Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą russian imperial stout. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą russian imperial stout. Pokaż wszystkie posty

No no, zapomniałem już, że miałem tego RiSa w piwnicy. Szczególnie po tym, jak smakował na świeżo. Jakieś zboczenie zawodowe najwidoczniej... A może wyjdzie to na dobre? Może coś te 3 lata dały? Zobaczmy.

W dzisiejszych czasach trzeba ostro kombinować. Z jednej strony szkoda wszystkich eventów, nie tylko piwnych, ale z drugiej... nikt chyba nie życzy sobie w swoim CV punktu z wywołaniem nowego ogniska Koronki.

Właśnie dlatego trochę średnio rozumiem niektóre imprezy, które powoli pojawiają się w kraju. Niby na papierze wszystko jest: 2 metry odstępu, maseczki w razie czego itd. Dobrze jednak wszyscy wiemy jak ludzie się zachowują, a co najgorsze, jak to organizatorzy potrafią zlać. Przecież się starali, wytyczne były. Właśnie dlatego Warszawski Festiwal Piwa przeniósł się w tym roku do internetów. Wczoraj mieliśmy mały przedsmak tego, kolejna data to 5 września, zapiszcie sobie.



O etykiecie mogę tylko tyle powiedzieć, że jest hipsterska. Nawiązuje do nazwy i insynuuje, że Miami lat 80'tych było prawdziwym rajem. Kapselek urzekł mnie bardziej, sumik pierwsza klasa. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste i widać gołym okiem, że także gęste jak cholera. Piana niska, szybko redukująca się do małej obrączki.


Aromacik "sycący". Jest kokosik, czekolada i wanilia. Te dwa pierwsze nie dają jednak odczucia podobnego do Bounty. Może to przez czekoladę, która nie przypomina za mocno mlecznej. No i ta dość wyraźna nuta ciemnych słodów, która miesza w kotle. 

Aha, browar napisał u siebie, że przez dodanie kokosa i wanilii udało im się uzyskać RiSa całorocznego (nie żebym miał problem kiedykolwiek z piciem ich przez cały rok). Coś tu jednak nie gra, bo za cholerę mi to nie pasuje do tych dzisiejszych upałów. Żarty żartami, ale ciałka to to ma, ojjj ma. Przyjemnie lepi się do przełyku, w czym pomaga też niskie wysycenie. Na pierwszym planie lekko gorzkawa czekolada, z domieszką kawy zbożowej. Potem trochę paloności, która przybiera na sile wraz z ogrzewaniem się piwa. Kokos słabszy niż w aromacie, ale nadal dość przyjemnie wyczuwalny. Wanilia za to przybrała na wadze i osładza to całe towarzystwo. Przez cały czas piwo balansuje na granicy słodkości/wytrawności. Goryczka średnia do niskiej, moooże z lekko palonym profilem. Na finiszu robi się bardziej kawowo i kokosowo. Ten ostatni jakby nawet taki przypalany trochę. Alkohol mocno rozgrzewa, ale głównie z ukrycia. Czasami gdzieś się pojawi w szlachetnej formie. Fajnie to wszystko gra muszę przyznać. Się znają chłopcy z USandA na crafcie.

----------

Styl: Imperial Stout with Coconut & Vanilla
Alk: 13%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: b/d
Do spożycia: b/d


Lubię wracać do dobrych rzeczy. Nie muszą być to oczywiście piwa, ale jakoś tak zazwyczaj wychodzi, że są... Takie hobby, co zrobisz. W tym przypadku postanowiłem (a tak na serio to Wy zadecydowaliście w ankiecie) wrócić do starych czasów kooperacji zagranicznych Piwoteki. I to nie jakiś tam pierdów, bo przecież De Molen to chyba każdy zna.

Prawie 3 lata temu opisałem wersję z whisky (łooo tutaj) i przypadła mi ona do gustu, nawet bardzo z tego co pamiętam. Tę z Sherry zakopałem w piwnicy i o niej zapomniałem... Dobrze, że na nowym lokum mam większą piwnicę i wszystko ładnie widać na półkach.


Etykieta to szeroko pojęte połączenie obu browarów. Mamy grafikę piwotekową i rozmiar papieru jak u De Molena. Ładna ta grafika muszę przyznać. Jedna z niewielu, gdzie nie przeszkadza mi taka ilość tekstu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana bardzo niska, szybko zanikająca. Przy takiej ilości alkoholu i leżakowaniu jakoś mnie to nie dziwi. 


Jak na piwo, które przeleżało w piwnicy prawie 3 lata całkiem dobrze i intensywnie to pachnie. Jest potężna, gorzka czekolada i tak 1/3 normalnej dawki kawy. Potem palone (ale nie spalone) zboże i może delikatne podpiekane orzeszki. Żeby tego było mało czuć czerwone owoce, nuty winne i beczki. Te ostatnie na granicy bardzo starego drewna z lekko wilgotnej piwnicy. 

Oho, dobrze, że się akurat chłodno wieczorem zrobiło. Chociaż... blogerzy mają takie fetysze, aby grube, ciemne piwa pić latem (co nie Majkel?). Ciałka jest w tym sporo. Ekstrakt sięgający prawie 30% wagowo to już nie w kij dmuchał trzeba przyznać. Szczególnie przy tak niskim wysyceniu. Gęste to cholerstwo jest, ale zadziwiająco mało oblepiające zarazem. Czekolada i w smaku wiedzie prym, ale nie jest jakoś szczególnie zachłanna i pozwala dojść do głosu reszcie. Na przykład dobrze wpasowanej kawie, delikatnie zbożowej. Potem palone słody, trochę drewna (tego samego co w aromacie) i śliwki z wiśnią. No... te dwa ostatnie może z deka bardziej "trochę". Ciągle mi chodzą po głowie takie super duper premium praliny gorzkie, co może raz mi dane było w życiu je spróbować... Nie mogę sobie jednak ich nazwy przypomnieć. Całość okraszona nutą miodu gryczanego. Tak wiem, mnie też to mocno zdziwiło. Goryczka niska, ale wyczuwalna. W sumie to dobrą robotę zrobiła już wcześniej gorzka czekolada. Na finiszu wychodzą (dopiero) winne akcenty, lekkie taniny i bardzo zamglony posmak winogron. Gorzka czekolada nadal jednak dominuje. Nie przeszkadza mi to, bo jej profil jest wręcz przezajebisty. Tak jak całe piwo. Alkohol się pięknie schował i rozgrzewa mocno, ale po kryjomu.

