Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profesja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą profesja. Pokaż wszystkie posty

Wiem, że ostatnio pisałem Wam o przesileniu kwasowo-IPowym w zimie, ale z tym piwem jest trochę inaczej. Siedząc w domu (i mając w piwnicy spory wybór) mogę sobie raz na jakiś czas pozwolić na coś... letniego. Tak było tym razem, bo miałem dziwne wrażenie, że nawet jakiś słabszy stout mógłby mnie zapchać.

Cyrulik jest dość dziwacznym tworem, bo jak inaczej nazwać coś kwaśnego i wędzonego zarazem. Nie ma co się dziwić, bo piwo uwarzone było na Beer Geek Madness. Browar Profesja raczej wie co robi, dlatego nie skończę chyba jak kumpel kiedyś... po wypiciu 3 grand championów wędzonych (to już historia na kiedy indziej).


Etykieta typowa dla Profesji, oczywiście z krasnalem. Mimo dużej ilości tekstu podoba mnie się, jak zwykle. Piwo w kolorze jasnego złota, może delikatnie wchodzi w słomkę (ale na moje oko zbyt ciemne na to jest). Piana wysoka, biała i zdawałoby się, że mocno zbita. Dość szybko jednak opada bardzo ładnie chwytając się przy tym ścianki szkła.


Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo była mi potrzebna taka wędzonka w tym stylu. W fajnie intensywnym aromacie delikatnie dominuje bowiem takie połączenie oscypka z szynką wędzoną. Jak się mocno zaciągnie człowiek, to wyczuje też trochę jogurtu, jak to na ten styl przystało. Sama wędzonka nie jest nachalna i czuć, że piwo będzie raczej orzeźwiające i lekkie.

No... i jest fajnie. Lekko i zwiewnie nawet można rzec. Wysycenie wysokie, ale też bez przesadyzmów znacznych. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to zabranie Cyrulika do plecaka do lasu, czy to na rower, czy też na zwykłą przechadzkę. Berliner Weisse jest wręcz idealny do tego. Kwaśność, taka w sam raz. Profil czysty, mlekowy. Lekka pszenica w tle i trochę owocowości, taka cytrynka, albo i sam zest z niej. Dopiero po dwóch, trzech łykach czuć też wędzonkę. Ta jednak delikatnie, ale z klasą, komplementuje resztę. Goryczki nie ma, bo nie jest w tym stylu potrzebna. Finisz dość krótki, ale z jogurtowym przytupem bakteryjnym. Nie dość, że jest to bardzo proper berliner, to jeszcze z fajnym twistem. Jak się zrobi cieplej, to będzie idealny na wypady.

----------

Styl: Smoked Berliner Weisse
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 9° Plato.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny wędzony bukiem, pszeniczny), chmiel, drożdże Grodziskie, bakterie (Lactobacillus Brevis, Lactococcus Lactis, Lactobacillus Plantarum, Lactobacillus Delbrueckii).
Do spożycia: 18.01.2021


No co... że niby wczoraj był Międzynarodowy Dzień Stoutu, a na blogu nic? Takie życie... Kierowcą byłem cały dzień, musicie mi wybaczyć. Zamiast tego była stoutowa ankieta na fejsie, taka na weekend. Inna sprawa, że mam dla Was dzisiaj pewien diamencik, czy też sztosik jak kto woli.

Dostałem ostatnio z Browaru Spółdzielczego dwie inne mrożonki, ale to Krasnolód patrzył się na mnie złowieszczo z tej najbardziej zaciemnionej, "porterowej" półki w piwnicy. Inna sprawa, że miałem akurat wielką ochotę na koźlaka



Etykiet z tej zacnej, wymrażanej serii nikomu nie trzeba przedstawiać. Z mojej już trochę nitka odchodzi, bo piwo trochę stało na półce i się parę razy przejechało w plecaku. Mamy jednak nowość, mianowicie firmowy kapsel. Całkiem spoko, ale według mnie lepszy byłby z czarnymi liniami, a nie niebieskimi. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste i widocznie gęste. Lepi się do ścianek jak cholera. Piany nie ma, ale przy mrożonkach to nie grzech akurat.


