Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żytnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żytnie. Pokaż wszystkie posty

Pamiętam, jak na którymś festiwalu wypiłem wersję Bowmore tego piwa... nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Było tak dziwne. Z jednej strony macie podwójną kwaskowatość (żyto i kwas mlekowy), a z drugiej beczkę po whisky. Z każdym łykiem miałem zmianę nastawienia... z "Jakie to jest pyszne!" na "Nic tu nie gra!".

Wersja z Bordeaux wydaje się bardziej... na miejscu. I to piszę ja, Jarząbek. Człowiek, który nie lubi wina, a wręcz nim gardzi czasami. Muszę się też spieszyć, bo okazało się, że data ważności jest do końca stycznia. Wszyscy dobrze wiemy, że to nie jest styl, który lubi leżakowanie.


Buteleczka na półce wygląda jak towar premium, nie ma to tamto. Etykieta pasuje do niej idealnie, aczkolwiek wolałbym taką z mniejszą ilością tekstu. Loga browarów na kontrę i tyle. Piwo ma piękny miedziany kolor i jest klarowne. Piana dziurawa, niska i z krótki żywotem. Przy takich parametrach i beczce nie dziwi mnie to jednak.


Piwnica chyba wyszła na dobre temu piwu, przynajmniej jeśli chodzi o składowe aromatu. Mamy przyjemnie kwaśne owoce: soczyste wiśnie, trochę czerwonych winogron i nawet truskawki. W tle dorzucili też suszone owoce, głównie śliwkę. Jak się ogrzeje wychodzi też typowa dla żyta nuta słodowa, zakwaszana. Byłoby naprawdę zajebiście gdyby nie fakt, że przez zbliżający się termin przydatności całość straciła na intensywności i trzeba się dobrze zaciągnąć.

Niby ma tylko trochę ponad 16% ekstraktu, a wydaje się naprawdę gęste. Ciałko jest na bardzo fajnym poziomie muszę przyznać i to jeszcze nie takim zapychającym bez przesady. Wysycenie też trochę pomaga w tym odczuciu, bo jest na średnim poziomie. W smaku... miazga, już na samym początku mogę Wam to napisać. Jest kwaśne, naprawdę, ale też ułożyło się całkiem fajnie i człowiek nie czuje się tak, jakby dostał sztachetą od tyłu nagle. Sama kwaśność pochodzi po części od żyta, a po części od kwasu mlekowego. Mamy znowu owoce, głównie wiśnie z winogronem i  delikatne truskawki gdzieś w tle. Momentami pojawiają się też porzeczki czerwone, ale to nie zawsze. Czuć żyto i trochę beczkowego drewna. Skojarzenia z winem są praktycznie cały czas, ale takie subtelne bym powiedział. Goryczka niska, do prawie niewyczuwalnej. To kwasek jest tu głównym bohaterem. Finisz jest bardzo dziwny, ale też intrygujący. Oprócz przeważającej cierpkości czuć też... chlebek. Ładnie się to wszystko połączyło, na serio. Słodycz jest fajnie kontrowana przez kwasek, a i też doznań stricte smakowych nie brakuje.

----------

Styl: Sour Rye Ale Bordeaux BA
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 16,6% Wag.
IBU: niskie
Skład: słód (pilzneński, karmelowy 150, carafa II, żytni), płatki owsiane, cukier biały, chmiel Warrior, drożdże US-05.
Do spożycia: 31.01.2020


Pojechałem ostatnio do sklepu specjalistycznego, bo jak wiecie z wpisu na fejsie moja piwnica zrobiła się trochę... pusta. Byłem lekko zawiedziony na miejscu, bo nie dość, że w Lubuskim nie ma za dużego wyboru to jeszcze o ostatnich premierach mogłem tylko pomarzyć. Ja nie wiem, czy to jest olewanie samego sklepu, czy też hurtownie mają to kompletnie w dupie.

Zakupiłem więc parę średniaków (a przynajmniej tak mi się zdawało). Najlepszą rzeczą, jaką przywiozłem z tej wyprawy było szkło, które widzicie na zdjęciu poniżej. Zawiedziony wyborem, postanowiłem sprawdzić pewien nowy sklep internetowy, który obszedł jakoś prawo (a co najważniejsze wyroki sądowe) i pozwala na wysyłanie piw przy zamówieniach internetowych. Właśnie tam kupiłem naszego dzisiejszego gościa. Zobaczmy zatem jak zadebiutuje na blogu Browar Za Miastem.