----------

Styl: Russian Imperial Stout with Rowanberry Sherry BA
Alk: 13,8% Obj.
Ekstrakt: 29,7% Wag.
IBU: 110 (hehe)
Skład: słód (belgisjki pils, monachijski, mild, karmelowy 120, czekoladowy, zakwaszający, pszeniczny), płatki owsiane, palony jęczmień, jarzębina, chmiel Zeus, drożdże Danstar Nottingham.
Do spożycia: 18.08.28


Jedną z nielicznych butelek zakupionych przeze mnie na Warszawskim Festiwalu Piwa (relacja tutaj) był "zwyczajny" RiS z browaru Gzub. Dlaczego? No chyba nie muszę Wam tego tłumaczyć? Nie przypominam sobie browaru w Polsce z taką butelką-granatem.

Jak tak sobie teraz myślę, to z Gzuba za dużo piw w swoim życiu nie wypiłem. Kto wie, może to będzie początek niespodziewanej miłości? Na swoim stanowisku w Warszawie mieli jakieś tam wzięcie to chyba wpadki nie będzie?


Pięknie dziwaczna butelczyna oklejona jest dość prostą, ale jakże pasującą etykietą. Skojarzenia z opakowaniami starych lekarstw w jeszcze starszych aptekach są jak najbardziej na miejscu. Nawet papier przypomina swoją chropowatością ten z dawnych lat. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana bardzo wysoka, ale miejscami dziurawa. Na szczęście dość długo się trzyma i ma charakterystyczną "piankę" na wierzchu. Lacing też niczego sobie.


Coś tu jest jednak nie tak... Pierwszy niuch przyniósł aromaty... winne. Takie delikutaśne, ale zawsze. Raczej czerwone wino, bo właśnie takie owoce przychodzą na myśl jak czerwony winogron i trochę wiśni. Bardzo daleko w tle trochę czekolady i w sumie nic więcej. Po dość wyraźnym ogrzaniu dochodzi też lekki karmel. Mam złe przeczucia...

Zapnijcie pasy, wsiadamy na shitstormowy rollercoaster. Po pierwsze: całość jest przegazowana, jak jakiś podły schwarzbier. Dodatkowo ciałka w tym jak na lekarstwo. W życiu bym nie powiedział, że ten "RiS" ma powyżej 20° ekstraktu. W smaku jest kłująco, nieprzyjemnie, za ostro nawet jak na ten styl. Nic tutaj do siebie nie pasuje, wszystko się gryzie ze sobą. Dobra wojenka smaków nie jest zła w RiSie, ale tutaj to... szkoda gadać. Na początku szczypie (ale bardzo krótko) gorzka czekolada, potem wchodzi jakiś sfermentowany owoc, albo i nawet dwa (winogron i rodzynki). Do tego dochodzi delikatna nuta rozpuszczalnikowa. Każde z nich uderza jak igła, bez przysłowiowej spoiny, lub czegokolwiek innego. Goryczka? Jakaś tam jest, może i nawet lekko palona. Niestety szybko o niej człowiek zapomina, bo na finiszu wchodzi kolejna igła pod postacią zwietrzałej kawy. Nie zrozumcie mnie źle... uwielbiam sado-maso w ciemnych piwach. Antracyt jest po prostu beznadziejnym chaosem o intensywności zwykłego ciemniaka, a nie RiSa z krwi i kości.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 10,8% Obj.
Ekstrakt: 23°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.12.2020


Z każdym dniem zaczynam bardziej rozumieć dlaczego Pinta chce wybudować mikrobrowar głównie pod leżakowanie piw w beczkach. Spójrzcie na przykład browaru Profesja. Swojego RiSa wlali aż do 6 różnych beczek... Pojmujecie rozmach? To jest jedno konkretne piwo rozlane do takiej ilości drewna.

Dziś sprawdzimy sobie Cara z beczki po single malcie ze szkockiej wyspy Jura. Jeżeli dobrze pamiętam nie piłem wersji podstawowej, dlatego nie mam tej leżakowanej do czego porównać. Słyszałem tylko, że była wyraźnie czekoladowa. Jeżeli takie gorzkie kakao rywalizowałoby z beczką mogłoby być ciekawie...



Najpierw jednak przyjrzyjmy się butelce, bo jak zawsze z tym browarem jest na co popatrzeć. Car-krasnal na tronie wygląda mocarnie i trochę zwiastuje to co będziemy niedługo pić. Kapsel firmowy, ale jak to już wiele razy zaznaczałem za dużo na nim tekstu. Piwo czarne, nieprzejrzyste, jak smoła dosłownie. Kompletny brak piany może zawieść parę osób, ale przy takich parametrach jest to wybaczalne.


Nie muszę brać pierwszego łyku aby wiedzieć, że łatwo nie będzie. Car najwyraźniej nie bierze jeńców, jego zapach nie pozostawia co do tego złudzeń. Przez krótką chwilę czuć gorzką czekoladę, ale bardzo szybko wodze przejmują ciemne owoce i mocno związany z nimi alkohol. Stawiam na beczkę po whisky, bo wyraźnie czuć jeszcze drewno i wanilię w tle. Sam alkohol niebezpiecznie lawiruje na granicy szlachetności (jeżeli można tak w ogóle napisać o rudej). Zdarzy mu się być czasami nieprzyjemnie gryzącym, ale przy tak intensywnych doznaniach ujdzie to w tłoku.

No no... teraz to się trochę boję tego piwa. Zaczynam rozumieć dlaczego browar nazwał je właśnie tak. Do Cara trzeba podejść z ostrożnością i małymi, powolnymi kro... łyczkami. Już pominę fakt, że ciało cholernie wprowadza w błąd, bo piwo nie jest jakoś szczególnie zapychające. W ślepym teście dałbym mu max 22° ekstraktu. Od samego początku jednak czuć moc w smaku, i to taką podwójną. Z jednej strony mamy mega beczkę, likier wiśniowy (taki nad wyraz potężny, nawet jak na RiSa) i bardzo wyraźną wanilię. Oczywiście tą część otacza złowieszczo alkohol, identyczny jak w aromacie. Z drugiej strony stoi niewzruszona, gorzka czekolada wspomagana kawą. Ta druga chyba nie za bardzo chce się wychylać, bo sama boi się, że dostanie w łeb od czekolady. Obie strony konfliktu wyglądają jak wyciągnięte z finału jakiejś japońskiej gry lub anime (dobrze wiecie o co mi chodzi: milion zbliżeń na oczy, klimat jak przy końcu świata itd). Przez to wszystko nie mogę się zdecydować czy całość jest bardziej słodka czy gorzka. Goryczka za to na bardzo niskim poziomie. Na finiszu czekolada przejmuje po części pałeczkę, bo alkohol i beczka pozostają. Jak się ogrzeje to nawet taki suchy kakaowy posmak w ustach zostaje. Zadziwiające, fascynujące, ale też trochę straszne. Istna wojna smaków, każdy próbuje się pijącemu dobrać do gardła i to szponami. Jestem pewien, że jak ktoś nie przysiądzie do Cara z większą ilością wolnego czasu (i co najważniejsze pociągnie długie, obfite łyki) może się zrazić i stwierdzić, że to "zwyczajnie wali bimbrem" i tyle. Dajcie mu czas i pijcie w spokoju.