Też tak macie, że jak poczujecie jakiś przyjemny i bardzo wyraźny zapach to przypominają się Wam momenty z dzieciństwa? Nie wiem czemu, ale mi zazwyczaj kojarzą się takie momenty z ciastem dopiero co wyjętym z piekarnika. Tutaj mam tak samo, szczególnie, że pełno jest owoców (głównie suszonych) w aromacie. Figi, daktyle (jako jeden z nielicznych lubiłem je od małego), może trochę pieczonych jabłek z posypką waniliową. W tle trochę melasy, migdałów i marcepanu. Nuty alkoholu gdzieś daleko, ale nie są gryzące na szczęście.

Już podczas nalewania było widać, że wodniste to to nie będzie. Konsystencja syropu to chyba najlepsze określenie w tym przypadku. Ciałka w bród, klejące jak braggot, a wysycenie niskie. Smakowo taki specyficzny aromat na sterydach. Melasa dostaje dobrego kopa i jest swoistą podstawą tego piwa. Fajnie łączy się z figami, suszonymi brzoskwiniami i delikatną śliwką. Migdały też zdają się być wyraźniejsze, ale największym zaskoczeniem jest delikatna czekolada. Wbrew pozorom pasuje tu idealnie. Goryczki jest trochę, ale ciężko jest określić jej profil. Finisz jest zadziwiająco czekoladowy z mocną beczką i wanilią. Tutaj też pojawia się trochę alkoholu, ale jak na ten woltaż jest go cholernie mało i fajnie rozgrzewa człowieka. Całość bardzo wyraźna, próbuje atakować z każdej strony. Na swój sposób jednak gra to wszystko ze sobą jakoś szczególnie dobrze. Właśnie takich doznań spodziewałem się po mrożonce. Gdyby zachowało się więcej nut chlebowych (które tak naprawdę giną w tym ferworze walki innych smaków) byłbym wniebowzięty, dosłownie. Mógłbym je sączyć z przyjemnością godzinami, nawet biorąc pod uwagę ten jeden, jedyny minus.

----------

Styl: Ice Double Bock
Alk: 19%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże.
Data rozlewu: 28.10.2018


Z każdym dniem zaczynam bardziej rozumieć dlaczego Pinta chce wybudować mikrobrowar głównie pod leżakowanie piw w beczkach. Spójrzcie na przykład browaru Profesja. Swojego RiSa wlali aż do 6 różnych beczek... Pojmujecie rozmach? To jest jedno konkretne piwo rozlane do takiej ilości drewna.

Dziś sprawdzimy sobie Cara z beczki po single malcie ze szkockiej wyspy Jura. Jeżeli dobrze pamiętam nie piłem wersji podstawowej, dlatego nie mam tej leżakowanej do czego porównać. Słyszałem tylko, że była wyraźnie czekoladowa. Jeżeli takie gorzkie kakao rywalizowałoby z beczką mogłoby być ciekawie...



Najpierw jednak przyjrzyjmy się butelce, bo jak zawsze z tym browarem jest na co popatrzeć. Car-krasnal na tronie wygląda mocarnie i trochę zwiastuje to co będziemy niedługo pić. Kapsel firmowy, ale jak to już wiele razy zaznaczałem za dużo na nim tekstu. Piwo czarne, nieprzejrzyste, jak smoła dosłownie. Kompletny brak piany może zawieść parę osób, ale przy takich parametrach jest to wybaczalne.


Nie muszę brać pierwszego łyku aby wiedzieć, że łatwo nie będzie. Car najwyraźniej nie bierze jeńców, jego zapach nie pozostawia co do tego złudzeń. Przez krótką chwilę czuć gorzką czekoladę, ale bardzo szybko wodze przejmują ciemne owoce i mocno związany z nimi alkohol. Stawiam na beczkę po whisky, bo wyraźnie czuć jeszcze drewno i wanilię w tle. Sam alkohol niebezpiecznie lawiruje na granicy szlachetności (jeżeli można tak w ogóle napisać o rudej). Zdarzy mu się być czasami nieprzyjemnie gryzącym, ale przy tak intensywnych doznaniach ujdzie to w tłoku.

