Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

W dzisiejszych czasach trzeba ostro kombinować. Z jednej strony szkoda wszystkich eventów, nie tylko piwnych, ale z drugiej... nikt chyba nie życzy sobie w swoim CV punktu z wywołaniem nowego ogniska Koronki.

Właśnie dlatego trochę średnio rozumiem niektóre imprezy, które powoli pojawiają się w kraju. Niby na papierze wszystko jest: 2 metry odstępu, maseczki w razie czego itd. Dobrze jednak wszyscy wiemy jak ludzie się zachowują, a co najgorsze, jak to organizatorzy potrafią zlać. Przecież się starali, wytyczne były. Właśnie dlatego Warszawski Festiwal Piwa przeniósł się w tym roku do internetów. Wczoraj mieliśmy mały przedsmak tego, kolejna data to 5 września, zapiszcie sobie.



O etykiecie mogę tylko tyle powiedzieć, że jest hipsterska. Nawiązuje do nazwy i insynuuje, że Miami lat 80'tych było prawdziwym rajem. Kapselek urzekł mnie bardziej, sumik pierwsza klasa. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste i widać gołym okiem, że także gęste jak cholera. Piana niska, szybko redukująca się do małej obrączki.


Aromacik "sycący". Jest kokosik, czekolada i wanilia. Te dwa pierwsze nie dają jednak odczucia podobnego do Bounty. Może to przez czekoladę, która nie przypomina za mocno mlecznej. No i ta dość wyraźna nuta ciemnych słodów, która miesza w kotle. 

Aha, browar napisał u siebie, że przez dodanie kokosa i wanilii udało im się uzyskać RiSa całorocznego (nie żebym miał problem kiedykolwiek z piciem ich przez cały rok). Coś tu jednak nie gra, bo za cholerę mi to nie pasuje do tych dzisiejszych upałów. Żarty żartami, ale ciałka to to ma, ojjj ma. Przyjemnie lepi się do przełyku, w czym pomaga też niskie wysycenie. Na pierwszym planie lekko gorzkawa czekolada, z domieszką kawy zbożowej. Potem trochę paloności, która przybiera na sile wraz z ogrzewaniem się piwa. Kokos słabszy niż w aromacie, ale nadal dość przyjemnie wyczuwalny. Wanilia za to przybrała na wadze i osładza to całe towarzystwo. Przez cały czas piwo balansuje na granicy słodkości/wytrawności. Goryczka średnia do niskiej, moooże z lekko palonym profilem. Na finiszu robi się bardziej kawowo i kokosowo. Ten ostatni jakby nawet taki przypalany trochę. Alkohol mocno rozgrzewa, ale głównie z ukrycia. Czasami gdzieś się pojawi w szlachetnej formie. Fajnie to wszystko gra muszę przyznać. Się znają chłopcy z USandA na crafcie.

----------

Styl: Imperial Stout with Coconut & Vanilla
Alk: 13%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d
Do spożycia: b/d


Aż dziw, że Stone Brewing nie pojawił się jeszcze na blogu. Jakby nie patrzeć jest to jeden z najbardziej rozpoznawanych browarów ze Stanów Zjednoczonych. Inna sprawa, że wielkością nie przypominają naszych rodzimych rzemieślników... No bo jaki browar craftowy może się pochwalić filią np. w Berlinie?

Tak się akurat złożyło, że kumpel był w delegacji za naszą zachodnią granicą i kupił mi puszki produkowane w Niemczech. Klasyczne Stone IPA pojawi się kiedy indziej, dzisiaj sprawdzimy sobie owiane tajemnicą Arrogant Bastard Ale. Browar podzielił się tylko ilością alkoholu. Reszta, nawet sam styl piwa, owiany jest tajemnicą... 


Bardzo prosty wygląd puszki, z typowym dla browaru wizerunkiem diabła. Z tego co widziałem najnowsza warka ma nawet spód i wieko czarne. Jak już wcześniej wspomniałem składu nie ma, nawet alergenów. Ciekawe jak się do tego ma polskie prawo, bo z tego co wiem można je kupić w Carrefourze. Piwo ma kolor ciemnej miedzi i jest lekko zmętnione. Szczerze mówiąc trochę mi przypomina nasze karmelkowe AIPA (tutaj wpisz jakiś browar). Piana bardzo wysoka, średnio zbita, ale utrzymująca się całkiem długo.