----------

Styl: Russian Imperial Stout Jura Whisky Barrel Aged
Alk: 14% Obj.
Ekstrakt: 28°
IBU: 1,5/5
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel, drożdże (Scottish Ale).
Do spożycia: 31.12.2020


Holenderski browar De Molen jest w pewnym sensie taką moją grzeszną przyjemnością. Jak mam ochotę na coś naprawdę odlotowego to szukam piwa (zazwyczaj ciemnego) z ich oferty. Poprzedzam to oczywiście sprawdzeniem opinii na necie, bo nie mam wtedy za bardzo ochoty na porażkę degustacyjną.

Different and Unusual stał sobie samotnie na półce i szybkie wejście na RB potwierdziło moje przypuszczenia. Z takim składem nie może być źle. Zastanawiało mnie tylko jedno: czy owoce nie będą przesadnie dominować, ale wcześniejsze doświadczenia z tym browarem sugerowały mi, że raczej nie dojdzie do tego. Swoją drogą nie wiem czy tylko mi się tak wydaje, ale chyba ich butelki staniały ostatnio na naszym rynku.



Opisywać etykiety nie będziemy, bo nie ma co. Każdy rozpozna ich prosty "design", jeśli można go tak w ogóle nazwać. Kapsel firmowy, jak na ich pozycje w świecie piwnym przystało. Piwo już przy nalewaniu okazało się być mega gęste, a piana wysoka i ładnie zbita. Czarne jak węgiel, nieprzejrzyste. Piana brązowa, jedna z najciemniejszych jakie widziałem.


Aha, to jedno z TYCH piw. Z początku, nawet zaraz po otwarciu butelki, aromat jakoś nieszczególnie powalał intensywnością. Dopiero po ogrzaniu wychodzi charakterek. Z początku zdaje się być słodki, owocowy. Głównie czereśnie na mój nos, do tego trochę wanilii (dziwne, bo w składzie tak naprawdę są wiśnie). Bardzo szybko jednak dostaje człowiek z buta w twarz. Owy but to nic innego jak gorzka i cholernie wyraźna czekolada. Po jeszcze mocniejszym ogrzaniu wychodzą nawet przypiekane orzechy. Mmm...

Czy po takim kopniaku można się podnieść? Owszem, szczególnie jeśli pomaga Ci w tym przewyśmienitowspaniałe ciałko (tak znowu tworze własne słownictwo). Tak "grubego", gęstego i oblepiającego usta piwa nie piłem już od ładnych paru miesięcy. Do tego niskie wysycenie, trafione w punkt. W smaku... goddamn, od czego by tu... Może od wszechobecnej czekolady, gorzkawej, delikatnie muśniętej wanilią? Albo od kawy zbożowej, która wręcz idealnie komplementuje poprzedniczkę? Możemy też zacząć od posypki z popiołu, który dodaje odrobinę cierpkości. Pewnie się Wam wydaje, że przez to wszystko piwo będzie mega wytrawne? O co to to nie. Słodycz owocowa bardzo fajnie kontruje gorzką czekoladę, tutaj na czele już typowe wiśnie zatopione delikatnie w alkoholu. Nie ukrywam, że skojarzenia z winem będą tu jak najbardziej na miejscu. Co najśmieszniejsze da się też czasami wyczuć nuty cytrusowe (ale to tak na pograniczu autosugestii). Dopiero później wyczytałem, że to prawdopodobnie od chmielu Apollo. Goryczka średnia, momentami nawet niska. Profil ma lekko palony. Przechodzi to odczucie na finisz, bo tam pozostaje już tylko gorzka czekolada i popiół, który delikatnie zalega. Piękne jest to, że piwo jest cholernie dobrze ułożone i zgrane. Wszystko zdaje się do siebie pasować. Bardzo wyraźny, imperialny stout z (jak sama nazwa wskazuje) czymś innym w postaci wiśni.

----------

Styl: Imperial Stout'ish
Alk: 10,4%
Ekstrakt: 23,9°
IBU: b/d
Skład: słód (monachijski, mild, palony, czekoladowy, pils, karmelowy), płatki owsiane, chmiel Apollo, drewno cedrowe, wiśnie, drożdże.
Do spożycia: 12.03.2028


Pisałem Wam ostatnio o małym detoksie. Sam w to za bardzo nie wierzyłem... ale pomogło. Znowu mogę pić ciemne piwa bez jakiegokolwiek zmęczenia. Dodatkowo nie daliście mi wyboru w ostatniej ankiecie. Boris wygrał zdecydowanie z nitro stoutem od Stu Mostów, co mnie osobiście zdziwiło. 

Długo czekałem na to piwo, tak samo z resztą jak na ich portera. Browar nie chciał wypuszczać obu przedwcześnie, bo po testach cały czas wychodziło, że muszą jeszcze poleżeć w tanku. Risy-srisy i portery-srery tak mają niestety. Większe browary mogą sobie na to pozwolić, ale te mniejsze mają już problem. Szczególnie jak ma się np. 4 tanki leżakowe...


Naprawdę spoko etykiety robi agencja Flov dla mojego rodzimego browaru. Grafika na Borisie nawiązuje do nazwy w najbardziej możliwy sposób, ale mi się to akurat bardzo podoba. Chłopaki (i Marta) muszą jeszcze tylko zainwestować w firmowy kapsel (koniecznie z samym logo). Trochę lipa, że nie podają jednak całego składu. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Przy nalewaniu było widać delikatne, brązowe przebłyski. Piana wysoka, drobnopęcherzykowa. Dość szybko się zredukowała do pokaźnego kożucha, który został już prawie do końca.


Tak... przypadnie mi do gustu to piwo. Już w aromacie czuć, że całość jest bardziej palona niżeli owocowa. Ciemne słody, dość mocna kawa i gorzka czekolada w tle. Czasami wychylają się też rodzynki czy też winogron (tutaj bardzo luźne skojarzenia z winem), ale to tak chyba tylko po to, aby całość doszczętnie nie spaliła nam nosa. Po ogrzaniu wychodzi też alkohol, ale w granicach rozsądku. Niestety gdzieś w połowie butelki zapaszki mocno podupadają na intensywności.

