Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą widawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą widawa. Pokaż wszystkie posty


Wiosna ma to do siebie, że człowieka chwyta ochota na praktycznie każde piwo. Raz na coś grubego, bo akurat się chłodno zrobiło wieczorem, a raz na jakieś sour pastry... no dobra, przesadziłem. Zwykłe sour wystarczy.

Dziś, przy okazji malowania stołu na ogrodzie naszło mnie na coś ciemnego i wędzonego. Pierwsze co, to pomyślałem o wędzonym koźlaku, a potem o jakimkolwiek koźlaczku... Z braku laku musiałem chwycić za wędzonkę z Widawy, bo tylko taką miałem w piwnicy.


Widawa, jak to Widawa, nie lubi zmian i nakleja te swoje proste, okrągłe etykiety. Ma to pewien urok, ale nie gdy ktoś dorzuca na grafikę pełno medali z KPR itp... No nic, przynajmniej ładnie wygląda samo piwo. Czarne, nieprzejrzyste. Wysoka piana, raczej drobnopęcherzykowa. Trzyma się nad wyraz długo muszę też przyznać.


Dawno nie wąchałem w spokoju wędzonego piwa. Może dlatego zdaje mi się, że z tego pokala aż bucha intensywnością. Na pierwszym planie czekolada, praliny i wiśnia. Jak te czekoladki z alkoholem, których ja zazwyczaj nie tykam (w piwie to co innego). Potem wyraźnie komplementująca całość wędzoność. Skojarzeń z wędzoną śliwką nie ma, po części to i nawet dobrze.

Co jak co, ale to jest według mnie idealne 24 Plato. Ciałko w punkt, ani za dużo, ani za mało. Na pewno nie jest oleiste, jak to widziałem w komentach na Untappd. Wysycenie niskie, czyli też w pytkę. Smakowo groźniej niż w aromacie. Tak jakoś bardziej stanowczo bym rzekł nawet. Czekolada (bardziej gorzkawa) na pierwszym planie i do tego przypieczona skórka od chleba. W tle trochę chleba razowego nawet. Owoce mocno ukryte, jak się człowiek skupi to moooże wyczuje śliwkę. Trochę szkoda, że tak mało jej. Wędzonka jest tematem spornym, bo mało jej w ustach i jest tego gorszego (według mnie) pokroju, czyli zwykłego dymu z ogniska. Nie wiem gdzie ludzie wyczuwali w tym piwie szynkę. Goryczka dobrze zaznaczona, krótka, palona. Na finiszu dochodzi kawa zbożowa z delikatnym zaleganiem. Cały czas miota się też delikatny alkohol. Dobrze, że nie ma go dużo, bo taki mało przyjemny jest. Podsumowując... mimo braków podszedł mi ten porter dzisiaj znakomicie. Tak to właśnie jest. Przez to właśnie nie powinniście słuchać tylko jednej opinii o piwach.

----------

Styl: Smoked Baltic Porter
Alk: 9,5%
Ekstrakt: 24°
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 25.05.2025


Lenistwo niektórych może przynieść pozytywną niespodziankę innym w przyszłości. Tak było z kartonami urodzinowymi Widawy w pobliskim Lidlu. Na premierze nie było ani jednej sztuki, ale w zeszłym tygodniu okazało się dlaczego...

Komuś zwyczajnie w świecie nie chciało się ich wystawiać i zostały zapomniane. Ktoś się jednak zlitował i je wystawił. Napiszę krótko: były w bardzo opłakanym stanie. Na szczęście szkło się nie pobiło. Kupiłem sobie jeden zestaw, ale uśmiechnąłem się jak zobaczyłem pewnego pana, który w piątek (przy okazji promocji 4+4) zabrał resztę.
 


Etykieta prosta, ale wystarczająco wyraźna w odbiorze. DZIE WIĄ TE urodziny, czego nie rozumiesz? Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piana wysoka, ładnie zbita i dość długo utrzymująca się. Warto też wspomnieć o pięknym, dedykowanym pokalu.



Od czego by tu zacząć... na pewno od rumu i wanilii, bo zdają się być głównymi bohaterami jeżeli chodzi o aromat. Dalej czerwone owoce, których brakowało mi trochę w ostatnich polskich porterach i takie lekko tytoniowe nuty (za cholerę nie wiem skąd). Z owoców to głównie wiśnie.


