Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bock. Pokaż wszystkie posty
Boże święty, jaki ja mam backlog w piwnicy... Nazbierało się tych piw. Szczególnie, że w okresie przedświątecznym mamy większą niż zazwyczaj ilość darów losu, a ja od małego nie lubię się dzielić. Trzeba to jakoś będzie ogarnąć podczas przerwy świątecznej. Dobrze przeczytaliście, Wasz uniżony pierwszy raz od paru lat ma wolne w tym okresie.
Przez to właśnie rozmyślałem ostatnio nad piwem, które mógłbym pić cały czas przez święta (pomijając pojedyncze sztosy do pociumkania). No wiecie... takie piwo, które pasowałoby do każdego dania i nie wymagało dużego skupienia (i w sumie nie kosztowałoby tyle, co wizyta u golibrody). Nie może to więc być jakiś wymyślny trunek... BAM! No przecież, koźlaki. Czy najnowsze "Po Godzinach" z browaru Amber będzie tym, czego szukam?
Co ma znaczyć to smyrnięcie pędzlem na etykiecie? Nie wiem. I pewnie nigdy się nie dowiem. Trochę mi też estetycznie nie pasuje kolor czcionki na dole. Kapsel firmowy, a nawet spersonalizowany do danej serii. Mają rozmach. Piwo w kolorze ciemnego bursztynu, z wyraźnymi rubinowymi refleksami pod światło. Piana niska niestety i krótko utrzymująca się.
Chciałbym, aby ten aromat był wyraźniejszy... oj chciałbym. Mamy tutaj bowiem bardzo przyjemną, dymioną do granic możliwości śliwkę. Wędzonka zalatuje trochę oscypkiem, czyli też kompotem świątecznym. Tak, jestem tym dziwakiem co lubi to ustrojstwo. Po ogrzaniu dochodzi trochę karmelu i chleba, ale to naprawdę znikome ilości.
Oho, chyba mamy zwycięzce. Już na starcie mogę wam napisać, że mógłbym pić tego kozła przez całe święta. Fajne ciałko. Takie wyczuwalne, ale nie przeszkodzi w konsumpcji "jeszcze jednego" pieroga. Wysycenie średnie, czyli idealne w tym przypadku. Tak żeby się dobrze odbiło... przepraszam, przyjęło. W smaku wędzona śliwka traci na sile, ale całość jest o wiele bardziej złożona i wyraźna. Na początek chlebek, przypiekany oczywiście. Potem karmel (może delikatnie spopielony) i susz wigilijny. W tle wędzonka oscypkowa. Goryczka niska, bez szału. Wręcz książkowa można rzec. Finisz zadziwiająco wytrawny, taki trochę razowy chleb z wędzonymi nutami. Po aromacie spodziewałem się, że wędzona śliwka przykryje wszystko, ale piwo mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło muszę przyznać.
----------
Styl: Smoked Plum Bock
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 15,1% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jasny, karmelowy), śliwka z Szydłowa, suska sechlońska, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 07.06.2020
No co... że niby wczoraj był Międzynarodowy Dzień Stoutu, a na blogu nic? Takie życie... Kierowcą byłem cały dzień, musicie mi wybaczyć. Zamiast tego była stoutowa ankieta na fejsie, taka na weekend. Inna sprawa, że mam dla Was dzisiaj pewien diamencik, czy też sztosik jak kto woli.
Dostałem ostatnio z Browaru Spółdzielczego dwie inne mrożonki, ale to Krasnolód patrzył się na mnie złowieszczo z tej najbardziej zaciemnionej, "porterowej" półki w piwnicy. Inna sprawa, że miałem akurat wielką ochotę na koźlaka.
Etykiet z tej zacnej, wymrażanej serii nikomu nie trzeba przedstawiać. Z mojej już trochę nitka odchodzi, bo piwo trochę stało na półce i się parę razy przejechało w plecaku. Mamy jednak nowość, mianowicie firmowy kapsel. Całkiem spoko, ale według mnie lepszy byłby z czarnymi liniami, a nie niebieskimi. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste i widocznie gęste. Lepi się do ścianek jak cholera. Piany nie ma, ale przy mrożonkach to nie grzech akurat.