Ok, Boris nie należy do mocarzy jeżeli chodzi ciało. Dziwne trochę, bo ekstraktu mu nie brakuje. Oczywiście nie oznacza to, że jest wodnisty. Po prostu po RiSie spodziewałem się trochę więcej ciałka. Wysycenie dość niskie, ratuje sytuacje w pewien sposób. Warto też dać mu się ogrzać, fajnie oblepia język wtedy. Smakowo mała powtórka z rozrywki. Palone słody, momentami nawet trochę popiołu się pojawia. Gorzka czekolada wyprzedza tym razem ziarna kawy (i delikatną kwaskowatość z nią z nimi związaną). W tle nuty owocowe, ale już bez tych winnych. Goryczka dobrze zaznaczona, palona. Finisz... ociepierniczę. Tego się nie spodziewałem. Jak nagły atak spawacza dopadł mnie mocarny miks gorzkiego kakao z e(k)spresso. I ta zalegająca spalenizna kawowa po każdym łyku... o takie fetysze nic nie robiłem, mówię Wam. Alkohol też lepiej schowany niż w aromacie. Dobre piwo, naprawdę. Jest pare niedociągnięć (ciałko), ale całościowo Boris potrafi pozytywnie zaskoczyć. Do pociumkania przy kominku jak najbardziej się nadaje.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: 6/12
Skład: słód (jęczmienny, pale ale, palone), płatki owsiane, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 31.06.2020


Tak się ostatnio zastanawiałem, czy przypadkiem nie pijam za dużo beczkowych piw. Na ostatnim festiwalu w Poznaniu chyba trochę mniej niż połowa wypitych przeze mnie trunków była w jakiś tam sposób przemielona przez beczkę. Można to wytłumaczyć w dwojaki sposób... Po pierwsze: to nie moja wina, że browary wypuszczają barel-ejdże jak szalone gdy zaczyna się robić chłodno na dworze. A po drugie... lubię whisky prawie tak samo jak piwo. Po co się męczyć jak można mieć wszystko w jednym produkcie? 

Dzisiaj obczaimy sobie takiego "pospolitego" RiSa z jeszcze bardziej pospolitej beczki Jacka. Spróbowałem go na Targach Piwnych i podpasował mi wyjątkowo dobrze. Zdziwiłem się, gdy w domu przeczytałem dość negatywne opinie, głównie przez aldehyd octowy (zielone jabłko). Chciałem go przez to trochę wyleżakować, ale zadecydowaliście inaczej w ankiecie na fejsie.



Specjalna etykieta pod "Projekt barrel aged" jakoś nie wyróżnia się zbytnio. Owszem nie jest brzydka, ale też jakoś tak nie przyciąga oka. Albo jestem ślepy, albo browar na serio nie podał daty spożycia (tylko datę rozlewu). No nic, kapsel mają ładny przynajmniej. Mogliby tylko wywalić napis "browar rzemieślniczy" i byłoby git. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Już podczas nalewania widać, że jest też gęste jak smoła. Piana z początku wysoka, ładnie zbita i bardzo ciemna. Żywot jej się kończy mniej więcej w połowie picia gdzieś.


Kurde... nie przypominam sobie, aby to piwo było tak wyraźne i trwałe w aromacie na Poznańskich Targach Piwnych. Tak sobie siedzę, wącham i biorę mikroskopijne łyczki, a to dalej bucha mi ze szkła. Na pierwszym planie paloność słodów z delikatnie żytnim zacięciem. Momentami dorównuje im beczka, przyjemny i lekko słodki alkohol z wyraźną wanilią. Czekolada bardziej jako dodatek. Wyczuwalna, ale na pewno nie dorówna reszcie. Już same zapaszki zapowiadają dość przyjemnie złożone piwo.

Już przy pierwszym zamoczeniu wąsa (Widzicie co zrobiłem? Nie? Ok...) człowiek przeżywa pewny dualizm. Z jednej strony mamy bardzo fajnie wypełniający trunek, gęsty, oblepiający i nisko wysycony. Z drugiej jednak cholernie złożony i wyraźny. No bo tak... mamy wszędobylskie palone słody, gorzką czekoladę bardzo dobrze wspomaganą przez nuty kawowe, mocno rozgrzewający i miły w odczuciu alkohol i ogólną beczkę, trochę waniliową i lekko cierpką od samego drewna. Gdzieś w tle pojawią się też orzechy i ciemne owoce, ale to tak naprawdę w dopełnieniu. Goryczka? No czy ja wiem... Pojawia się coś tam palonego, ale ciężko ją wyczaić przez profil piwa, który kłania się bardziej ku wytrawności. Na finiszu kakaowiec wybija się znacznie i pozostawia bardzo przyjemny, gorzki posmak. Nie ma co owijać w bawełnę, według mnie trunek naprawdę udany. Rudzielec dobrze zaznaczony dzięki beczce, ale też nie dominuje nad podstawą, czyli RiSem. Może goryczka mogłaby być trochę lepiej zaznaczona, ale to bardziej taka moja prywatna uwaga. Same ziarna kakaowca musiały być dobrej jakości, bo czuć to już po pierwszym łyku.

----------

Styl: Chocolate Rye Russian Imperial Stout Jack Daniels Barrel Aged
Alk: 11,51% Obj.
Ekstrakt: 25,8% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, żytni, pszeniczny, jęczmień palony), ekstrakt słodowy żytni, ziarno kakaowca, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 22.10.2018 (data rozlewu)


Jak człowieka dopadnie pech, to nie ma na to rady. Wziąłem sobie wczoraj z piwnicy stouta z De Molena. Jak dotąd mnie nie zawiedli w tym akurat stylu i według mnie robią jedne z lepszych stoutów w Europie. Wyciągnąłem swój super duper hipsterski kieliszek do powolnej degustacji i poszedłem na ogród zdjęcia porobić.

Najpierw szturchnąłem butelkę otwierając ją. Powiedzmy, że łyk się wylał na ziemię. Potem, podczas robienia zdjęć, trawa postanowiła zrobić ze mnie abstynenta i zwyczajnie w świecie przewróciła kieliszek na bok. Oczywiście cała zawartość poszła w glebę, ku uciesze mrówek. Mogło być gorzej... prawie się wywróciłem na posadzce wchodząc do domu. "Co jest..." pomyślałem.



Każdy, kto się chociaż trochę interesuje craftem wie jak wyglądają etykiety tego browaru. Są... specyficzne. Złośliwi mogą powiedzieć, że zrobione na odwal, ale według mnie mają swój urok... jakiś tam. Piwo jest nieprzejrzyście czarne z ładnie zbitą pianą. Nawet w tak małym szkle trzyma się ona dzielnie.