I już mi się jedna rzecz nie podoba. W pewnym sensie poczułem się oszukany nawet. W internetach wypisywali jakie to nie jest gęste i w ogóle. Dupa tam, normalna konsystencja porterowa. Na pewno beczka dodała swoje, ale potrzebujecie Jezusa jeżeli myślicie, że to jest jakieś super grubaśne. Nie żeby ciałko było złe, co to to nie. Wysycenie średnie, mogłoby być ciut niższe. Smakowo na pierwszym planie... trudno stwierdzić w sumie. Dużo wiśni, czekolady (takie praliny nawet) i dość znaczna ilość wanilii. Potem drewno i przyjemny, rozgrzewający alkohol. Przy nim robi się dziwnie, bo z początku myślę sobie: "no ta, słodki bourbon z nutą rumu", ale po chwili zacząłem wyczuwać też jakieś niuanse winne. Goryczka znikoma, nikomu ona tu nie jest potrzebna. Finisz kwaskowaty lekko. Owocowy ze sporą ilością wanilii. Pięknie zgrane jest to piwo, to Wojtkowi trzeba przyznać. Patrząc na niską cenę zestawu ze szkłem zdziwieniom nie było końca. Szczególnie jeśli wersja wędzona trzyma taki sam poziom.


----------


Styl: Imperialny Porter Bałtycki Bourbon & Rum BA

Alk: 9,5%

Ekstrakt: b/d

IBU: b/d

Skład: słód jęczmienny, chmiel, drożdże.

Do spożycia: 25.05.2025


Facebook Browaru


Zabawne są te nagłe zwolnienia lekarskie. Najpierw człowiek się wkurza, bo musi siedzieć w domu nie ze swojej winy, ale potem... uświadamia sobie, że może np. skończyć DLC do Wieśka 3, które leżą na dysku już parę lat. No i znajduje zaległe wpisy na blogu, których nie opublikował.

Tak jest z tym FESem kooperacyjnym właśnie. Już nawet nie pamiętam przy jakiej okazji go wypiłem, ale wiem, że było to u szwagra. Oczywiście możemy polemizować, czy jakiekolwiek leżakowanie (nawet z płatkami drewna) ma sens poniżej 22° ekstraktu, ale po co? W dodatku uświadomiłem sobie, że Recraft jeszcze nie miał swojego debiutu na blogu. No, może oprócz pewnego incydentu sprzed ponad 2 lat...



O butelkach, a tym bardziej etykietach Recrafta nie ma co się rozpisywać. Wszystkie wyglądają praktycznie tak samo, ot taki pasek z podstawowymi danymi i tyle. Kapsel firmowy, ale dlaczego nie z logo? Piwo wyraźnie czarne, bez przebłysków (co mnie zdziwiło muszę przyznać). Piana praktycznie zerowa.


Fajny, ale prosty aromat. Może inaczej napiszę: jest nieprzekombinowany po prostu. Taka wyraźna, słodka czekolada i odrobina drewna w tle. Ta niby beczka nie jest stęchła na szczęście. Poootem gdzieś w oddali wyczuć można też nutę kawową. Zadziwiająco długo utrzymują się te zapaszki w szkle.

Ciałko na poziomie medium, jak to się człowiek z resztą spodziewał po FESie. Wysycenie tak samo, średnie. Całość nawet po tej aksamitnej stronie się wydaje. W smaku czekolada robi się mniej słodka i dochodzi do niej (już wyraźniejsza) nuta kawowa. Słodycz zmienia lekko swój profil przez dodany cukier Muscovado (który mi się trochę kojarzy z przypalanymi cukierkami z patelni). Goryczka niska z większymi zapędami czasami. Ma lekko palony profil. Płatki dębowe pojawiają się na finiszu (podobne jak w aromacie) wraz z delikatnym alkoholem. Na szczęście przyjemnym. Co mnie bardzo zaciekawiło w tym piwie, to kawa. Z początku była taka meh, jak najzwyklejsza rozpuszczalska. Potem jednak przeistoczyła się w lepszą, droższą, świeżo zmieloną. Dziwne, naprawdę dziwne. Ogólnie piwo ładnie ułożone i zwyczajnie przyjemnie, do wypicia przy wieczorze, a już na pewno przy jakimś mięsiwie.