Browar Za Miastem ma dość specyficzne etykiety, takie też minimalistyczne w dodatku. Fajnie to wygląda, tekst jest dobrze umiejscowiony i nie przeszkadza w odbiorze. Grafiki zwierząt też są spoko, jakby rysowanie ręcznie ołówkiem. Kapsel firmowy ładny, nawet mi tekst nie przeszkadza tym razem. Piwo ma piękny (jak zawsze przy żytnim) miedziany kolor i jest bardzo ładnie zmętnione. Piana troszkę uboga. Nie dość, że niska to jeszcze szybko ucieka ze szkła.


Ładny i nienachalny aromat zaczął się wydobywać prawie, że od samego początku. Lekko kwaskowate żyto z takim przyprawowym (goździkowo-pieprzowym) zacięciem. Jak zlałem resztkę z butelki (trochę osadu wleciało) to nawet delikatne banany się pojawiły. Jak dla mnie książkowe, niemieckie żytnie piwo.

O jejciu, jaka fajna, kremowa tekstura. Ciałko też niczego sobie, ale dzięki teksturze wydaje się być lżejsze na swój sposób. Wysycenie nie jest też tak duże jak w zwyczajnej pszenicy. W smaku fajne, nieinwazyjne żyto, lekko kwaskowate oczywiście. Przyprawowość bardzo umiarkowana gdzieś w tle. To samo banan i goździk. Na samiutkim początku można wyczuć też delikatny karmel, ale całość bardziej po tej wytrawnej, żytniej stronie. Goryczka niska, wystarczająco wyczuwalna. Na finiszu wzmocnione żyto (wraz z kwaskiem) i jedyna rzecz, która mi w tym piwie nie podeszła: taki dziwny kredowy posmak. Na szczęście jest szczątkowy i szybko się o nim zapomina. Jak dla mnie idealne piwo na niedzielne popołudnie. Z początku myślałem, że miałem ochotę na coś grubszego, ale te na swój sposób lekkie żytnie piwo zweryfikowało moje chęci.

----------

Styl: Żytnie Bawarskie / Roggenbier
Alk: 5,8% Obj.
Ekstrakt: 14,1% Wag.
IBU: 27
Skład: słód (pilzneński, karmelowy, żytni), chmiel, drożdże WB-06.
Do spożycia: 06.12.2019


Jest coś cholernie satysfakcjonującego w pierwszym wyjeździe zaraz po kontuzji. Szczególnie gdy okazuje się, że po bólu kolana nie ma już śladu. Oczywiście pozostaje problem z kondycją, a dokładniej jej brakiem, ale do pełni formy dochodzi się dość szybko. No, przynajmniej w moim przypadku.

Kwasówki nie są polską specjalnością. Mówiąc szczerze to rzadko który browar porywa się w ogóle na ten styl. Mieliśmy lekko oszukanego John Cherry od chłopaków z AleBrowaru ale nie był to czysty sour ale. Lubię kwaskowatość w piwie co łatwo można wywnioskować z mojej miłości do piw żytnich dlatego z chęcią zobaczyłbym ich więcej na naszym rynku.

Browar Pinta znany był jako ten bardziej tradycyjny i wstrzemięźliwy jeżeli chodzi o dawną Piwną Trójcę (Pinta, AleBrowar i Artezan). W roku 2015 chłopaki postanowili zmienić lekko swój wizerunek choćby przez akcję Pinta Miesiąca, w której co miesiąc warzą inne piwo (w dodatku lekko zakręcone). Niestety dostępność butelek pozostawia wiele do życzenia. Zbawieniem dla wielu, w tym także dla mnie, była kooperacja z duńskim browarem TO ØL (którego First Frontier czeka cierpliwie na degustacje). Kwaśność w piwie pochodzi tylko i wyłącznie od bakterii kwasu mlekowego (Lactobacillus Helveticus). Więcej informacji możecie znaleźć na stronie Pinty. Mniejszy woltaż (4,3%) aż się prosił o zabranie na krótką przejażdżkę nad jezioro.