Po De Molenie nie spodziewałbym się niczego innego. Aromat dosłownie wbija w ziemię czekoladą i orzechami. W sumie to nie tak do końca czekolada... a bardziej takie kakao. Całość zlepia mocna kawa typu espresso. Cały aromat przypomina dziwacznie taką intensywną, suchą mieszankę. Nie wiem jak to może być możliwe...

Oho, i mamy pierwsze zdziwienie. Spodziewałem się bardziej cielistego trunku, a dostałem coś pokroju porteru z dolnej granicy tabelki BJCP. W sumie nie jest to nic złego, po prostu przyzwyczajony jestem do grubszych imperialnych stoutów. Wysycenie niskie, takie jak być powinno. Niby nie jest tak mocno cieliste, ale można je zaliczyć do piw deserowych. Jest aksamitne i na swój sposób oblepiające. W smaku... no kawa, dużo kawy, takiej premium w dodatku. Już widzę siebie w drogiej kawiarni popijając espresso za 25 ojro. Żarty na bok... jest naprawdę dobrze. Dopełnia ją kakao, delikatne orzechy i chyba wanilia. Całość lekko kwaskowata. Goryczka stanowcza, palona. Niby pasuje do profilu piwa, ale wyraźnie się wyróżnia od reszty o dziwo. Finisz ziarnisty, kawowy, palony. W dodatku przyjemnie zalega. De Molen nie zawodzi, dalej warzy idealne piwa deserowe do pociumkania.

----------

Styl: Coffee Imperial Stout
Alk: 10%
Ekstrakt: 23,7% Plato
IBU: 81
Skład: słód (pils, karmelowy, palony), chmiel goryczkowy Premiant, kawa, drożdże.
Do spożycia: 23.11.2022

www.brouwerijdemolen.nl

Poleciałem sobie ostatnio wybyczyć się trochę. I to nie jak zwykle do pobliskiego lasu, a trochę bardziej na południowy zachód... Wywiało mnie aż do Porto w Portugalii. Dziwne to miasto, bo wygląda jak jedna wielka łazienka. Wszędzie kafelki. Najśmieszniejsze było jednak to, że gdy u nas pogoda smaliła ludzi na skwarki tam... było coś koło 20'C. Dla nas nawet spoko, łatwo było poznać turystę po krótkim rękawku. Portugalczycy (I shit you not) chodzili w kurtkach puchowych. 

Taka pogoda pomogła mi w wyborze piwa craftowego, którego tam i tak za dużo nie było. RiS z browaru Post Scriptum okazał się być naprawdę przyjemny i rozgrzewający. Inna sprawa, że trochę mało tego mieli w samym Porto... Jak na tablicy wisi Paulaner jako "craft z zagranicy" to wiedz, że coś się dzieje. No, ale tam się pije wino, więc jakoś przeżyłem. Po powrocie do domu nabrałem ochotę na nasze rodzime RiSy i tak się ostatnio złożyło, że ten od Absztyfikanta wygrał ankietę na fejsie. No to co, hop do szkła.


Etykieta bardzo prosta i przyjemna. No czorny kwadrat, czego się spodziewaliście? Piwo też czarne jak węgiel, chociaż jakby się uprzeć można wypatrzeć jakieś ciemnobrunatne odcienie. Beżowa piana wysoka i całkiem zgrabna z początku. Jak już jednak zacznie opadać to w dość szybkim tempie. Pozostawia po sobie jakiś tam ślad na szkle i bardzo trwały kożuch.


Say whaaaaat? Co tu się wyprawia? Ależ to pięknie daje marcepanem. Pewnie jeszcze Wam o tym nie pisałem, ale uwielbiam go. Rzadko kiedy kupuję batony marcepanowe, bo zwyczajnie w świecie pożarłbym je w parę sekund. Tak z cały karton. Podobnie byłoby, gdybym kupił więcej butelek tego piwa. Oprócz marcepanu wychodzą też wyraźne migdały i, o dziwo, gorzka czekolada. Spodziewałem się mlecznej, słodszej. Bardzo daleko w tle lekka paloność i... słodka wanilia? Chyba tak. Całość wyraźna i utrzymująca się do samego końca.

Po przełknięciu pierwszego łyku pojawia się lekki zgrzyt, ale w sumie taki naprawdę malutki. Ciałko owszem jest, ale na moje oko piwo mogłoby być bardziej wypełniające. Pasowałoby to do profilu smakowego. Wysycenie też zdaje się być czasami za wysokie. Smakowo jednak... nadrabia zaległości, oj nadrabia. Jest słodko, tak naprawdę słodko. Nie jest to jednak odpychająca, czy też sztuczna słodycz, a po prostu miks marcepanu, zadziwiająco wyraźnej wanilii i czekolady. Wróć... w sumie to bardziej kakao z delikatnym zacięciem mlecznym od dodanej laktozy. Marcepan momentami nawet szczypie w język co mi się osobiście podoba, ale może parę osób zniechęcić. Goryczka wchodzi jak na zawołanie, stanowczo i w kawowej poświacie (z początku myślałem, że jest po prostu palona, ale już przy drugim łyku zweryfikowałem swoje domysły). Finisz pokazuje idealnie, jak wielowymiarowy jest Black Square. Do głosu dochodzi kawa zbożowa, która wraz ze swoistą palonością walczy jak równy z równym z poprzedzającą je słodyczą. Do samego końca nie wiadomo tak naprawdę kto wygrał. Cholernie ciekawe piwo, ale też nie dla każdego. Ja daję dużą okejkę

----------

Styl: Imperial Stout with Cocoa & Tonka Beans
Alk: 9,5%
Ekstrakt: 24 BLG
IBU: 70
Skład: słód (pale ale, monachijski II, abbey, płatki owsiane, słód biscuit, special b, caraaroma, płatki pszenne, jęczmień palony, carafa II special), ziarno kakaowca, fasola tonka, chmiel Iunga, drożdże fermentis safale us-05.
Do spożycia: 21.03.2019


Opinie w internecie mogą pomagać, ale mogą też uprzykrzyć życie. Wiem, że może się Wam wydawać to dziwne z ust kogoś, kto uczynił z tego swoiste hobby, no ale cóż. Najlepszym przykładem będzie dzisiejsze piwo. Dlaczego? Już tłumaczę.

Kupiłem je jeszcze grubo przed terminem spożycia. Pierwszej warki nie udało mi się zdobyć, a opinie miała miażdżąco pozytywne. Dopisałem sobie więc Satanislava do tzw. bucket-list i czekałem w ukryciu. Bodajże 2 lata od premiery w końcu mi się udało. Problem w tym, że po przeczytaniu paru hejtowych recenzji mina mi zbledła. A to, że nie ułożony, że trąci alkoholem na kilometr itp. Wrzuciłem więc do piwnicy i tym świętym-nieświętym zapomniałem. Do dziś.