Też tak macie, że jak poczujecie jakiś przyjemny i bardzo wyraźny zapach to przypominają się Wam momenty z dzieciństwa? Nie wiem czemu, ale mi zazwyczaj kojarzą się takie momenty z ciastem dopiero co wyjętym z piekarnika. Tutaj mam tak samo, szczególnie, że pełno jest owoców (głównie suszonych) w aromacie. Figi, daktyle (jako jeden z nielicznych lubiłem je od małego), może trochę pieczonych jabłek z posypką waniliową. W tle trochę melasy, migdałów i marcepanu. Nuty alkoholu gdzieś daleko, ale nie są gryzące na szczęście.
Już podczas nalewania było widać, że wodniste to to nie będzie. Konsystencja syropu to chyba najlepsze określenie w tym przypadku. Ciałka w bród, klejące jak braggot, a wysycenie niskie. Smakowo taki specyficzny aromat na sterydach. Melasa dostaje dobrego kopa i jest swoistą podstawą tego piwa. Fajnie łączy się z figami, suszonymi brzoskwiniami i delikatną śliwką. Migdały też zdają się być wyraźniejsze, ale największym zaskoczeniem jest delikatna czekolada. Wbrew pozorom pasuje tu idealnie. Goryczki jest trochę, ale ciężko jest określić jej profil. Finisz jest zadziwiająco czekoladowy z mocną beczką i wanilią. Tutaj też pojawia się trochę alkoholu, ale jak na ten woltaż jest go cholernie mało i fajnie rozgrzewa człowieka. Całość bardzo wyraźna, próbuje atakować z każdej strony. Na swój sposób jednak gra to wszystko ze sobą jakoś szczególnie dobrze. Właśnie takich doznań spodziewałem się po mrożonce. Gdyby zachowało się więcej nut chlebowych (które tak naprawdę giną w tym ferworze walki innych smaków) byłbym wniebowzięty, dosłownie. Mógłbym je sączyć z przyjemnością godzinami, nawet biorąc pod uwagę ten jeden, jedyny minus.
----------
Styl: Ice Double Bock
Alk: 19%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże.
Data rozlewu: 28.10.2018
Kontynuujemy koźlakową serię, oczywiście nadal z bardzo pozytywnym nastawieniem. Dziś sprawdzimy sobie podwójnego bocka. Zadanie na wieczór mamy proste: wypić przyjemnie prostego, ale za to bardzo wyraźnego przedstawiciela mocno słodowej części naszego ulubionego trunku. Czy to się uda?
Pozwolę sobie na pewne wróżenie z fusów twierdząc... że tak. Nie przypominam sobie, abym wypił kiedykolwiek (a przynajmniej na ramach bloga) niedobrego przedstawiciela tego stylu. No i jakby nie patrzeć dodatkowym atutem jest tutaj kooperacja Profesji i Browaru Spółdzielczego.
Pozwolę sobie na pewne wróżenie z fusów twierdząc... że tak. Nie przypominam sobie, abym wypił kiedykolwiek (a przynajmniej na ramach bloga) niedobrego przedstawiciela tego stylu. No i jakby nie patrzeć dodatkowym atutem jest tutaj kooperacja Profesji i Browaru Spółdzielczego.
Jakbyście się kiedyś zastanawiali jak by wyglądał krasnolud w stroju nurka to na zdjęciu macie odpowiedź. Nie powiem, uśmiałem się lekko pod nosem. Trochę mnie zasmuciła źle naklejona etykieta, ale równie dobrze mogła do tego doprowadzić wilgoć i mróz w czasie podróży. Kapselek firmowy z krasnalem od środka (zapomniałem fotki zrobić). Piwo ciemne, bursztynowe. Piana skąpa niestety, nawet przy dość burzliwym nalewaniu. Taki do połowy dziurawy kożuch (widoczny poniżej) utrzymywał się za to przez dłuższy okres.
