Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american india pale ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american india pale ale. Pokaż wszystkie posty

Powracające piwo to najlepszy pretekst do odkopania starego wpisu zapomnianego gdzieś hen daleko w kopiach roboczych. Tak jest w tym przypadku. Z browaru Birbant ma niedługo wyjechać (albo i już wyjechała) kolejna warka Senseia. Piłem poprzednią, ale nie wiedzieć czemu nie wrzuciłem wpisu na bloga. Trzeba to zmienić.

Pozostaje oczywiście kwestia różnych warek, w końcu ta najnowsza może się diametralnie różnić od poprzedniej. Jestem jednak przekonany, że w tym przypadku nie będzie z tym problemu. Panowie z Birbanta trzymają poziom swoich piw w ryzach i rzadko kiedy miewają wpadki jakościowe.



Etykieta w stylu znanym i lubianym. Sylwetka samuraja i biało czerwone barwy pięknie prezentują się na szkle. Kapsel firmowy także, głównie dzięki zacnemu logo i braku jakichkolwiek napisów. Piwo ma kolor miedziany, jest klarowne i posiada całkiem wysoką pianę. Ta, zbita i gęsta, trzyma się dość długo zanim opadnie do sporawych rozmiarów kożucha. Koronka też się jakaś pojawia momentami.


Z początku aromat nie powalał. W zamkniętym pomieszczeniu człowiek mógł coś wyczuć, ale na dworze przy lekkim wietrze byłby już problem. Zapach żywicy i kwiatów dominuje, ale gdzieś w oddali da się też wyczuć delikatne cytrusy (w tym przypadku skórka od pomarańczy). Co najważniejsze nie ma zieleniny dlatego możemy z entuzjazmem przejść do konsumpcji. 

Ok, na starcie muszę zaznaczyć, że piwo jest nad wyraz lekkie jak na ten ekstrakt. Słodowość nadal dawała czadu, ale w żadnym wypadku nie można było mówić o jakimkolwiek zapchaniu. Pomaga w tym na pewno dość duże wysycenie. Jeżeli chodzi o sam smak to jesteśmy świadkami istnej wojny na polach pszenicy. Po jednej stronie swojska ziołowość, a po drugiej tropikalno-cytrusowe akcenty, które walczą ze sobą nieustannie. Te ostatnie przypominają miks grapefruita, skórki pomarańczy i liczi. To piwo nie jest gładkie, ułożone czy też spokojne. Ono przeżywa wewnętrzny konflikt, który o dziwo składa się w przyjemną całość. Goryczka silna, trochę zalegająca o profilu ziołowym. Finisz wchodzi w lekką wytrawność. Składa się głównie z cytrusów (a może bardziej samych skórek), pszenicy (i delikatnego kwasku od nich), kolendry i zroszonej trawy. Bardzo przyjemne, ale też agresywne piwo. 

----------

Styl: Sorachi White AIPA
Alk: 5,7%
Ekstrakt: 15,5%
IBU: 60
Skład: słód (pale ale, pszeniczny), chmiel (Tomahawk, Centennial, Sorachi Ace, Chinook), drożdże us-05.
Do spożycia: 28.12.2017


Nowe trendy w piwnym świecie to norma. Czy to beczki, czy też hype na jakiś egzotyczny lub patriotyczny dodatek (śledzik np.). Są też takie bardziej przyziemne wymysły piwowarskie jak na przykład mocno nachmielony... muł, który zyskał dużą popularność za oceanem. Tak bowiem w skrócie można opisać styl Vermont IPA (czy też New England IPA).

No nie, czyżby wiecznie obrażony na wszystkich Spirifer pojawił się znowu na blogu? W końcu przecież musiał... Szczególnie gdy zaczęli warzyć piwa związane w jakiś tam sposób z kolarstwem. Takiej okazji Wasz uniżony Pijany Rowerzysta nie mógł przepuścić. W dodatku była promka w hipermarkecie, aż żal nie sprawdzić.

Wolałbym jednak, aby nie była to kolejna ajpa-srajpa... najwidoczniej nie można mieć w życiu wszystkiego niestety. Chyba nie tylko mi bardziej do roweru pasuje jakieś grodziskie, czy też gose na przykład. No ale AIPA to gwarantowana sprzedaż i w dodatku jest dość łatwa do uwarzenia, więc po co się męczyć? No dobra, robimy reset hejtu i sprawdzamy co to za cudo.


