Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pils. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pils. Pokaż wszystkie posty
Wiecie, że nigdy nie piłem piwa z cyklu #pintamiesiąca? Najbliższy multitap otworzył się stosunkowo niedawno w oddalonej o 50km Zielonej Górze, a w innych bywam sporadycznie (przy okazji wizyt we Wrocku czy Wawie). Taki los i szczęście, bo jak już byłem np. we Wrocławiu, to akurat piwa z tej serii już nie mieli...
Aż tu nagle, szczęście w nieszczęściu. Pinta postanowiła wlać swoje ostatnie piwo na kwiecień do butelek. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: puby są teraz zamknięte przez pandemię, a leżakowanie go w tankach raczej by chmieleniu nie pomogło. Inna sprawa, że sam browar postanowił włączyć się w akcję #wspieramypolskikraft i dochód ze sprzedaży Golden April poleci do zaprzyjaźnionych przybytków, jak tylko się ponownie otworzą.
Etykieta prosta. Jest po prostu kopią grafik, które promują poszczególne piwa z tego cyklu w social mediach. Piwo jasne, złociste, momentami słomkowe nawet. Bardzo delikatnie zamglone. Piana skromna, na jeden palec. Utrzymuje się jednak dość długo i pozostawia zadziwiająco mocny lacing na szkle.
Takiego aromatu można było ze świecą szukać w gorące, wiosenno-letnie wieczory. Fajny, orzeźwiający, lagerowy z dobrą dawką chmieli. Jest żywica, są iglaki, a nawet zroszona, poranna trawa na wiosnę i trochę cytrusów. W dodatku po lekkim (oby nie za dużym) ogrzaniu pojawia się też ciekawy miks mango i grapefruita. Jest tego na tyle dużo, że można to piwo spokojnie zaliczyć do stylu.
Można się sprzeczać, czy #pintamiesiąca to miejsce dla piw tak... prostych? Może inaczej napiszę... Mało sztosowych? Już lepiej, wiecie na pewno o co mi chodzi. Problem w tym, że nawet gdybym tak myślał, to nie mógłbym złego słowa napisać o Golden April. Jest najzwyczajniej w świecie... zajebiste. Chrupkie, do granic pilsowych możliwości. Orzeźwiające, z trafionym w punkt ciałkiem jak przy dobrym, czeskim pilsie (tak, są takie rzeczy). Już po paru łykach nie chce mi się szukać tego dobrego (mitycznego) pilsa za trzy złote. Wysycenie też w punkt, średnie do wysokiego. Jest podstawa słodowa, wyraźna, ale też lekko przykryta przez chmiel (i momentami taka nawet chlebowa). Tutaj znowu cytrusy, dużo "białego shitu" z grapefruita (czyt. albedo) i skórki pomarańczy. Combo jak dla mnie idealne. W tle też specyficzna ziemistość. Goryczka mocna, ale punktowa. No prawidłowo pilsowa po prostu. Profil ma według mnie rzadko spotykany w dzisiejszych czasach, bo taki trawiasto-ziołowy. Na finiszu dochodzi żywica, która dominuje dość wyraźnie. Cholernie dobry pils. Nic więcej nie muszę pisać. Może tylko żal mi dupę ściska, że nie jest to regularny wypust Pinty.
----------
Styl: American Pilsner
Alk: 4,8% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, wiedeński), chmiel (Columbus, Citra, Amarillo, Falconer's Flight), drożdże SafLager W 34/70.
Do spożycia: 30.09.2020
Czasami trzeba sobie zrobić odskocznie od tych wszystkich sztosów i skoczyć do lodówki po coś klasycznego. Tak samo jest z browarami, tylko na odwrót. Owszem, można pić piwa od znanych i sprawdzonych rzemieślników, ale trzeba też być dzielnym i spróbować czegoś nowego from time to time.
I tutaj właśnie pojawia się najnowsze nadodrzańskie dziecko, jakim jest Browar Odrzański (z Nowej Soli). Kontraktowiec warzący w Profesji, którego założycielem jest Krzysztof Czechanowski. Zawsze powtarzałem, że lubuskie potrzebuje więcej browarów (no, bo kto o zdrowych zmysłach zaliczy Witnicę do godnych przedstawicieli regionu...).
Muszę przyznać, że etykiet są naprawdę ładne. Facjaty regionalnych bóstw bardzo fajnie prezentują się na prostym tle, bez zbędnych napisów itp. Samo piwo to już dość przyciemnione złoto (albo i nawet miedź). Ciężkie, craftowe życie przyzwyczaiło mnie do jaśniejszych pilsów, jeśli mam być szczery. Jest też delikatnie zamglone. Piania wysoka, ale bardzo szybko się ulatnia pozostawiając delikatny lacing na ściankach.
No to mamy małą lipę proszę państwa. Aromat nawet nie próbuje się pokazać, przypomina trochę takiego nastolatka (lekko emo) na pierwszej dyskotece w gimnazjum. Z nikim nie rozmawia, stoi gdzieś w kącie i boi się, że jeszcze zwróci na siebie uwagę. Możecie próbować coś wywąchać, ale jedyne co poczujecie to delikatny chlebek, nic więcej. Po ogrzaniu (co średnio ma sens przy pilsie) wychodzą jeszcze nuty ziołowe.
