Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świąteczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świąteczne. Pokaż wszystkie posty

Pamiętam, że w bodajże pierwszej klasie podstawówki zmusili mnie do zagrania w przedstawieniu świątecznym. Miałem być Herodem... ja. Człowiek niespotykanie spokojny i bez konfliktów. Dodatkowej pikanterii do tej całej sytuacji dodawał fakt, że byłem chyba jedynym świeżakiem w tej całej bandzie niby aktorów.

Oczywiście jak na świeżaka przystało robiłem na złość nauczycielkom. Wydawałem dziwne dźwięki, upadałem szybciej (była scena, gdzie mnie strażnicy "rzucali" na ziemie) i ogólnie byłem małym wrednym bachorem wprost z amerykańskiego filmu lat 80-90'tych. Jak tak teraz o tym myślę, to lałbym nawet samego siebie linijką po tyłku na miejscu tych nauczycielek. Tak jakoś mi się przypomniało pijąc tegorocznego świątecznego stouta z Artezana.



Herodzik bardzo ładnie prezentuje się na butelce i trochę przypomina mnie z czasów aktorskiego debiutu. Inna sprawa, że sam styl graficzny kojarzy mi się, nie wiedzieć czemu, z Małym Księciem, a przynajmniej wersją, którą czytałem za młodu. Kapselek firmowy zawsze na propsie. Piwo ciemnobrunatne, nieprzejrzyste. Z początku piana była zadziwiająco wysoka i prawie że czarna. Dość szybko jednak, mimo zbitej konsystencji, zaczęła się redukować do tego co macie poniżej. Szkoda trochę.


Aromat? Miazga. Tak intensywny, że nawet bigos w pobliskim garnku go nie zdominował. Czekolada 75%, marcepan, trochę palonego słonecznika i odrobina skórki pomarańczy. Całość posypana szczyptą cynamonu. Bardzo ładnie się to wszystko zgrywa ze sobą i rzeczywiście pachnie świętami. No no Panie Artezan, jak Ty mnie zaimponowałeś w tej chwili.

W ustach gładkie i aksamitne, ale też z proper ciałkiem. Tak, płatki owsiane zrobiły robotę. Wysycenie średnie do niskiego. W smaku znowu przyjemna czekolada, taka nie z pierwszej łapanki. Gorzka i w dodatku wspomagana przez kakao. W tle prażony słonecznik i bardzo delikatna pomarańcza. Goryczka średnia, momentami niska. Ma palony profil, który przechodzi w popiół na finiszu. Taki nie za mocny, ale za to bardzo dobrze współgrający z czekoladą. Ogólnie końcówka taka trochę jednowymiarowa się wydaje. Podsumowując... dobre, nawet bardzo. Brakowało jednak  tego pazura z aromatu i jakby nie patrzeć trochę różnorodności. Gdzie się podział marcepan?

----------

Styl: Christmas Orange Stout
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, ziarna kakaowca, skórka pomarańczowa, chmiel, drożdże, cynamon cejloński.
Do spożycia: 30.03.2018


Święta, święta i po... a nie, czekajcie. To jeszcze za wcześnie. Zakręcony jak ruski termos jestem ostatnio i już mi się dni mylą powoli. Na szczęście, paradoksalnie, wszystko zaczyna zwalniać przed samymi świętami. Mam też coraz więcej czasu na degustacje.

I tak po ostatnim małym zawodzie, jakim było świąteczne piwo od Pinty postanowiłem spróbować czegoś innego. Jako, że nie chciało mi się specjalnie jeździć do "dużego miasta" poszukałem u siebie. O dziwo znalazłem piernikowe z Jana Olbrachta... w Lidlu. Wrzuciłem do koszyka razem z owsianką śniadaniową i heja do kasy. 



Etykieta w nowszym, komiksowym stylu z rysunkiem Mleczki. Jedna z niewielu sytuacji w polskim crafcie, gdzie przezroczystość działa na korzyść grafiki na butelce. Kapsel firmowy, ale stanowczo za dużo na nim tekstu. Kolor piwa oceniłbym na ciemnobrązowy. Jest też wyraźnie zmętnione. Piana mizerna i sycząca. Znikła kompletnie po parunastu sekundach.


Z początku (zaraz po otwarciu butelki) pachniało naprawdę fajnie. Jak domowe ciasto czekoladowe. Było to jednak złudzenie przebrzydłe, bo po chwili aromat zmizerniał i zmienił się w coś bardzo nijakiego... taki "smutny" miks karmelu z pieczywem. Znowu powracają koszmary z Coca-Colą...

