Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar świebodzin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar świebodzin. Pokaż wszystkie posty
Może się Wam to wydać dziwne, ale nie mam w zwyczaju pić każdej nowości z browaru Świebodzin (mimo tego, że mam do nich dosłownie rzut beretem). To się chyba nazywa klęska urodzaju czy coś takiego. Raj miał premierę bodajże rok temu i jakoś nie miałem okazji go nawet spróbować. Przy kolejnym warzeniu postanowiłem to zmienić.
Dawno też nie było tego browaru na blogu i mój wewnętrzny, lokalny patriota zaczynał się powoli buntować. Pogoda sprzyja IPkom, a żyto w piwie uwielbiam. Dlaczego nie miałbym tego połączyć? Jak sobie przypomnę od czego zaczęła się moja miłość do tego zboża to przybywa mi mentalnie parę lat. Było to Żytnie z Konstancina, feeling old yet? Według mnie za mało mamy takich piw na rynku...
Jakoś to tak jest, że etykiety FLOV chyba każdy beergeek pozna. Mają specyficznych grafików chyba. W tym przypadku jest bardzo kolorowo z widocznym nawiązaniem do nazwy. Może być, chociaż nie do końca pojmuję dlaczego ten zielony pasek na spodzie jest tak duży. Piwo świeci się pod słońce jak złoto. Jest równiutko zmętnione i wręcz hipnotyzujące. Piana z początku wysoka, ale redukuje się po chwili do wyrazistego kożucha. Ładny lacing po niej pozostaje na ściance.
No i jest fajnie. Siedzę sobie na trawie, mrówki wchodzą mi w tyłek, a upojeni sąsiedzi krzyczą przy grillu jak to "te ku... i złodzieje z pinćset plus bioro moje piniondze". Sielsko i tak jakoś patriotycznie zarazem. Dzięki Bogu wystarczy zamknąć oczy i powąchać to co mam w szkle. Pojawiam się w tropikach, a wokół mnie liczi, trochę mango i przede wszystkich cytrusy (tutaj wyraźna skórka pomarańczy). Gdzieś w tle pojawia się też grapefruit i trochę karmelu.
Otwieram oczy... "przecież Ci ku... nikt nie da pieniędzy za darmo, no chyba, że byś był z kościoła". Zamykam je znowu. Pierwszy łyk i znowu wracam do tytułowego raju. Ciałko większe niż w IPA zwykłym, ale to w końcu żytnia wersja więc wszystko się zgadza. Nie przeszkadza to w niczym, bo całość nadal jest dość orzeźwiająca. Wysycenie średnie, pasuje. Troszku się balans zmienił w smaku muszę przyznać. Od początku atakują cytrusy (tutaj skórka pomarańczy znowu i grapefruit), a zaraz za nimi ciągnie się delikatne mango i trochę marakui. W sumie jak się piwo ogrzeje to nawet mi to dość wyraźnie granatem zajeżdża. Podstawa słodowa mocna, ale nie wtrącająca się w paradę i bez widocznych oznak karmelu. Momentami pojawia się żyto ze specyficzną kwaskowatością, ale mogłoby go być trochę więcej. Goryczka wyraźna, ale też momentami za słaba (nawet dla mnie). Profil ma czysto albedowy (grapefruit). Finisz wytrawny, żywiczny i delikatnie imbirowy. Dobre piwo, idealne na te cieplejsze dni. Po degustacjach pierwszej warki (wyczytanych w necie) wnioskuję, że chłopaki (i jedna dziewczyna) poprawili je, bo jest lepiej zbalansowane.
----------
Styl: Rye India Pale Ale
Alk: 6,8% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: 6/12
Skład: słód (jęczmienny, pale ale, żytni), chmiel (Citra, Warrior, Chinook, Simcoe), imbir, skórka pomarańczy, trawa cytrynowa, drożdże.
Do spożycia: 31.01.2020
Pisałem Wam ostatnio o małym detoksie. Sam w to za bardzo nie wierzyłem... ale pomogło. Znowu mogę pić ciemne piwa bez jakiegokolwiek zmęczenia. Dodatkowo nie daliście mi wyboru w ostatniej ankiecie. Boris wygrał zdecydowanie z nitro stoutem od Stu Mostów, co mnie osobiście zdziwiło.
Długo czekałem na to piwo, tak samo z resztą jak na ich portera. Browar nie chciał wypuszczać obu przedwcześnie, bo po testach cały czas wychodziło, że muszą jeszcze poleżeć w tanku. Risy-srisy i portery-srery tak mają niestety. Większe browary mogą sobie na to pozwolić, ale te mniejsze mają już problem. Szczególnie jak ma się np. 4 tanki leżakowe...