No no... teraz to się trochę boję tego piwa. Zaczynam rozumieć dlaczego browar nazwał je właśnie tak. Do Cara trzeba podejść z ostrożnością i małymi, powolnymi kro... łyczkami. Już pominę fakt, że ciało cholernie wprowadza w błąd, bo piwo nie jest jakoś szczególnie zapychające. W ślepym teście dałbym mu max 22° ekstraktu. Od samego początku jednak czuć moc w smaku, i to taką podwójną. Z jednej strony mamy mega beczkę, likier wiśniowy (taki nad wyraz potężny, nawet jak na RiSa) i bardzo wyraźną wanilię. Oczywiście tą część otacza złowieszczo alkohol, identyczny jak w aromacie. Z drugiej strony stoi niewzruszona, gorzka czekolada wspomagana kawą. Ta druga chyba nie za bardzo chce się wychylać, bo sama boi się, że dostanie w łeb od czekolady. Obie strony konfliktu wyglądają jak wyciągnięte z finału jakiejś japońskiej gry lub anime (dobrze wiecie o co mi chodzi: milion zbliżeń na oczy, klimat jak przy końcu świata itd). Przez to wszystko nie mogę się zdecydować czy całość jest bardziej słodka czy gorzka. Goryczka za to na bardzo niskim poziomie. Na finiszu czekolada przejmuje po części pałeczkę, bo alkohol i beczka pozostają. Jak się ogrzeje to nawet taki suchy kakaowy posmak w ustach zostaje. Zadziwiające, fascynujące, ale też trochę straszne. Istna wojna smaków, każdy próbuje się pijącemu dobrać do gardła i to szponami. Jestem pewien, że jak ktoś nie przysiądzie do Cara z większą ilością wolnego czasu (i co najważniejsze pociągnie długie, obfite łyki) może się zrazić i stwierdzić, że to "zwyczajnie wali bimbrem" i tyle. Dajcie mu czas i pijcie w spokoju.

----------

Styl: Russian Imperial Stout Jura Whisky Barrel Aged
Alk: 14% Obj.
Ekstrakt: 28°
IBU: 1,5/5
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel, drożdże (Scottish Ale).
Do spożycia: 31.12.2020


Kontynuujemy koźlakową serię, oczywiście nadal z bardzo pozytywnym nastawieniem. Dziś sprawdzimy sobie podwójnego bocka. Zadanie na wieczór mamy proste: wypić przyjemnie prostego, ale za to bardzo wyraźnego przedstawiciela mocno słodowej części naszego ulubionego trunku. Czy to się uda?

Pozwolę sobie na pewne wróżenie z fusów twierdząc... że tak. Nie przypominam sobie, abym wypił kiedykolwiek (a przynajmniej na ramach bloga) niedobrego przedstawiciela tego stylu. No i jakby nie patrzeć dodatkowym atutem jest tutaj kooperacja Profesji i Browaru Spółdzielczego



Jakbyście się kiedyś zastanawiali jak by wyglądał krasnolud w stroju nurka to na zdjęciu macie odpowiedź. Nie powiem, uśmiałem się lekko pod nosem. Trochę mnie zasmuciła źle naklejona etykieta, ale równie dobrze mogła do tego doprowadzić wilgoć i mróz w czasie podróży. Kapselek firmowy z krasnalem od środka (zapomniałem fotki zrobić). Piwo ciemne, bursztynowe. Piana skąpa niestety, nawet przy dość burzliwym nalewaniu. Taki do połowy dziurawy kożuch (widoczny poniżej) utrzymywał się za to przez dłuższy okres.


Wprawdzie po koźlaku (nawet takim dubeltowym) nie spodziewam się aromatycznych uniesień tak tutaj brakuje mi trochę intensywności. Poprawia się po ogrzaniu całości, ale też jakoś nieszczególnie mocno. Jest słodowo (duuuh), słodko, ale tutaj górują owoce. Taka trochę śliwka z winogronem zmieszana. Zaraz po nich skórka od chleba, baaardzo delikatnie opieczona. Pół butelki puste i już prawie nic nie czuć, szkoda.