Wprawdzie po koźlaku (nawet takim dubeltowym) nie spodziewam się aromatycznych uniesień tak tutaj brakuje mi trochę intensywności. Poprawia się po ogrzaniu całości, ale też jakoś nieszczególnie mocno. Jest słodowo (duuuh), słodko, ale tutaj górują owoce. Taka trochę śliwka z winogronem zmieszana. Zaraz po nich skórka od chleba, baaardzo delikatnie opieczona. Pół butelki puste i już prawie nic nie czuć, szkoda.
Ooo... i to lubię. Czuć treściwość, tak idealnie w punkt. Ciałko zaznacza swoją obecność tak, jak na doppelbocka przystało. Wysycenie średnie, do niskiego nie daje o sobie zapomnieć (w pozytywnym znaczeniu). W smaku pełnia słodowa atakuje od samego początku. Zdaje się mówić: "Tak, jestem dubeltowym koźlakiem, dlatego dostaniesz obrzynem w twarz". Owoce zeszły trochę na drugi plan, ale ten winogron nadal intryguje. Ich miejsce zajął chlebek, ale o dziwo ledwo co przypieczony. Wolę koźlaki z wyraźniejszą (i ciemniejszą) skórką, ale narzekać nie będę. Goryczka jak igła chirurgiczna, szybka i wyraźna, ale bezbolesna. Wręcz wyjęta z opisu stylu BJCP. Na finiszu pojawia się nutka czekolady, co według mnie dokańcza dzieła zachwytu. Alkohol ukryty perfekcyjnie, w "białych rękawiczkach" byście go nie znaleźli. Co jest zadziwiające to to, że tak na dobrą sprawę nie wyczuwam takiego typowego karmelu. Gdyby nie ten aromat byłby to idealny podwójny koźlak. Mimo tego... cholernie przyjemne piwo muszę przyznać.
----------
Styl: Doppelbock
Alk: 8,9% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: 1/5
Skład: słód (pilzneński, monachijski, aromatic, special x, crystal oak, pszeniczny), chmiel (Iunga, Hallertauer Tradition), drożdże German Bock.
Do spożycia: 31.07.2019
Tak wiem, że w sobotę Dzień Porteru Bałtyckiego, ale naprawdę mam ostatnimi czasy dużą ochotę na koźlaczki. Wiecie jak to u nas... browary rzemieślnicze olewają takie klasyczne style, bo czym się taki wąsaty beergeek ma niby w nim podniecać? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: tym samym co w dobrze uwarzonym pilsie, czyli prostotą i mega pijalnością.
Tak się jakoś złożyło, że po moich ostatnich narzekaniach na fejsie owe browary zapowiedziały premierowe doppelbocki itp. Browar Zakładowy jest jednym z nich. Dodatkowo dostałem zacne dary losu od Browaru Spółdzielczego, a w nich między innymi wymrażany koźlak. Skupmy się jednak na dzisiejszym trunku.
Butelczyna ozdobiona jajowatą etykietą (w sumie to chyba dawno takich nie widziałem), którą browar Trzech Kumpli używa chyba tylko do klasycznych piw. Ładna, prosta, w fajnych barwach. Minus za brak składu. Plus za firmowy kapsel, który jednak prezentowałby się lepiej bez napisów. Piwo ma przepiękny miedziany kolor i jest przejrzyste. Piana na jeden palec trzymała się całkiem dobrze mniej więcej do połowy szklanki.
Wchodząc w świat koźlaków trzeba pamiętać, że nie należą one do rodziny trunków "urywających dupę" czy też "sztosowych" (no chyba, że jakieś magiczne wymrażanie miało miejsce, ale o tym w innym wpisie). Tak... normalnie zaczyna się nasza przygoda z tym właśnie piwem. Aromat średnio intensywny, słodowy. Karmel plus bardzo delikatnie opieczona skórka od chleba. Z początku wydawało mi się, że czuję też jakieś takie octowe zapaszki, ale po chwili zanikły kompletnie.