Naprawdę spoko etykiety robi agencja Flov dla mojego rodzimego browaru. Grafika na Borisie nawiązuje do nazwy w najbardziej możliwy sposób, ale mi się to akurat bardzo podoba. Chłopaki (i Marta) muszą jeszcze tylko zainwestować w firmowy kapsel (koniecznie z samym logo). Trochę lipa, że nie podają jednak całego składu. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Przy nalewaniu było widać delikatne, brązowe przebłyski. Piana wysoka, drobnopęcherzykowa. Dość szybko się zredukowała do pokaźnego kożucha, który został już prawie do końca.
Tak... przypadnie mi do gustu to piwo. Już w aromacie czuć, że całość jest bardziej palona niżeli owocowa. Ciemne słody, dość mocna kawa i gorzka czekolada w tle. Czasami wychylają się też rodzynki czy też winogron (tutaj bardzo luźne skojarzenia z winem), ale to tak chyba tylko po to, aby całość doszczętnie nie spaliła nam nosa. Po ogrzaniu wychodzi też alkohol, ale w granicach rozsądku. Niestety gdzieś w połowie butelki zapaszki mocno podupadają na intensywności.
Ok, Boris nie należy do mocarzy jeżeli chodzi ciało. Dziwne trochę, bo ekstraktu mu nie brakuje. Oczywiście nie oznacza to, że jest wodnisty. Po prostu po RiSie spodziewałem się trochę więcej ciałka. Wysycenie dość niskie, ratuje sytuacje w pewien sposób. Warto też dać mu się ogrzać, fajnie oblepia język wtedy. Smakowo mała powtórka z rozrywki. Palone słody, momentami nawet trochę popiołu się pojawia. Gorzka czekolada wyprzedza tym razem ziarna kawy (i delikatną kwaskowatość z nią z nimi związaną). W tle nuty owocowe, ale już bez tych winnych. Goryczka dobrze zaznaczona, palona. Finisz... ociepierniczę. Tego się nie spodziewałem. Jak nagły atak spawacza dopadł mnie mocarny miks gorzkiego kakao z e(k)spresso. I ta zalegająca spalenizna kawowa po każdym łyku... o takie fetysze nic nie robiłem, mówię Wam. Alkohol też lepiej schowany niż w aromacie. Dobre piwo, naprawdę. Jest pare niedociągnięć (ciałko), ale całościowo Boris potrafi pozytywnie zaskoczyć. Do pociumkania przy kominku jak najbardziej się nadaje.
----------
Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: 6/12
Skład: słód (jęczmienny, pale ale, palone), płatki owsiane, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 31.06.2020
Może Was to zdziwić, ale nawet tak niespotykanie spokojny człowiek jak ja może być czasami dość... natrętny. Wiem, wiem, sam tego nie mogę pojąć. Od samego początku działalności rodzimego browaru Świebodzin męczyłem chłopaków o coś naturalnie ciemnego. Niby uwarzyli black IPA na start, ale to jednak nie to samo co klasyka.
W końcu nadszedł ten dzień, ku mojemu zdziwieniu w pięknie sobotnie popołudnie. Siedząc w miejskiej restauracji zaproponowano mi "nowe ciemne piwo ze Świebodzina". Z początku myślałem, że chodzi o Sekala, ale kelnerka wyprowadziła mnie z błędu ukazując jakże piękną butelczynę z płynem o prawilnej ilości alkoholu w środku. Wtedy właśnie sobie przypomniałem, że chłopaki rzeczywiście mieli portera w tankach, ale byli dotychczas przekonani, że cały czas był "za młody". Przez to całe oczekiwanie zapomniałem już o nim kompletnie.
Etykieta nawiązuje do nazwy, chociaż znając ilości rynkowe tego trunku raczej nie zawojuje całego świata (HE HE). Na serio, jest go naprawdę mało. Niestety należy się karny penis za brak pełnego składu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Nawet pod ostre słońce ciężko jest coś dostrzec. Piany za to jak na lekarstwo, nawet przy burzliwym nalewaniu. Coś mnie się wydaje, że nagazowane zbytnio nie jest... a to dobrze przy porterze.
Nie będę się zbytnio rozwodził nad aromatem, bo nie w nim drzemie siła tego piwa. Zapaszek może i jest przyjemny, bo jak inaczej można nazwać delikatnie wędzoną śliwkę (nie mam pojęcia skąd ta wędzoność) zalaną czekoladą? W dodatku fajnie otuloną nutą pieczonej skórki od chleba. Całość jednak jest też niestety średnio intensywna... Momentami trzeba się naprawdę mocno zaciągnąć, aby coś poczuć. Szkoda, bo człowiek mógłby się upić samym zapachem.