O właśnie, to jest najlepszy przykład jak etykieta może być lekko paździerzowata, ale zarazem przyjemna dla oka. Nazwa piwa to jakiś koszmar grafika... tło i sam kolarz za to bardzo mi się spodobały. Piwo mimo bycia niefiltrowanym jest prawie, że klarowne. Kolor... złoty, albo nawet bardziej jasna miedź. Piana z początku wysoka bardzo szybko zamieniła się w dziurawą papę, która pozostawiła po sobie bardzo słabiutki kożuch. 


Braku intensywności nie można temu piwu zarzucić, a przynajmniej w aromacie. Nie wiem tylko czy to tak do końca dobrze. Owszem górują owoce tropikalne i cytrusy, z których wyróżniają się na pewno brzoskwinia i chyba mango, ale swoją obecność zaznaczają też gotowane warzywa. W tym przypadku coś pokroju młodej cebulki (mi osobiście najbardziej przypominającej w piwie chipsy cebulowe). 

Już na wstępie zaznaczę, że ta AIPA nie urwie Wam dupy czy też nie wyniesie Was na wyżyny craftowych doznań. Oczywiście nie jest to nic złego... A więc, co my tu mamy? Średnia pełnia i średnie nagazowanie, można się nawet pokusić o stwierdzenie, że całość jest dość sesyjna. Dobra podbudowa słodowa (delikatnie karmelowa) przykryta mieszanką chmielową, która niestety trochę się zagubiła w kotle. Jakieś cytrusy bliżej nieokreślone i tropiki w dużym domyśle. Goryczka wyraźna, cytrusowa z lekkim żywicznym zacięciem, które przechodzi do finiszu. W nim oprócz żywicy pojawia się też delikatna zbożowość. Jak wspomniałem na początku nie jest to wybitne piwo. Jest zwyczajnie wystarczające i każdemu powinno przypaść do gustu przy okazji beznamiętnego sączenia (ognisko, grill, plaża). Ci, którzy spodziewają się w AIPA wybuchających cytrusów i tropików (i goryczki wypalającej jamę ustną) mogą się jednak zawieść.

----------

Styl: American India Pale Ale
Alk: 5,8% Obj.
Ekstrakt: 14 BLG
IBU: 50
Skład: słód (pale ale, carapils, monachijski, pszeniczny), chmiel (Amarillo, Cascade, Centennial, Citra, Simcoe, Summit), skórka pomarańczy, drożdże US-05.
Do spożycia: 25.01.2017


Ostatnia niedziela okazała się być pięknym dniem. Właśnie dlatego chwyciłem za rower z zamiarem odbycia kolejnej pijackiej trasy dookoła jeziora. Udało się, 50km zaliczone, ale z trudem. Najwidoczniej forma nie chcę jeszcze wrócić (tak samo jak zima nie chce odpuścić i sypnie czasami śniegiem na parę godzin).

Problem w tym, że przez własną głupotę zapomniałem naładować aparat. 10% baterii ledwo co starczyło mi na zrobienie zdjęć piwa i może dwóch widoczków. Dlatego nie podłącze tego wpisu pod Pijanego Rowerzystę. Co do samego piwa, Browar Spółdzielczy wysłał mi je łaskawie bez wcześniejszej konsultacji. Odważny krok, w takich sytuacjach potrafię bez skrupułów wrzucić nawet najbardziej negatywny wpis. Skoro tak ochoczo wysyłają to muszą być pewni jakości swojego wyrobu chyba nie?


Etykiety browaru są ściśle związane z morzem. Co mi się szczególnie w nich podoba to minimalizm. Ich głównym motywem (i w sumie jedynym) jest węzeł. Na początku browar miał ich cztery, ale AIPA dostała nowy z tego co widzę. Ładne to i schludne. Piwo też niczego sobie z resztą. Piękny, miedziany kolor, zamglone (ale należy wziąć poprawkę na turbulencje w plecaku). Piana rośnie wysoka, bialutka i drobnopęcherzykowa. Opada w średnim tempie, ale pozostawia całkiem ładny osad na ściankach. 


Nie będę kłamał, że aromat wbił mnie w ziemię i każdy hopheadowiec dostanie przy nim spazmów. Brakuje mu siły i wytrwałości, ale nie jest też jakoś szczególnie wadliwy. Są tropiki, słodkie mango, marakuja bodajże i delikatna brzoskwinka. Gdzieś w oddali pojawia się tez guma balonowa i żywica. Niby wszystko okej, ale polscy craftopijcy przyzwyczajeni są (czyt. "rozpieszczeni") do mocnego, chmielowego uderzenia w nos przy jakiejkolwiek interpretacji AIPA. 