Nie wiedzieć czemu spodziewałem się dość mocnego karmelu, a tutaj taka niespodzianka... Owszem czuć mocną podbudowę słodową pod postacią wcześniej wymienionego karmelu i chlebka, ale amerykańskie chmiele też są całkiem wyraźne. Taka bliżej nieokreślona mieszanka cytrusów i iglaków. Jak na zwyczajne strong ale całkiem przyjemnie to pachnie.

W ustach średnio treściwe, z tak samo średnim do wysokiego nagazowaniem. Coś jak pierwsza lepsza IPA, Rowing Jack np. W smaku niby dominuje słodowość, znowu pojawia się karmel, tosty i odrobina rodzynek. Jest jednak, a przynajmniej według mnie, całkiem pokaźna kontra chmielowa. Zioła, iglaki i trochę cytrusów. Goryczka też niczego sobie, jak już się pojawi to może sponiewierać. Ma ziołowo-iglakowy profil (lub jak to ja lubię mawiać "o smaku kory drzewnej") i delikatnie zalega niepotrzebnie. Przy każdym kolejnym łyku wzrasta jej moc o dziwo. Finisz gorzki i ziołowy. Jak mocna herbata bez cukru. Jak na piwo niespodziankę z dużą ilością alkoholu jest naprawdę dobre. Co do tego ostatniego, jest naprawdę dobrze ukryty. Z drugiej strony... ja wolę wytrawniejsze trunki. Do typowego BBQ po amerykańsku jak znalazł.

----------

Styl: American Strong Ale (?)
Alk: 7,2% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d
Do spożycia: 17.08.2018

www.arrogantbrewing.com




Takie niespodzianki to ja lubię. Rafał, znajomy z drużyny rowerowej, lata dość często służbowo do kraju, który wielu z nas uważa za kolebkę piwnej rewolucji. Chodzi oczywiście o Stany Zjednoczone. Tak jak my lubi sobie wypić dobre piwo, więc odwiedza miejscowe browary kiedy tylko może.

Akurat tak się złożyło, że był ostatnio w browarze Voodoo, który z zewnątrz przypomina bardziej kamienicę usługową a nie miejsce, w którym się warzy piwo. Z tego co wiem, większość browarów w USA tak właśnie wygląda co według mnie ma swój urok. Anyway, przemycił mi butelkę świeżej IPA wprost z browaru. Nawet daty ważności nie zdążyli nakleić. Mam się bać?


Etykieta kojarzy mi się trochę z czasami flower power i to raczej zamierzony efekt artysty. Jest kolorowo, na dobrym papierze i z głównym bohaterem na środku, pokaźnych rozmiarów w dodatku. Tak, chodzi o szyszkę chmielu, a nawet dwie. Spodobało mi się też to, że kapsel nie był czarny, ale żółty. Samo piwo okazało się być prawie, że idealnie klarowne. Złote, może lekko miedziane. Piana średnio chciała się utworzyć i w dodatku zaczęła znikać dość szybko pozostawiając po sobie dziurawy kożuch. 


"Holy shit goddamn!" jakby to powiedzieli demokratyczni najeźdźcy zza wielkiej wody. Aromat wbija w podłogę intensywnością i długo nie pozwala się podnieść. Podwójne chmielenie na zimno dało efekty. Marakuja, mango, soczysta cytryna z grapefruitem i delikatny chlebek gdzieś z tyłu. Do tego ta dziwna nuta tytoniowa, którą chyba tylko ja wyczuwam przy mocno chmielonych IPA. Jest miazga ogólnie.

