Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar na jurze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar na jurze. Pokaż wszystkie posty

Drugie picie (leżak): Jakby mi ktoś powiedział jakiś czas temu, że wrócę do serii powrotów na blogu, to bym się chyba popukał po czole. Kiedyś to człowiek miał czas i chęci wracać do piw, aby sprawdzić ich jakość lub zestarzenie się. A dzisiaj... no sami wiecie. Na szczęście nadarzyła się okazja w postaci ankiety na fejsie. Akurat nie miałem nic nowego, a Wy nie chcieliście sprawdzić jak się ma Argus z puszki po terminie. No to co? Lecim!

Kurde... jakoś ostatnimi czasy podróżuje dużo autem. W dodatku nie są to jakieś super dystanse, ot takie 45km w jedną stronę do "większego miasta". Jeździłem tą trasą rowerem bez problemu, tylko teraz jakoś pogoda nie chce się dostosować zbytnio... Dlatego cieszy mnie fakt, że craftowe piwa bezalkoholowe wkraczają na rynek.

Kolejnym w moim bezalkoholowym mini teście będzie Motocyklowe z Browaru na Jurze. Według mnie pomylili się trochę z nazwą, lepsze byłoby "Rowerowe". Cieszy fakt, że sam browar znowu pojawił się na blogu. Jakoś ostatnio cisza o nich była w internetach. Teraz tylko pozostaje pytanie: czy będzie to piwo, czy znowu piwopodobna lemoniada. 



Browar na Jurze lubi te swoje pastelowe kolory. W tym przypadku mamy też dość przejrzystą grafikę, która nawet dobrze się prezentuje na półce sklepowej. Sylwetka motocyklisty wydaje mi się jednak trochę nienaturalna. Kapsel firmowy, ale bez szału. Piwo ma ładny złoty (przechodzący w słomkowy) kolor i jest prawie, że klarowne. Piana maksymalnie na jeden palce dość szybko redukuje się do kożucha. Ten przetrwał prawie do ostatniego łyku.


W aromacie czuć lekkie pociągnięcie słodowe (w piwach tego typu to już sukces), takie typowe dla normalnych piw. To jednak owoce grają główną rolę. I tak: cytrusy, głównie pomarańcze i towarzyszące im cytryny (albo nawet bardziej zest cytrynowy). Jest też nutka grapefruita, która wprowadza trochę zamieszania. Całość dość intensywna i nawet utrzymująca się.

W smaku, jak to przystało już na bezalkoholowe piwa, ciała nie ma za dużo. Nie powiedziałbym jednak, że jest wodniste. Wysycenie też bez przesadyzmów, na średnim, nieinwazyjnym poziomie. Od samego początku towarzyszą nam przyjemne nuty zbożowe i uderzenie chmielu, głównie Citry. CryoHops znowu pokazuje pazury. Soczyste połączenie cytrusów i tropików (głównie limonki i grapefruita) bardzo fajnie orzeźwia. Goryczka też niczego sobie, oczywiście o grapefruitowym profilu. Na finiszu chmiel wrzuca drugi bieg i jeszcze bardziej zaskakuje intensywnością. Dochodzi słodka pomarańcza, zbożowość też zdaje się być wyraźniejsza. Jakby się tak dobrze wgryźć to nawet i lekką ziołowość czuć, ale od chmielu, bo kolendry jako takiej za cholerę nie wyczuwam. Gdyby tak smakowało to piwo od samego początku mocno bym się zastanawiał nad tym, czy nie jest ono lepsze od kormoranowego 1 na 100. To oczywiście nie znaczy, że nie jest dobre. Z chęcią bym je zabrał w podróż gdy po raz kolejny spadnie na mnie "klątwa kierowcy".

----------

Styl: Bezalkoholowe
Alk: poniżej 0,5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, Carahell), chmiel (Columbus, CryoHops Citra, Citra, Amarillo), kolendra, drożdże Wyeast 1388 Belgian Strong Ale.
Do spożycia: 


Buractwo jest ostatnio dość często spotykane w naszym kraju (czyżby miało zwalić z najwyższego miejsca na pudle cebulę?). Nasz mały światek piwny nie jest wyjątkiem, wystarczy zobaczyć co browar w Cieszynie odwalił ze swoim ekskluzywnym porterem ostatnio. O tym jednak w powracającym Brodaczu Miesięcznym na wrzesień.