Szybkie 12 kilometrów i już można się cieszyć piwem w odpowiednich warunkach. Jedynym minusem było robactwo, którego przez słabą zimę namnożyło się jak cholera. No i łabędź, który zaczął się puszyć gdy zobaczył, że nie ma dla niego darmowego żarcia. Pierwszy raz użyłem szkła z Beer Geek Madness czyli dziwacznego Tumblera (nie, nie rzuciłem nim w łabędzia). Muszę przyznać, że całkiem fajnie się z niego pije. Piwo ma kolorek złotawy, dość mocno kontrastowy. Z tego co widziałem z beczki było jaśniejsze, trzeba też pamiętać, że poturbowało się trochę w plecaku więc zmętnienie było znaczne i przypominało trochę typowe żytnie. Piana, mimo ostrzeżeń na stronie Pinty, trzymała się dzielnie. Jakoś super zbita nie była ale pozostawiała bardzo przyjemną koronkę.


Spodziewałem się istnego kwasu mlekowego w aromacie z żytnim podbiciem ale niestety lekko się zawiodłem. Z początku jest dość słodkawo, czuć kwiatowe zacięcie chmielu nowozelandzkiego. Żyto też dość silne ale w ostateczności przegrywa delikatnie walkę z tą iście nektarową słodyczą. Nie jest to zły aromat, ba, jest nawet dość przyjemny. Po prostu nie do końca tego się spodziewałem. W smaku jest już zupełnie inaczej. Porządny, proper wręcz kwas uderza człowieka od razu. Orzeźwia, dodaje energii i prosi się o kolejny łyk. Broń Boże nie jest to jakieś odstraszające kwas-monstrum (nie jest to w końcu lambic), tego po prostu trzeba spróbować i przekonać się na własnej skórze, co te maluteńkie bakterie potrafią zdziałać (stanowczo ale nieinwazyjnie zarazem). Miejsca nie ustępuje też żyto, które bardzo dobrze robi za ciało i dodaje ten specyficzny, zbożowy posmaczek. Chmiele wyczuwalne bardziej w domyśle niż na języku. Kwiatów jak na lekarstwo, musiały się utopić i rozpuścić w tym całym kwasie (nie żeby mi to akurat przeszkadzało). Że tak również zażartuje całość jest "bez zbędnej goryczki". Wysycenie średnie do wysokiego, pasuje idealnie. Orzeźwiające, rześkie, niezapychające, sesyjne wręcz. Piłbym codziennie do obiadu, grilla czy nawet lekkiej kolacji. Delektując się Alfą nad jeziorem zapomniałem nawet o wściekle wbijającym się w moje łydki robactwie lotnym.


Czasami człowiekowi nic nie idzie po jego myśli. Taki piękny dzień trafił mi się ostatnio przy bodajże sobocie. Rozpoczęcie sezonu działkowego oraz planszówkowego na poletku kumpla. Na tapecie Talizman z trzema nowymi dodatkami. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie zabrał chociaż jednego piwa ze swoich piwnicznych odmętów do oceny.

Traf chciał, że piwem które wrzuciłem do plecaka było nowe żytnie IPA z browaru Bojanowo. Co prawda w moich okolicznych żabojadach tylko Szwejk dotarł na półki ale z odsieczą przybyła paczka od Pani Anety z BRJ. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym czegoś nie spieprzył. Robiąc zdjęcia postawiłem IPA glass na trawie, która chyba pod wpływem zbliżającej się wiosny wybijała do góry w takim tempie, że aż przewróciła szkło. Większość piwa się wylała a ja walczyłem ze sobą czy jednak opisać tę nibydegustację czy nie. Na szczęście ta lepsza strona wygrała i postanowiłem tego nie robić. Pożaliłem się trochę na facebooku jak prawdziwa blogerka i ku mojemu większemu zdziwieniu dostałem kolejną paczkę od browaru. No to co, zdjęcia już dawno zrobione więc na spokojnie zajmijmy się może piwem?


Włodarze Bojanowa postanowili trochę zmodyfikować swoją etykietę i chwała im za to. Tym razem nie ograniczyli się tylko do zmiany kolorystyki ale dodali także unikatowy rysunek przypominający tatuaż charakterystyczny dla tytułowego plemienia. Bardzo dobry krok, według mnie powinni każdą etykietę wypełnić takimi smaczkami. Co do piwa... goddamn. Piana jest wręcz fenomenalna. Zbita, wysoka, utrzymuje się dość długo i nawet po kraksie na trawie oblepiła szkło. Sam trunek wywołał zdziwienie, wygląda jak typowe piwo żytnie. Nie żeby mi to przeszkadzało ale żytnia IPA jest zazwyczaj bardziej klarowna. Kolor to... brudny bursztyn, ewentualnie miedź dla upartych.


