdże US-05.
Do spożycia: 04.11.2016
B-Day to inicjatywa obywatelsko-alkoholowa dążąca do celebracji święta urodzin, jakże ważnego w życiu każdego polskiego szwagra tudzież wujka. Browary rzemieślnicze rządzą się własnymi prawami więc tak jak dorzucają do wszystkiego 3x więcej chmielu niż jest w recepturze tak urodziny też potrafią zrobić potrójne. W tym roku mamy także trzecią, okrągłą rocznice tego obywatelskiego zrywu Pinty, AleBrowaru i Piwoteki Narodowej.
W poprzednich latach były to piwa, które w pewnym sensie zaznajamiały rynek z danym stylem. W tym roku miało być podobnie, miał być to kwas ale… nie wyszło. Piwo zasiliło ścieki a panowie musieli szybko wymyślić coś nowego. Polecieli więc do… Maroko i kupili pieprz. Nagrali krótką relację z podróży, możemy się z niej dowiedzieć, między innymi, dlaczego AleBrowar jest taki drogi.
Etykieta na znanym nam z piw Pinty papierze. Niby gładki ale gdy go dotkniesz wydaje się lekko chropowaty, dość gruby w dodatku. Grafika nie kojarzy mi się jednak z żadnym z browarów, co nie oznacza, że mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie, jest lekko prześmiewcza i pięknie pokolorowana. Piwo za to wygląda dość dziwnie. Po pierwsze nie spodziewałem się, że będzie aż tak blade, do złota mu trochę brakuje trzeba przyznać. Zmętnienie średnie, jakby się uprzeć można by stwierdzić, że jest po prostu zamglone. Piana wydawała się idealna z początku. Gdy zaczęła jednak opadać robiła to z wielkim zaangażowaniem i w końcu pozostał po niej tylko cieniutki kożuch z bardzo słabą koronką.
Podczas degustacji działka okazała się siedliskiem wszelakich wiatrów, w tym prawdopodobnie halnego więc starałem się wciągać nosem jak prawdziwy wielbiciel białego proszku ale i tak miałem spore problemy. Aromat nie grzeszy intensywnością i nic z tym nie zrobisz niestety. Zapaszki głównie słodowe z delikatnym zacięciem kwiatowym gdzieś z tyłu. Pieprz owszem jest ale w znikomych ilościach, powoli zaczynam się zastanawiać nad sensem wycieczki do Maroko. Kardamonu w ogóle nie czuć. Po ogrzaniu wychodzi lekka ziemistość, która trochę ratuje sytuacje.
I jak ja mam się teraz czuć? Poprzednie B-Daye całkiem dobrze mi podeszły a ten zapowiada wręcz odmienne uczucia… Focha od 3 browarów na raz nie zdzierżę. Wziąłem pierwszy łyk i… bana na Brodacza raczej nie będzie. Po pierwsze piwo okazało się iść bardziej w tę wytrawną stronę. Owszem jest słodowe ale nie brakuje też nut cytrusowych czy nawet ziemisto-ziołowych. Utlenienia, z którym wielu miało problem nie wyczuwam. Pieprz i kardamon pokazują się w pełni ale nie są to napakowane syntholem do granic możliwości karki z osiedlowej siłowni piwnicznej. Bardzo dobrze komponują się z resztą nie dominując prawie że w ogóle. Goryczka dość niska, mało wyraźna i to nad nią można by było popracować. Finisz ziołowy, z pieprzem w roli głównej. Bardzo przyjemnie się pije trzeba przyznać, treściwość idealna, wysycenie też (średnie). Wychwalać w niebogłosy raczej nikt Spoko Marocco nie będzie ale nie dajmy się zwariować… w końcu to najnormalniejsze pale ale z dodatkiem pieprzu. Z drugiej jednak strony, czy właśnie tego polski craftopijca spodziewał się po takiej kolaboracji? Ja będę chłopaków bronił, w końcu główne plany uwarzenia kwasa nie wyszły.
Wracając dzisiaj, przemoknięty jak cholera z kolejnej wyprawy rowerowej uświadomiłem sobie jedno: już dawno nie pojechałem sobie w trasę tak o bez piwa w plecaku. Przestudiowałem ostatnie wyjazdy i wyszło, że zrobienie zdjęć do degustacji Pijanego Rowerzysty było głównym motorem napędowym samego wyjazdu. To źle, bardzo źle. Nie żebym się bał poziomu swojego alkoholizmu bo ten już jest tak wysoki, że mógłbym być prymusem w klasie AA ale o to, że muszę mieć pretekst żeby wyjechać gdzieś dalej.
Drugie picie:
Kupiłem sobie ostatnio błotniki do roweru. Tak wiem, dla osoby która jeździ bardziej MTB po lasach jest grzechem mieć zamontowane plastikowe shity, które tylko latają i bardziej przeszkadzają gdy męczysz się w piachu i na korzeniach. Większość z nas jednak ma na myśli te tanie plastiki, które kosztują coś koło 30zł za komplet. A może by tak zainwestować trochę więcej w swój ukochany rower?