Etykieta rozpoznawalna przez chyba większą część braci piwnej. Nadruk ręcznego rysunku, jakby długopisem lub rysikiem. Detal niesamowity muszę przyznać. Ładnie prezentuje się na butelce, chociaż całość jest dość krzywo naklejona. Piwo wygląda na czarne, nieprzejrzyste. Przy nalewaniu widać jednak wyraźnie brązowy odcień. Piana niska, szybko redukująca się do trwałego kożucha.


Po takiej etykiecie (i nazwie) spodziewałem się (przynajmniej) wypalenia nozdrzy, ale nic takiego się nie stało. Szatan jakoś mnie nie nawiedził. Zamiast niego pojawił się bardzo przyjemny, ale jak na RiSa trochę za bardzo stonowany aromat, głównie torfowy. Wędzonka, delikatne nuty asfaltu i średnio gorzka czekolada tworzą dość fajną kompozycję. Czasami wychodzą też wanilia i bardzo, ale to bardzo delikatne ciemne owoce. Gdyby całość była wyraźniejsza (i utrzymywała się dłużej) to byłaby tzw. dyszka za aromat jak nic.

Hola hola, co tu się odwala? Ekstrakt 22 BLG, a ciałko jak i odczucie w ustach bije na głowę parę znanych mi już imperialnych stoutów. I to w dodatku z większymi cyferkami w tabeli. Jest naprawdę przyjemnie. Grubo, ale gładko zarazem. Taka jedwabista aksamitność można rzec. Wysycenie bardzo niskie, idealne. W smaku na pierwszym planie gorzka czekolada, do której bardzo szybko dołączają wanilia i torf. Ten ostatni traci na wędzoności, a zyskuje na asfalcie i spalonych kablach. Wszystko w granicach, bez przesadyzmu. To czekolada i wanilia kierują tym towarzystwem i co chwilę o tym przypominają reszcie. Dawno nie spotkałem się z tak przyjemnie zadziorną gorzką czekoladą, naprawdę. Gdzieś w tle czuć ciemne owoce, ale to tak bardziej w domyśle. Ooo i pralinki też są, albo bardziej skojarzenia z nimi. Goryczka średnia, wystarczająca. Taka trochę palona. Finisz trochę pusty, niewyraźny i kompletnie niepasujący do reszty tym całym brakiem doznań. Taki ni to czekoladowy, ni to owocowy... Nie zmienia to jednak faktu, że ogólnie jest to bardzo dobry RiS. Złożony, ułożony i bez jakichkolwiek oznak alkoholu.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 22 BLG
IBU: b/d
Skład: słód, chmiel, laktoza, drożdże.
Do spożycia: 4.11.2017


Pierwszy raz odkąd Facebook wprowadził ankiety trafiliście w moje gusta jeżeli chodzi o wybór piwa. Nie będę ukrywał, że Piwojad wysłał mi tą jakże piękną buteleczkę w blogerskich darach losu. W dodatku opis z maila zaciekawił mnie niezmiernie. Podobno całość przeszła tak whisky, że ciężko jest to piwo od rudej odróżnić.

Jeżeli chodzi o bimber to jestem pewnego rodzaju snobem. Bardzo rzadko dolewam czegokolwiek (jak już to sok jabłkowy) do szklanki. Wolę czystą. Wolę też profil torfowy. Chociaż jakby się tak zastanowić, to słodki bourbon też mi całkiem dobrze wchodzi. Czy jestem alkoholikiem? Jak my wszyscy...


Buteleczka Piwojada to jedno z najładniejszych szkieł w polskim crafcie. Bardzo dobrze, że browar jej nie zmienił, a już parę różniastych piw do niej lał trza przyznać. Etykieta minimalistyczna ze złotym akcentem pasuje do niej idealnie. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Niestety piana za cholerę się nie chciał utworzyć. Jedynie oring widoczny poniżej udało  mi się uzyskać.


Browar nie przesadził pisząc, że beczka przejęła wszystko w tym piwie. W aromacie czuć ją na każdym kroku, i to dosadnie. Nie przypominam sobie piwa, które by tak bardzo trąciło rudą na myszach. Jest torf, jest też mokre drewno. Ten pierwszy, o dziwo wyraźny, ale na swój sposób stonowany. Potem mamy delikatną wanilię i bardzo przyjemnie dopełniające kakao. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło to całkiem wyraźna nuta czerwonej porzeczki. Oj robi się naprawdę ciekawie.

Nie ma co się spieszyć, bo trunek sam wymusza powolne sączenie. Już nawet nie chodzi o ciałko, które swoją droga jest znaczne i pasuje bardzo dobrze do RiSa, a o oleistość i zmasowany atak doznań. W dodatku wysycenie jest niskie, co pozwala wybić się reszcie. Od czego by tu... o wiem. Podstawą jest wyraźna baza stoutowa, taki wytrawnie palony miks kakao i kawy zbożowej. Kontrują je delikatnie miodowa słodycz i ciemne owoce, tutaj znowu porzeczka nasuwa się na myśl. Nie można też zapomnieć o drewnie, które momentami zdaje się dominować nad resztą. Stonowany torf wychodzi dopiero po lekkim ogrzaniu trunku. Goryczka średnia. Krótka, ale zaznaczająca swoją obecność. Finisz wyraźnie kakaowy z, o dziwo, wiśnią, która zajęła miejsce porzeczki. Jest alkoholowo, ale z klasą. Piwo cholernie wyraźne i mocne pod każdym względem, ale też... ułożone na swój sposób. Pijam whisky bez "coli" (no może oprócz Balantyny, bo to strasznie niedobre jest draństwo) i może dlatego bardziej niż innym podszedł mi ten beczkowy RiS z Piwojada. A jak to fajnie rozgrzewa... ohohohoho.

----------

Styl: Bowmore Whisky BA Imperial Stout
Alk: 10,3% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczne, orkiszowe), płatki owsiane, jęczmień palony, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 10.04.2019


Musicie mieć jakieś zdolności nadprzyrodzone... zawsze wybieracie w ankiecie piwo, na które mam mniejszą ochotę. W tym przypadku bardziej chodziło o browar, bo Pinta była przecież ostatnio na blogu. Nic jednak na to nie poradzę, lud przemówił. 

Zdziwiłem się trochę tak w ogóle. Chłopaki rzucili się na dość głębokie wody, trzeba im to przyznać. Taki ekstrakt to nie w kij dmuchał nawet jak na grubaśne piwo, a taki na pewno jest RiS. Po 12 godzinach na wyziębionej jak psia buda uczelni naszła mnie też ochota na coś rozgrzewającego, ciekawe dlaczego...