Gdy jednak bierzesz pierwszy łyk... ojezusfakinkrajst. Zanurzasz się w teku (czy z czego tam akurat degustujesz) i czujesz jak Ci się ten węgiel w płynie przykleja do języka. Jestem na 99,9% pewny, że nie piłem jeszcze tak gęstego porteru, klasycznie imperialnego. RiSy-srisy owszem, ale piwowarskiego skarbu Polski nie. Ciałko też czuć i to tak mocno (jak zresztą przystało na taki ekstrakt). Wysycenie na niskim poziomie, co można było zauważyć już przy nalewaniu. Pierwsze uderzenie smakowe wydało mi się cholernie mocne, jak jakiś pierun z jasnego nieba. Przy kolejnych łyczkach (tak moi drodzy, to jest piwo deserowe i pije się je powoooli) zrozumiałem jednak, że to było złudzenie. Importer jest po prostu cholernie wyraźny i intensywny w smaku. Na pierwszym planie oczywiście czekolada i słodycz słodowa, z delikatnie zaznaczonym toffi. Ciekawe połączenie z racji tego, że sama czekolada ma takie lekko gorzkawe zacięcie. Cholera... przy ogrzaniu nawet orzechy wychodzą z ukrycia. Po drugiej stronie barykady ustawiły się ciemne owoce z dojrzałą śliwką na czele. Taką przyjemną, likierową (tutaj też wchodzi do gry fajny, ale też dobrze ukryty alkohol). Pomaga jej trochę wiśnia, która uwydatnia się wraz z rosnącą temperaturą trunku. Zdawałoby się, że zaraz skoczą sobie do gardeł, ale wbrew temu zaczynają się ściskać jak Kargul z Pawlakiem, niszcząc płot dzielący ich posesje. Goryczka, o dziwo, dobrze zaznaczona. Profil ma taki delikatnie palony. Nie wpycha się niepotrzebnie i tylko zaznacza swoją obecność. Na finiszu słodycz zdaje się już stanowczo wygrywać, ale w ostatniej chwili pojawia się mur nie do przejścia. To kawusia przyszła z odsieczą, aby nas tutaj nie zacukrzyło na śmierć. Goddamn... zapewne wydaje się Wam, że jestem zwyczajnym fanboyem browaru z mojego rodzinnego miasta, ale... nic nie poradzę. Chłopaki idealnie wpasowali się tym porterem w moje gusta.
----------
Styl: Imperial Baltic Porter
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 27°
IBU: 7/12
Skład: słody jęczmienne, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 31.12.2019
Jedni czekają na światowy pokój, inni na narodziny pierwszego dziecka. Jeszcze inni na swoją pierwszą miłość, a ja? Na dzień, w którym mój rodzimy Browar Świebodzin uwarzy stout lub/i porter... i wiecie co? Ten dzień w końcu nadszedł, mamy kawowego stouta z Rio. Wiedziałem już o nim wcześniej, bo odwiedzam chłopaków regularnie. Za każdym razem wierciłem im dziurę w brzuchu o coś naprawdę ciemnego...
Oczekiwania mam... wysokie. Możecie nazwać mnie nieobiektywnym, ale jestem święcie przekonany, że chłopaki potrafią uwarzyć dobre piwo i robią to regularnie. Na ostatnich targach piwa w Łodzi odwiedzający chwalili sobie Cofillę z pompy. Jak będzie z wersją butelkową przeszmuglowaną z browaru? Przekonajmy się.
Etykieta z kawową Godzillą widoczna jest z daleka. Na pewno jej w sklepie nie ominiecie. Flow znowu dało radę muszę przyznać. Samo piwo wygląda na czarne z delikatnymi brązowymi przebarwieniami. Już podczas nalewania widać, że będzie gęste. Piana może i się utworzyła, ale dość szybko zaczęła pękać i po chwili pozostał po niej tylko kożuch.
Prawilność zapachu można określić sloganem z lat przeszłych: "200% normy Panie, albo i nawet pińćset". Starbucksowi hipsterzy będą na pewno zadowoleni. Ja też w sumie... Czy to znaczy, że nim jestem?! Mamy dominującą kawusię, coś jak świeżo zmielone ziarna z młynka babcinego. Bardzo fajnie łączy się z nią mleczna czekolada i wanilia. W tle znajdą się nawet nuty orzechowe, sjakiej migdały czy cuś. Całość wywołuje skojarzenia mocno deserowe, żeby nie użyć słowa "omnipollowe". Do tego aromat utrzymuje się praktycznie do końca picia.
