Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tripel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tripel. Pokaż wszystkie posty
Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile ze mną przewędrowały te dwa bączki z Browaru Trzech Kumpli. Kupiłem je bodajże zaraz po premierze, leżakowały sobie jeszcze w piwnicy na starym mieszkaniu. Nawet chyba wziąłem je do plecaka dwa razy, ale nie było warunków na degustację z tego co pamiętam. Dlatego dzisiaj wypijemy sobie je w bardzo luźnych warunkach, składając model Gundam oczywiście.
Jakoś na początku czerwca byłem w Porto w Portugalii, gdzie tak naprawdę craft nie był zjawiskiem powszednim. Co miał więc zrobić biedny degustator? No jak to co, zacząć pić lokalne wina. Dobrze wiecie, że takowego nie lubię, ale trzeba było się przemóc. Co się okazało samo Porto podeszło mi dość fajnie... Może dlatego, że bliżej mu do bimbru?
Samo wino, na swój sposób, może też być orzeźwiające. Dlatego właśnie postanowiłem sprawdzić ostatniego stwora ze stajni browaru Faktoria. Niektórzy mogą powiedzieć, żem szalony. No bo gdzie tyle alkoholu w tak upalny dzień przyjąć? W Portugalii, nawet gdy skwar leje się z nieba, mieszkańcy zaczynają dzień od lampki... to co, ja nie dam rady?
Samo wino, na swój sposób, może też być orzeźwiające. Dlatego właśnie postanowiłem sprawdzić ostatniego stwora ze stajni browaru Faktoria. Niektórzy mogą powiedzieć, żem szalony. No bo gdzie tyle alkoholu w tak upalny dzień przyjąć? W Portugalii, nawet gdy skwar leje się z nieba, mieszkańcy zaczynają dzień od lampki... to co, ja nie dam rady?
Chyba coś się zaczyna dziać na produkcji w browarze, bo papier jest jakiś taki lepszy. Albo mi się tylko wydaję... Sama grafika standardowa jak na nich. Dużo detali, lekki chaos. Ktoś musi im pomóc w zaprojektowaniu nowych, to na pewno. Piwo prezentuje się wyśmienicie za to. Ładny, wręcz mesmerajzing kolor miedzi, lekko zmętnione. Piana niska, ale przy takiej ilości alkoholu można jej to wybaczyć. Kożuszek zostaje prawie, że do końca picia.
Oho, jakie miłe zaskoczenie. Piwo z ponad 10% zawartością alkoholu pachnie wręcz... orzeźwiająco. Na pierwszym planie winogrona, trochę rodzynek, pomarańczki i delikatne banany. Całość przyprawiona wyraźną dawką pieprzu. Może mi się wydaje, ale czuć też gdzieś w tle delikatne sianko. Wyraźne, jedynie pod koniec picia aromat się ulotnił całkowicie. Zapowiada się wyśmienicie.
Goddamn... i tak właśnie jest. Attilla zaskakuje już na starcie samym odczuciem w ustach. Niby ciałko czuć, ale w życiu nie powiedziałbym, że to tripel. Po prostu "wchodzi jak woda". Orzeźwia, jednocześnie lekko zalepiając język. Wysokie nagazowanie w ogóle nie przeszkadza, a nawet można powiedzieć, że pasuje. W smaku uderzenie naprawdę wyraźnych owoców: rodzynki, wszelakie bakalie, pomarańcza, winogrona (ale o nich za chwilę) i chyba największe zaskoczenie... wiśnie. A jak to wszystko ładnie współgra ze sobą, ożeż w mordę! Wcześniej wspomniane winogrona dodają wyraźny efekt wow tego piwa, czyli elementy winne. Tak jak średnio przepadam za tym fermentacyjnym ustrojstwem, tak tutaj naprawdę dobrze się to wkomponowało w nasz ulubiony trunek. Fenoli przyprawowych trochę mniej, ale nadal czuć je dość wyraźne w tle. Goryczka niska, już bardziej czuć przyjemną kwaskowatość i lekkie szczypanie po języku. Na finiszu specyficzna... zieleń. Trochę wyraźniejsze winogrona, trochę więcej cierpkości. Całość pozostaje jednak słodka, ale o dziwo nie jest ona muląca, ani w żaden sposób przeszkadzająca. No i ten alkohol, którego nie czuć. W taki upał może się to okazał zabójczo zdradliwe. Nie spodziewałem się, że tak mi to piwo podejdzie. Czapki z głów panie piwowar z Faktorii.