Chwyciłem butelkę co by sobie przeczytać skład i wziąłem pierwszy łyk. W tym momencie uświadomiłem sobie coś. To nie jest przecież imperialna AIPA, może i aromat był słaby, ale w smaku jest jak najbardziej okej. Nie wdeptuje w ziemię, ale jest po prostu okej. Mamy cytrusy na równi z żywicą na dobrze dobranej podbudowie słodowej (która wydaje się być delikatnie tostowa). Goryczka wchodzi nagle, z przytupem i żywicznym profilem. Jest mocna, ale ulatnia się dość szybko pozostawiając za sobą wytrawny, żywiczno-łodygowy finisz, który mógłby jednak odrobinkę krócej trwać według mnie. Średnio treściwe, tak samo nagazowane. Pijalne, spokojnie można sięgnąć po więcej w ten sam wieczór. To jest AIPA w najprostszej postaci. Jeżeli mam być szczery to browarowi należy się szacunek za to, że zwyczajnie nie spieprzył tego stylu.

----------

Styl: American India Pale Ale
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: 65
Skład: słód (pale ale, wiedeński, pszeniczny, caramunich II), chmiel (Zeus, Citra, Amarillo, Centennial), drożdże safale US-05.
Do spożycia: 20.04.2016




Drugie picie:

Dawno nie było powtórzonej degustacji z prawdziwego zdarzenia na blogu. Za mało czasu i za dużo nowych premier się pojawia… Gdy jednak człowiek idzie na działeczkowego grilla się odprężyć nie może wziąć ze sobą samych piw do degustacji. Zazwyczaj robię tak, że biorę jedno specjalne, którego jeszcze nie piłem a reszta to sprawdzone specyfiki do powolnego sączenia. Tak było i tym razem z tym, że skończyło się to małą katastrofą.

Jak pewnie wiecie dopiero co premierę swoją miała najnowsza cześć Wiedźmina od polskiego studia CD Projekt. Jako nałogowy gracz (to już drugi mój problem zaraz przy alkoholowym) nie mogłem sobie odpuścić tak zacnego kąska. Każdy, kto grał w poprzednie części wie, że nie jest to kolejny CoD czy tam inne pustkowie fabularne tylko historia pełna intryg, polityki i co najważniejsze, nie dzieli świata na czerń i biel.

Wchodząc kolejny raz do piwnicy stanąłem znowu przed wielkim wyzwaniem jakim jest wybór piwa do wypicia. To właśnie przez najnowszego Wiedźka wybrałem najnowszy wypust panów z browaru Kingpin. Dlaczego? Po pierwsze nie zapomniałem jeszcze, że podczas pub crawlingu we Wrocławiu to właśnie Mandarin był jednym z nielicznych piw, które mi smakowało. Po drugie…


... nie mówcie mi że świnia z etykiety chociaż trochę Wam owego Geralta z Rivii nie przypomina?! Tak wiem, że jest stylizowana na azjatycką odmianę chodzącego jeszcze bekonu ale ja wiem swoje. Piwo ma kolor złotawy, wchodzący w zachodzące słońce (jedna z pierwszych scen w nowym Wiedźminie). Dość mętne, za bardzo jak na AIPA. Wybaczam jednak bo łatwo nie miało w plecaku podczas podróży na działkę. Piana rośnie wysoka, bielutka i nawet dość zbita. Niestety szybko zaczyna opadać zostawiając na szczęście dość ładny lacing.