W ustach na szczęście jest o wiele lepiej. Mamy fajne ciałko (jak na ten styl) i chrupką teksturę. Średnie wysycenie przyjemnie sobie folguje po języku. W smaku przyjemna podstawa słodowa, wyraźna, ale nie dominująca przesadnie. Taki chlebek (a może bardziej zbożowość po prostu) posmarowany cienką warstwą miodu. Potem mokra trawa o poranku i trochę ziółek. Nie dają rady słodowości, ale nie muszą. Chmielowość jest bowiem wystarczająco wyczuwalna. Goryczka... ok, mogłaby być wyższa trochę jak na pilsa. Profil ma czysty za to, bardzo fajny muszę nadmienić. Na finiszu wychodzi więcej ziół (w sumie to momentami zaczynają dominować) i takie niespodziewane, grapefruitowe zacięcie. W smaku naprawdę dobry przedstawiciel stylu, trochę taki blend pomiędzy pilsem niemieckim a nowofalowym, ale na szczęście udany. Aromat do poprawy i mógłby być tzw. daily driver dla mnie.
----------
Styl: Pils
Alk: 4,5% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: 2/5
Skład: słód (pilzneński, caramel pils), chmiel (Tradition, Iunga), drożdże W34/70.
Do spożycia: 30.04.2020
Człowiek uczy się całe życie, tak mawiają przynajmniej. Osobiście umiem zrobić parę rzeczy przy rowerze sam, ale wymiany opon bez dętek jeszcze nie posiadałem w swoim spisie umiejętności. Musiałem to zmienić (szczególnie, że od stycznia na takich jeżdżę), dlatego przez ostatnie 3 dni (głównie z braku czasu) męczyłem się z tym. Moje kalectwo możecie, jak zawsze, zobaczyć na instastories ooo tutaj.
Pierwsze koło to był jakiś dramat, aż mi krew poleciała spod paznokcia. Drugie robiłem dzisiaj i poszło zadziwiająco lekko. Wiedziałem już czego nie należy robić i jakich przyzwyczajeń się trzeba było pozbyć. No i kupiłem sobie w końcu kompresor, jeden z lepszych zakupionych sprzętów w życiu. W pierwszy dzień otworzyłem sobie poniższego pilsa z Deer Bear myśląc, że już go opisałem na blogu. Byłem cholernie zdziwiony, gdy go nie znalazłem w archiwum dlatego szybko zacząłem robić notatki.
Etykieta, jak zwykle przy tym browarze, mocno kreskówkowa, tym razem z postacią misia. Ja się dziwię, że jeszcze się do nich nasz ulubiony organ państwowy nie dobrał za promowanie alkoholu dzieciom... Żarty na bok jednak, bo przyciąga oko i jest całkiem spoko. Tak samo firmowy kapsel. Wygląd piwa jest tym, przez co większość z Was je kupi tak naprawdę. Chłopaki dodali do niego brokatu i muszę przyznać, że efekt jest piorunujący. Mamy kolor czystego złota, zmętnione, ze świecącym, wirującym granulatem. Wolę coś takiego niż np. ich inne piwo... zielone. Piana wysoka, utrzymująca się i z ładnym lacingiem.
Aromat intensywny i dość długo utrzymujący się muszę przyznać. Głównie słodowy z bardzo wyraźnymi chmielami. Jest trochę ziemistości (ale nie tej stęchłej) i wyraźna żywica. Po chwili wchodzi też trochę ziół i co jest fajnie współgrają one z resztą. Już na wstępie czuć, że będzie to chrupiące piwo...
... i tak rzeczywiście jest. Nie ma się co oszukiwać, jest to mój ulubiony typ pilsa, czyli "crisp as fuck". Ciałko jest wystarczające, wysycenie średnie, a całość orzeźwiająca i rześka. W smaku bardziej po tej wytrawnej stronie, mimo dość wyraźnej podbudowy słodowej. Bardzo mi się to podoba. Znowu mamy trochę gleby i ziół, co w powiązaniu ze słodowym chlebkiem daje wyśmienite połączenie. Goryczka też niczego sobie. Jest wyraźna, ale nie odpychająca. Ma lekko żywiczny profil. Cytrusy wychodzą bardziej na finiszu, ale nie przykrywają słodowo-ziołowego miksu. Aż nie mogę uwierzyć, że udało im się nie tylko zszokować wyglądem, ale też smakiem. Co się tak gapicie? W naszym światku piwnym szokiem jest, gdy ktoś uwarzy poprawnego i bardzo smacznego pilsa. Gdzieś widziałem, że ludzie kategoryzują go jako czeską odmianę tego stylu (pewnie przez dodany chmiel Saaz), ale nie dajcie się zwieść.
----------
Styl: Pils
Alk: 5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: 2,5/6
Skład: słód jęczmienny, chmiel (Saaz, Chinook, Marynka), płatki ryżowe, brokat spożywczy, drożdże.
Do spożycia: 16.05.2020
Z tym piwem stworzonym przez blogerów to zawsze był problem. Jak browar próbuje uwarzyć coś, co w zamyśle ma być połączeniem wszystkich chorych fantazji polskiej blogosfery to... to nie może się zwyczajnie udać. No nie da się tego wszystkiego zmieścić w jednym piwie. Wyjdzie coś na styl tegorocznego YouTube Rewind (takie tam młodzieżowe nawiązanie do tematów akurat na czasie).