Po pierwszym łyku zdziwiłem się lekko, bo ekstrakt mi się za bardzo nie zgadzał. Bock od Trzech Kumpli jest dość lekkim piwem, za lekkim jak na koźlaka według mnie. Wysycenie się za to zgadza, jest na średnim poziomie. W smaku jest o wiele lepiej niż w aromacie. Pełna słodowość atakuje od samego początku karmelem i wyraźną, podpieczoną skórką od chleba. Biszkopcik też się pojawia co jakiś czas. Niestety z każdym łykiem karmel coraz to bardziej zanika. Goryczka jest, owszem, taka leciutka. Ukłuje miłych państwa delikatnie i zniknie. Finisz trochę ubogi niestety. Karmel już prawie, że całkiem zanikł i pozostał głównie biszkopt. Podsumowując piwo pije się dość szybko i bez grymasów na twarzy. W pubie biorąc kolejne z rzędu byłbym zadowolony. Niestety brakuje mu intensywności jako jednostce i jak się nad nim człowiek za bardzo skupi, to widzi niedociągnięcia.
----------
Styl: Koźlak
Alk: 6,7%
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód jęczmienny, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 25.08.2019
W Polsce się... mrozi? Oj tak, powoli wkracza do nas trend wymrażania piw wszelakiego typu. Ciekawe jest to zjawisko i jakże smaczne, co pokazał browar SzałPiw ze swoimi Bubami Extreme. Postanowiłem sprawdzić parę piw leżakowanych w ten sposób. Zaczniemy sobie od starego wygi jakim na pewno jest browar Pinta.
Warto nadmienić, że to piwo zostało uwarzone według receptury zwycięzcy Warszawskiego Konkursu Piw Domowych, Artura Pasiecznego. Na czym zatem polega wyżej wymienione wymrażanie? W skrócie: zamrażasz piwo w tanku i pozbywasz się czystej wody w postaci lodu. Taki zabieg pozwala na zagęszczenie piwa i podbicie prawie każdego aspektu naszego ulubionego trunku. Uprzedzę pytania, tak, możecie sobie z łatwością zrobić to w domu na swoich warkach, które sami uwarzyliście.
Warto nadmienić, że to piwo zostało uwarzone według receptury zwycięzcy Warszawskiego Konkursu Piw Domowych, Artura Pasiecznego. Na czym zatem polega wyżej wymienione wymrażanie? W skrócie: zamrażasz piwo w tanku i pozbywasz się czystej wody w postaci lodu. Taki zabieg pozwala na zagęszczenie piwa i podbicie prawie każdego aspektu naszego ulubionego trunku. Uprzedzę pytania, tak, możecie sobie z łatwością zrobić to w domu na swoich warkach, które sami uwarzyliście.
No tego się po Pincie nie spodziewałem. Tematyczna etykieta? Nie może być! Oczywiście dalej w ich stylu, ale przynajmniej mamy jakąś grafikę w tle, która nie została tak o wyssana z palca. Ładnie i zgrabnie się całość prezentuje. Piwo kolorem przypomina płynną wiśnię, naprawdę. Nie jest to rubin, miedź czy też inny kolor kojarzący się z tym stylem. No wiśnia i tyle, w dodatku idealnie klarowna. Piana wysoka, ale dziurawa. Szybko się ulatnia pozostawiając cieniutką obrączkę zaraz przy szkle.
Ukrywał nie będę, że z grubej rury Pinta nie zaczęła. Aromat nie jest jakiś super intensywny, ale muszę zaznaczyć, że wystarcza w zupełności. Jest słodowo, tak jak powinno być. Lekko przypieczona skórka od chleba, rodzynki, wiśnie i bardzo delikatne śliwki gdzieś w tle. Do tego zrównoważony alkohol, przyjemny. Nie gryzie i nie przypomina rozpuszczalnika.