W smaku piwo nie zwalnia tempa i utrzymuje zasłużony zachwyt pijącego. Istna zupa chmielowa, tylko, że dość klarowna. Cytrusy i trochę dopełniających tropików to główne składowe Good Vibes. Grapefruit przejmuje pałeczkę głównodowodzącego a cytryna robi za jego sługusa. Mango i pomarańcza maszerują za nimi, ale ich słodycz nie ma prawa się przebić. Wszystko na delikatnej, biszkoptowej podbudowie słodowej. Goryczka mocna, momentami przyjemnie bolesna nawet. Profil grapefruitowy, a jakże by inny. Zalega też długo, ale na pewno znajdą się tacy, którzy pokochają ją za to. Finisz to nic innego jak wytrawne przeciągnięcie goryczki: grapefruit i szeroko pojęta cytrusowość. Cholernie wyraźne, złożone i bardzo pijalne jak na te parametry. Ciało idealne, niby je czuć, ale jeszcze nie tak mocno aby wypchało człowieka. Nagazowanie dość wysokie co w tym przypadku pomaga w piciu. Wielu na pewno odrzuci to, jakie to piwo jest wytrawne w porównaniu z naszymi polskimi odpowiednikami, ale najwyraźniej Amerykanie tak już mają. Można sobie z nich żartować, ale chciałbym żyć w kraju gdzie w zaledwie 15 tyś. mieście można sobie zajść do browaru i napić się tak dobrego piwa.

---------- 

Styl: India Pale Ale
Alk: 7,3%
Ekstrakt: b/d
IBU: 85+
Skład: słód (caramalt, acidulated, carapils), chmiel (Galaxy, Amarillo, Mosaic, Apollo), drożdże.
Do spożycia: b/d


Picie american wheatów, zwykłych pszenicznych, saisonówamerykańskich lub też normalnych IPA to norma w tak upalne dni jakie nam zafundowało w tym roku lato. Jako miłośnik piw ciemnych mam co chwilę chcice na takowe ale nie da się ich wypić z przyjemnością w takich warunkach. Dzięki Bogu pogoda na ostatnie dni postanowiła zmienić się diametralnie i dzięki temu miałem okazje otworzyć ostatnie piwo, które oceniam sobie we współpracy ze sklepem piwnym Piwna Przystań.

Dlaczego uważam, że stoutów nie powinno się pić przy takich temperaturach? Ano z bardzo prostego powodu: temperatura serwowania piw (w szczególności stoutów i porterów) powinna być dość wysoka, porównując oczywiście do „zalecanej” temperatury Żywca czy innych koncerniaków. Piwem nie można się nacieszyć pijąc je prawie, że lodowate. Ciemne, mocne piwa dopiero przy dwucyfrowej temperaturze uwalniają swój prawdziwy potencjał. Wszelakie pszeniczne czy lagery to inna sprawa ale my dzisiaj nie o tym.



Wygląd naszego dzisiejszego gościa bardzo przypadł mi do gustu. Zacznijmy od etykiety, która wydrukowana jest na bardzo fajnym, twardym i szorstkim papierze. Niedźwiedzio-jeleń w górzystych klimatach przypominających trochę Kanadę (mimo, że sam browar leży w Kalifornii) to to, co Brodaty lubi najbardziej. W teku piwo zachwyca czarną, nieprzejrzystą barwą. Niestety piana nie bardzo dorównuje reszcie, trafiają się w niej kratery wielkości mojego kciuka a i bardzo szybko zanika, pozostawiając tylko marny kożuch.


Aromat jest średnio intensywny jak na rasowego stouta ale za to dość długo utrzymujący się. Wytrawny, mocno palony z domieszką kawy i delikatną jak pupa niemowlęcia wanilią. Gdzieś w tle pojawia się też słaba, gorzka czekolada ale wraz z nią atakuje lekka nuta rozpuszczalnikowa, która zręcznie psuje cały odbiór. Szkoda.

Już przy pierwszym łyku daje się we znaki owsiankowa strona tego stoutu. Jest gładki, kremowy wręcz i treściwy. Od samego początku atakuje paloność, mocna i drapieżna. Gdzieś z tyłu pojawia się delikatna kawa ale to popiół rządzi na tej dzielnicy. Goryczka pojawia się znikąd i trzeba jej przyznać, że jest dość mocna jak na ten styl. Palona, kawowa, wykrzywia gębę jak mała czarna z ekspresu ciśnieniowego tyle, że… zimna (wielu osobom może się to nie spodobać). Finisz, a jakby inaczej, palony ale także lekko kwaskowaty z dodatkiem delikatnej wanilii. Mimo wysokiej treściwości pije się całkiem przyjemnie i bez zapychania (jeżeli ktoś ma wysoką tolerancję na spaleniznę oczywiście). Trochę przeszkadza wysycenie, które jest za wysokie jak na owsiankowego stouta. Ogniste wnętrze może wielu osobom przeszkodzić w delektowaniu się smukłą konsystencją tego piwa. Jakbym miał się czepiać, to mógłbym nawet stwierdzić, że jest za bardzo jednowymiarowe z tą swoją dominującą palonością.