----------
Styl: Wine Tripel
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 19% Wag.
IBU: ~25
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, Abbey), chmiel Warrior, cukier kandyzowany, suszone winogrona Furmint z botrytis cinerea, drożdże Wyeast Ardennes.
Do spożycia: 01.02.2019
Ostatnimi czasy mało sypiam. Chodzę regularne spać, ale krzątają mi się po głowie różne myśli nad którymi trzeba się dobrze zastanowić przed snem. Jedni w takich przypadkach prowadzą wewnętrzne monologi na temat globalnego ocieplenia a ja... jak to prawdziwy alkoholik rozmyślam co takiego mogło się stać z browarem Kormoran. Panowie tak jakby... przysnęli ostatnio.
Ich najlepsza seria "Podróże Kormorana" ledwo co ciągnie a i ma całkiem poważne wpadki jakościowe. Browarze z Olsztyna... nie idź tą drogą! Dlaczego taki wstęp? Ano dlatego, że moim skromnym zdaniem to właśnie Jan Olbracht skorzystał najbardziej na drzemce Kormorana. Nowe etykiety zwiastujące poprawione receptury, seria piw "Piotrek z Bagien" i konkurs Kuźnia Piwowarów. Wszystko wyegzekwowane poprawnie i z sukcesem. Dzisiaj sprawdzimy sobie czy ich dobra passa dalej się utrzymuje na przykładzie ostatniej nowości, belgijskiego Tripla.
Piotrkowa etykieta była przeze mnie opisywana już nie raz. Jak zawsze różni się ona tylko kolorem. Chciałem jednak poruszyć kwestię, która mnie dręczy od jakiegoś czasu. Ostatnio prawie, że każda etykieta wydaje się być przyklejona na odwal. Tej zimy zdarzyło się to już paru browarom i niestety Jan Olbracht nie jest wyjątkiem. Za mała ilość kleju lub popsuta maszyneria i mamy pełno bąbli pod papierem. Jako zbieracz butelkowy jestem zażenowany tą sytuacją. Piwo wygląda po części ładnie. Ma ciemnozłoty kolor, lekko zamglony. Niestety piana tylko przez chwilę była kremowa i wysoka. Bardzo szybko zaczęła pękać i pozostał po niej wyłącznie marny kożuch.
Nasz Piotruś pachnie całkiem przyzwoicie. Jest w 2/3 przyprawowy i w 1/3 orzeźwiająco cytrusowy. Mamy tu wszystko od imbiru i pieprzu (jakiś goździk też się znajdzie) po delikatne, ale wyraźne zacięcie chmielowe w postaci cytrusów i żywicy. Najwyraźniej to Simcoe przebił się najbardziej. Mam też niebywałe skojarzenia z końską derką i stajnią przy okazji letnich upałów. Co do samego aframonu wydaje mi się, że podbił on po prostu moje odczucia innych przypraw (tylko nie swoje własne).