Gęstość tego piwa widać już przy lekkim poruszeniu szkłem. Lepi się to niemiłosiernie do ścianek. Pierwszy łyk potwierdza to dobitnie... o Jezu jak przyjemnie ten koźlak oblepia usta. Cielisty, oleisty i gęsty jak olej silnikowy w moim Golfie zaraz pod korkiem. Wysycenie na niskim poziomie, tak w pytkę można rzec. A w smaku? Też magia, ale taka trochę chaotyczna na początku. Zacznijmy od niewyobrażalnej ilości słodów: słodkich, przypiekanych i karmelowych. Do tego zadziwiająca ilość suszonych śliwek, winogron i rodzynek. Gdzieś hen daleko w tle orzechy się nawet odzywają, co mnie osobiście bardzo zdziwiło. Obok tego wszystkiego stoi alkohol, duży i potężny, jak Marcinek z Pitbulla. Jest przyjemny, rozgrzewający i zdradliwy. Pierwszy raz spotykam się też z czymś takim jak wyrównanie słodyczy procentami, bo goryczka jest naprawdę na marginalnym poziomie. Całą jej robotę przejął właśnie alkohol. Finisz zmienia trochę profil tego piwa dodając delikatne muśnięcie czekolady i chleba razowego. Słodycz słodowa pozostaje nadal na pierwszym miejscu jednak. Zaskakujące jest to jak skondensowane są te smaki i jak dobrze ze sobą współgrają. Na szczególne wyróżnienie zasługuje alkohol, który po prostu robi robotę (i nie mówię tu o upiciu się do nieprzytomności). Wymrażane piwa? Ależ owszem, dawać mi tego więcej.
----------
Styl: Eisbock
Alk: 11,2% Obj.
Ekstrakt: 27% Wag.
IBU: 31
Skład: słód (Weyermann monachijski typ II, wiedeński, Vikingmalt monachijski typ I, karmelowy 300, Chateau Crystal), chmiel (Marynka, Perle), drożdże Fermentis Saflager W-34/70.
Do spożycia: 30.01.2020
Polski Craft rośnie w siłę z miesiąca na miesiąc, widać to na każdym alkoholicznym kroku. Gdy osoba, która interesuje się polskim rynkiem browarnianym (czyt. Wasz uniżony) widzi na półce sklepowej piwo z browaru, o którym w ogóle nie słyszała wiedz... że coś się dzieje.
Tak jest właśnie w tym przypadku. Browar Gloger został reaktywowany w czerwcu zeszłego roku, ale jego nazwa jakoś nie obiła mi się o uszy wcześniej. Będąc ostatnio w sklepie zaciekawiła mnie etykieta z Marszałkiem i to tak właśnie trafiłem na ten miejski browar wprost z Białegostoku. W sumie... może by odwiedzić ich jakoś na wakacje? W końcu mam tam rodzinę.
Wracając do wyżej wspomnianego przyciągania oczu, etykieta. Schludna, prosta, kojarząca się ze starymi pocztówkami i ogólnie pocztą z okresu międzywojennego. Ma niestety jedną wadę... metryczka jest wklejona chyba w 3 różnych miejscach. Po co? Nie można było tych informacji umieścić w jednym miejscu? Na szczęście samo piwo wygląda jak rasowy koźlak. Ciemna miedź przechodząca w rubin, klarowne. Piana, lekko brązowawa, urosła do sporych rozmiarów, ale dość szybko zaczęła opadać. Nie była jakoś szczególnie ładna, średnie a i czasami duże pęcherze to norma w tym piwie. Co mnie urzekło to spora koronka, którą po sobie zostawiła na ściankach.
Aromat owszem jest słodowy i po części melanoidynowy (głównie skórka od chleba), ale brakuje mu siły i wytrzymałości. Znam ludzi, którym to będzie pasować. Uwielbiają koźlaki, ale nieszczególnie przepadają za ich zapachem... dziwadła z nich. Jak można nie lubić tych chlebowych, specyficznie opiekanych zapaszków (których akurat tutaj trochę brakuje)? Dałem mu się chwilę ogrzać, ale jedyną rzeczą, która przybrała na sile było masełko. Na szczęście i tak pozostało gdzieś w tyle co w koźlaku mi akurat nie przeszkadza.