----------

Styl: Foreign Extra Stout
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 19°
IBU: 2/5
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny), cukier dark muscovado, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.10.2020


Świąteczne obżarstwo czai się tuż za rogiem. O dziwo w tym roku browary jakoś późno postanowiły zaszczycić nas swoimi specjalnymi wyrobami w postaci szeroko pojętych piw świątecznych. Szkoda, lubię tzw pierniki w płynie a szczególnie te przyprawione przesadnie. To właśnie głównie w celu zakupienia paru sztuk pojechałem PKSem do pobliskiej metropolii.

Na miejscu okazało się, że za dużego wyboru w departamencie piw świątecznych nie ma, ale były za to RiSy. Całkiem dobry zamiennik nie uważacie? Jedynym Xmas Ale, które przykuło moją uwagę był Renifer od Kolaborantów. Już rok temu chciałem go spróbować, ale rozszedł się bardzo szybko z tego co pamiętam. Wojciech Frączyk z Widawy okazał się też pewnego rodzaju gwiazdą w konkursie piw rzemieślniczych na tegorocznych targach poznańskich więc nie było nawet mowy o olaniu Renifera, którego uwarzył wraz z Tomkiem Kopyrą.


Etykieta Renifera jest jak najbardziej na propsie. Ładny wzór przypominający ten z wełnianego swetra od babci, czy jest coś bardziej świątecznego od tego? Jedyny problem jaki z nią mam to niedbały sposób przyklejenia jej na butelkę. Pełno pod nią pęcherzów powietrza, miejscami ktoś próbował je na siłę usunąć co poskutkowało "zmarszczkami". Piwo z początku wyglądało na czarne, gdy się człowiek lepiej przyjrzy wychodzi brunatny odcień. Jest też zmętnione. Czapa praktycznie żadna bo tego dziurawego kożucha pianą nie ośmielę się nazwać.


Aromat jakoś nieszczególnie chce się unosić z artezanowej musztardówki, a szkoda. Jest przyprawowy, to na pewno. Na pierwszym planie imbir wspomagany, po kolei, jałowcem, cynamonem i wanilią. Mimo słabej intensywności drapie w nozdrza. Może głównie przez to, że człowiek wciąga jak nałogowiec aby cokolwiek wyczuć? Szkoda, mógłby służyć za narzędzie fetyszystów przyprawowych gdyby był mocniejszy. Skojarzenia z piernikiem jednak dość słabe mam.

Niestety po pierwszym łyku czuję... pustkę. Renifer za cholerę nie przypomina mi mięsistego byka z rogami o mocy 18% ekstraktu. Prawie, że brak nagazowania też jakoś nieszczególnie pomaga. Piwo zwyczajnie wydaje się być wodniste i bez jakiegokolwiek ciała, jak nieudana próba pierwszego warzenia w domu. Szukam jakichś smaczków, ale pierwsze co mi na język wskakuje to szczypiący rozpuszczalnik, połączony ze słabym posmakiem płynu do mycia naczyń. Zakażenie? Cholera wie. Do tego dochodzi bardzo słaba laktoza gdzieś w tle i jeszcze słabszy imbir (chociaż w sumie nie jestem pewien czy po prostu na siłę ich nie znalazłem). O jakiejkolwiek goryczy zapomnijcie, cały czas szczypie ten rozpuszczalnik a posmak Ludwika pozostaje jeszcze chwilę po każdym łyku. Renifer jest definitywnie wadliwy w tym roku i ciekawi mnie czy tak samo jest z każdą butelką. Szkoda, przeczytałem parę degustacji z zeszłego roku i się trochę napaliłem a tutaj... klops jeden wielki. Mimo tego życzę Wam wszystkim wesołych i pogodnych świąt... i żebyście nigdy nie natrafili na tak słabe/zepsute piwa.


Nie każde miasto może się pochwalić własnym browarem. Moje w sumie też nie, rozkradli i zniszczyli oba (tak, miasto jezusowe miało kiedyś aż dwa browary) zaraz po wojnie. Plotki wiejskie mówią, że połowa budynków została odbudowana przy użyciu cegieł z tego większego. Browar Zamkowy Schwiebus to była piękna rzecz, znajdował się na niewielkim wzniesieniu co jeszcze bardziej dodawało mu majestatu. 


Zachęcam do zapoznania się z materiałami o nim np na stronie schwiebus.pl lub w miejskim muzeum.  Ja zajmę się trochę bardziej teraźniejszymi poczynaniami browaru, mianowicie jego roli w życiu menelstwa i młodzieży gimnazjalnej, która upija się tam Żubrami. 