Pamiętam, że ta resztka która mi została do wypicia na działce jakoś nieszczególnie na mnie podziałała. Była dość chmielowa w aromacie jak i smaku ale przez małą ilość i dość mocną zimnicę na dworze nie bardzo dało się całość ocenić. Teraz, gdy siedzę w domu cieszę się bardzo, że Maorys dostał drugą szansę. Aromat mocny, wyraźny, iście tropikalny. Nowa Zelandia wyłania się pod postacią mango, ananasa i bodajże białych winogron. Te ostatnie wyczuje wszędzie, za młodu wsadzałem sobie je do nosa i chodziłem po domu... nie oceniajcie mej młodości! Jest też lekki zapaszek zbożowy, to akurat musi być żyto. W smaku piwo jest cholernie aksamitne i dość gęste. Znowu mamy do czynienia z tropikami i cytrusami z tym, że winogrona słabną na rzecz innych owoców. Do głosu dochodzi fajna, wyrazista ale dość stonowana goryczka o żywicznym profilu. Ta lekko zalega łącząc się z kwaskowatością żyta na finiszu. Zbożowość wyczuwalna praktycznie cały czas podczas picia, podobnie stonowana jak goryczka. Wysycenie na średnim poziomie, wyższe mogłoby na pewno zaszkodzić pijalności. Trochę wypycha człowieka nie powiem, nie spodziewałem się tego bo smakowo wydaje się wręcz sesyjne. Myślałem też, że będzie słodsze a tu takie przyjemnie wytrawne (wręcz bitterowe) zaskoczenie. Do dzisiaj moim ulubionym piwem ze stajni Browarów Regionalnych Jakubiak był Jankes ale... no cóż.


Jak niektórzy wiedzą zrobiłem sobie ostatnio kuku w stopę. Możliwe, że owy wypadek miał coś wspólnego z pewnym upojeniem alkoholowym ale nie wnikajmy w szczegóły. Ważne jest, że już trzy tygodnie odczuwam te przykre dolegliwości... a pogoda zaczyna się robić wręcz fenomenalna. Nie mogłem już dłużej siedzieć bezczynnie i postanowiłem się pogodzić z rowerem. Trasę wybrałem spokojniejszą, co by sobie kontuzji nie odnowić.

Browarów kontraktowych coraz więcej nad Wisła, mnożą się jak króliki co jest tylko i wyłącznie na plus jeżeli chodzi o konsumentów. Nie powiem, czekam na dzień, w którym przesilenie rynku będzie tak wysokie, że słabe browary zaczną upadać. Naturalna selekcja i co za tym idzie, wzrost jakości piw, tego oczekuję. Rzadko jednak trafia się kontraktowiec tak bliski mojemu sercu.

Browar Brodacz powstał na przełomie roku i warzy swoje piwa w Kościerzynie. Tomasz, założyciel browaru, był na tyle uprzejmy, że wysłał mi przedpremierowo swoje pierwsze piwo, tak bardzo uwielbianego przeze mnie roggenbier’a czyli żytnie. Mogę Was też zapewnić, że nie mam nic wspólnego z tą inicjatywą, mimo podejrzeń wielu ludzi. Zbieżność nazw jest przypadkowa, w końcu nie jestem jedynym brodaczem pijącym piwo w naszym kraju. Co do samego browaru, zaraz po roggenie mają zamiar wypuścić american rye i amerykańską pszenicę w późniejszym terminie. Będę mocno kibicował Tomaszowi, brodacze powinni się trzymać razem. Sprawdźmy jednak, obiektywnie mam nadzieję, jak wyszedł im debiut.