Dziś zajmiemy się trochę innym buractwem, mianowicie takim prawdziwym i namacalnym (a nawet jadalnym). Piłem już wszelakiego rodzaju wynalazki, na przykład takiego stouta ze śledziem. Nie wiem jednak czemu, ale użycie buraka do produkcji piwa wydaje mi się trochę bardziej ekstremalne... Może to moja wrodzona niechęć do warzyw i wszystkiego co nie ma w sobie chociaż cząstki mięsa (oprócz piwa oczywiście)?



No okeeej... karny kutas się należy za tą etykietę. Dobrze wiecie, że nie lubię błyszczącego papieru i Buraczana Piana jest najlepszym przykładem dlaczego. Wystarczy odrobina światła i całość robi się nieczytelna... Nie można było użyć zwykłego, białego tła? Dać do tego samego buraka z pianą (bo całkiem fajnie wygląda) bez tego malowidła dziwnego na około i byłoby całkiem zacnie. Samo piwo wygląda lepiej, ma wyraźny czerwony kolor i jest lekko zamglone. Piana od samego początku dziurawa i już po paru chwilach zanika kompletnie. 


O kurde, jak to pachnie fajnie. Buraka w tym nie wyczuwam, jest za to mnóstwo rabarbaru i jabłka. Słodkie, ale czuć kwaśność lekką też. Coś jeszcze pałęta się w aromacie, ale za cholerę nie mogę wyczuć co... tak jakby granat? Ale niby skąd on tutaj? Może nos mi wysiada przy tej jesiennej pogodzie...

Okej, już po pierwszym łyku wiem, że nie wszystkim się to zarażone bakteriami piwo spodoba. Owszem jest to kwas, lekki i orzeźwiający. W dodatku piję się go bardzo szybko i z wielką przyjemnością. Jest tylko jeden mały problem... jest za słodkie jak na sour ale (aczkolwiek mi to akurat zbytnio nie przeszkadza). Wysokie nagazowanie za to bardzo pasuje do całości. W smaku znowu miks owocowy (trochę jak przy oszukanych kwasach na bazie samych owoców) składający się z rabarbaru, jabłek odrobiny kolendry i gdzieś daleko w tyle tytułowego buraka, który gubi się mocno w tym słodkim towarzystwie. Bakterie Lacto dały radę i przyjemnie kwaśny, mlekowy posmak da się wyczuć aż do ostatniego łyku. Goryczka bardzo umiarkowana, punktowa wręcz. Finisz jest chyba najbardziej kwaśnym elementem całości, w dodatku mocno rabarbarowym. Przez cały czas towarzyszy nam lekki i przyjemny zbożowy posmak. Można to piwo zaliczyć do tych owocowo-kwaśnych, przy których niektórzy craftopijcy dostają konwulsji, ale według mnie jest to jedno z lepszych jeżeli chodzi o tę półkę.

----------

Styl: Sour Ale
Alk: 4,0% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, Crystal Maple), płatki ryżowe, koncentrat jabłkowy, burak, rabarbar, kolendra, chmiel (Hallertauer, Amarillo), drożdże US 05.
Do spożycia: 03.2017


Ale mam dzisiaj lenia, na pewno też macie takie dni... uściślając to poniedziałki. Człowieka ogarnia jakaś taka dziwna niemoc i resztki kacowego z niedzieli. Nie żebym był weekendowym alkoholikiem z małego miasta... według tutejszych standardów można stwierdzić, że jestem w połowie abstynentem (paru zawiedzionych kolegów może to nawet potwierdzić). Dodatkowo picie porterów (bo zimno, przecież to oczywiste) nie pomogło. Skończyło się tym, że 8 godzin w pracy i rejestracja u lekarza medycyny pracy to maksimum moich możliwości na dzisiaj.