Ooo... i to lubię. Czuć treściwość, tak idealnie w punkt. Ciałko zaznacza swoją obecność tak, jak na doppelbocka przystało. Wysycenie średnie, do niskiego nie daje o sobie zapomnieć (w pozytywnym znaczeniu). W smaku pełnia słodowa atakuje od samego początku. Zdaje się mówić: "Tak, jestem dubeltowym koźlakiem, dlatego dostaniesz obrzynem w twarz". Owoce zeszły trochę na drugi plan, ale ten winogron nadal intryguje. Ich miejsce zajął chlebek, ale o dziwo ledwo co przypieczony. Wolę koźlaki z wyraźniejszą (i ciemniejszą) skórką, ale narzekać nie będę. Goryczka jak igła chirurgiczna, szybka i wyraźna, ale bezbolesna. Wręcz wyjęta z opisu stylu BJCP. Na finiszu pojawia się nutka czekolady, co według mnie dokańcza dzieła zachwytu. Alkohol ukryty perfekcyjnie, w "białych rękawiczkach" byście go nie znaleźli. Co jest zadziwiające to to, że tak na dobrą sprawę nie wyczuwam takiego typowego karmelu. Gdyby nie ten aromat byłby to idealny podwójny koźlak. Mimo tego... cholernie przyjemne piwo muszę przyznać. 

----------

Styl: Doppelbock
Alk: 8,9% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: 1/5
Skład: słód (pilzneński, monachijski, aromatic, special x, crystal oak, pszeniczny), chmiel (Iunga, Hallertauer Tradition), drożdże German Bock.
Do spożycia: 31.07.2019


Arrr! Nie macie już dość tych wszystkich piw leżakowanych w beczkach po mocniejszych destylatach? Ja muszę się Wam przyznać, że i tak... i nie. Lubię je, szczególnie RiSy i portery. Przeterminowany Wormhole BA ze Szpunta też okazał się być ostatnio wyśmienitym piwem (co było dla mnie dziwne, bo to imperialna IPA). Mam jednak takie odczucie, że w tym sezonie zimowym to "beczka" ma 80% rynku craftowego w Polsce.

Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale to takie trochę pójście na łatwiznę. Czepiam się jednak za bardzo. Pirata dostałem w prezencie świątecznym od browaru. Miałem go nie opisywać, bo z tej paczki macie już na blogu degustacje Szabrownika. Coś mnie się jednak spodobało w świetle, jakie padało w jadalni na ikeowski stół i musiałem mu zrobić zdjęcia. Wiem wiem, mam zboczenie jeżeli chodzi o robienie fotek.



Mam mieszane uczucia co do tej etykiety. Z jednej strony podoba mi się krasnal pirat (jak z resztą każda z postaci na piwach browaru), ale z drugiej mnogość tekstu kłóci mi się z cała estetyką graficzną. To samo kapsel. Już bym olał nazwę browaru nad logo, ale nigdy nie rozumiałem tych podpisów typu "jakiś tam browar rzemieślniczy". Samo piwo ładne, czarne, nieprzejrzyste. Piana trochę uboga, ale jakoś się tak przyzwyczaiłem do takiej jej postaci w beczkowych piwach.


Co jak co, ale aromatu to piwo nie straciło przez leżakowanie. Dominuje beczka i to czasami nawet tak gryząco... ale też fajnie zarazem. Jest whisky, ale taka zwyczajna. Jakby Wam to napisać... no zwykły blend, bez jakiegoś szczególnego profilu. Niby bimber, ale szlachetny. W tle trochę czekolady i śliweczka, taka fajna, likierowa. Całość utrzymuje się praktycznie do końca.

Wziąłem pierwszy łyk i... się delikatnie zdziwiłem. Spodziewałem się czegoś grubszego, a dostałem coś pokroju 19-20 Plato. Nie wpływa to zbytnio na odbiór całości, ale fajnie byłoby poczuć trochę więcej tego ciała. Wysycenie średnie, moooże ciut za wysokie. W smaku kolejne zaskoczenie, bo całość nie jest... słodka (coś sobie ubzdurałem, że takie będzie). Jest gorzka czekolada i oblane nią ciemne owoce (głównie śliwka, ale czasami pojawiają się też jeżyny). W tle krótkie podrygi kawy zbożowej wraz z komplementującą ją nutą paloną. Wszystko taniczne, trochę cierpkie, beczkowe. Goryczka na średnim do niskiego poziomie... chociaż w sumie ciężko ją wychwycić przy tak wytrawnym profilu piwa. Na finiszu robi się pustawo, pozostaje głównie "bimber". Na szczęście nie jest gryzący czy też rozpuszczalnikowy. Podsumowując...  spokojnie do wypicia, nie spodziewajcie się jednak nie wiadomo jakich doznań sztosowych. Pirat leżakowany w whisky jest zwyczajnie... zwyczajny, ale dobry.