Kapsel bardzo fajny, grafika przyjemna, niedźwiedź pierwsza klasa. Zdziwiło mnie to na początku, no bo w końcu który nowy browar ma od razu firmowe kapsle? Okazało się jednak, że pochodzą one ze Starego Browaru w Kościerzynie. Mimo tego, bardzo dobrze się prezentują na butelce. Etykieta dość prosta, czytelna, z pełną metryczką. Wygląda bardzo ładnie, minimalistycznie. Logo trochę hipsterskie ale o dziwo też mi się podoba. Piwo, za sprawą ciemnych słodów, jest chyba najciemniejszym żytnim jakie piłem w życiu. Coś jakby ciemny brąz, nieprzejrzyste. Dałem mu postać ponad dzień i dzięki temu jest też najmniej brudnym roggenem . Syf dobrze trzyma się dna więc nie ma problemu przy nalewaniu. Piana trochę mnie zawiodła, urosła wysoka ale szybko zaczęła pękać pozostawiając jednak całkiem przyjemną koronkę.


Aromat mnie cholernie zaskoczył. Z początku nie wiedziałem co mam o nim myśleć bo skojarzył mi się z poxiliną. Nie raz jej używałem do zaklejania różnego ustrojstwa i jej zapaszek będę chyba pamiętał do końca życia. Nie znaczy to, że jest on odpychający czy też nieprawidłowy. Dałem się piwu trochę ogrzać jak i mojemu nosowi, dopiero co wróciłem ze spaceru z psem. Ponownie zanurzyłem się w teku i już mam wszystko poukładane. Jest cholernie zbożowe, żytnie, wymieszane ze skórką od chleba i odrobiną przypraw. Jak się człowiek zaciągnie to i nawet banany z goździkami wyczuje. Jak na wersję light jest to cholernie aromatyczne piwo, proporcje składników oszukały mnie na początku i dlatego skojarzyły mi się z poxiliną. W smaku jest dość gęste ale nie wypycha tak mocno jak większość znanych mi roggenów. Jest mocno zbożowe, lekko kwaskowate i tak samo przyprawione. W tle, tak jak przy aromacie, majaczą banany i goździki. Fenomenalna według mnie jest goryczka, krótka, zdecydowana i robiąca za swoistą granicę nie do przejścia. Odcina drogę zbożom i gęstości pozostawiając miejsce dla lekkiego kwasku, wieńczącego każdy łyk. Całość na pewno bardziej wytrawna niżeli słodka. Cholernie wyraźne i zdecydowane piwo w wersji rzeczywiście lekkiej i dla każdego praktycznie. Wysycenie niskie, nie przymula jednak i według mnie pasuje idealnie. Pierwsze piwo browaru Brodacz to jeden z lepszych debiutów kontraktowców polskich w ostatnim czasie, według mnie przynajmniej. Wersje light różnych piw wychodzą zazwyczaj albo wodniste albo nudne jak partia szachów dwóch emerytów w parku. Brodaczowi się jednak udało.


Święta, święta i po świętach. Nażarliśmy się do granic możliwości (jak to w końcu tradycja nakazuje) i napiliśmy się tak, co by nam do Sylwestra starczyło. Ja miałem mocne postanowienie nie pić wódki w ogóle. Wiecie jak to jest... "Że mną sze nie napijeszzz?" może łatwo roztrzaskać taki, jakże ważny, cel życiowy. Na szczęście udało mi się wypić tylko dwa kieliszki czystej, z czego jestem niezmiernie dumny. Chociaż w sumie, Bozia pokarała mnie za niepodtrzymanie tradycji i przez cały weekend poświąteczny byłem chory aż do dziś...

Nie było łatwo muszę przyznać, głównie dlatego, że przyjechały do mnie dwa małe i urocze stworzonka (w tym moja chrześnica). Obie, młodsza szczególnie, zapatrzone są w jedną bajkę. Szczerze, nigdy nie doświadczyłem tego całego hejtu na utwór "Mam Tę Moc" z filmu animowanego Kraina Lodu (Frozen) ale przez te dwa dni to się zmieniło... Jak moja chrześnica nie rozrabiała (za dużo) tak jej młodsza kuzynka musiała mieć włączony teledysk do tego utworu bo inaczej marudziła jak cholera. Spać nie mogłem bo ciągle miałem w głowie tę melodie... the horror.