Ciałko ma to takie, jakiego się po tym stylu spodziewałem. Wyraźne, na granicy lekkiego zapychania. Przyjemnie gładkie, aksamitne, ale też wypełniające. Wysycenie bardzo niskie, za niskie (nawet jak dla mnie). Na szczęście przy tak deserowym trunku nie przeszkadza to zbytnio. Na pierwszym planie kawa i wanilia. Taki bardzo przyjemny miks, w ogóle niepodobny do tych gównianych waniliowych latte z MC czy Starbunia. Kawa lekko trąci zbożem, mmm. Dalej mamy słodką mleczną czekoladę, która próbuje się wgryźć w poprzedniczki. Ma za zadanie wyrównać całość, jak dobre ciasto do popołudniowej kawki. Udaje jej się to z nawiązką. Goryczka dość niska, lekko palona. Ta sama paloność przechodzi do finiszu wraz z kawą i wanilią. Ten już bardziej wytrawny od reszty się wydaje. Naprawdę smaczne, deserowe (ale niezapychające) piwo. Cieszę się niezmiernie, że laktoza nie wyróżnia się zbytnio i nie dominuje nad kawą czy wanilią.
----------
Styl: Coffee Vanilla Milk Stout
Alk: 5% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: 2/12
Skład: słód (pale ale, monachijski, karmelowy, palony), płatki owsiane, laktoza, kawa, wanilia, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.09.2018
No no, jak już Tomek z wiadomo jakiego bloga wrzuca filmik (w sobotę) z moim rodzimym browarem to fejm musiał pójść w Polskę. Szkoda tylko, że degustował przegazowaną pierwszą warkę naszej session IPA. Nie ma co, trzeba kuć żelazo póki gorące. Dlatego na szybko wyciągnąłem butelkę ze swojego malinowego zapasu, aby opisać Wam ich najnowsze dzieło.
Owocowe piwo z malinami? W październiku? No tak trochę przestrzelona data muszę przyznać. Nie jest to jednak trunek o niskim ekstrakcie dlatego polecam je wypić nawet w chłodniejsze wieczory. Że już na wstępie je chwalę? No tak, w końcu piłem je prosto z tanka przy okazji ostatniej wizyty w browarze i wiem czego mogę oczekiwać po butelkach.
Etykieta różowa, no bo to przecież piwo owocowe. Krzak maliny, owoce, ogólnie jest ok. Problem mam z tekstem który się za bardzo gubi w tej palecie barw. Piwo za to prezentuje się naprawdę smacznie. Ma kolor malin, dosłownie, i jest lekko zmętnione. Pierwsze co mi przyszło do głowy to sok z wcześniej wymienionych owoców z dosłownie kropelką mleka. Piana już na samym początku dość niska szybko zredukowała się do dziurawego kożucha. Ten też na długo nie zagościł w szkle.
O tak, właśnie to "mam w nosie" gdy przypomnę sobie te pare łyków wyrwanych z tanka jeszcze dwa tygodnie temu. Wyraźny aromat soczystych malin zapowiadający owocową bombę, z nutką kwasku w dodatku. Gdzieś w tle pojawia się też lekka pszenica.
W ustach czuć ciałko, w końcu trochę ekstraktu to ma. Nie jest to jednak ilość zapychająca. Dość mocne wysycenie i sam profil smakowy skutecznie kontrują to odczucie. Jest kwaśno, ale nie od bakterii (duh) tylko od owoców. Maliny w tym piwie to istna bomba zegarowa z bardzo krótkim zapłonem. Bierze człowiek łyk i te pierwsze pół sekundy wydaje się być takie jakieś... przytulne. Na moje zmysły czuć tam trochę słodyczy laktozy. No, ale przychodzą owoce (oprócz malin pojawia się też czerwona porzeczka) i jak banda debi... przepraszam, "kibiców" Legii zaczynają demolować nasze podniebienie. Jak w przypadku piłkarzy skończyło się to tragicznie tak tutaj wyszło cholernie smacznie. W tle przyjemnie wypełniająca, ale delikatna pszenica. Goryczka niska, wspomagana przez kwaśność. Finisz jest trochę dziwny... niby słodki, ale też miejscami wytrawny, albo łodygowy bardziej. Nie przeszkadza to mi jednak w czymkolwiek. Według mnie pasuje po prostu do reszty, szczególnie, że całość w ogóle nie zalega. Orzeźwiające, ale też nie tak do końca lekkie piwo. Takie też są nam potrzebne na rynku.
----------
Styl: Fruit Ale
Alk: 5% Obj.