Ruin praktycznie nie widać z zewnątrz. Trzeba się przebić przez warstwę drzew i krzaczorów żeby cokolwiek zobaczyć. Można przejechać się tam rowerem i nawet nie zauważyć, że 10 metrów dalej są jakiekolwiek budowle. Wszystko to niedaleko centrum, na obrzeżach błoni. Pełno tam butelek po Turach i otulin po kablach (miedź jest w cenie!). Ogólny smród i menelowaty klimat odpycha, o durexach nie wspomnę nawet. Da się jednak znaleźć parę smaczków, jest pełno butelek, które nie wyglądają na dzisiejsze. Schowane pod gruzami, niektóre nawet całe.


Największą jednak atrakcją są w miarę dobrze zachowane piwnice (leżakownie?) do których prowadzi sporych rozmiarów brama, trochę to wygląda jak wjazd do jakiegoś schronu. Wszystko udekorowane oczywiście malunkami artystów ulicznych (jak ja nienawidzę graffiti...).


Same piwnice cholernie wilgotne i zimne, ciężko się tam oddycha ale grzybów nie ma za dużo. No i jest ciemno jak cholera, co widać na zdjęciach (i jak flash się męczył żeby cokolwiek oświetlić). Długość poszczególnych pomieszczeń (zachowały się 4) to dobre kilkadziesiąt metrów.



Najbardziej zaskoczyło mnie pierwsze pomieszczenie, w którym ktoś sobie zrobił swoistą jadalnie. No i jako jedyne miało okno na świat. Dodatkowo zawieruszyły się tam dwa piwa, których się w tym miejscu kompletnie nie spodziewałem.



No właśnie, piwo. Co z tym Misiem? Ano podpasował pod miejsce jak cholera. Jest to przykład, który idealnie pokazuje, że nie wszystkim musi coś smakować. Było trochę hejtu na nie, że najgorsza warka, że tamto, że sramto. Mi osobiście cholernie smakowało, może przez miejscówkę, może przez to, że mam trochę fetysza w sobie. 


Etykieta jest po prostu mega, połączenie Misia z filmu z kadrem jaruzelskiego jest strzałem w dziesiątkę. Głównie przez styl, który narodził się dzięki craftowej rewolucji w Polsce. Swoista PIPA (Polish India Pale Ale) ma swoje wzloty i upadki, nie każdy browar potrafi trafić w sedno (ale w sumie cholera wie jak ma do końca smakować ten styl). Kopyr z Widawą trochę przestrzelili, według mnie jednak dobrze to zrobiło samemu piwu. Prezentacja w pokalu zacna, miedź bardzo ładnie kontrastuje się z powszechną zielenią i mchem porastającym gruzy. Piana z początku wysoka i twarda redukuję się dość szybko do sporego kożucha.


Szybko wącham i... ziemia! Aromat intensywny, żywiczny, ziemisty i to nie przez miejsce, w którym je degustuje. Są nawet nuty drzew iglastych (mimo tego, że dookoła mnie same liście, he he). Pod koniec (po ogrzaniu) pojawiają się lekkie akcenty drożdżowe. Taki mały pokal a tyle w nim mocy. To jednak smak jest najbardziej kontrowersyjny i albo go człowiek pokocha albo znienawidzi. Na początku, przez ułamek sekundy jest lekka słodowość ale zaraz po niej całą mocą atakuje gorycz. Jest żywica, jest ziemia, jest przytłaczająca pięść która wbija w ziemię i krzyczy "żryj glebę plebsie!". Pokornie więc piję i czuję jakbym jadł ziemię z mchem (w sumie to mnie trochę korciło żeby porównać doustnie). Goryczka utrzymuję się na całej długości picia ale o dziwo nie zalega zbyt długo. Wysycenie niskie, piwo treściwe i bardzo pijalne. Nie ma tu żadnego balansu, żadnych słodkich akcentów, które jakoś by kontrowały tę goryczkę. Dlatego właśnie dużo ludzi może to piwo odrzucić. Mi ono cholernie przypadło do gustu, najlepsza... PIPA w moim życiu. Polska gleba to nasz skarb narodowy!


Jakoś tak nie chciałem ruszać tego piwa. Głównie dlatego, że mam też starszego, ciemnego brata któremu niestety wdarło się zakażenie. Nie mam jednak dzisiaj ochoty na całe pół litra a zimowy Ale z Widawy jest chyba jedynym piwem w butelce 0,33l które posiadam. Chwytam więc trunek autorstwa już samego browaru, bez udziału Kopyra. Mam tylko nadzieję, że nie przywołam tym powrotu zimy...