Piwo świąteczne od doktorków to nic innego jak żytnie, przechmielone i doprawione w ich stylu. Problem w tym, że panom coś odwaliło i postanowili rozlać tylko połowę a drugą dochmielić na zimno. Mi trafiła się pierwsza wersja co można stwierdzić po dacie przydatności, czy żałuję? Nie bardzo. Zdziwiła mnie też trochę etykieta, zamiast zmienić tylko nazwę piwa (jak to mają w zwyczaju) dodali też płatki śniegu po całości i wstęgę... szok. Tak na serio jednak podoba mi się ich podejście do prostych, jednolitych etykiet i taka mała zmiana na święta jest jak najbardziej dopuszczalna i mile widziana. Co do samego piwa, na pierwszy rzut oka widać, że to żytnie. Specyficzny brudek, ciemnobrązowy kolor i gęstość. Miało też dziwne, ledwo widoczne białe łuny ciągnące się od dna, których jeszcze nigdy w piwie nie widziałem. Piana gruba na jeden palec była drobna i wydawała się twarda ale czas szybko ją zweryfikował. Drobny kożuszek to wszystko co po niej zostało.


Aromat bardzo wyraźny jak na Grubą Bertę (tak zwykłem już mawiać na shaker AleBrowaru). Dość słodki, świąteczny, przyprawowy i co najważniejsze piernikowy. Goździki, gałka muszkatołowa i cynamon chyba najbardziej dają się we znaki. Z domieszką reszty przypraw tworzą mocne, piernikowe zapaszki. Reszta aromatów, które niby powinny się tu znaleźć raczej już dawno utonęła w tej świątecznej woni. Dopiero teraz zacząłem się zastanawiać co się stało po tym dodatkowym chmieleniu na zimno… wątpię jednak, żeby mi się chciało szukać drugiej wersji. W smaku jest jeszcze bardziej przyprawowo niż w aromacie. Piernik depcze po wszystkim jak jakiś gigant i nie zostawia jeńców. Z początku machała szabelką leciuteńka słodycz ale została zmiażdżona praktycznie od razu dużym palcem stopy. Najwaleczniejsza okazała się ziołowa goryczka lecz i ona uległa. Jak szybko się pojawiła tak szybko znikła, no i na pewno nie miała tych zadeklarowanych 48 IBU. Zamiast niej lekko zalega cynamon, który w tej postaci mi akurat nie przeszkadza. Alkohol za to gra rolę skrytobójcy, piernikowy gigant go nie widzi więc ten atakuje nas złowieszczo gdy tylko zaczyna nam się podobać dopiero co wzięty łyk. Jest drętwy i nieprzyjemny, na szczęście nie zostaje na długo. Całość jakoś ratuje gęstość tego piwa, jest oleiste, przyjemnie wypełnia gębę i dzięki bogu jest nisko wysycone. No ale właśnie, gęstość gęstością ale gdzie to żyto? Nie ma i nie będzie, piernik zdeptał. Gdyby ten cholerny alkohol zamienić na coś słodszego i może pomarańczowego (?) to byłoby cholernie przyzwoite piwo świąteczne, przynajmniej dla mnie (i pewnie taka okazała się wersja dochmielona...).


Jest bardzo duży problem z wyjazdami rowerowymi w grudniu. Bez śniegu człowiek się czuje jakoś tak źle, nie ma na co zgonić tej niskiej temperatury. No i w dodatku wszystko wygląda jak jedna wielka... kupa błota. Liście już zgniły, błoto po piasty, trzeba się też nasilić, żeby znaleźć cokolwiek wartego wyjęcia aparatu z plecaka. 

Siedzę sobie dzisiaj i wciskam namiętnie F5 na stronie Ciechana. Czemu? Ma się tam pojawić formularz do zamówienia Portera Grudniowego 2013. W tym roku będzie ich tylko 880 więc jest się o co bić. Co prawda rok temu wyszedł im średnio ale ja liczę na poprawę. No ale nie można tak siedzieć bezczynnie nie?

Chwytam więc pierwsze z brzegu piwo, traf chciał, że jest to jedna z tegorocznych nowości od Pinty. Żytorillo smakowało mi bardzo lecz był to pewnego rodzaju eksperyment. Apetyt na Życie to niby typowy roggenbier. Nie powiem leje się ładnie. Gęste jak cholera, z zachowaną fakturą piaskową jak w innych żytnich które piłem. Piana też bardzo proper, mocna, gęsta i oblepia szkło. Jest jednak trochę mniej urzekająca niż ta w Żytorillo. 

A formularza dalej nie ma...