Brokreacja (jak i sama brać blogerska) zrozumiała to w tym roku i dlatego uwarzyli... zwykłego pilsa, a tak dokładniej to czeską desitke (od ilości ekstraktu). W zamyśle bardzo proste, orzeźwiające piwo. Znowu mnie nie było na warzeniu jak i na premierze, dlatego udałem się ostatnio do sklepu i za swoje ciężko zarobione dukaty kupiłem jedną butelkę. Jak to mawiał Ultron w Avengersach: "There are no strings on me", dlatego mogę Wam szczerze i bez krępacji napisać co o nim myślę.
Ale najpierw, wygląd. W tym roku chłopcy poszli po bandzie i na etykiecie znalazła się sylwetka, co tu dużo pisać, uwalonego blogera. Były takie przypadki i to dość znanych osobistości, ale nie będziemy tutaj wytykać palcami. Sama grafika jak zwykle trzyma wysoki poziom. Kapsel firmowy, no ale dalej ma te niepotrzebne nikomu napisy. Piwo, jak to przystało na jasnego dolniaka, ma złocisty kolor (prawie przejrzysty) i pianę na dwa palce, a przynajmniej na początku. Redukuje się w dość szybkim tempie, ale spory kożuch pozostaje prawie do końca picia.
Tak właśnie powinna pachnieć świeżynka (i nie mam tutaj na myśli wyrobu mięsnego). Wyraźny i utrzymujący się aromat zbożowy, moooże delikatnie wchodzący w chlebek. Do tego zroszona trawa i umiarkowane muśnięcie ziołowe. Jak się ogrzeje to wychodzi słaba kukurydza, ale to tak naprawdę gdzieś w tle.
Sam aromat zapowiadał dość "chrupkie" piwo, czyli jak to mawiają wielbiciele pilsów: "takie, jakie być powinno". Wiecie co? Właśnie takie jest. Już przy pierwszym łyku czuć zadziorną na swój sposób lekkość i orzeźwienie. Wysycenie na średnim poziomie, pasuje idealnie. Mamy przyjemną podstawę słodową, czyli takie tam zwiewne zboże i trochę świeżego chleba. Doprawione ziołami i to tak szczodrze. Chłopaki (i kobiety, bo przecież mamy ich parę w naszej blogerskiej społeczności) nie oszczędzali chmielu i to widać gołym... językiem? Goryczka wyraźna, momentami nawet bardzo (aż mi się nie chce wierzyć, że to ma tylko 20 IBU). Przyznam się szczerze, że niestety nie jest to często spotykane na naszym rynku (bo u nas to tylko potrafio te szatańskie ziele amerykańskie sypać wszyndzie!). Na finiszu ziołowość dostaje jeszcze większego powera, przy akompaniamencie mokrej trawy. No panie! Pięknie orzeźwiający, chrupki, nachmielony i prosty lagerek, czy tam nawet pils.
----------
Styl: Desitka / Pils
Alk: 4% Obj.
Ekstrakt: 10°
IBU: 20
Skład: słód (pilzneński, monachijski, Carapils), chmiel Iunga, drożdże W-34/70.
Do spożycia: 19.08.2019
Znowu nadszedł ten czas gdy zachciało się człowiekowi wypić coś "normalnego" czy też nieskomplikowanego. Traf chciał, że mam w piwnicznej lodówce zestaw z browaru Lumberjack, o którym sami właściciele mówią, że tak do końca craftem nie są. Co w tym złego? No nic, każdy warzy to co lubi.
Co by nie było tak łatwo panowie postawili na wszelakiego rodzaju dodatki kojarzące się z naturą. Wrzucają różnorakie zielsko do swoich pilsów i patrzą co z tego wyrasta. Ze wszystkich ich eksperymentów najbardziej podszedł mi ten z jałowcem, którego sobie dzisiaj zdegustujemy. Trochę się cykam przed zieloną butelką, ale jeśli było dobrze magazynowane to problemu nie powinno być.
Etykieta fajna, na grubym papierze podobnym do kredowego. Lubię takie, ale wiadomym jest, że nawet najmniejsza wilgoć im nie służy. Grafika też niczego sobie. Nie wiem jednak czy ktoś do końca przemyślał skutki doklejenia poroży temu brodaczowi... Samo piwo ma kolor miedziany i wydaje się być klarowne. Piana niestety niska i zanikająca.
No, całkiem przyjemnie to pachnie. Tak jak się tego można było spodziewać jałowiec przejął pałeczkę i dominuje w aromacie. Może się to "paru" osobom nie spodobać, bo gdzie w tym wszystkim podział się chmiel? Mi osobiście to nie przeszkadza, miało być igliwie i jest. Trochę to pachnie porannym spacerem po lesie, takim zaraz po deszczu. Jałowiec, trawa, trochę żywicy i ziół. Momentami wychodzą delikatne kwiaty (jakby utlenienie), ale można je olać.