----------

Styl: Imperial Baltic Porter Whisky Barrel Aged
Alk: 11,5% Obj.
Ekstrakt: 24° Plato
IBU: b/d
Skład: słód (monachijski jasny, monachijski ciemny, pilzneński, aromatic, czekoladowy jasny, caramel pils, brown, czekoladowy ciemny, caraffa special III), płatki pszenne, cukier, chmiel (Iunga, Hallertauer Tradition), drożdże German Bock.
Do spożycia: 31.10.2019


Zdradzę Wam pewien sekret o blogerach. Gdy zaczyna robić się zimno, a dni są coraz krótsze, dziwne stworzenia blogerskie zaczynają być bardziej natrętne. Wiąże się to z tym, że nudzi im się robienie zdjęć piwa w domu i zabierają swoje degustacje np. do znajomych. Cmokają wtedy nieznośnie w towarzystwie i każą wszystkim czekać na siebie opisując walory trunku w tych swoich notesikach.

Tak właśnie zrobiłem ostatnio będąc u znajomków. Graliśmy w gry planszowe pijąc alkohol (z okazji osiągnięcia przez nie 500 lajków na fejsie). Nie mogłem sobie odpuścić zrobienia fot w nowym środowisku dlatego zabrałem ze sobą Szabrownika, którego wybraliście w weekendowej ankiecie. Specyficzne to piwo muszę przyznać. Graff - czyli szeroko pojęte połączenie piwa z cydrem, nie każdemu przypadnie do gustu.



Etykieta jak zwykle na propsie, z bardzo szczegółowym (i unikatowym) rysunkiem krasnoluda. Jeżeli dobrze kojarzę to każde piwo z Profesji ma takiego. Jakość papieru (jak i sposobu jego naklejenia) poprawiła się od ostatniego razu. Na kapslu mogli zostawić samo logo według mnie. Piwo ma fajny, złocisto-antonówkowy kolor i jest wyraźnie zmętnione. Piana, z początku wysoka, szybko zredukowała się do jednego palca. Pozostała taka już prawie do końca picia, co było nie lada wyczynem. 


Aromat się zbytnio nie zmienił w porównaniu do kranowej wersji z PTP2018. Nadal wyraźnie czuć jabłka, ich skórkę (szczególnie zieloną) i takie bardzo delikatne nuty zbożowe. Są mocne skojarzenia z cydrem. Szczególnie, że pojawia się czasami taka fajna owocowo-alkoholowa nuta, którą ja osobiście wiążę właśnie z cydrem. Można by też rzec, że zdaje się być trochę winne przez to. Przy ogrzaniu wyszły nawet delikatne bretty pod postacią stajni, co mnie bardzo zdziwiło.

W smaku rześkie, średnio wysycone i mega, ale to mega pijalne. Spodziewałem się większego wysycenia, ale zostałem mile zaskoczony. Nic mi przez nos nie wyleciało, że się tak wyrażę. Z początku wydawało się być słodkie, tak jak pierwszy kęs świeżo zerwanego jabłka. Bardzo szybko jednak władzę przejmuje kwaśność owocowa i to taka wysokich lotów. Czuć, że nie został tutaj dodany zwykły sok "z biedry". Skojarzenia z cydrem są jak najbardziej na miejscu, szczególnie, że całość jest wyraźnie cierpka (w dobrym tego słowa znaczeniu) i delikatnie winna. Zbożowe tło komponuje się z tym wszystkim idealnie. Goryczka jest punktowa i chyba za bardzo nie chce wchodzić w drogę tej bombie jabłkowej. Na finiszu taniny zyskują na sile co wymusiło na mnie swoiste cmokanie. Mnie się podoba, jest piwnie, jest cydrowo i orzeźwiająco. Nie jest też słodko, co w dobie Somersby można uważać za duży plus.