No dobra, może nie tak do końca. Zmusiłem się jeszcze do pewnego rodzaju wysiłku, pod dobranockę zszedłem do piwnicy i złapałem butelkę pierwszego lepszego piwa z półki, padło na Free Style (czemu nie razem?) Ale od browaru z Zawiercia. Miałem go nie opisywać, chciałem usiąść na kanapie i w spokoju wypić je do pewnie kolejnych wiadomości jak to Putin robi świat w balona (i jak to sankcje kiedykolwiek coś zdziałały). Czemu wyszło inaczej?


Ano moim oczom ukazał się łoś, wyglądał na tak samo zmęczonego życiem jak ja (mimo tego, że była to tylko głowa owego zwierzęcia na ścianie). Dodatkowo przypominał mi wycięte, papierowe sceny z Monty Pythona. I jak tu takiemu odmówić? No nie można po prostu. Wygląd etykiety cholernie przypadł mi do gustu, nawet to różowe tło. Nie wiem czy to jakieś moje widzimisię albo uśpiony wewnętrzny hipster. Jeżeli Browar na Jurze chciał odświeżyć i zarazem odmłodzić swój image to trafił tą etykietą w dziesiątkę według mnie. Piwo już niestety nie wygląda tak fajnie i kolorowo. Co prawda jest cholernie kontrastowe, taka powiedzmy mocno mętna złota pomarańczka ale piany w nim ciężko się doszukiwać. No chyba, że ktoś ten kożuch mleczny ową nazwie.


Pierwsze pociągnięcia nosem i już mam skojarzenia z innym piwem tego samego browaru, tak tak, chodzi o Jurajskie z Ostropestem. Mniej intensywny ale cholernie podobny aromat, są cytrusy od Citry, trochę słodyczy i słaba ale wyczuwalna kolendra. Nowością jest zapaszek taki... chlebowo-maślany, na myśl przychodzą czeskie lagery (pewnie od chmielu Żatecki). Dość przyjemny aromat ale za słaby żeby się nim nacieszyć, nawet gdy weźmie człowiek poprawkę na shaker. W smaku jest trochę inaczej. Słodowe, zalepiające, cholernie słodkie z początku nawet. Wyraźnym dodatkiem kolendry i ogólnej ziołowości nie udało się do końca zwalczyć tej słodkości ale na szczęście z odsieczą przychodzi zdecydowana goryczka. Ta połączona z ziołami pozostawia całkiem przyjemne mrowienie w przełyku i oczyszcza człowieka z nektarowej słodyczy. Całość utopiona w delikatnych niuansach chlebowych. Niestety po wypiciu wszystkiego nadal wydaje mi się, że fristajla było trochę za bardzo zapychające. Wysycenie średnie, nieszczególnie daje o sobie znać. Mniejszy ekstrakt zrobiłby robotę, tak przynajmniej myślę (a przecież jestem piwoszem, który lubi grube piwa). Stłamsić trochę słodycz i rzeczywiście mogłoby to być piwo z "idealnie scharmonizowaną goryczką, pikantnością (ale czy tak można określić smak kolendry?) i słodyczą polecane na jesienne wieczory" jak z resztą głosi wszem i wobec etykieta. 


Dziwną sytuacje miałem ostatnio w sklepie. Przygotowując się na typowe spotkanie "planszówki plus piwo" u kumpla zaszliśmy do sklepu z lepszym piwem co by przyjemnie spędzić ten wieczór, nie tylko dzięki Horrorze w Arkham. No więc wchodzimy sobie do sklepu i zaczynamy przyglądać się piwom na półkach. Pszenica, pszenica, pszenica... ja rozumie, że jest sezon akurat przy takim upale ale wydawało mi się, że to i tak przesada. Oczywiście mowa jest o najnowszym trendzie czyli american wheat.

Było też pełno IPA... i w ogóle IPA'ish gatunków piwnych. Nim się obejrzałem miałem pełną torbę typu sześciopak, co prawda było w niej dziesięć piw ale pomińmy ten fakt. Większość z nich była właśnie na amerykańskich chmielach i chyba ze trzy sztuki to były wheaty, których jeszcze nie piłem. W tamtym roku narzekali ludzie na amerykanizacje polskich browarów... to co teraz można powiedzieć? Nie żeby mi to jakoś szczególnie przeszkadzało, problem jest tylko jeden. Jak już wydaje te 80zł na piwo (sic!) to chciałbym mieć trochę większą różnorodność. 