Kupując Mandarina nie zwróciłem uwagi na to, co tym razem chłopaki z Kingpina wrzucili do kotła. Dopiero w domu przeczytałem, że dodali jakiegoś zielska. Sencha to rodzaj japońskiej zielonej herbaty, która jeżeli wierzyć opisom jest mocniejsza niż znane nam liptony/sagi. Aromat to intensywność w czystej formie. Cytrusy, owoce tropikalne; grapefruit, mango, mandarynki. Głównie słodkawe zapaszki momentami kontrowane przez gorzkawy aromat liści herbaty. Osobiście skojarzył mi się bardziej z typową, ciemną angielską herbatą a nie zieloną (ale co ja się tam znam, w końcu nałogowo piję tylko kawę... i piwo). Gra ona jednak rolę drugoplanową i słodkawe owoce wygrywają dość łatwo każde starcie (każdy niuch). W smaku wydaje się z początku podobne, jest jednak większy nacisk na wytrawność, szczególnie przy finiszu. Początek to znane nam cytrusy i tropiki, z przewagą tych drugich. Przeistaczają się one w trawiasto-ziołowy posmaczek, który rośnie w siłę aż przemienia się w intensywną (ale nie zabójczą) goryczkę. Ta ma dość intrygujący profil, z początku wydawało mi się, że żywiczny. Ostatecznie jednak stawiam na mocno ziołowy charakter herbaciany. Owa liściasta Sencha utrzymuje się do końca lekko zalegając. Gorzka herbata bez cukru, ze świeżych liści jak nic. Wysycenie średnie, treściwość na dobrym poziomie, nie zapycha i nie męczy. Dość dobrze orzeźwia i bardzo szybko znika ze szkła. Przyjemna i wyróżniająca się wytrawność to chyba główny atut tego piwa. Trzeba jednak uważać, woltaż do najniższych nie należy. Idealnie zastąpiło mi herbatę w ten pięknie zachmurzony, majowy wieczór.


Drugie picie:

Bardzo dawno temu, gdy w kraju kwitnącej cebuli królowały wszelakie kopie eurolagerów a szczytem hipsterstwa było picie piwa z sokiem przez słomkę ktoś postanowił powiedzieć dość. Tym ktosiem był browar Pinta. W lśniącej zbroi i Atakiem Chmielu w ręce zaczął nawracać niewiernych, odcinając głowy hydrze zwanej Wielkim Zbiorem Koncernów. Tak zapewne wielu z nas będzie wspominać chłopaków z Pinty. Ja... nie bardzo, jak wiecie mam z nimi ostatnio problem, który nazywa się normalność.

Po Śniegu z Beniowej byłem pewny, że reszta piw z Ursy mnie nie zawiedzie. Megalomana postanowiłem wypić po koszeniu działki, Jelenia Filipa (w sumie gdybym miał tak na imię pasowałoby jak ulał do sytuacji) wsadziłem do plecaka i hop pojechałem rowerem do znajomego. 45 kilometrów dalej przekonałem się, że tak samo jak przy pierwszym, mogłem go wypić w domu, przed kompem i bez jakiejkolwiek wzmianki na blogu. Ale nie, jak to mówią: warto rozmawiać (a w tym wypadku pisać).

Dojechało do mnie w końcu piwo uwarzone w browarze Ciechan przez Czesława Dziełaka. Wygrał on I Warszawski Konkurs Piw Domowych. Kurier bohatersko dostarczył mi paczkę o 19:07. Nie mogłem się powstrzymać więc otworzyłem szybko i moim oczom ukazała się bardzo estetyczna etykieta. Trochę mi kapsel nie pasował ale to możemy im wybaczyć.

Zacznijmy od tego, że Czesław wygrał też konkurs Birofilia stylem Imperial IPA, którego degustacje zobaczycie w piątek. Od razu mogę wam napisać, że Grand Prix z Ciechana bije tamto na głowę. Dlaczego? 

Po otwarciu butelki dostajemy nie pstryczka, nie pięścią, ale całym betonowym klocem wielkości malucha w nos. Tak pięknego aromatu chyba w życiu nie czułem. Chmielowość cytrusowa, głównie owoców tropikalnych po prostu eksploduje w nozdrzach, i nie jest to zalegająca/męcząca słodycz lecz taka... no, owocowa! Ananas, grapefruit, mango, papaja, tylko wybierać! Kolor to bursztyn, piana też niczego sobie. Biała, zbita i utrzymuje się dość długo. Ładnie też oblepia szkło. 

Jezus, raj.

Szczerze, boję się wziąć łyk. Wiem, że tak jak z wódką na polskich imprezach, zawsze będzie za mało. Zaczynam pić jednak, poowoolii. Oh tak, idealna koegzystencja słodów z chmielami. Tropiki aż kipią ale nie przeszkadzają. Nagazowane akurat według mnie czyli poniżej średniej. Wszystko skleja ze sobą leciutka żywica. Gorycz idealna wręcz, nie jest jakaś uber mocna ale to przeca nie imperial. Nic nie zalega, nic się nie wyrywa z szeregu. Aż mi jest wstyd ale zostałem czystym fanboyem tego piwa. Nie da się ukryć, że jest to najlepszy przedstawiciel stylu AIPA jaki piłem w życiu.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com