----------

Styl: Graff
Alk: 5,7% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: 1,5/5
Skład: słód (pilzneński, melanoidynowy, dextrynowy, pszeniczny jasny), płatki owsiane, sok z jabłek (Idared, Pepina Ribstona, Golden Delicious, Szara Reneta), chmiel (Puławski, Oktawia, drożdże (San Diego Super, Brettanomyces Bruxellensis Trois)
Do spożycia: 30.04.2019


Mam ostatnio wielką ochotę na tzw. sztosy. Kartoniki z piwnicy znikają w tempie zatrważającym trzeba przyznać. Musiałem jednak ponownie coś dobrego wypić, bo przetrwałem (ledwo) sobotni wyścig przełajowy na swoim ciężkim MTB. Bez kondycji, przygotowania i z tętnem sięgającym kosmosu. Nagroda się należała jak psu buda.

Padło na Bartnika z Profesji, czyli braggota. Jest to połączenie miodu i piwa, w tym przypadku dodatkowo potraktowanego beczką po bourbonie i brettami. Lubię ten styl. Jest idealny do powolnego sączenia przy oknie, podczas gdy sąsiad lata z łopatą na mrozie. 


Etykieta jakoś nieszczególnie się wyróżnia, ale dzięki Bogu jest dopasowana wielkością do butelki. Ta ma bardzo ładny kształt i specyficzny szeroki kapsel, niestety goły. Kartonik masywny, gruby i wytrzymały. Piwo ma bursztynowy kolor i wygląda na klarowne. Przez szkło widać jednak gęstość trunku, jak przy miodzie. Piana praktycznie nieistniejąca, bo tych paru bąbli jej mianem nie nazwę. Jednak pamiętajmy, że to zbytnio nie przeszkadza w tym stylu.


Jeżeli mnie nos nie myli, to wersja którą dzisiaj popijam pachnie prawie, że identycznie jak ta normalna, którą skosztowałem na PTP w tym roku. Dużo słodkiego miodu, takiego naturalnego i zapowiadającego bardzo gęste odczucia w ustach. Idealnie łączą się z tym polne kwiaty i bliżej nieokreślone owoce, niekoniecznie ciemne, ale na pewno suszone. Po ogrzaniu materializują się one w postaci moreli i chyba wiśni. Może to tylko urojenia, ale po pewnym czasie wyczułem też subtelną końską derkę. Czyżby bretty się odezwały?

Oho, już po pierwszym łyku czuć różnicę jeżeli chodzi o wersję leżakowaną w beczkach po bourbonie. Nie jest tak oblepiająco gęsta jak ta podstawowa. Nie zrozumcie mnie źle, o wodnistości nie ma co nawet wspominać, a całość nadal klei się do języka jak syrop, którego nie chcieliście pić w dzieciństwie (z tym, że tutaj jest nad wymiar przyjemne). Bartnik BA jest po prostu... lżejszy, odrobinkę. Wysycenie nadal na niskim i przyjemnym poziomie. W smaku na pierwszym planie oczywiście miód, na moje "oko" głównie lipowy. Zaraz za nim (aczkolwiek nigdy przed nim) słodowość, takie trochę ciasto biszkoptowe nawet. W tle wyraźne owoce: głównie wiśnie, figi, suszone śliwki (takie delikatne skojarzenia z babcinym kompotem świątecznym) i morele. Goryczka średnia, ale krótka. Jakoś nieszczególnie wybija się poza ten cały miód, ale to raczej na plus według mnie. Finisz zadziwiająco krótki, ale całkiem przyjemny. Ot wcześniej wymienione owoce zatopione w miodzie. Pewnie w tym momencie ciśnie się Wam jedno pytanie na usta: gdzie ta beczka? Ależ jest, praktycznie przez cały okres picia i w dodatku jej intensywność rośnie w miarę ogrzewania się piwa. Alkohol towarzyszy nam ciągle, jak dobry przyjaciel. Podbija wcześniej wymienione smaki swoją bourbonową słodyczą i tylko na finiszu wzrasta do rangi głównodowodzącego. Trochę wanilii i drewnianych nut też się znajdzie. Mimo tego całego miodku piwo nie jest jednowymiarowe. Ba, jest cholernie złożone i gotowe do wypicia bez leżakowania. Sączyć w tempie żółwim, a będziecie zadowoleni.