Fajnie się to kręci w ustach, ale takim chrupkim pilsem bym tego jeszcze nie nazwał. Bardziej coś na styl gładkiej dwunastki czeskiej. Nagazowanie na dość wysokim, ale jeszcze nie "odbijającym" się poziomie. Jest zbożowa podstawa z taką delikatną nutą skórki od chleba. Prym wiedzie jałowiec z szeroko pojętym "lasem". Żywica, zioła, te sprawy. Goryczka, jak dla mnie, trochę niedomaga jak na pilsa. Wyczuwalna, ale mogłaby być wyższa szczerze mówiąc. Na finiszu pojawia się trochę więcej słodyczy (jakby takiej miodowo-kwiatowej), ale i tak dominuje sam jałowiec, który delikatnie zalega. Czy jest to pils? Trudno powiedzieć, chmiele trochę się zagubiły przez inne dodatki. Jeżeli ktoś jednak lubi typowo leśne klimaty to może bez obawień spróbować tego piwnego eksperymentu. Co do reszty ich piw... owocowe bardzo smakowały płci pięknej. Sosnowego pilsa możecie pominąć.
----------
Styl: Pils
Alk: 4,8% Obj.
Ekstrakt: 12% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód, chmiel, drożdże, owoce jałowca.
Do spożycia: 25.07.2018
Czasami człowiek musi zrobić coś dla beki. Kupno (tak, wydałem własne złotówki na to coś) tego pilsa zaliczam do właśnie takich, błędnych decyzji życiowych. Może trochę za bardzo oceniam rzeczy "po okładce", ale wątpię aby piwo brandowane Blok Ekipą było zwyczajnie w świecie... dobre.
Szczególnie gdy weżniemy pod uwagę grupę piwoszy, w których celuje browar taką serią (tych piw jest bodajże 5). Jak to jednak bywa w życiu, nie zawsze może być kolorowo. Czasami trzeba wypić coś z niższej półki, bo jeszcze się człowiekowi w dupie poprzewraca od tych RiSów, barrel age'ów i innych srejdżów.
Etykieta naklejona przy użyciu minimalnej ilości kleju, dbamy o środowisko jak widać. Grafika z kreskówki i o dziwo brak info o ekstrakcie. Z tego co widziałem na innych piwach z tej serii była taka informacja. Samo piwo ma ciemnozłoty kolor i jest lekko zamglone. Piana na dwa palce, sycząca i szybko redukująca się do marnego kożucha.
Co tu dużo pisać, piwnych (ani nawet pilsowych) uniesień nie ma się co spodziewać po Wojtasie. W aromacie słód, słód i... słód. Taki słodki, lepki, miodowo-kwiatowy. Trochę mokrej szmaty od mycia podłogi też się znajdzie aczkolwiek całość intensywnością nie grzeszy. Utlenienie?
W smaku znowu to samo. Słodowo, słodko i nudnawo. Sama słodycz jakaś taka sztuczna, landrynkowa. Nie wiem jakie chmiele zostały użyte do warzenia, ale musiały wyzionąć ducha zaraz po wrzuceniu do kotła. Do tego kwiaty i miód. Standard w "pilsach" robionych na odpier lub/i pod promocję marki/produktu. Goryczki praktycznie żadnej, czasami gdzieś w tle coś próbuje się wybić, ale to bardzo rzadko. Finisz zalegający, dodatkowo łodygowy z nutą tytoniu nieprzyjemnego. Wysycenie średnie, ciałko tak samo. Nie wiem czego się spodziewałem od piwa robionego pod Blok Ekipę. Najśmieszniejsze jest to, że piłem ostatnio (przypadkiem oczywiście) Lecha Pils i był zwyczajnie rzecz ujmując lepszy, jak na koncernowe standardy oczywiście.
----------
Styl: Pils
Alk: 4,3%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, monachijski), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 21.06.2018
Syndrom Klasycznego Craftu to rzecz, która naprawdę istnieje. W przeciągu ostatnich lat zauważyłem już parę takich wybryków browarów rzemieślniczych. Chodzi głównie o próbę książkowego uwarzenia stylów klasycznych. Najbardziej rozpoznawalnym przykładem będzie AleBrowar ze swoją serią Ortodox. Do tego grona dołączył ostatnio Birbant.
Chłopaki mogli wybrać sobie coś łatwiejszego do uwarzenia... a nie pilsa, na którym stale ciąży klątwa jeżeli chodzi o polski rynek piwny. Wielu rzemieślników poległo zabierając się za ten niby prosty styl. Czy tak samo będzie z Birbantem?
Etykieta bardzo randomowa, ale też w pewnym stopniu nawiązuje do "klasyki". Głównie złotymi paskami i łukami jak z jakiejś kamienicy dziewiętnastowiecznej. Zadziwiające jest jednak to, że postanowili nie podawać składu, co im się wcześniej nie zdarzało. Piwo ma dość ciemny jak na ten styl kolor, wpadający nawet w miedź. Piana wysoka, ale dziurawa. Szybko redukuje się do obręczy przy szkle.
Ja wiem, że kufel nadaje się do degustacji tak samo dobrze jak kołpak od Malucha, ale tak kazali na etykiecie to co ja się będę wywyższał. Aromat jest słaby, ledwo co wyczuwalny nawet jak na to szkło. Majaczy gdzieś w tle jakaś słodowość i trawa, ale wraz z nimi pojawia się też masełko. No nie porywa Panie, nie porywa.