Już po pierwszych paru łykach było wiadomo, że ten sam problem trapi także smak. Zacznijmy jednak od pozytywów. Glogerowego koźlaka piję się bardzo szybko i bez grymasów. Alkohol jest fenomenalnie ukryty, wręcz niewyczuwalny. Średnie wysycenie i takie samo ciało powinny nam dać do myślenia. Piwo szybko znika ze szkła co może być zabójcze przy dłuższej posiadówie. Niestety jeżeli chodzi o doznania smakowe to już nie jest tak super kolorowo. Owszem piwo jest słodowe, problem jednak w tym, że cholernie mało w nim nut typowo koźlakowych. Jakbym się mocno uparł to może bym wyczuł jakiś chlebek gdzieś z tyłu, ale i tak przykrywa go o wiele mocniejszy karmel. Po ogrzaniu wychodzą też bardzo słabe suszone owoce, mi osobiście kojarzące się ze śliwką i morelą (chociaż w tym momencie to już sam nie wiem czy sobie tego nie wymyślam aby podbić trochę jakość tego piwa). Goryczka szybka i jakoś nieszczególnie wykrzywiająca. Zaznacza swoją obecność i znika. Finisz jest za to dość ciekawy, przypomina mi trochę kawę zbożową co jest chyba wadą w tym stylu. Podsumowując, glogerowy bock nie jest zły... jest zwyczajnie nudny, nawet jak na koźlaka.
----------
Styl: Koźlak
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 16% Wag.
IBU: 22
Skład: słód (pilzneński, monachijski, karmelowy jasny, aromatyczny, melanoidowy, karmelowy ciemny), chmiel (Marynka, Lubelski), drożdże dolnej fermentacji.
Do spożycia: 01.12.2016
PKS ma jedną dużą zaletę, tak, napisałem zaletę a nie wadę. Mianowicie chodzi o sytuacje, gdy człowiek ma ochotę na piwo z kranu. Jechać autem trochę szkoda, paliwo niby staniało ale do magicznego progu poniżej 2zł za litr na pewno nie zejdzie. No i to zachowanie trzeźwości za kółkiem... o problemach z lokum na noc nie wspomnę, problemy pierwszego świata. Wsiadając do autobusu człowiek płaci 9zł i ma wszystko w czterech literach. No może prawię wszystko, do menelskiego zapaszku się chyba nie da przyzwyczaić.
Zamysł miałem, żeby koźlaka wypić na 666 lajków fanpage bloga. Wyszło inaczej a wpis nie może za długo czekać bo Wielkanoc tuż tuż. W końcu jest to "piwo sezonowe, wielkanocne". Przyznam się szczerze, że po żywieckim bocku zraziłem się do jakichkolwiek, nawet lekko craftowych, prób uwarzenia innego piwa przez koncerny.
Przekonały mnie całkiem pochlebne opinie w internetach przeczytane i główna zaleta okocimskiego bocka: jest lepszy od żywieckiego. Lubie koźlaki i w sumie dawno nie piłem jakiegoś takiego... ekstra, z jajem. Nie łudźcie się, wypust z Okocimia nie ma w ogóle cohones, jest bezpłciowy i nudny jak przysłowiowe flaki z olejem. Dlaczego pisze o tym na wstępie? Bo już mam dosyć takich piw, ale do rzeczy.
Przekonały mnie całkiem pochlebne opinie w internetach przeczytane i główna zaleta okocimskiego bocka: jest lepszy od żywieckiego. Lubie koźlaki i w sumie dawno nie piłem jakiegoś takiego... ekstra, z jajem. Nie łudźcie się, wypust z Okocimia nie ma w ogóle cohones, jest bezpłciowy i nudny jak przysłowiowe flaki z olejem. Dlaczego pisze o tym na wstępie? Bo już mam dosyć takich piw, ale do rzeczy.
Do wyglądu nie ma się co czepiać, jest przepisowo. Ciemny, bursztynowy kolor, klarowne. Piana mnie zaskoczyła pozytywnie bo utrzymywała się dość długo i bardzo ładnie wyglądała. Zbita, drobna z lekkimi większymi pęknięciami. Wygląd etykiety już opisywałem, jest prosty ale mi się podoba. Szczególnie informacje u dołu. Mogłoby być ich trochę więcej, użyte składniki (w sumie nie wiadomo czy browar chce się tym dzielić z klientami) czy nawet temperatura serwowania i/lub polecane szkło. Jak narazie jednak to atut mniejszych browarów.