Przy okazji premiery tego piwa Browar na Jurze zaprezentował nową etykietę i logo. Sam nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Niby jest fajnie i nowatorsko. Mamy praktycznie każdą informację potrzebną pijącemu: pełny skład, IBU, ilość alkoholu, temperaturę serwowania itd. Logo pasuje idealnie... ale do tego stylu. Nie jestem taki pewien czy będzie pasowało do mniej nowofalowych stylów jak np stout. Czas pokaże, narazie jest wypaśnie. Kolor jasnozłoty, taka trochę niedojrzała pomarańcza. Piana z początku przypominała obłoczek na niebie, dosłownie. Była tak delikatna i zbita. Niestety szybko zanika i pozostaje po niej tylko cieniuteńki kożuszek.


Pierwsze wąchanko i... o kurczę. Jest lekko i rześko, aksamitnie wręcz. Są tropiki, wybija się głównie cytryna i brzoskwinia. Amerykańskie chmiele pełną gębą. Pieprz wychodzi dopiero po ogrzaniu i to w znikomych ilościach. Wszystko wsparte lekkim zbożowym aromatem. Dla mnie bomba i poezja w jednym czyli chyba jakiś... dramat? Bardziej thriller i to taki... przyjemny. Pijem i dalej się dziwię. Jak to kumpel powiedział: "Naprawdę amerykańskie piwo". I nie chodzi tu o profil chmielowy tylko o ilość alkoholu, 4% idealnie pasuje do rześkości i aksamitności jakie prezentuje ten zacny trunek. Jest pszenicznie, cytrusowo i bardzo ale to bardzo delikatnie pieprzowo. Nic się nie pcha i nie próbuje człowiekowi wcisnąć taniego bubla nachmielonego do granic możliwości. Po prostu każdy element wie kiedy i jak ma się pojawić. Najlepsza jest jednak goryczka, która mizia podniebienie zaraz po przelaniu piwa do ust. Z czasem pieprz staje się coraz bardziej wyczuwalny i łączy się z goryczką pozostawiając przyjemnie kojący posmak w ustach. Jest to kompletnie inne doznanie niż przy Hey Now z Pracowni Piwa. Tutaj nie ma wojny, jest za to gra w szachy gdzie każdy ruch jest starannie przemyślany. Ba, nawet wysycenie jest średnie i człowiek praktycznie o nim nie myśli podczas picia. Lekkie i pijalne jak cholera. Na pewnym znanym portalu piwnym piszą, że piwo jest w pewnym stopniu mdłe... przepraszam, ale powaliło chyba kogoś mocno we łbie.



Lubie czekoladę, mimo tego, że jestem na nią uczulony. Nie jakoś mocno, kicham jak poraniony po prostu po niej. W sumie mogę tę przypadłość traktować jako test na ilość czekolady w czekoladzie. Piwo działa jak lek, jeszcze nigdy nie kichałem po piwie czekoladowym. Wniosek? Muszę pić piwa czekoladowe i tyle.

W większości przypadków to stouty są stylem, do którego pakuje się czekoladę w różnej postaci, od zwykłego aromatu lub syropu po ziarna kakaowca. Ostatnio mieliśmy wysyp coffee stoutów jak np taki jeden z Kormorana ale czekoladowych ni cholery nie widziałem w sklepach. Ba, nawet nie wiedziałem, że Browar na Jurze robi czekoladową odmianę stouta (kolejne zaskoczenie na WFDP).


Etykieta trzyma się prostoty i takiej swojskości jaką reprezentują jurajskie nadruki. Z tą mam jednak jeden problem, wszystko się zlewa ze sobą, ciężko jest doczytać, że to jest właśnie ten stout czekoladowy. Piwo reprezentuje się wyśmienicie. Piana z bliska ma parę dziur ale ogólnie wydaje się wręcz kremowa, no i trzyma się dość długo. Kolor trunku to węgiel bez refleksów.