----------

Styl: Braggot Bourbon Barrel Aged
Alk: 14% Obj.
Ekstrakt: 28°
IBU: 3,75/5
Skład: słód (pilzneński, wiedeński, aromatic, crystal oak, amber, special X), chmiel Admiral, drożdże (scottish ale, brettanomyces claussenii, brettanomyces bruxellensis), miód (lipowy, wielokwiatowy), cukier trzcinowy.
Do spożycia: 31.10.2018


Dajcie mi dużego wolta (nie chodzi tym razem o piwo z browaru Brodacz) w tak upalny dzień a wyląduje pod drzewem nieprzytomny szybciej niż Ronaldo w polu karnym przeciwnika. Takie przekonanie co do piw mocniejszych ma bardzo dużo osób w naszym kraju i nie jest ono wyssane z palca. Ja jednak czasami lubię sobie wypić np takie mocne szkockie piwo w piękny letni dzień...

Serwowane oczywiście w trochę niższej temperaturze niż być powinno, ale z wiadomych przyczyn ogrzewa się ono bardzo szybko. Dudziarz z wrocławskiego browaru chodził za mną już jakiś czas, głównie przez jego styl. Pierwszy raz wee heavy piłem w browarze Haust i muszę przyznać, że przypadło mi do gustu. 


Kurde fajne są te krasnale na etykietach browaru Profesja. Nie pasuje mi jednak ten czerwony pasek w kratę, przechodzący przez sam środek. Jakoś niesymetrycznie przecina np. logo browaru co wymusza na mnie lekki tik nerwowy. Co do piwa... zaskoczyła mnie jego klarowność. Było tylko delikatnie zmętnione. Kolor brązu, czy też ciemnej miedzi całkiem ładnie prezentował się w szkle. O wiem! Gdyby nie widoczne wysycenie przypominałoby mocną herbatę. Co innego piana, która od początku była dziurawa i bardzo szybko się zredukowała do popękanego kożucha. 


No no, jest bardzo przyjemnie i rozgrzewająco. Jest karmel, ale nie taki przesadnie słodkawy. Do tego ciemne owoce. W tym przypadku główną rolę odgrywają lekko podwędzane śliwki, które bardzo fajnie łączą się z delikatnym alkoholem gdzieś w tle. No i te idealnie pasujące do całej kompozycji torfowe nuty, które może i są dość wyraźne, ale nie przykrywają reszty. Kurde pięknie to pachnie, szkoda tylko, że nie jakoś super intensywnie.

Po pierwszym łyku człowiek jest lekko zdezorientowany, bo początek jest dość... nijaki, wodnisty nawet można rzec. Na Dudziarza szczęście odczucie to mija bardzo szybko i do akcji wchodzi potężna, ale bardzo dobrze wyrównana słodowość. Karmel, wędzona śliwka (na moje oko mocniejsza niż w aromacie) i taki krótki, ale za to bardzo słodki atak rodzynek gdzieś w tle. Całość wydaje się też być lekko kwaskowata. Goryczka mnie zadziwiła, bo ma czelność przebić się czasami przez tę słodową barierę swoim ziołowym profilem. Bez przesady jednak, to nie ona jest tutaj głównym bohaterem. Finisz zdecydowanie wytrawny, torfowy, lekko popiołowy nawet. Z początku alkohol wydawał się być dobrze ukryty, ale z każdym łykiem rósł w siłę i pod koniec zaczynał już pomiatać towarzystwem. Zadziwiające jest jednak to jak to piwo wydaje się być lekkie przy takich parametrach. Dość wysokie nagazowanie w tym odczuciu na pewno pomaga. Koniec końców bardzo mi smakowało. Fakt, że żaden ze smaków nie przykrywał reszty jest chyba największych atutem Dudziarza.