W smaku jest już lepiej. Fajne ciałko, jak dobra czeska dwunastka i średnie do wysokiego nagazowanie robią robotę. Nie wiem czemu, ale takie proste i orzeźwiające pilsy/lagery zawsze kojarzą mi się z grillem i karkóweczką. Ah ten sos czosnkowy! Ale my nie o tym mieliśmy... Birbantowy pils z początku wydaje się być słodowy, ale bardzo szybko pojawiają się nuty trawiaste i ogólnie polne. Przez to ostatnie mam oczywiście na myśli kwiaty, chociaż całość rzeczywiście kojarzy mi się z wiosennym porankiem na polu. Goryczka wchodzi dość szybko i jest naprawdę wyraźna. Aż nadto jeżeli miałby człowiek wziąć pod uwagę deklarowaną ilość IBU. Jej profil jest lekko ziołowy. Te wybijają się bardziej na finiszu, który dodatkowo zaskoczył mnie mocno swoją wytrawnością i... ziemistością. To nie jest pils z etykiety. Aromat nie jest "wysoki", a goryczka nie jest "zbalansowana". Całość jest trochę taka za bardzo gryząca i niepoukładana jak na moje oko. Mimo tego do wypicia. Jest też na pewno przyjemniejsze niż eurolager.
----------
Styl: Pils
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: 25
Skład: słód jęczmiennym, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 22.05.2018
Wiosna w pełni (bo latem nie można tego nazwać w 100%), a w kwestii pijackich wypadów rowerowych nic się nie zmieniło od... marca. Biorę się zatem w garść i pomóc ma mi w tym nowe postanowienie. Mianowicie ustawiłem sobie cel na Stravie: 100km na tydzień (minimum). Niby nie dużo, ale przy natłoku innych spraw ciężko jest go czasami osiągnąć.
Stary się robię... albo alkohol mi zbrzydł. Byłem ostatnio u kumpla na weekendzie kawalerskich i jakoś tak za bardzo nie miałem ochoty na "ostre męskie chlanie bez umiaru"... Co prawda w pierwszy dzień alkohol wysokoprocentowy wylądował nie raz w moim przełyku, ale później już nie. Na typowego korpolagera też nie miałem ochoty... Boże, ja naprawdę staję się craftowym snobem.
I to nawet w bardzo prostych stylach muszę dodać. Spalając wczoraj kalorie zdobyte poprzez wszamanie czarnego jak węgiel mięsiwa z grilla (i zapewne przepysznie rakotwórczego) zabrałem ze sobą na szybki łyk pilsa od Trzech Kumpli. Od razu, po pierwszym łyku, byłem przekonany, że nie ma sensu kupować koncerniaków nawet do tak prostych czynności jakim np. jest spontaniczny grill na działce. Wcześniej nie byłem tego taki pewien, głównie przez to zadupie craftowe, w którym mieszkam. To teraz będę abstynentem, jeśli nie uda mi się kupić craftowego pilsa do karkóweczki? Boże drogi...
Etykieta w trochę innym kształcie niż zazwyczaj. Co do samej grafiki, prostsza już chyba nie mogła być. Mamy zboże, co mnie trochę zdziwiło, wielką nazwę stylu i logo browaru. Mi osobiście pils się bardziej z chmielem kojarzy, albo miksem jednego i drugiego. Piwo za to bez zarzutu. Ma piękny złocisty kolor i jest delikatnie zamglone przez podróż w plecaku. Piana bielutka i zbita. Może nie jest za wysoka, ale za to utrzymująca się i ładnie zdobiąca ścianki.
Aromat walczył dzielnie z wiatrem, który się akurat rozszalał na polu. Musiał być intensywny, bo nie miałem problemu z dobiciem się do zapaszków. Oczywiście było słodowo, ale nie za słodko. Momentami całość przypominało bardziej jakąś pszenicę z takim owsianym zacięciem. Do tego wyraźny chmiel w postaci ziołowej. Pod koniec doczłapała się też skórka od chleba. Bardzo fajne i już na starcie orzeźwiające.
To jednak dopiero po przełknięciu pierwszego łyku człowiek uświadamia sobie piękno prostoty tego stylu. Lekkie jak na ekstrakt przystało i orzeźwiające, ze średnim do wysokiego nagazowaniem. Słodowe, a nawet bardziej zbożowe, jak w jakiejś lekkiej pszenicy. Do tego chlebek, aż mi się świeże pieczywo prosto z piekarni przypomniało. Całość nie jest też za słodka jak prawie 90% pilsów w naszym kraju. Do tego dobrze dobrana ziołowość, kojarząca mi się z lasem zaraz po ulewie. Chmielowa goryczka pojawia się w idealnym momencie i orzeźwia jeszcze bardziej swoim ziołowym profilem. Jest krótka, nie zalega i idealnie wprowadza w finisz, który trochę przypomina chleb razowy. Chociaż nie, czekajcie... To bardziej smakuje jak przyprawa korzenna. Wychodzi na to, że Trzem Kumplom udało się połączyć pilsa czeskiego (korzenność) z niemieckim (ziołowość). W dodatku nie ma w tym ani trochę diacetylu (masełko) a samo piwo jest wręcz idealnie chrupkie, tak jak na ten styl przystało. Muszę przyznać, że prawdopodobnie wyląduje ono w moim top 3 jeżeli chodzi o ten styl.