Zanurzam nos i z początku da się wyczuć pewną czekoladę ale szybko robi się z niej masełko (i to nie takie przyjemne cappuccino tylko po prostu masło). Nie jest tego dużo ale jednak jest. Jest też na szczęście ogólna paloność średniej intensywności. Całość jakoś nie porywa mocą. Szczerze mówiąc spodziewałem się bardziej pozytywnych doznań od Zawiercia. No nic, chluśniem bo uśniem. W smaku nisko palone, masełka na szczęście nie ma. Jest za to gorzka czekolada i szybko znikająca, niska goryczka. Najbardziej intrygujący jest jednak dziwny smaczek, który się pałęta cały czas. Coś jakby lekka ziemistość, trochę mi się kojarzy z tym przyjemnym uczuciem jak się wyjdzie na dwór po mocnym deszczu. Lekki kwasek też znajdziemy. Jest pijalne ale nie wodniste. Wysycenie średnie, trochę więcej i by mi przeszkadzało w piciu. Pod koniec picia doszło do mnie, że nawet lekko orzeźwiający jest, co wydawało mi się dość dziwne. Niby wszystko w smaku okej ale niedosyt człowiek ma, szczególnie w aromacie.


W sumie to miała być pijana krowa na rowerze ale jakoś nie wyszło. Wybrałem się na przejażdżkę po pobliskich wioskach w poszukiwaniu mućki. Tak sobie ubzdurałem, że Przewrotu Mlecznego nie wypije bez niej. Problem w tym, że jak jeszcze parę lat temu prawie każdy gospodarz miał krówkę na roli trak teraz wioski świecą pustkami. W moim regionie głównie świnie się krzątają... a te mi jakoś nie pasują. 

(klikając w mapkę odniesie was do treningu)

Pierwsza zasada pijanych rowerzystów mówi: zawsze zabieraj ze sobą piwo zastępcze. Spakowałem więc bardzo zdrowe piwo jurajskie i w drogę. Pierwsza wioska i totalny brak krówek, jakoś mnie to nie zniechęciło. Na swojej drodze miałem jeszcze parę miejsc, w których wydawało mi się że spotkam te ustrojstwa produkujące mleko.



Oczywiście jak się później okazało, krowy wymarły i tyle. Popytałem się w paru miejscach i jako odpowiedź dostawałem głównie zdziwione miny. Szkoda wyjazdu więc postanowiłem pojeździć trochę po lasach i zakończyć wypad nad jeziorem. Było mokro i w sumie bardzo przyjemnie się jeździło, jak patrzę na pogodę dzisiaj to aż mnie ciarki chwytają, duchota straszna.




Gdy bidon był już prawie pusty na horyzoncie pokazało się moje ulubione jezioro. Co prawda w sezonie jest tak zatłoczone różnymi pojazdami wodnymi jak autostrada do Zakopca ale ma swój urok, szczególnie w błotnistych rejonach. Miała być panoramka, ale coś nie wyszło i jest tylko połowa, meh.


Sięgając po piwo do plecaka miałem obawy, trochę już tam leżało a jest dość ciepło. Chwyciłem butelkę i od razu wrzuciłem do wody. Była za ciepła nawet jak na moje standardy. Walnąłem się na glebę i dopiero po paru minutach coś zauważyłem, tutaj w ogóle nie ma ludzi. Ja rozumie, że to końcówka plaży i w dodatku obrośnięta trawą ale nawet po piaszczystej stronie nikogo nie było. No nic, czas coś wypić.


Etykieta piwa mocno przypomina (przynajmniej stylem) tą ze Świątecznego. Tak samo nawet się marszczy, za mało kleju czy jaka cholera? Kolor samego trunku bez zarzutu, złote, klarowne, ciemniejsze niż zwykłe sklepowe lagery. Piana miała lekkie problemy, szczególnie zbita nie była ale utrzymywała się dość długo.