I znowu nie wiem co autor miał na myśli projektując etykietę... Po jakimś czasie człowiek zauważa sam skrót "RIS", ale mogli się trochę bardziej postarać. W końcu to nie jest trunek codzienny. Samo piwo to już istne dzieło sztuki. Czarne jak smoła, zauważalnie gęste. Piana wysoka, zbita, wręcz deserowa.


Zapach z butelki był nieziemski jeżeli chodzi o intensywności. Tak jakby piwo dostało szału i za wszelką cenę chciało się wydostać ze szkła. W snifterze już nie było tak kolorowo pod tym względem. Jakoś zadziwiająco szybko aromat się z niego ulotnił... a jest za czym tęsknić. Półsłodka czekolada, kakao, zadziwiająco wyraźne praliny i toffi. Gdzieś w tle majaczy zielone jabłuszko, ale reszta zapaszków przykrywa je wystarczająco dobrze.

Ooo taaak, to jest ta konsystencja, która za mną chodziła cały dzień (w sumie to 12h na uczelni). Aksamitne, gęste, lepkie. Nie jest to jednak syrop, coś bardziej jak wyciąg z kakaowca. Ciałka sporo, w końcu to mocarne 30 Plato. Sączy się to przyjemnie mimo dość mocnego jak na RiSa wysycenia. Smak na szczęście nie ma problemów z trwałością. Tak na dobrą sprawę to umacnia się z każdym kolejnym łykiem. Czekolada (tak trochę bardziej po tej gorzkawej stronie) jest kierownikiem tego całego zamieszania. Wróć... tej orkiestry, bo zamieszania tutaj nie ma. RiS od Pinty jest bowiem bardzo dobrze ułożony. Zaraz obok Pani Kierowniczki stoi jej przydupas Czesiu Paloność wyperfumowany od stóp do głów Szanele Number Elewen: kakao i toffi. Słodycz tego ostatniego może nie wyrównuje sił pomiędzy wytrawnością a #teamsłodyczka, ale za to jest wystarczająco zauważalna. O wszechobecnych skojarzeniach z pralinami chyba nie muszę wspominać? Goryczka średnia, ale wyraźna. Taka powiedzmy, że palona. Finisz wprowadza dodatkowy element pod postacią ciemnego pieczywa, co mnie osobiście zaskoczyło niezmiernie. I to pozytywnie! 11,5% alkoholu ukryte co do ostatniego procenta, nie wiem jak im się to udało. W cholerę z tą Pintą... gdy ja próbuję o nich zapomnieć wciągają mnie z powrotem swoją nagłą zajebistością... i to już drugi raz z rzędu.

----------

Styl: Russian Imperial Stout
Alk: 11,5% Obj.
Ekstrakt: 30
IBU: b/d
Skład: słód (pale ple, monachijski typ II, jęczmień palony, Chocolate, Pale Chocolate, Black, Crystal, Dark Crystal), chmiel (Columbus, Fuggles), drożdże Fermentis SafAle™ US-05.
Do spożycia: 14.02.2020


Pamiętam dzień, w którym jarałem się jak młody informacją o Hadesie, czyli RiSie z chilli z browaru Olimp. Uwielbiam ostre rzeczy i dodanie papryczek do mocnego, ciemnego piwa wydawało mi się rzeczą oczywistą. Później jakoś temat ucichł. Rynek zweryfikował, bo Polacy to naród pieprzu, a nie chilli.

Dlatego nie powinno Was dziwić to, że na Baribala polowałem od momentu ogłoszenia przez browar wysyłki do hurtowni. W dodatku kupiłem dwie butle, jedna pójdzie na leżak. Czy mój wewnętrzny fetyszysta zostanie zaspokojony? Sprawdźmy. Tak na marginesie wiedzieliście, że baribal to po prostu niedźwiedź czarny? The more you know.


Kreskówkowe etykiety Deer Bear chyba każdemu przypadły do gustu, łącznie ze mną. Z tą nie jest inaczej. Problem pojawia się przy metryczce. Brak pełnego składu obudził w internecie obawę o używanie aromatów. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana wysoka, lekko dziurawa, ale za to z ładną koronką na ściankach. 


Pachnie... wybornie milordzie. Rzeczywiście człowiek ma bardzo mocne skojarzenia z goframi, i to w dodatku szczodrze posypanymi cynamonem. Nie mam zielonego pojęcia jak im się udało uzyskać taki efekt świeżych wafli. Aromaty? Cholera wie. Do tego słodycz dość specyficzna, miód? Nie... może to syrop klonowy? Wstyd się przyznać, ale nigdy nie próbowałem. Po ogrzaniu wychodzi czekolada i nuty ciemnych owoców. Te ostatnie tak mocno w tle.

Wyobraźcie sobie mnie kaszlącego ze zdziwieniem w oczach. Tak wyglądałem po wypiciu pierwszego łyku. Mam dość wysoką tolerancję na ostre rzeczy, ale papryczki w tym piwie wzięły mnie z zaskoczenia. Pikantność Baribala można określić jednym zdaniem: "będziesz tego żałował później". To ona dominuje nad wszystkim i wielu się to nie spodoba. Mi... ahh ten fetysz wewnętrzny. Przy kolejnych łykach zacząłem się przyzwyczajać, a co za tym idzie wyczuwać też inne smaki. Mianowicie słodycz, taką przytulaśną i na pewno nie pochodzącą ze słodów. Toż to prawdopodobnie syrop klonowy z cynamonem. Widać, że się stara jak może, ale w tej nierównej walce z habanero raczej nikt nie wygra. Dalej mamy czekoladę, słodkawą i z wyższej półki. Całość (nie licząc papryczek oczywiście) kojarzy mi się z naprawdę wyśmienitym deserem. Goryczka... no nie wiem, pewnie gdzieś tam jest. Może pod postacią popiołu? Trudno stwierdzić przy tym pożarze w przełyku. Na finiszu, co zaskakujące, wybija się kawa zbożowa i paloność. Całość przepięknie ułożona, alkohol rozgrzewa wyłącznie z ukrycia. Ciało grubaśne, piwo gęste i oblepiające. Wysycenie niskie, jak Duch Craftu przykazał. Dla mnie bomba, taka paląca w obie strony.

----------

Styl: Imperial Cinnamon Waffle Chilli Maple Stout
Alk: 11% Obj.
Ekstrakt: 25% Wag.
IBU: 4/5
Skład: zawiera słód jęczmienny, płatki pszenne, żyto palone, pszenicę paloną.
Do spożycia: 01.01.2020


Robicie mi na złość. Tak Wy, głównie ludzie lubiący mój profil na fejsie. Wrzuciłem ostatnio ankietę dając Wam prawo wyboru kolejnego degustowanego piwa. Miałem nadzieję, że wybierzecie Bloggera 2017, bo Spectrum chciałem sobie zostawić na leżak... a tutaj taka niespodzianka.