Po pierwszym łyku zacząłem się dziwić jak dziecko, które przyłapało rodziców w sypialni. Po takim woltażu spodziewałem się ciężkiego przyprawowego uderzenia, ale go nie dostałem. Początek okazał się być lekko słodki, tak w granicach przyjemności. Owa słodycz zostaje praktycznie przez cały czas, ale dochodzą do niej różnorakie smakowite elementy. Zacznijmy od przypraw, które owszem są dość mocne, ale starają się nie wgnieść pijącego zbytnio w podłogę. Jest korzennie, imbirowo, goździkowo i po części pieprznie. Do tego bardzo przyjemna, trafiająca idealnie w punkt goryczka o jakimś takim zielonkawym zacięciu. Można rzec, że podchodzi pod ziołową. Finisz mógłby być wyraźniejszy za to. Przyjemny, goździkowo-cytrynowy posmak jest za słaby aby się nim w pełni nacieszyć. Co jest jednak najbardziej zaskakujące w tym piwie to to, że przez prawie cały czas na końcu języka pojawia się właśnie takie lekkie skubanie cytryny. Zadziwiające. Piotrkowy Tripel jest sycący, nie ma co do tego wątpliwości. Niskie wysycenie tylko potęguje to uczucie, ale o dziwo pije się go bez zahamowań. Może to zasługa płatków ryżowych? Wpasowuje się on idealnie w powolne, wieczorne sączenie w te zimowe dni a i bardzo dobrze ukryty alkohol ładnie rozgrzewa.
----------
Styl: Tripel
Alk: 8,5%Obj.
Ekstrakt: 18,5% Wag.
IBU: 30
Skład: słody (jęczmienny - pilzneński, pale ale, carapils), płatki owsiane, płatki ryżowe, chmiel (Iunga, Calypso, Simcoe), aframon madagaskarski, drożdże FM 21.
Do spożycia: 11.06.2016
Trzecie picie (leżakowany):
Takie chwile powinny cieszyć każdego piwosza. W końcu może wyjąć z piwnicy piwo, na które czekał półtora roku... i o dziwo nie mam na myśli portera. Jeżeli dobrze pamiętam Komesy z browaru Fortuna były pierwszymi na rynku, które jawnie zalecały leżakowanie swoich trzech specjałów. Portera już sprawdziliśmy, jak wypadnie ich tripel?
Drugie picie (po leżakowaniu):
I znowu będzie, że mam za dużo czasu wolnego albo jestem masochistą ale jak powiedziałem tak zrobię. Gdy to piwo wchodziło na półki sklepowe kupiłem dwie butelki bo zaintrygował mnie napis na butelce: "piwo predestynowane do leżakowania". Niech sobie jedna leży pomyślałem, po wypiciu (tekst oryginalny niżej) stwierdziłem, że były to najgorsze wydane pięć złotych w moim życiu... tfu! Dziesięć!
Lidl znowu zaczyna. Po ostatnich, niezbyt udanych według mnie, importach z Wysp Brytyjskich nagle na półkach (a raczej w kartonach) pojawiły się dwa belgi. Quadrupel i Tripel za 3,99zł? W życiu nie przejdę obok tego wydarzenia obojętnie. Lubię belgijskie piwa, szczególnie jeden z ich elementów: pieprz.
Jeżeli chcecie sobie poczytać, czemu nie bardzo się zgadzają liczby i procenty na łowczych etykietach to zapraszam do Bartka na bloga. Mi jakoś się nie widzi po raz kolejny opisywanie tego w czeluściach internetu a Bartek zrobił to chyba najlepiej. Ja wolę się skupić na pochodzeniu tychże dwóch stworów lidlowskich. Nie ma nigdzie wzmianki o browarze, który tym razem podjął się uwarzenia nowych piw dla tego popularnego dyskontu. Wcześniej była Łomża czy ostatnio Amber, przy tych cholera wie. Są oczywiście spiskowe teorie, które opierają się na identycznej czcionce na etykiecie co w piwach Fortuny. Czy to prawda? Nie wiem, rozmawiałem z konsultantką Lidla telefonicznie (kierunkowy do Warszawy), miała oddzwonić. Dzień później oddzwoniła do mnie pani z Poznania (po kierunkowym poznałem). Poinformowała mnie, że niestety nie może podać takich informacji z uwagi na ochronę przed konkurencją. Nie wiem co to ma do rzeczy ale naciskać nie będę. Największym jednak spiskiem, który czują swoim internetowym nosem różne osoby, to fakt, że są to po prostu kopie Komesów. Ja tak nie sądzę, dlaczego? Ano czytajcie dalej.