Jezus maria sąsiad właśnie wrócił chopperem cały odziany w skórę... ja siedzę w samych gaciach i ledwo co wytrzymuję... ale ja nie o tym miałem. Aromat mocno chmielowy, cytrusowy, słodki. Na pewno mocniejszy niż w ostatniej warce Strażackiego co już i tak jest wielkim osiągnięciem w środowisku lagerów. W sumie to nie wiem jak ostropest pachnie ale chyba go nie wyczuwam. Właśnie, ostropest. Podobno bardzo dobrze wpływa na wątrobę. Jakby mnie jakiś natręt zaczepiał, że niby alkoholizuje się w miejscu publicznym jakim niby jest jezioro mógłbym mu odpowiedzieć, że piję lekarstwo na wątrobę. Heheszki. W smaku na pewno za ciepłe, kąpiel w jeziorze nie pomogła zbytnio. Temperatura ukazała jednak chyba te zielsko, którego browarnik z Zawiercia użył. Wyczuwalny posmak ziaren, jak w chlebie pełnoziarnistym. Łączy się to całkiem fajnie ze średnią ale wyraźną cytrusową goryczką. Oprócz tego wszechobecne owoce i lekka słodowa słodycz. Ogólne wrażenia bardzo przyjemne, lekkie i dość orzeźwiające nawet jak na tą temperaturę, chłodniejsze byłoby na pewno lepsze (ale co ja mam zrobić, lodówki do plecaka nie zmieszczę). Wysycenie średnie, w ogóle nie przeszkadza w piciu. Moja wątroba od razu czuje się lepiej.




Trzymałem to piwo skrzętnie w piwnicy specjalnie na Wielkanoc. Taki kaprys, no bo w końcu mało jest piw sezonowych na akurat te święto (o tym z Okocimia nie ma co wspominać nawet). Problem był jednak z tym, że przydałoby się zjeść coś do niego. Z pomocą przyszedł kumpel który w 15 minut zrobił całkiem przyjemne burgery domowe. 

Zacznijmy może od mięsa, kucharz ze mnie marny, umiem zrobić jajecznice na boczku. Dlatego smażeniem zajął się pewien jegomość o imieniu Adam. Co mnie najbardziej zdziwiło to to, że można bardzo szybko zrobić proste, ale za to bardzo smaczne burgery w zaciszu domowym. Szybki przepis dla takich laików jak ja:

Burger:
125 g wołowiny
Szczypta szałwii
Czarny pieprz
(Całość zgnieść)
Bułka:
Z Tesco
Sos:
Ogórek kiszony
Pół cebuli
Mały ząbek czosnku
Łyżka musztardy sarepskiej/delikatesowej/rosyjskiej (w zależności jak ma być ostry)
Łyżka musztardy francuskiej
Łyżka majonezu
(wszystko drobno pokroić lub zmiksować)



Co robić:
Bułkę podgrzać na patelni lub w piekarniku na zapiekanie. Mięso smażyć na bardzo gorącej patelni (ma prawie dymić), wrzucić trochę masła (dla karmelizacji) jak tylko się rozpuści, smażyć kotlet 2-3 minuty z jednej strony - starając się nie przewracać (czyli z jednej strony 2-3 minuty i potem obrócić na kolejne 2-3 minuty). Całość złożyć.




Proste? Proste, a jakie smaczne! Najlepiej mieć do tego jeszcze jakieś dobre piwo, czy Jurajskie takie jest? Przekonajmy się!


Przyznam się szczerze, że z wielkim żalem trzymałem je w piwnicy. Sama myśl o piwie z kakao, miodem gryczanym i szczyptą chili wymuszała we mnie ślinotok. W końcu cholernie mało było prawdziwych świątecznych trunków na Boże Narodzenie i z bólem serca schowałem je w odmętach piwnicznych. Etykieta jest świetna według mnie, mimo rażących, złotych akcentów. Infografika jest bardzo fajnie zrobiona, no i ten renifer! Jedyny problem jaki mam to jakość papieru, już przy kupnie był zmarszczony. Wyglądu piwa nie ma się co czepiać. Czarne jak wągiel, bez prześwitów. Piana z początku zbita szybko zaczęła się redukować do kożuszka. Z początku myślałem, że to przez alkohol ale nie, Jurajskie ma tylko 5,6%. 