Wybrałem kombo zwane Shield. No prawie, z przodu mam shielda a z tyłu to samo tylko accent'a. Przyznam szczerze, że po paru jazdach stwierdziłem, że są idealne. Twarde mocowania, ogólne wykonanie bardzo wytrzymałe. Osobiście nie mam nic do brudu, nawet lepiej się człowiek czuje wracając cały brudny po rowerowym wypadzie. Ale co np z jazdą codzienną do pracy? Jakaś ochrona się jednak przyda. Dlatego polecam wam taki zakup. Nie warto być sknerą i zakładać tanie zestawy za 30zł, które i tak się telepią i nie ochronią naszych wyjściowych jeansów przed kałużami na drodze. Ale co z tym wspólnego ma Belg z Lwówka? Ano to, że sączyłem go dzisiaj przy zakładaniu/przeglądzie roweru. Idealny pretekst do kolejnego powrotu piwnego.
Problem z Belgiem jest taki, że był on uważany za najlepsze piwo z Lwówka (dla mnie najlepszym jest ich nowy Porter), co prawda od początku mało miał wspólnego z belgijską odmianą pale ale ale co tam. Kolor się nie zmienił, jest klarowne, miedziane. Bardzo ładnie prezentuje się w szkle z tym że ma dalej problem z pianą. Co prawda rośnie fajnie i jest drobna ale kurde znika w szybkim tempie. Na szczęście coś po sobie zostawia i piwo nie wygląda po chwili jak woda z sokiem.
Nos do pokala i już nie jest tak fajnie. Co prawda lekka owocowość z karmelem się pojawia ale przytłacza to wszystko masełko. Na szczęście całość nie powala intensywnością a co za i tym idzie nie odpycha aż tak mocno masełkiem. Brak też jakichkolwiek przypraw, które by podkreślały belgijskość tego piwa. Kurde średnio to widzę, po przedpremierowym Jankesie, za którego dziękuje Pani Anecie, spodziewałem się czegoś lepszego od Lwówka. Miłe zaskoczenie spotyka mnie przy pierwszym łyku, nie jest źle. Jest słodko, karmelowo ale da się wytrzymać. Lekkie owoce z niską ale za to przyjemną goryczką. Wszystko skleja słodowość, która czasami wydaje się trochę muląca (a może to ja dzisiaj taki zmulony jestem po prostu). Znowu jednak brak przypraw, głównie pieprzu, którego ja osobiście poszukuje w belgijskim ale. Pije się szybko i nawet przyjemnie. Wysycenie średnie do niskiego, nie przeszkadza w piciu. Nie zmienia to jednak faktu, że ogólne odczucia są nijakie. Brakuje swoistego pazura belgijskiego.
Oryginał 06.08.2013:
Zmiana etykiety na browarach z Lwówka była idealnym pretekstem aby powrócić do nich. Dzisiaj Belg czyli bardzo przyjemna chmielowa goryczka do której podczas ogrzewania dołącza lekki posmak owocowy. Piwo bardzo mocno pijalne. Samo patrzenie na nie sprawia przyjemność, rdzawy trunek aż się prosi o wypicie do końca. Jedynym problemem jest szybko znikająca piana. Po prawej stara etykieta i kapsel.
Kolejne piwo, które przytargałem do domu w rękach swych prosto z browaru Haust w Zielonej Górze. Dopiero gdy wyjąłem je z reklamówki zauważyłem, że nie nakleili mi etykiety podczas butelkowania. No cóż, smutek mnie pogrąża niesamowity ale trzeba iść dalej!
Wyciągając otwieracz nie wiedziałem nawet co to za piwo, pamięć mnie zawiodła i nie potrafiłem sobie przypomnieć, co oprócz portera i citry kupiłem w browarze. No nic, będzie pewnego rodzaju blind test. Pach i kapsla nie ma. Niuch z butelki dużo nie wniósł, słaby chmiel, lekkie cytrusy. No nic, zobaczmy co się stanie w w kuflu. Leje się ładnie, piana rośnie równomiernie i pozostaje na parę chwil. Na szczęście nie znika do końca tylko zamienia się w średniej wielkości kożuszek. Kolor mi się średnio podoba, jest niby złoty ale jakiś taki wyblakły.
Pijemy, pierwszy, drugi i trzeci łyk. Hmm, jest gorycz i są chmiele. Niby mnie to na IPA wygląda ale jakoś tak... no nic, szybki przegląd internetu i już wiem. EPA czyli English Pale Ale. Dlatego ta gorycz wydawała mi się inna, w sumie to słabsza po prostu. Pijemy dalej, wdziera się taka lekka ziemistość z żywicą w parze. Baaardzo daleko, gdzieś w oddali, za siedmioma górami machają mi cytrusy. Małe wysycenie to plus w tym piwie.
Nie jest to piwo wybitne, za słabe trochę jak na mój gust. Takie "masz goryczki ale nie za dużo bo mamusia nie pozwala". Idealne dla ludzi, którym dopiero co wdarła się myśl, że chcieliby wypić coś bardziej wyrazistego niż tylko te nudne koncerniaki.
Taki wstęp do goryczki.
www.haust.pl / Gdzie wypijesz?



