Może wytłumaczę, ponownie z resztą, moje nastawienie do piw świątecznych. Jak sama nazwa wskazuje, oczekuje od nich świąt, piernika, przypraw, goździków. Cokolwiek kojarzącego mi się z tym okresem, dlatego właśnie nie kupiłem w tym roku Saint No More, zwykła IPA na święta? Please.


Etykieta mi się cholernie nie podoba. Wyjęta z katalogu Windowsa, przypominająca trochę zrobioną w Wordzie. Czcionka jak z jakiegoś taniego komiksu, no po prostu bleh. Kapsel golasek. Na szczęście wygląd samego piwa ratuje sytuacje. Piękny bursztyn, leciutko mętny. Na spodzie latają jakieś farfocle, pewnie chmiel albo cuś. Jakoś mi to jednak nie przeszkadza, wygląda jak takie... naturalne! Piana niestety słabo się utrzymuje, lekko opalona wygląda nawet spoko ale szybko pozostaje po niej tylko mała wysepka.


Wącham i tylko jedna myśl przelatuje mi przez głowę... "No kur...". Gdzie są te święta? No dobra, świąt w nazwie nie ma, jest zima. Może jestem upierdliwy ale... no nic. Zaczyna się słodowo, żywicznie. Dochodzą też cytrusy, ogólne wrażenie jest dość słodkie. Trzeba jednak przyznać, że aromat jest intensywny. Mam lekki katar a i tak atakuje on dość mocno mój zasmarkany nos. Łykam... i znowu mam rozterki wewnętrzne na miarę tych werterowskich. No bo kurde nie ma tu nic ze świąt ale pije się je cholernie dobrze. Bardzo fajny balans słodów z chmielami. Ogólny smak żywicy przeplatający się z cytrusami zakańcza bardzo fajna goryczka. Co prawda nie jest mocna ale nie o to chodzi w tym stylu. Jest też wszechobecny karmel ale nie zachowuje się jak celebryta i umie pracować w zespole. Wszystko jest takie zgrane, jak w dobrej orkiestrze. Mocno pijalne, kupiło mnie. Mogę Widawie wybaczyć brak świąt w świątecznym piwie... ale tylko ten jeden raz.


Pierwsza Kawka zapoczątkowała moje poszukiwania działeczki rekreacyjnej. Co prawda już wtedy wybrałem paletko moich przyszłych wojaży piwnych ale dopiero przylot drugiego, ciemniejszego ptaszyska pomógł mi podjąć ostateczną decyzję. Sama działeczka wymaga dużo wkładu ale sądzę, że robiąc piwne degustacje na weekendy na pewno szybko się uporam z jej... wyglądem.

Czym jest zatem druga Kawka? Ano Coffee Stout'em, jak już pewnie się domyślacie ślinka aż mi cieknie. Do piwa dodano prawdziwej kawy, tak jak w Coffee Ale. Patrze na dość dużych rozmiarów czereśnie, którą będzie trzeba tu i ówdzie przyciąć. Kawki chyba nie wyjadają tych jakże uwielbianych przeze mnie owoców nie? Wiem na pewno, że ze szpakami będę miał problem.


Jak przy jasnym ptaszysku, chwyciłem za pokal Chimaya, idealnie pasujący do tego typu zwierzaków. Pierwsze co mnie zaskoczyło to zapach z butelki. Mocna kawa ale nie taka znana z normalnych coffee stout'ów. Jednak daje coś ten dodatek zwykłej arabici. Paloność trzymana w ryzach i w nosie panuje taki aromat jak z ekspresu ciśnieniowego. To samo ze szkła, no może jednak z lekkim masełkiem, które tutaj akurat mi nie przeszkadza w ogóle. Nie jest natarczywe i w prawdzie czuć lekko takie cappuccino ale nie jest słodkie i miażdżące. Trochę działa jak tło wypełniające całość, mała czarna nadal na pierwszym planie. Piana ładna, drobna i dość wysoka. Tym razem nie musiałem specjalnie jej wymuszać. Wytrzymała do połowy picia pozostawiając półksiężyc. Kolor to istna otchłań, zero prześwitu.