Aha, w smaku nie jest jakoś szczególnie lepiej. Zacznijmy od początku jednak... Czuć ciałko, treściwość na wysokim, ale jeszcze niezapychającym poziomie jak na moje "oko". Wysycenie średnie z tendencją spadkową. Niestety za takim cielskiem nie idą smaczki, bo jest... cienko pod tym względem szczerze mówiąc. Czekolada, cynamon i taka jakaś chamska słodycz. Jak zwykły biały cukier dosłownie, albo sztuczny miód. Przypraw piernikowych brak. Jakiejkolwiek goryczki, choć trochę kontrującej tę tępą słodycz też. Finisz pusty, słodki, karmelowy. Jak Cola bez gazu, którą jakiś szarlatan zapomniał zakręcić dzień wstecz. No nic, szkoda. Może jednak trzeba było uwarzyć piernikowego stouta drogi Olbrachcie?

----------

Styl: Piernikowe / Schwarzbier Świąteczny?
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód (pilzneński, monachijski, caramunich typ III, carafa typ III), miód wielokwiatowy, chmiel (Hallertau Tradition, Hersbrucker), cynamon, kolendra, goździki, ziele angielskie, gałka muszkatołowa, drożdże W34/70.
Do spożycia: 13.05.2018


Tak bolesnych świąt nie miałem chyba nigdy... I żeby nie było, nie chodzi mi tutaj o piwo. Wyobraźcie sobie, że po Wigilii moja górna dwójka postanowiła się zbuntować i dowalić mi takim bólem, że nawet Ketonal nie dawał rady momentami.

I tak do wtorku, aż ktoś mnie łaskaw był przyjąć do gabinetu... ze spuchniętą twarzą i pełnym zapaleniem. Co z tego wynikło? Ostre antybiotyki i potrzeba wizyty u chirurga. Co najlepsze ząb wygląda dobrze, coś złego się działo pod plombą. I tak właśnie spędziłem okres świąteczno-sylwestrowy. Bez alkoholu i bez przejedzenia się pierogami... Z zestawu piw, które sobie zostawiłem na tę okazję wypiłem tylko jedno...


Etykieta cieszy oko, jak z resztą każda z Browaru Zakładowego. Piwo jest klarowne i wydaje się być czarne. Momentami przypomina jednak coś w rodzaju ciemnego rubinu. Piana ma spory problem jednak. Nie chcę się tworzyć i znika w zastraszającym tempie. Nie jest też jakoś szczególnie widowiskowa... zaraz po nalaniu jest niska i popękana. Pozostawia po sobie za to całkiem trwały kożuch. 


Jeżeli to jest "lekko wędzony" porter to wiele tych "bardziej wędzonych" powinno się uczyć od Browaru Zakładowego. Mięsna wędzonka jest tak wyraźna, że aż nos zaczyna swędzieć. Miesza się to z kompotem śliwkowym (tym, którego nie chcieliście pić za młodu u babci na święta) i delikatną wanilią. Wraz z ogrzaniem wychodzi też lekka skórka pomarańczy. Boże jak to ładnie (i co najważniejsze świątecznie) pachnie. 

No nie, odstawiam świąteczny kompot na zawsze. Choinka Zakładowa zastąpi go w 100%. Jest wystarczająco sycąca, ale niezapychająca. Tak jak wskazuje na to ekstrakt. Niskie wysycenie też pomaga znacznie. Na pierwszym planie znowu wędzonka, dość gorzkie w odczuciu kakao i subtelna wanilia. Nie jest to przesadnie wytrawne, bo śliweczka walczy zacnie wraz z ciemnymi pobratymcami. Mizia to podniebienie tak przyjemnie, że aż człowiekowi powieki zaczynają się przymykać. Jak po zjedzeniu całego garnka pierogów z kapustą i grzybami. Goryczka bardzo delikatna, po co ona komu w kompocie? Nie wiem. Finisz jak z filmu Wędzonka Strikes Back. Kompocik, wędzona śliweczka i gorzka czekolada. Przez cały czas pojawia się też zadziwiająco wyraźna, ale punktowa w odczuciu kandyzowana skórka od pomarańczy. Tak, tego dziś potrzebowałem aby już do końca wczuć się w świąteczny klimat.

----------

Styl: Porter
Alk: 7,1% Obj.
Ekstrakt: 19% Wag.
IBU: 35
Skład: słód jęczmienny, chmiel (Warrior, Cascade), kandyzowana skórka pomarańczy, ziarna kakaowca, wanilia, drożdże S04.
Do spożycia: 06.04.2017


Wiem, że wiele osób olewa piwa świąteczne, bo traktuje je tak samo jak te halloweenowe. Ja tak nie robię, w końcu w tych grudniowych nie chodzi tylko o wpieprzenie do kotła dużej ilości dyni... Jak dla mnie takie piwo musi się kojarzyć z ciastem, ewentualnie mieć zacięcie mandarynkowe. No i musi być cieliste, to na pewno.