----------
Styl: Pils
Alk: 4,4%
Ekstrakt: 10,5%
IBU: 20
Skład: słody jęczmienne, chmiel (Saaz, Hallertau Mittelfrüh), drożdże.
Do spożycia: 22.08.2017
"W poszukiwaniu prawdziwego pilsa" - epizod 29913. Patrząc na ilość pilsów na blogu można odnieść wrażenie, że wogóle ich nie pijam. Nic bardziej mylnego. Praktycznie przy każdej okazji do mojego koszyka w sklepie trafia jakiś nachmielony lager. Problem w tym, że rzadko kiedy trafia się coś godnego uwagi.
Nie ma się też co oszukiwać, tak prosty i elastyczny styl jest olewany przez większość polskich rzemieślników. Szkoda, według mnie każdy browar powinien mieć go w swojej stałem ofercie. Dzisiejsze piwo dostałem od browaru Ignis (kolejny, o którym nie miałem pojęcia...) poprzez... paczkomaty. O dziwo w nienaruszonym stanie i na drugi dzień (sobota).
Jeżeli dobrze rozumiem to nazwy poszczególnych piw z browaru zostały zapożyczone od małych miejscowości porozrzucanych po naszym kraju. Z daleka sam design wygląda dość chaotycznie, ale jak tak się przyjrzeć bardziej to nawet to ładnie i swojsko wygląda. Trochę mi te paski żółte przeszkadzają jednak. Piwo za to prezentuje się przepięknie. Ma lekko przyciemniony złoty kolor i wysoką śnieżnobiałą pianę. Może i wygląda na mętne, ale praktycznie nie odstało swojego po podróży. Piana zbita i utrzymująca się na poziomie jednego palca praktycznie do końca picia.
Tak prostego i zarazem wyraźnego aromatu powinien się spodziewać każdy miłośnik pilsów (w tym ja). Mamy czystą podbudowę słodową, słodkawą oczywiście, ale też bardzo wyraźne chmiele. W tym przypadku przypominające zioła i mokrą trawę o poranku. Dobrze zbalansowane i utrzymujące się zapaszki trzeba przyznać.
W smaku od razu da się wyczuć lekkość i orzeźwienie. "Tak, to będzie dobry pils" zdaje się myśleć mój wyrafinowany alkoholizm. Wysokie nagazowanie (ale bez przesadyzmów) i taka "chrupkość" ciała połączona z sesyjnością daje nam orzeźwienie na poziomie grodziskiego. Smakowo mamy powtórkę z aromatu. Znowu czysta słodowa słodycz kontrowana szlachetnymi chmielami. Goryczka na idealnym poziomie, nie za mocna, ale też nie za słaba. Nie zalega i idealnie wprowadza w finisz, który, tutaj zdziwienie, jest dość wytrawny. Zioła, trawa i... kora drzewna. Takie dziwne skojarzenia podaje mi mózg. Podsumowując bardzo przyjemny pilsik. Niestety nie będzie to mistyczny dobry pils za 3zł, bo tyle ten twór z browaru Ignis na pewno nie kosztuje w sklepie. Szczerze mówiąc jakoś mi to nie przeszkadza i z chęcią trzymałbym niewielki zapasik Małej Cichej w lodówce na "przypadkowego grilla".
----------
Styl: Pils
Alk: 4,3% Obj.
Ekstrakt: 11,8°
IBU: 50
Skład: słód (pilzneński, monachijski, carahell), chmiel (Saaz, Hallertau Mittelfruh), drożdże Saflager w34/7.
Do spożycia: 09.06.2017
Pamiętacie jak pisałem w którymś z poprzednich wpisów, że wolę Pilsa od Pale ale jeżeli chodzi o style proste i przyjemnie? Tego pierwszego ciężko jest u nas dorwać w wybitnej formie niestety. Będąc jednak ostatnio we Wrocławiu trafiłem na perełkę wartą ponownego spróbowania...
Poszukiwań dobrego pilsa za 3,5zł ciąg dalszy. No dobra... może nie tak do końca. Ten kosztował mnie 8 (słownie: osiem) polskich złociszy co stawia go zaraz obok craftowych rarytasów (nie licząc beczek itp.). Kupiłem, bo miałem ochotę na takiego... chrupiącego pilsa, chyba kojarzycie o co mi chodzi nie?
Nie wiem jak u Was, ale u mnie w mózgu siedzi taki mały chochlik, który co chwila ryczy i żąda prostego, ale porządnego pilsa. Jak małe dziecko, które ciąga mamę za rękaw w Rossmanie i pokazuje palcem Kubusia malinowego. Drze się tak głośno, że nie sposób nie kupić tego soku, chociażby dla świętego spokoju. Podobnie ja mam z pilsami.