No nic, trzeba otrzeć łzy rozpaczy i odkapslować dziada. Wersja podstawowa, czyli ta bez beczki po Jacku Danielsie, była chyba najlepszym piwem jakie piłem podczas tegorocznego WFDP. Podobno wersja barrel aged rozlana została do około 2000 butelek. Ot taki mały rarytasik, prawie jak stare portery grudniowe od Ciechana


Etykieta mieniąca się milionami barw jest piękna dla oka, ale dla obiektywu to koszmar. Aż się dziwię, że w piwnicznych warunkach wyszło mi to w miarę dobrze. Pomijając utrapienie, jakim jest jej sfotografowanie podoba mnie się ona. Prosta i z ciekawym wzorem, którego nikt nie rozumie. Dziwi mnie jednak to, że panowie nie podali składu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana beżowa, zbita na kogel-mogel i utrzymująca się całkiem dobrze na poziomie paru milimetrów. Piękne jest też to jak płyn oblepia szkło po lekkim zawirowaniu.


Już po samym zapachu jest człowiek w stanie wywnioskować, że będzie grubo i oleiście. Nie pytajcie jak to jest możliwe. Na pierwszym planie mocna czekolada, taka na wpół słodka i wanilia. Potem wypełniająca kawa i delikatna beczka. Momentami wychodzi też kokos. Jest też alkohol, ale taki wypełniający i niegryzący. Swoją drogą bawią mnie komentarze (ogólnie do piwa), że każdy wyczuwalny alkohol w piwie to wada i w ogóle świadczy o "dolewaniu spirytusu"...

Ok... może od początku. Wysycenie jest na wystarczająco niskim poziomie, muska sobie delikatnie podniebienie. Ciało grubaśne, wypełniające i oleiste. Już wersja podstawowa naginała normy, a ta leżakowana w beczkach po bourbonie wydaje się być jeszcze wyborniejsza pod tym względem. Znowu mamy do czynienia z czekoladą, która zdaje się być kierownikiem tego całego zamieszania. W jej brygadzie ustawiły się kolejno: wanilia, lekko ukryta kawa, trochę ciemnych owoców i paloność, taka już trochę wchodząca w popiół. Bardzo daleko w tle drewniane nuty. Wyraźna goryczka podtrzymuje palony trend i na pierwszy rzut oka wydaje się być wysoka. Jednak jak się tak dobrze zastanowić to pasuje do tak wyraźnego piwa. Na finiszu wybijają się palone ziarna kawy z trochę zalegającym popiołem. Zdziwiło mnie to, że tak na dobrą sprawę nie jest to jakoś mocno słodki RiS. Według mnie jest przepyszny, do powolnego sączenia. No, ale... trzeba też coś powiedzieć o alkoholu, o którym tak sprawnie się większość ludzi w internecie rozpisywała. Owszem czuć go prawie cały czas, ale nie dominuje on innych smaków. Ba, według mnie podbija klasowo niektóre. Nie jest gryzący, fajnie rozgrzewa i delikatnie przypomina bourbon. Czy jest potencjał na leżak? Owszem. "Świeżynka" jest jednak według mnie wystarczająco dobra.

----------

Styl: Russian Imperial Stout BA
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 25°
IBU: "medium"
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 15.03.2018


Brak ciemnego rodzimego piwa doskwiera mi ostatnio bardzo. Browar Świebodzin obiecał coś na zimę, no ale ja nie mogę długo czekać... jeszcze mnie ktoś za abstynenta weźmie. Z pomocą przyszła paczka od "Pan Marek" i Piwoteki. W niej 4 piwa, w tym dwie beczki ich kooperacyjnego RiSa uwarzonego z De Molen.

Nie trudno się było domyśleć, które wybiorę jako pierwsze. Whisky ponad każde wino, all day everyday. Pasuje też idealnie do jutrzejszej premiery Kormorana, ich barley wine też ma jarzębinę w składzie.


Etykieta w stylu piwotekowym średnio nadaje się na małe butelki, nawet mimo wycięcia i trochę innego kształtu. Za dużo informacji na tak małej powierzchni jak dla mnie. Sama grafika fajna, jak zawsze. Piwo czarne, nieprzejrzyste z ładnie zbitą pianą na prawie dwa palce. Żywot na średni, ale pozostawia bardzo ładny lacing na szkle.


Co jak co, ale na braki w aromacie nie mogę narzekać. Jest go tyle, że powoli się człowiek zaczyna zastanawiać jak komuś udało się zamknąć taką moc w tak małej butelce. Jest torf w postaci wyraźnych, ale niezaczepnych bandaży. W kontrze przyjemna słodycz czekolady deserowej, miodu i owoców. Te ostatnie to chyba jarzębiny. Do tego trochę kawy, palonego słodu i nuta dość starego drewna. Goddamn...

Ohoho, ataki nasilają się. Jest grubo i z przytupem, oleiście i wypełniająco. Nawet wysycenie, niskie, uciekło gdzieś, bo przestraszyło się tego masywnego cielska. Smakowo jeszcze większa bomba niż w aromacie. Od czego by tu zatem zacząć... Jest torf, znowu bandaże i ogólne skojarzenia ze starym opuszczonym szpitalem. Potem czekolada i popiół, ta pierwsza już nie tak słodka. Kawa gdzieś bardziej z tyłu robi za takie przyjemne uzupełnienie całości. Cały czas towarzyszą nam też drewniane nuty, bardzo starej beczki. Goryczka zaskakująco wyraźna, palona. Dobrze wpasowała się w resztę i połączyła idealnie z alkoholem. Ten jest wyraźny, ale szlachetny. Jak dobra dwunastoletnia ruda (whisky zboczeńcy!). W ogóle nie przeszkadza w piciu. Mam nieodparte wrażenie, że zadziałała tutaj jakaś beczkowa magia Ducha Craftu. Finisz delikatnie słodszy od reszty. Tutaj wybiły się też (wreszcie) ciemne owoce z, chyba, jarzębiną na czele (zapisać: spróbować jarzębiny, for science). To jest dopiero siarczyście gruby RiS z beczki. A jak to przyjemnie rozgrzewa!

----------

Styl: Whisky Barrel Aged Russian Imperial Stout
Alk: 13,8% Obj.
Ekstrakt: 29,7% Wag.
IBU: 110 (?)
Skład: słód (belgijski pils, monachijski, mild, karmelowy 120, czekoladowy, zakwaszający, pszeniczny, palony jęczmień), płatki owsiane, jarzębina, chmiel Zeus, drożdże Danstar Nottingham.
Do spożycia: 16.10.2018


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com