Zapamiętajcie sobie jedno słowo: nikły. Taki jest aromat, w którym ledwo co można wyczuć karmel i słody. No i nie zapomnijmy o alkoholu, tutaj akurat plus za brak intensywności bo nie są to przyjemnie pachnące procenty. Tak samo jest ze smakiem, lekki karmel, lekko palone słody, lekkie wszystko. Goryczka niska, drętwa i pozostawia lekko betonowy posmak w ustach. Oczywiście alkohol też jest, troszku mocniejszy niż w aromacie ale znośny. Plusem jest to, że nie jest za słodkie (ale to już chyba szukanie pozytywów z przymusu), no i wysycenie jest okej. Kurde ciężko opisuje się nudne/nijakie piwa. Człowiek ma tendencje do zasypiania przy takich degustacjach, meh.
Szok i niedowierzanie, Grupa Żywiec wypuszcza na świat nie jedno, nie dwa a trzy piwa z duchem kraftu! No może troszeczkę przesadziłem ale jakby nie patrzeć nie spodziewałem się np takiego białego pszenicznego z logiem Żywiec. Czytam sobie więc zmagania ludzi w większych miastach, którzy szukają namiętnie tych piw w każdym markecie. A ja? Wchodzę dzisiaj do Tesco w moim 25 tysięcznym mieście i mam półki dosłownie uginające się pod ciężarem kartonów... zaraz obok Tatry. Przypadek? Nie sądzę!
Wszystkie piwa zrobione w podobnej stylistyce jeżeli chodzi o wygląd butelki. Niby okej ale cholernie nie podobają mi się te złote napisy i logo, bleh. Rozbawiły mnie jednak krótkie opisy każdego piwa. Bock i Marcowe mają dość długą historie, przynajmniej według Żywca. Białe natomiast ma identycznie napisaną notę tylko że nie pasującą jakoś do roku pierwszego uwarzenia w browarze... 2014. Zapewne napisali tak z myślą o potomnych.
Białe:
Zacznijmy może od Białego, w końcu to największe zaskoczenie z całej trójki. Nalewa się dość... wodniście jak na ten typ piwa. Nie jest tak mętne jak inne wity, które piję namiętnie w gorące dni. Piana też szybko opada, trzeba jednak przyznać, że pozostaje jakiś tam kożuszek po niej. Kolor lekko wyblakłego złota, niby proper ale przez te słabe zmętnienie potęguje to tylko efekt wodnistości. Pierwszy raz od dłuższego czasu tak mi się wygląd piwa nie podobał. No kurde, spać nie będę mógł przez to...
Aromat jest bardzo słodki, przyprawy nie dają rady go zwalczyć. Co najgorsze, ta miodowa słodycz (która w sumie by mi nie przeszkadzała tak mocno) miesza się z takim jakimś zapaszkiem płynu do mycia naczyń. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz się spotykam ze słodkimi chemikaliami, nie tylko w piwie. Ludwik? Spadaj! No i sobie poszedł, w smaku na szczęście go nie ma. Jest za to, obiecane na etykiecie, orzeźwienie. Co prawda trochę wodniste i bez wyrazu ale zawsze coś. Pojawia się, typowy dla witów kwasek, bardzo przyjemny muszę zaznaczyć. Pewnie efekt tych paru ziaren przypraw, głównie kolendry, które skąpo browarnicy z Żywca sypnęli. Reszta to dość tępe słody. Jakaś to alternatywa będzie, gdy nad morzem wgryzać będziemy się w przepyszną rybkę z piątego oleju.
Bock:
Tak jakoś chwyciłem szklankę żywiecką (nie mam pojęcia skąd ją mam) i zacząłem nalewać. Co mnie zdziwiło to piana. Długo się utrzymuje, jest zbita i wysoka. Coś takiego w piwie z koncernu? Świat się kończy. Kolor brązowy z ładnymi refleksami pod światło, pełna klarowność. No no, jak to mówi młodzież na propsie.
Wącham i wącham i jakoś nie mogę natrafić na jakiekolwiek zapachy koźlacze. No bo karmel z colą to chyba nie jest norma w tym stylu... nie? Czar prysł. A po wyglądzie tak fajnie się zapowiadało. Waham się ale trochę się zmęczyłem machając grabiami. Czymś trzeba ugasić pragnienie. Pierwszy łyk i... dziwne. Dobra może od najłatwiejszej rzeczy, goryczka. Jest słaba ale długo zalega, dodajmy do tego to, że nie jest zbytnio smaczna (jakby zielona łupina od orzecha) i mamy swoistą katastrofę już na starcie. Piję jednak dalej bo intrygują mnie inne smaczki. Mianowicie posmak eurolagerowy (ooo tak, pojawia się), coś pokroju mokrej szmaty. Nie ma w tym nic z przypieczonej skórki od chleba, ba, nawet odrobiny karmelu nie uświadczysz. Jest też o wiele za mocno nagazowane jak na ten styl. Ogólne wrażenia? Zbutwiałe drewno.