Ekstrakt: 13,5°
IBU: 3/10
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, karmelowy), maliny, laktoza, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 04.05.2018
Jestem zwierzęciem korporacyjnym. Pracuje w godzinach 8-16 od poniedziałku do piątku. Nie jestem przyzwyczajony do wczesnego wstawania na weekend... W ostatnią sobotę zrobiłem jednak wyjątek. Tylko po to, aby napić się piwa po 6:00. No dobra, może nie tylko, bo to już by oznaczało totalny alkoholizm.
Session IPA to pojęcie względne według niektórych browarów. No bo co to za sesyjne piwo jeżeli ma około 6% alkoholu i zapycha jak dubeltowy koźlak? Niektórzy chyba naprawdę mają problem z nazywaniem swoich piw... albo robią to tylko dlatego, bo akurat jest boom na taki styl kompletnie nie mając pojęcia jak go uwarzyć. Nie jest tak na szczęście z moim rodzimym browarem.
W prawdzie czekam, aż w końcu uwarzą coś na jesień/zimę, ale lekkim trunkiem na cieplejsze dni też nie pogardzę. Najnowszym wypustem z Browaru Świebodzin jest właśnie sesyjna IPkA, taka z prawdziwego zdarzenia. Kowal (piwowar) nie raz podkreślał, że woli lżejsze piwa dlatego byłem przekonany, że nie odwali czegoś dziwnego.
Agencja Flow zaczyna się rozkręcać i kolejne etykiety wychodzą im naprawdę fajnie. Teraz tylko czekać aż odnowią te dziwne coś z Sekala. Piwo ma złoty kolor (na zdjęciu mi wyszło jakoś tak dziwacznie) i jest prawie, że klarowne. Piana z początku wysoka szybko zaczyna pękać i zanikać pozostawiając dość sporawy kożuch po sobie. Ten trzyma się zacnie już do końca.
No, i tak ma właśnie pachnieć piwo z tzw. kategorii piórkowej. Lekkość piw sesyjnych ma się ukazywać w ustach, a nie w... nosie, jak to u niektórych bywa. Tutaj mamy wyraźny aromat chmielowy zdominowany głównie przez Mosaica i Citrę. Na pierwszym planie cytryna, a zaraz po niej żywica i bliżej nieokreślony miks tropikalny. Zapowiada się naprawdę orzeźwiająco.
I tak w rzeczywistości jest. IPAS jest lekkie, orzeźwiające i można je pić dosłownie litrami. Może trochę pogoda nie ten teges, ale z tym już nic nie zrobimy. Wysycenie duże, ale bez grodziskich przesadyzmów że tak się wyrażę. Całość wydaje się jednak dość gładka, może przez płatki pszenne. W smaku fajna podstawa pszeniczna, na której pokaźną chałupę postawiła fest ekipa chmielowa. Znowu prym wiedzie cytryna, ale tym razem żywica z bardzo fajną ziemistością prawie, że jej dorównują. Do tego wyraźna, ale nie kłująca zbytnio goryczka o żywicznym zacięciu. Ziemistość, która mnie bardzo zaciekawiła w aromacie pojawia się dopiero na finiszu i tworzy całkiem zgrabny tandem wraz ze skórką cytryny. Szczerze? Mocno zaskoczony jestem, że karmelu w tym praktycznie nie ma, a całość jest bardziej po tej wytrawnej stronie. Przy takiej lekkości tego piwa nie brakuje mi w ogóle wyraźnej kontry od słodyczy. Pyszności.
----------
Styl: Session India Pale Ale
Alk: 3,8% Obj.
Ekstrakt: 11°
IBU: 6/12
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, karmelowy), płatki pszenne, chmiel (Mosaic, Galaxy, Citra, Zeus), drożdże.
Do spożycia: 12.11.2017
Z ostatniego wpisu wiecie, że moje małe, 25 tyś. miasto może pochwalić się w końcu warzelnią z prawdziwego zdarzenia. Duma mnie rozpiera, choć z samym browarem nie mam nic wspólnego (oprócz wypożyczonej kapslownicy). Zapewne regionalny alkoholik patriota się we mnie odzywa.
Dawno temu, jakoś pod koniec dziewiętnastego wieku w mieście Schwiebus powstał sporych rozmiarów Browar Zamkowy. Założony przez rodzinę Lotterów miał być konkurencją dla istniejącego już browaru przy ratuszu. Wyobrażacie to sobie? W moim mieście, przed wojną, konkurowały ze sobą aż dwa browary! Po moim wpisie sprzed trzech lat wiecie jednak, jak to się skończyło...




