Pierwszy łyk i wiem, że będzie przyjemnie. Gdy tylko piwo dotyka języka ujawnia się lekka słodycz, pewnie od masełka, właśnie taka cappuccinowa. Zaraz za nią jednak, jak wielki brat z karkiem większym niż moje rowerowe udo, pojawia się kawa. Bez dodatków, cukru to ona nie widziała na oczy a nawet nie słyszała o takim tworze w najgorszych opowiadaniach ludowych. Mleko jest dla niej tworem wyobraźni babci Macchiato. Po prostu czysta, gorzka kawa wspomagana lekką popiołowością i odrobiną kwasku (nie wiem od czego). Jest taka surowa, jak moja działka. Zdjęcia do zobrazowania mojego stanu umysłu poniżej. Jak dla mnie bomba, jest niesamowicie pijalne i żałuję, że sobie nie zrobiłem zapasu. Jeżeli miałbym je jednak porównywać z Coffee Ale to niestety przegrywa ono o dosłownie foto finisz. W jasnej Kawce był ten efekt zaskoczenia i uciechy z udanego eksperymentu.





Wybrałem się dziś z Kawką na poszukiwanie działeczki. Każdy człowiek ma w swoim życiu taki etap, w którym pragnie skrawka ziemi, na którym mógłby sobie w spokoju i nie zawsze kulturalny sposób wypić parę piw. O kiełbaskach i boczku na grillu nie wspomnę. Mam już jedno fajne, opuszczone miejsce upatrzone, teraz tylko trzeba się modlić żeby okazało się niczyje.

A co z tą Kawką? Ano jest to eksperyment kolaborantów, zrobili zwykłego ale o smaku kawy, a raczej z dodatkiem kawy. Los chciał, że jestem nałogowcem tego jakże pięknego napoju, piję ją zazwyczaj bez mleka i koniecznie bez cukru. Szczerze pisząc, nie wywiera ona na mnie już tego efektu pobudzenia, piję ją bardziej dla smaku. Gdy zobaczyłem informacje o piwie z dodatkiem kawy (które nie jest stoutem) zaciekawiłem się niezmiernie. W sumie to mi nawet przeszła złość na browar z Widawy za to zakażenie w Winter Black Ale, które zamówiłem razem z Kawkami przez internet.


Kapsel czarny, nie ma co pokazywać. Etykieta bardzo mi się podoba, prosta i ładna z ptakorem na głównym planie. Otwieram i leje bardzo szybko unosząc coraz wyżej butelkę 0,33. Czemu? Ano piana się nie chciała tworzyć. Mam jednak trochę skill'a w nalewaniu więc dość duża wysokość uratowała sytuacje. Co powstało? Ano bardzo ładna, zbita jak śmietana pianka. Zostaje w pokalu dość długo i pozostawia ładne ślady na szkle. Kolor to przyciemnione złoto, mętne. Muszę przyznać, że bardzo fajnie się patrzy na nie.


Wąchamy te kawkowe pióra. Jest kawa, ale trochę taka jakaś... odstała, wysuszona, jakby ktoś zapomniał zamknąć opakowanie z naszymi ulubionymi ziarnami. Pałęta się też aromat zielonego pieprzu, mi to nie przeszkadza w ogóle, uwielbiam ten zapach w piwie. Jest też bliżej nieokreślona chmielowość. Chluśniem bo nam ptakor jeszcze odleci. Ohohoho, pierwsze co należy zaznaczyć to niskie wysycenie. Dla wielu może się wydawać, że piwo jest zbyt wodniste ale według mnie jest ono idealne. Coś pokroju najzwyklejszej kawy bez cukru i mleka (mamy spaczone społeczeństwo przez dodawanie dodatków do każdego napoju). W smaku atakuje przede wszystkim kawa, już normalna, nie zwietrzała. Bardzo przyjemne a zarazem dziwne doznanie bo mi się kawa (w piwie) kojarzy od razu z palonością. Tutaj nie uświadczymy nawet małej kupki popiołu. Eksperyment jak najbardziej udany. Goryczka też jest bardzo przyjemna, średnia ale działa jak taki partyzant. Atakuje szybko i znienacka po czym znika w krzakach bez śladu. Jakby dobrze wytężyć wszystkie zmysły to nawet można wyczuć jakieś cytrusy, które działają bardziej jak spoina trzymająca całość.

Acha, jeszcze jedno. Dajcie mu się ogrzać, dopiero wtedy wychodzą wszystkie walory tego piwa a w szczególności kawa. 


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com