Browar Anchor to pewnego rodzaju legenda w piwnym świecie. Wrzucony przez wielu do tego samego worka razem ze Stone Brewing, BrewDogiem itp. z tą różnicą, że panom z San Francisco raczej się nie zarzuca wadliwych/beznadziejnych warek (tak, mam na myśli BrewDoga i ich Dead Pony Pale Ale). Dzięki uprzejmości sklepu Piwna Przystań możemy sobie dzisiaj sprawdzić ową legendę.

Trochę się zagalopowałem z wyborem piwa, patrząc na zdjęcia stwierdziłem, że jest to zwykły brown. Nie sprawdziłem dokładnie opisu a inne, dostępne w sklepie style miały IPA w nazwie więc wybór był prosty. Dopiero przelewając piwo do szklanki poczułem, że coś jest nie tak (głównie przez aromat). Brekle's Brown to pewnego rodzaju single hop Citra brown ale. Jeżeli się nie mylę jest to też debiut na blogu kraju, który jest uważany za kolebkę piwnej rewolucji czyli USA. Hurrah?



Może takie stwierdzenie nie przystoi poprawnych rozmiarów brodaczowi ale butelka wygląda wręcz przepięknie. Kształt przypomina mi trochę stare butelki używane przed wojną w zniszczonym browarze Świebodzińskim. Etykiety Anchora wydają się proste ale mają jeden ważny element: ręcznie malowany rysunek, zazwyczaj jest to drzewo lub krzew. Od lat siedemdziesiątych autorem prawie każdego z rysunków jest Jim Stitt, krótki dokument o nim możecie zobaczyć pod tym linkiem. Nazwijcie mnie starym prykiem ale podobają mi się cholernie te etykiety. W szklanicy piwo wygląda prawie że tak samo zacnie. Jest klarowne, w kolorze rubinowym lekko kojarzącym się nawet z rdzą. Piana z początku wysoka i zbita redukuje się w średnim tempie do sporych rozmiarów kożucha. Koronki brak niestety.


Chwyciłem szkło co by szybko wywąchać ten intrygujący aromat, który mnie tak mocno zaskoczył po otwarciu butelki. Mocny, słodki i lekko przypalony karmel. Mam skojarzenia z karmelizowanym cukrem z patelni. Nic by w tym zadziwiającego nie było gdyby nie jeden mały szczegół... wtrącająca się wszędzie Citra. Wyobraźcie sobie, że karmel to powolny gigant a chmiel to młodzik z mieczem próbujący go powstrzymać (Shadow of the Colossus anyone?). Młody niby nic nie robi olbrzymowi ale wieśniacy, których domy próbuje uratować, i tak mu wiwatują. Tak jest z Citrą w tym przypadku. Raz po raz czuć jej wyraźne, mocne ale krótkie cięcia cytrynową kwaskowatością i według mnie jest to cholernie zadziwiające, że się wszystko nie zlepia w jedną karmelkową całość. O intensywność się nie martwcie, jest średnia ale zapach pozostaje do końca picia.

W smaku identyczna sytuacja z jedną różnicą: dochodzi goryczka (duh). Ta jest dość krótka ale stanowcza, niezalegająca i wyraźna. Ciało jest jednak najważniejsze w tym przypadku. Mamy tu wszystko począwszy od orzechów polanych toffi i karmelowych cukierków (jeszcze gorących i ciągnących się) aż po bardziej dostojny brązowy cukier czy nawet... czekoladę. Za tło robi skórka od chleba (pasująca jak ulał do całości według mnie). Symfonia słodowa w pięknej oprawie. Raz po raz uderza w nas Citra swoją cytrusowością, przypominając, że wcale tak mało jej panowie z Anchor nie wsypali. Finisz delikatny, ziemisto-orzechowy. Treściwość na odpowiednim poziomie, piwo wydaje się też lekko kremowe o dziwo. Wysycenie średnie do wysokiego, mogłoby być odrobinę niższe według mnie. Wyśmienity trunek, nie żałuję, że to właśnie Brekle's Brown wprowadził mnie do świata Anchor Brewing Co.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com