Słodowy Tercet
Po rozlaniu pierwszej butelki na trawę jakoś odechciało mi się pić te specyfiki. Przełamałem się i po zdegustowaniu quada (którego macie na końcu posta) bardzo szybko poleciałem po nową sztukę tripelka. Siedząc sobie z nią spokojnie na działce stwierdziłem, że jestem za głupi żeby zrozumieć myślenie marketingowców Lidla. Jest sobie wilk, piwo nazywa się Argus Łowczy... co to ma wspólnego ze stylami trapistów? Nie wiem. Całość też jakoś tak tanio wygląda, no i ten obrzydliwy kapsel argusowy. Na szczęście piwo wygląda o wiele lepiej. Piana na jeden palec wydaję się dość zbita i wytrzymała. Parę łyków weryfikuję jednak jej stan do kożucha. Kolor ciemniejszy niż się spodziewałem, bardziej ciemna miedź niż ciemne złoto. Klarowność większa niż w Kwartecie, opalizująca można powiedzieć. Przyjemnie musujące.
Aromat jest... nikły. Zapomnijcie o przyprawach czy owocach. Jest alkohol, nawet przyjemny i nienachalny, niestety przykrywa on wszelakie inne zapaszki. Po dłuższym namyśle stwierdzam, że jest może trochę pieprzowe i rodzynkowe ale na granicy zera. Brak też kwiatowej słodyczy z Potrójnie Złotego Komesa. "Karmel, toffi i melasa" ? Gazetka Lidla znowu w top formie widzę. W smaku słodyczy jest jak na lekarstwo (ale w sumie to nie jest wada). Głównym składnikiem jest pieprz i ten przyjemny alkohol. Owoców brak, piwo wydaje się mocno jednowymiarowe tak naprawdę. Cholera, w pewnym sensie jest nawet lekko wodniste. Duet smakowy zalega dość mocno i szczerze mówiąc męczy w połowie picia. W życiu nie przypuszczałem, że zmęczy mnie pieprz w belgijskim piwie, coś jest mocno nie tak z tym trunkiem. Goryczka większa niż w Kwartecie ale dalej na poziomie niskim do średniego. Nagazowanie średnie, całość wydaję się wytrawna. Piłem je po quadzie i jestem cholernie zawiedziony. To tak jakby piwowar uwarzył najpierw quadrupelka i potem oddał władzę swojemu uczniowi, co by uporał się z tripelkiem. Piwo jest po prostu niedorobione.
Chmielowy Kwartet
Zaskoczenie i szok, bardzo ładnie ten quadzik prezentuję się w szkle. Żeby nie zacząć za słodko jednak może jakiś minusik na początek? Karny pytong za pianę, która ma duży problem bo prawie jej nie ma i ta mizerność, która powstaje przy nalewaniu bardzo szybko się redukuję. Pozostawia po sobie malutką wysepkę, która bardziej przypomina mgiełkę, prawie że przezroczystą. Co innego można powiedzieć o kolorze, ciemny bursztyn, nie tyle co zmętniony ale bardziej zamglony. Taki trochę mesmerajzing bym powiedział.