No i popatrzcie z resztą na tą etykietę. Nie dość, że ma zajefajną komiksową kreskę to jeszcze główna postać jest bardzo podobna do mnie. Minusem na pewno jest brak pełnego składu (podany na stronie browaru). Piwo wygląda... normalnie no. Ciemnozłote, lekko zamglone. Piana śnieżnobiała na dwa palce. Za długiego żywota nie ma, ale pozostawia za to bardzo ładne ślady na szkle. Wygląda jak taki proper pils z craftowego browaru.
Niestety już przy pierwszym niuchu coś mi nie pasowało. Po pierwsze aromat jest cholernie słaby. Prędzej wciągniesz pyłki rzepaku teraz niż jakiekolwiek zapachy z tego piwa. Albo mi się wydaje albo gdzieś w tyle majaczy jakaś ziołowo-maślana nuta (w końcu to pils czeski). Szkoda trochę, część winy można zwalić na to, że nie piłem go świeżego, ale bez przesady.
No to może w smaku będzie lepsze? Nope. Jest płytkie, bez wyrazu i bez tej zadziorności chmielowej, którą charakteryzuje się prawdziwy pils. Całość jest słodowa (duh), delikatnie chlebowa można rzec. Gdzieś w oddali odzywają się jakieś kwiaty polne i masełko na standardowym czeskim poziomie (czyli w normie). Goryczka z początku nieistniejąca. Lekko urosła w siłę w miarę picia, ale według mnie była i tak słaba jak na ten styl. Szkoda bo miała bardzo fajny ziołowy profil. Finisz jest chyba najwyraźniejszą częścią tego piwa. Jest ziołowy, lekko palony o dziwo, ale też jakoś tak nieprzyjemnie... kredowy. Nie zmienia to faktu, że całość pozostawia wrażenie bardzo płytkiego trunku, o którym każdy zapomni zaraz po opróżnieniu szkła. Średnie wysycenie ani nie pomaga zbytnio ani nie zawadza. No nic, szukamy dalej tego smacznego pilsa.
----------
Styl: Pils
Alk: 4,6% Obj.
Ekstrakt: 12,5° Blg.
IBU: 35
Skład: słód (Pilzneński, Monachijski, Carahell), chmiel (Junga, Marynka, Saaz), drożdże.
Do spożycia: 31.05.2016
Kontynuując nowy cykl pt. Brodate Granie postanowiłem tym razem sięgnąć po grę, w którą jeszcze nie grałem. No dobra... może nie tak do końca. Miałem krótki epizod z ESO podczas beta testów jeszcze przed wypuszczeniem jej na rynek, ale w sumie to się nie liczy przecie. Towarzyszącym mi piwem będzie Stopro! z browaru Doctor Brew, uwarzone dla internetowego hip-hop sklepu z odzieżą (podesłał mi je sam sklep mimo moich ostrzeżeń, że może nie być kolorowo). Co do samego tytułowego obrazka... tak wiem, jestem mistrzem Photoshopa.
Browar w Witnicy jest bardzo specyficznym miejscem. Baby wiejskie ostrzegają zagubionych turystów, że ziemia na której znajduje się browar jest przeklęta, panuje tam straszna klątwa DMSu, gwoździ i diacetylu. Byłem tam kiedyś na wycieczce korporacyjnej i jedyne co zauważyłem to brud, zalane podłogi i ogólny bajzel (jakieś 4 lata temu). Co trzeba im jednak przyznać pomieszczenie z tankami leżakowymi mają imponujące.
Browar Bojanowo, jak i reszta grupy BRJ, nie ma lekko ostatnio. Dużo blogów olewa ich piwa, bo przecież Pan Jakubiak to taka zła persona i w ogóle szatan piwnego światka. Jest też aspekt braku czasu, kazylion rzemieślniczych premier robi swoje i mało kto ma czas na biedne browary regionalne. Jak przy pierwszym argumencie uważam, że trzeba oddzielić grubą kreską piwo od wypowiedzi ich właściciela tak przy drugim muszę się niestety zgodzić.
Są jednak chwile, gdy nawet zabiegany piwopijca ma czas skoczyć do żabojada kupić, o dziwo, ekskluzywne dla tej sieci sklepów piwo. Czyżby jakaś zawiła strategia dostarczenia trunku do jak największej rzeszy odbiorców? W sumie nie musisz się martwić o hurtownie a sam produkt trafia w każdy zakątek kraju (a przynajmniej tam gdzie żabi gatunek występuje). Co do czasu na degustacje… nie będę kłamał i napiszę, że leżało w piwnicy ponad miesiąc jeżeli mnie pamięć nie myli.
Tak jak etykieta w Maorysie była krokiem do przodu tak Szwejk wygląda wręcz paskudnie i starodawnie. Dziwny odcień zieleni też nie pomaga i całość wygląda dość nudnie, tanio i wywołuje skojarzenia z piwami mocnymi za 1,5zł. A może to tylko moje wymysły? Mamy też nową butelkę na styl Kormoranowych. Nie bardzo przypadła mi do gustu bo nie jestem szczególnym fanem jakichkolwiek oznaczeń na szkle (oprócz naklejonych/namalowanych etykiet). W szklanicy piwo wygląda dość zgrabnie. Ma iście złoty kolor, średnio mętne (aczkolwiek i tak za mocno jak na pilsa). Piana bielutka, dość zbita i wysoka. Utrzymuje się też stosunkowo długo.