Tutaj pojawia się problem jeżeli chodzi o interpretację alebrowarową. Chłopaki już piąty rok z rzędu wypuszczają swoje "nie tak do końca święte" piwo i za każdym razem miałem z nim jakiś problem. Głównie taki, że motyw świąteczny był w nich mocno naciągany. Aż tu nagle A.D. 2016 panowie wypuszczają porter kokosowy. Na takie coś czekałem szczerze mówiąc.



Tak, nieŚwięty prezentuje się bardzo dobrze na etykiecie (jak praktycznie każda postać od chłopaków). Coraz bardziej przekonuje mnie też ta nowa-stara wersja papierowa, bez przeźroczystości jaką mieliśmy np. przy Be Like Mitch. Najlepszą częścią butelki jest jednak nowy kapsel. O coś takiego mi właśnie chodzi gdy ciągle wypominam browarom niepotrzebne teksty na tak małej powierzchni. Piwo wydaje się być czarne jak węgiel, ale da się wymusić na nim brązowe refleksy. Jest też lekko zmętnione. Piana nie chce rosnąć i szybko zamienia się w kożuch, który trzyma się jednak praktycznie do końca.


Tak wiem, shaker to nie jest szkło degustacyjne. Mimo tego będę się upierał przy tym, że to piwo pachnie po prostu słabo. Ledwo co wyczuwalny aromat ciemnych słodów i bardzo słaba nuta kokosowa to nie jest to czego bym się spodziewał po piwie świątecznym. W dodatku po ogrzaniu do zalecanej temperatury wychodzi też lekkie masełko (którego już jakiś czas nie uświadczyłem w piwie). Jak narazie jest... nijako.

W smaku jest już trochę lepiej. Ciałko całkiem w porządku, wystarczająco sycące, ale też niezapychające. Wysycenie wydawało mi się za wysokie, ale zmieniłem zdanie po paru łykach. Dlaczego? Ano dlatego, że Saint No More 2016 nie przypomina zbytnio typowego portera, nie ma co się trzymać widełek w tym przypadku. Jest gorzka czekolada, która dominuje cały czas. Jest też jakaś tam oznaka kokosa i lekki kwasek od słodu. Goryczka okazała się być za to najmocniejszą stroną tego piwa. Wyraźna, zwyczajnie chmielowa i delikatnie zalegająca. Kompletnie nie pasująca do stylu, ale do tego nas już AleBrowar zdążył przyzwyczaić (i zazwyczaj nie mam im tego za złe). Finisz to nic innego jak gorzka czekolada, nic więcej. Podsumowując... przyznam się szczerze, że się zawiodłem. Porter z tego nijaki, tym bardziej szeroko pojęte piwo świąteczne. O skojarzeniach z Bounty zapomnijcie. Tegoroczny Saint No More wydaje się być piwem uwarzonym na pół gwizdka, przynajmniej w moim odczuciu.

----------

Styl: Porter
Alk: 6,0% Obj.
Ekstrakt: 16% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pale ale, wiedeński, pszeniczny, carapils, caramunich, carafa II, carafa III, zakwaszający), chmiel (Challenger, Fuggles, East Kent Golding), kokos, drożdże S-04.
Do spożycia: 06.03.2017


Świąteczne obżarstwo czai się tuż za rogiem. O dziwo w tym roku browary jakoś późno postanowiły zaszczycić nas swoimi specjalnymi wyrobami w postaci szeroko pojętych piw świątecznych. Szkoda, lubię tzw pierniki w płynie a szczególnie te przyprawione przesadnie. To właśnie głównie w celu zakupienia paru sztuk pojechałem PKSem do pobliskiej metropolii.

Na miejscu okazało się, że za dużego wyboru w departamencie piw świątecznych nie ma, ale były za to RiSy. Całkiem dobry zamiennik nie uważacie? Jedynym Xmas Ale, które przykuło moją uwagę był Renifer od Kolaborantów. Już rok temu chciałem go spróbować, ale rozszedł się bardzo szybko z tego co pamiętam. Wojciech Frączyk z Widawy okazał się też pewnego rodzaju gwiazdą w konkursie piw rzemieślniczych na tegorocznych targach poznańskich więc nie było nawet mowy o olaniu Renifera, którego uwarzył wraz z Tomkiem Kopyrą.