Wącham i ponownie jestem zaskoczony. Co prawda intensywność aromatu daje wiele do życzenia ale za to nie jedzie szampanem, a to duży plus przy lidlowej cenie. Da się wyczuć alkohol, bardzo przyjemny jednak i powiem wam, że się zastanawiam czy w jakimkolwiek innym piwie był lepszy. Słodowa słodycz a także suszone śliwki i rodzynki. Biję to na głowę i wgniata w krowi placek takiego Komesa, który pachniał gorzej niż ruski szampan. Trzeba jednak przyznać, że w gazetce lidlowskiej znowu dali wodzę fantazji bo żadnych nut cytrusowych tutaj nie wyczuwam. Pieprzu się też nie dowąchałem, a lubię go w belgach. Nadszedł czas na pierwszy łyk i kurde jakoś tak się nie kwapiłem do tego. Argus zaskoczył mnie bardzo pozytywnie jak narazie i nie chciałem, żeby zepsuł to wrażenie smakiem np takiego rozpuszczalnika. Mus to mus jednak i gdy pierwsze łyki popłynęły lekko się uśmiechnąłem. Zaczyna się słodkawo, słodowo. Głównym owocem są na pewno rodzynki, śliwki może i się gdzieś plątają ale robią bardziej za tło. Bardzo płynnie przechodzi to wszystko w lekko pieprzową podróż na koniec świata, gdzie już czeka na nas alkohol, który jest jeszcze bardziej przyjemny i stonowany niż w aromacie (zero rozpuszczalnika, jak to inni piszą w internetach). Goryczka jakaś jest pod sam koniec ale alkohol ją dominuje. Do samego końca prowadzi nas ten lekko pieprzowy smak, który nawet troszkę zalega ale dla mnie jest to swoista wisienka na torcie. Nagazowanie średnie, idealne. Podróż od słodyczy po półwytrawność a nawet lekką wytrawność. Mocno pijalne, na pewno zrobię sobie zapas w piwnicy. Ocena lekko zawyżona, głównie dlatego, że to... Lidl. Dostępność i cena za tak dobrego quadzika? Jestem w szoku, co mam zrobić?
Idąc sobie alejką AA w osiedlowym Marche zauważyłem dziwny pakunek w kolorze czerwonym. Stał sobie, odwrócony tyłem do klienta, na miejscu "tych lepszych piw". Chwyciłem go więc i odwracając zauważyłem, że są to 3 piwa w bączkach plus pokal. "Trappist beer" hmm, gdzieś to słyszałem...
Przygarnąłem pakunek, szczególnie dlatego, że kosztował 35zł, na internetach chodzi po około 50zł więc dlaczego nie? Minęło parę dni i w sumie z braku laku wyciągnąłem żółtego Chimaya (czyli tripelka) z piwniczki. Pierwszy błąd, nie zważyłem czy jest syf na spodzie. W efekcie miałem coś takiego:
No to co, do lodóweczki i czekamy. Poczytałem w międzyczasie o co dokładnie chodzi z trapistami. Wyobraźcie sobie, że trapiści to po prostu mnisi z zakonów, które warzą piwo. Style głownie znane jako tripel, dubbel itd. Co najlepsze takich zakonów jest tylko 10 na całym świecie, głównie w Belgii.
No nic, wyciągnąłem żółtaka i powoooli nalałem do całkiem przyjemnie wyglądającego pokala. Mimo tego, zmętnienie pozostało. Kolor złociszcza. Piana z początku fajna szybko się redukuje ale pozostawia bardzo ładną cieniutką koronkę. Pierwszy niuch i bam! Mogę szczerze napisać, że nic takiego nie wąchałem od dawna. Mocne przyprawy, głównie pieprz, który ostro atakuje nos. Wtórują mu cytrusy, a może nawet bardziej skórka od pomarańczy. Wszystko uzupełnia lekka chlebowość i bardzo przyjemny, leciuteńki alkohol.
Chlip, piękne.
Pijem bo nie wytrzymam. W smaku bardzo podobnie jak w aromacie. Pieprzowo-cytrusowa armia ostro atakuje pod sztandarem pomarańczy i... cytryny! Alkohol bardzo delikatny i przyjemny, dość słodki nawet. Goryczka średnia i krótka, według mnie idealnie pasuję do tego piwa. Całość wytrawna i cholernie pijalna. Szczerze mówiąc tego się nie spodziewałem. Myślałem, że to będzie kolejny lager o posmaku pszenicy (w sumie to nawet nie wiem dlaczego) a okazało się, że jest to pieprzowa rozkosz.






