Marcowe:
Ostatnie z nowości, patrze na tą zielonkawą etykietę i jakieś dziwne przeczucie każe mi uważać. No nic otwieramy i... uderzenie pewnego specyficznego zapaszku prosto z butelki, o nim za chwilę. Co prawda piwo nalewa się z bujną pianą ale, jak przy eurolagerach, znika ona szybko. Kolor ładny, ciemnozłoty, klarowne, przyjemne.
Czym był ten specyficzny zapaszek? Ano zbukiem, jechało zepsutym jajem jak cholera. Co prawda po chwilowym odstaniu w szkle jajo gdzieś znikło ale pierwsze wrażenie pozostaje. Pomijając te nieprzyjemną przygodę mamy bardzo słabo wyczuwalne słody. Pijemy, im szybciej skończę tym lepiej. Pierwsze co daje się we znaki to karmel, słodycz ze słodów. Szybko przejmuje jednak wartę niska i bardzo tępa goryczka, przy akompaniamencie... alkoholu, takiego prosto z gorzelni. Najlepszy jest jednak posmak, który dość długo zostaje w ustach, jest... znowu słodki. Dziękuję, ja wysiadam bo zaraz dostanę zgagi od tego.
Nazwijcie mnie durniem ale ja naprawdę wierzyłem, że Żywiec wypuści coś w miarę pijalnego. Jak zwykle wyszło beznadziejnie, no bo przecież zwykłemu Kowalskiemu wystarczy zmienić etykietę, wmówić mu że tak właśnie mają smakować piwa craftowe i sprawa załatwiona. Wady w piwie? Przecie to prawdziwy smak craftu!
Bardzo dawno temu piłem z Grybowa ich 17-dniowe piwo, o ile dobrze pamiętam było całkiem całkiem. Przyznam się szczerze, wtedy jeszcze nie znałem piw z tego browaru, między innymi Krakowiaków. Żyłem w błogiej nieświadomości i byłem szczęśliwym człowiekiem. Może lekko naiwnym jak dziecko ale zawsze szczęśliwym.
Dzięki tym wspomnieniom byłem pozytywnie zaskoczony, gdy zobaczyłem ich koźlaka w osiedlowym monopolowym. Jedna rzecz mnie jednak przestraszyła, to był jasny koźlak. Istnieją takie wynalazki, według mnie niepotrzebnie ale narzekać nie będę. To tak jakby ktoś zrobił portera, który ma właściwości Karmi (tak tak, na was z Witnicy patrze).
Sentymentalnym człowiekiem jestem więc nalałem lightbocka do kufla. Piana z początku gęsta szybko zredukowała się do tyci tyci kożuszka. Kolor jasny, jak w zwykłym lagerze, to już chyba lekka przesada? Powąchane stacza się coraz szybciej na dno. Leciututeńka wędzonka połączona ze słodami i nieprzyjemnym alkoholem wprost z gorzelni w lesie.
To jednak w smaku piwo dostaje takiego rozpędu na tej drodze ku swojej śmierci, że już nie ma nawet po co wołać o pomoc. Że zacytuje znajomego, którego poczęstowałem tym piwem:
"Czasami czuję się, jakbym lizał deskę."
Wszelkie nuty piwne są tak słabe, że aż boli w sercu. Czuć alkohol zmieszany z siarką, jakby się piło najtańszego winiacza z plastiku. To już Tur czy nawet Komandos tak nie odpychały. Jest cholernie płytkie, jak najtańsze jasne mocne. Ja odpadam, gdzie mój koźlak w wersji light?!













