Spytałem się Was na facebooku dlaczego Szwejk spotkał się z tak mocnym hejtem gdy tylko trafił na półki sklepowe i muszę przyznać, że Wasze odpowiedzi mnie zszokowały. Wiadomym jest, że w piwach rzemieślniczych/regionalnych ciężko jest utrzymać powtarzającą się jakość ale w życiu bym nie powiedział, że można tego zielonego ludka użyć jako przykładu prawie każdej znanej nam wady piwnej. Zacznijmy od aromatu, może i jest średnio intensywny i nie bardzo mu się chcę wytrzymać do końca ale za to jest całkiem przyjemny, orzeźwiający i co najważniejsze bez wad. Ziołowo-trawiasty, chmielowy zapaszek wspomagany przez nutę... mięty? W smaku jest raczej delikatne (nie mylić z wodnistym) ale też wytrawne. Chmiele szaleją i tylko raz na jakiś czas dają dojść do głosu i tak słabej już słodowości. Bardzo fajna trawiastość i zioła, tak jak w aromacie. Goryczka niska ale przyjemna, ziołowa. Nagazowanie średnie, pasuje idealnie. Wad znowu żadnych. Zdziwił mnie brak jakiegokolwiek masełka, w końcu jest to pewnego rodzaju czeskie podejście do piwa. Nie jest to jednak pils, brak mu wyrazistości, zdecydowania i powera ale jako orzeźwiające jasne niefiltrowane sprawdza się idealnie. Osobiście na pewno sięgnę po nie ponownie gdy będę potrzebował wypić coś mało skomplikowanego, no chyba że trafię na słabszą butelkę... Kompletnie inne doznania smakowe możecie przeczytać na przykład u Jerrego.
Poszukiwania mitycznego pilsa za trzy złote ciąg dalszy. Wiele dobrych rzeczy człowiek słyszał o Polce z Wąsosza. Nie jest aż taka tania jak by człowiek sobie życzył (w sensie szanuje się), oscyluje w okolicach czterech złociszy ale polscy piwosze mają zazwyczaj dużą tolerancje jeżeli chodzi o cenę. Dlatego własnie można spokojnie ową pilsównę zaliczyć do rankingu.
Czas też okazał się idealny, zmęczony jestem sylwestrem i wrocławskimi kraftami. Patrząc na swoją półkę w piwnicy miałem nietęgą minę, jakieś RISy, stouty wszelakiego pochodzenia, koźlaki podwójne czy tam dymione. Byłem skłonny nawet pojechać do Tesco po Pierwszą Pomoc z Pinty za 7,99zł... no dobra, może trochę przesadziłem. Dzięki Bogu moją uwagę przyciągnął, jakże by inaczej, dekolt z etykiety. Schowała się za pieruńskim butelkami skubana.
Właśnie, dekolt. No nie da się ukryć, że ktoś tu się za dużo teledysków Donatana i Cleo naoglądał. Scena wyjęta wręcz z kadru "My Słowianie". Nie żebym narzekał, po prostu mam już dość tworów tych dwojga, na całe życie chyba. My nie o tym jednak, całość bardzo mi się podoba szczerze mówiąc. Jest swojsko, jak na dożynkach. Frywolna kreska, jakiej użył rysownik też ma swój urok. Gdyby jeszcze papier lepiej się trzymał butelki i się nie podarł tu i tam... będzie walka o odzyskanie jej w całości do kolekcji. Samo piwo prezentuje się pilsowo. Złote, klarowne (jeżeli człowiek nie spieprzy tak jak ja i niepotrzebnie naleje końcówki z syfem). Piana z początku wyglądała całkiem całkiem. Niestety szybko zaczęła pękać pozostawiając średniej wielkości koronkę i jakąś tam wysepkę udającą kożuszek.
Rozbierzmy może naszą Polkę na czynniki pierwsze. W aromacie, dość intensywnym, pierwsze skrzypce grają słody. Coś pokroju ciastek i kruszonki z ciasta drożdżowego. Potem mamy trochę masełka (aka diacetyl) oraz lekki (może trochę za bardzo) ziołowy zapaszek chmielowy. Lubię czeskie pilsy więc ta odrobina masła dobrze na mnie działa. W smaku nie czuć, że to tylko dziewiątka w ekstrakcie, bardziej 11-12 bym powiedział. Mimo tego zachowuje lekkość i pijalność, bardzo dobrze wchodzi. Wysycenie też nie przeszkadza bo jest na średnim poziomie. A jak smakuje? Podobnie jak w aromacie, jest zbożowość, ciasteczkowa z dodatkiem skórki od chleba. Niestety ziołowo-trawiasta goryczka, która przychodzi zaraz po słodach, nie daje rady jakoś tego wyrównać. Jest za niska nawet jak na pilsa. Końcówka wydawała mi się też trochę wodnista, szczególnie po ogrzaniu piwa. Mam dziwne wrażenie, że nie jest to ta sama jakość co w pierwszej warce, którą tak wszyscy wychwalali... szkoda. Mimo tego piło się przyjemnie i przy każdej okazji wybrałbym je zamiast jakiegokolwiek koncerniaka.

















