Wącham, mocno zalatuje pszenicznym. Jest drożdżowo, lekko chlebowo. Za bardzo nie wyczuwam jednak kwasku. 

F5, F5, F5, F5, F5...

Trzeba zacząć je pić, może smak mnie odwiedzie od tego klikania. Ohh, jest gęste, fajnie. Tak kremowe, tak... kleiste. I to tak przyjemnie bardzo! Wszechobecne drożdże mieszają się z... nie wiem czym. Niby przypraw nie ma wyszczególnionych na etykiecie ale coś tak jakby lekko drapie, podobne do goździków. Kwaskowatość też jest ale bardzo słaba (w porównaniu do Żytniego z Konstancina) ale wraz z nią pojawia się też lekka goryczka, która o dziwo bardzo ładnie wpisuje się w smak i wygładza całość. Idealne na ten zimny i mokry wieczór, na chwilę zapominam o Porterze Grudniowym.


Byłem, poprawnie politycznie pisząc, lekko zawiedziony Targami w Poznaniu. Jak tylko wróciłem do domu postanowiłem wypić jedno z nabytych tam premierowych piw z Pinty. Długo walczyłem ze sobą, które wybrać? Czy zwykłego przedstawiciela gatunku? A może wariacje stylowe Pinty? Padło na to drugie.


Moje doświadczenia z żytnimi to w dużym skrócie: mega fajna kwaskowatość. Dlatego po otwarciu butelki byłem zszokowany gdy, ku mojemu zdziwieniu, dostałem pięścią w twarz palonym chmielem, i to w dodatku dużą jego ilością. Tak wiem, jest to napisane na etykiecie ale jakoś tak nie spodziewałem się aż takiej ilości. Lekko zadżumiony nalałem je do nowo zakupionej szklanicy firmowej, bardzo fajnej muszę dodać głównie przez grube szkło. I tutaj kolejne uderzenie, tym razem prosto w oczy. Tak jakby ktoś mi wbił 2 badyle od miotły. Piana jest po prostu fenomenalna. Grube to, zbite to, gdy opadała zostawiała na szkle piękne chmurki. W dodatku faktura samego piwa jest fajna, niby ciemne ale widać tą piaskowatość jaką widziałem w Żytnim z Konstancina. W tym momencie kompletnie zapomniałem o nie całkiem udanym dniu. 


Pijemy! Dwa szybkie łyki i znowu uderzenie zdziwienia, tym razem średnio pozytywnego. Jest mocno nachmielone, gorycz piękna, taka smolista, taka... żywiczna. Zaraz za nią ciągnie się paloność i ogólna przyjemność, szczególnie w tak ponury i mokry wieczór. Mnie jednak to nie bawi, piję kolejne dwa łyki, no gdzie on jest?! Nie wyczuwam w ogóle kwasku. Pojawia się on pod sam koniec wziętego łyka, jakiś taki mizerny i słaby. W tym momencie nasuwa mi się myśl, że trochę za mało tego żyta w żytnim. 


Ale nie, piję dalej, już na spokojnie. Czytając wpisy i zdjęcia, jak to się blogosfera bawi gdzieś nad morzem. I tak biorąc ostatni łyk dostaje olśnienia. To piwo jest cholernie pijalne jak na tak mocne doznania smakowe. Doszła do mnie jeszcze jedna ważna rzecz, to są wariacje piwne panów z Pinty, to nie miał być typowy przedstawiciel gatunku (ten akurat czeka w lodówce czyli Apetyt na Życie). Trzeba być idiotą, żeby od Żytorillo oczekiwać trzymania się stylu, i takim idiotą się przez chwilę poczułem. Sama kwaskowatość, która pojawia się pod koniec, to po prostu taka wisienka na torcie. 

www.browarpinta.pl / Gdzie wypijesz?

PS: drugie picie pokazało, że piwo nic się nie zmieniło dlatego wrzuciłem tylko nowe zdjęcia i zmieniłem szablon posta na aktualny.

Czytam sobie piwne newsy a tam Pinta wypuszcza Żytorillo. Jest to wiadomość niebywała, ponieważ kojarzę tylko jedno piwo żytnie (krajowe). W dodatku dawno go nie piłem, mowa tu o Żytnim z Konstancina. Dobry czas na ponowną degustacje ponieważ krążą pogłoski o niechybnym końcu tego browaru, smutek.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com