----------

Styl: Wee Heavy
Alk: 9,6% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: 27
Skład: słód (pilzneński, monachijski ciemny, wiedeński, special X whisky, pszeniczny), chmiel (Magnum, Hallertau Tradition), drożdże Scottish Ale.
Do spożycia: 30.09.2016


Dzisiaj sprawdzimy sobie (znowu) piwo, które gniło w czeluściach mojej piwnicy już jakiś czas. Wysypało się degustacji ostatnio na jego temat, więc postanowiłem sam spróbować i zaskakujące jest ile temu wieśniaczemu stylowi (bo farmhouse... heheszki?) dało takie niby leżakowanie.

Uwarzone wraz z pubem Jabeerwocky na cześć znanego i lubianego basisty/wokalisty Lemmiego Kilmistera piwo jest kolejnym z serii kolaboracyjnych browaru Profesja. Wcześniej piłem ich Przekupkę, którą uwarzyli wraz z pubem Targowa i nie byłem zawiedziony. Jak będzie tym razem?


Jeżeli dobrze pamiętam każda z etykiet browaru ma rysunek krasnala, który trudzi się daną profesją (w zależności od nazwy piwa). Tym razem jest trochę inaczej, mamy bowiem sylwetkę zmarłego niedawno Lemmiego (Motörhead anyone?). Oczywiście nie pomyślałem o tym, aby zrobić zdjęcie bom idiota. Rysunek możecie zobaczyć tutaj. Samo piwo okazało się być zaskakująco klarowne, prawie, że idealnie. Oczywiście miało sporo syfu na spodzie butelki, ale musiałby się człowiek natrudzić aby go podnieść. Kolor... raczej miedziany. Piana wysoka, drobna, śnieżnobiała. Żywot miała średnio długi, ale pozostawiła po sobie bajeczną koronkę na ściankach. 


Ojezusicku, co to jest? Albo mi się coś z nosem stało albo leżakowanie tego piwa zmieniło całkowicie jego profil zapachowy. Z tego co czytałem świeżynka pachniała cytrusami, teraz tak na pewno nie jest. Stajnia, końska derka. W dodatku w takich ilościach, że aż podraża nos. Cytrusy mocno, ale to cholernie mocno z tyłu. Może nawet w granicach autosugestii. Z taką stajnią w belgijskim piwie się jeszcze nie spotkałem muszę przyznać. 

W smaku tak samo zaskakujące. Po pierwsze, jest cholernie pijalne, żeby nie nadużyć słowa sesyjne. Wysycenie mogłoby być wyższe, ale w tym przypadku to raczej moje własne widzimisię. Jest też dość wytrawne. Znowu atakuje stajnia i spocone konie po całym dniu treningu. Jakby człowiek skórę przeżuwał. Gdzieś z tyłu czai się lekka nuta limonki, ale rozpędzone stado koni bardzo szybko ją przegania. Goryczka wchodzi szybko i tak samo szybko znika. Jest taka trochę łodygowa i ziołowa zarazem. Przydałaby się mocniejsza aby chociażby na chwilę przerwać dominacje kopytnych. Finisz to niekończący się i trochę zalegający galop z dodatkiem delikatnych przypraw, tutaj rolę główną odgrywa pieprz. Cały czas pałęta się też jakiś słodki owoc... gruszka? Raczej tak. Zaskoczyło mnie to piwo muszę przyznać. Nie spodziewałem się takiej dzikości. W końcu wyszło tak, że Ameryki w tym mało a wsi od cholery. Czy to źle? Broń Boże.

----------

Styl: American Farmhouse Ale
Alk: 5,9%
Ekstrakt: 13°
IBU: 26
Skład: słód (jęczmienny: pilzneński, monachijski, aromatic; pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Hallertauer Tradition, Cascade, Mosaic, Centennial), drożdże (California Ale, Wallonian Farmhouse, Brettanomyces Bruxellensis).
Do spożycia: 18.05.2016


Tak wiem, że to z tyłu to nie jest bass.

Byłem ostatnio we Wrocławiu przy okazji corocznego upijania się, potocznie zwanego Sylwestrem. Miałem wielkie plany związane z paroma multitapami wrocławskimi (i nie tylko), ale niestety, jak to bywa w życiu, zwyczajnie nie wyszło. Przez lenistwo niektórych ludzi liczba miejsc, które odwiedziliśmy okazała się być mało zadowalająca... tylko dwa przybytki z lanym piwem? Serio?

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com