Szybki niuch i jest moc gorzkiej czekolady. Ale w sumie... chyba nie, to coś innego. Kakao! Dosłownie bije pięścią w nos. Lekko słodkawe, jak kakao z mlekiem, oj pasowałoby w zimowe, grudniowe wieczory. Po pierwszych dwóch łykach stwierdziłem jedno, nie jest aż tak mocno pikantne jak Grand Imperial Chili Porter, co akurat w tym przypadku mi pasowało. Wyczuwalne papryczki pojawiają się na stałe dopiero w połowie picia. Co do wszystkich smaczków, zaczynamy od lekko słodkawego kakao z mlekiem aby zakończyć na gorzkiej czekoladzie z chili, których lekka pikantność przyjemnie pozostaje w ustach na krótki czas. Przyznam, że miodu (niby 21% ekstraktu) nie wyczułem jako takiego. Możliwe, że to on dał ten efekt słodkiego kakao z mlekiem. Mimo dużych kontrastów piwo jest ładnie zbalansowane i ułożone. Łagodnie przechodzi z jednego smaku w drugi. Możliwe, że jest to wina leżakowania, czytałem na innych blogach, że ludziom zdarzało się je wylewać do zlewu bo było niepijalne. Mi się piło bardzo przyjemnie a niskie nagazowanie tylko potęgowało przyjemność z picia. W połączeniu z burgerem miodzio.


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Gdy widzę napis "delikatne piwo" na etykiecie od razy myślę sobie: "to musi być niezły sikacz". Moje doświadczenie z browarem z Zawiercia dodatkowo nastawiło mnie pesymistycznie, jakoś Bursztynowe i Ciemne Pszeniczne nie były wybornymi piwami. Czemu więc mieliby mnie zaskoczyć najzwyklejszym jasnym pełnym?

Zaczyna się źle. Piana urosła i bardzo szybko opadła żeby w końcu, po AŻ 2 minutach, zniknąć całkowicie. Nawet minimalny kożuszek po niej nie został. W zapachu głównie słody ale tak jakoś nienatarczywie. Jeszcze bardziej utwierdziło mnie to w przekonaniu, że zaraz wleję do ust wodę. No to co, chluśniem bo uśniem!

Dawno, oj dawno nie byłem tak przyjemnie zaskoczony. W smaku jest słód a zaraz za nim chmiel, goryczka bardzo przyjemna, delikatna. Zostaje dość długo na języku ale dzięki tej delikatności w ogóle mi to nie przeszkadza. Nawet powiedziałbym, że mi to pasuje. Małe nagazowanie bardzo pasuje do tego piwa i jest taką wisienką na torcie jeżeli chodzi o tą całą delikatność. Podsumowując jest to bardzo fajne lekkie piwo, które idealnie nadaje się na leniwe wieczory. Ważne jest to, że owa delikatność nie oznacza totalnego rozwodnienia piwa. Do ostatniego łyka czułem, że piję bardzo fajnego, pełnego lagera. Piwo kosztuje coś koło 3,5zł i jeżeli ktoś woli kupić Lecha albo Tyskie... no nie będę się wyrażał.  


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Co my tu mamy, jakiś bursztyn. Prezentejszyn ładny, kolor rzeczywiście bursztynowy, miedziany. Z pianą jest problem bo szybciutko znika ale przecież to smak się najbardziej liczy, pijemy. Jest jakaś gorycz, są jakieś owoce ale wszystko przykrywa karmel. Za dużo go, piwo robi się strasznie dziwne po paru łykach. Zawiodłem się głównie dlatego, że wcześniejsze warki podobno miały fajną goryczkę, która kontrowała ten karmel. W mojej sztuce nic takiego nie nastąpiło.


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Mocno orzeźwiający, ciemny pszeniczniak. Wygląda dość fajnie ale piana mogłaby być wyższa (chyba że to ja źle nalałem). Brakuje mi w nim jednak większej goryczy. Spróbowałem bo chwalone było na Wrocławskim Festiwalu Piwa, podobno nawet jakąś nagrodę dostało. Jak dla mnie nic szczególnego aczkolwiek całkiem dobre. 


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com