Etykieta Renifera jest jak najbardziej na propsie. Ładny wzór przypominający ten z wełnianego swetra od babci, czy jest coś bardziej świątecznego od tego? Jedyny problem jaki z nią mam to niedbały sposób przyklejenia jej na butelkę. Pełno pod nią pęcherzów powietrza, miejscami ktoś próbował je na siłę usunąć co poskutkowało "zmarszczkami". Piwo z początku wyglądało na czarne, gdy się człowiek lepiej przyjrzy wychodzi brunatny odcień. Jest też zmętnione. Czapa praktycznie żadna bo tego dziurawego kożucha pianą nie ośmielę się nazwać.


Aromat jakoś nieszczególnie chce się unosić z artezanowej musztardówki, a szkoda. Jest przyprawowy, to na pewno. Na pierwszym planie imbir wspomagany, po kolei, jałowcem, cynamonem i wanilią. Mimo słabej intensywności drapie w nozdrza. Może głównie przez to, że człowiek wciąga jak nałogowiec aby cokolwiek wyczuć? Szkoda, mógłby służyć za narzędzie fetyszystów przyprawowych gdyby był mocniejszy. Skojarzenia z piernikiem jednak dość słabe mam.

Niestety po pierwszym łyku czuję... pustkę. Renifer za cholerę nie przypomina mi mięsistego byka z rogami o mocy 18% ekstraktu. Prawie, że brak nagazowania też jakoś nieszczególnie pomaga. Piwo zwyczajnie wydaje się być wodniste i bez jakiegokolwiek ciała, jak nieudana próba pierwszego warzenia w domu. Szukam jakichś smaczków, ale pierwsze co mi na język wskakuje to szczypiący rozpuszczalnik, połączony ze słabym posmakiem płynu do mycia naczyń. Zakażenie? Cholera wie. Do tego dochodzi bardzo słaba laktoza gdzieś w tle i jeszcze słabszy imbir (chociaż w sumie nie jestem pewien czy po prostu na siłę ich nie znalazłem). O jakiejkolwiek goryczy zapomnijcie, cały czas szczypie ten rozpuszczalnik a posmak Ludwika pozostaje jeszcze chwilę po każdym łyku. Renifer jest definitywnie wadliwy w tym roku i ciekawi mnie czy tak samo jest z każdą butelką. Szkoda, przeczytałem parę degustacji z zeszłego roku i się trochę napaliłem a tutaj... klops jeden wielki. Mimo tego życzę Wam wszystkim wesołych i pogodnych świąt... i żebyście nigdy nie natrafili na tak słabe/zepsute piwa.


Święta, święta i po świętach. Nażarliśmy się do granic możliwości (jak to w końcu tradycja nakazuje) i napiliśmy się tak, co by nam do Sylwestra starczyło. Ja miałem mocne postanowienie nie pić wódki w ogóle. Wiecie jak to jest... "Że mną sze nie napijeszzz?" może łatwo roztrzaskać taki, jakże ważny, cel życiowy. Na szczęście udało mi się wypić tylko dwa kieliszki czystej, z czego jestem niezmiernie dumny. Chociaż w sumie, Bozia pokarała mnie za niepodtrzymanie tradycji i przez cały weekend poświąteczny byłem chory aż do dziś...

Nie było łatwo muszę przyznać, głównie dlatego, że przyjechały do mnie dwa małe i urocze stworzonka (w tym moja chrześnica). Obie, młodsza szczególnie, zapatrzone są w jedną bajkę. Szczerze, nigdy nie doświadczyłem tego całego hejtu na utwór "Mam Tę Moc" z filmu animowanego Kraina Lodu (Frozen) ale przez te dwa dni to się zmieniło... Jak moja chrześnica nie rozrabiała (za dużo) tak jej młodsza kuzynka musiała mieć włączony teledysk do tego utworu bo inaczej marudziła jak cholera. Spać nie mogłem bo ciągle miałem w głowie tę melodie... the horror.


Piwo świąteczne od doktorków to nic innego jak żytnie, przechmielone i doprawione w ich stylu. Problem w tym, że panom coś odwaliło i postanowili rozlać tylko połowę a drugą dochmielić na zimno. Mi trafiła się pierwsza wersja co można stwierdzić po dacie przydatności, czy żałuję? Nie bardzo. Zdziwiła mnie też trochę etykieta, zamiast zmienić tylko nazwę piwa (jak to mają w zwyczaju) dodali też płatki śniegu po całości i wstęgę... szok. Tak na serio jednak podoba mi się ich podejście do prostych, jednolitych etykiet i taka mała zmiana na święta jest jak najbardziej dopuszczalna i mile widziana. Co do samego piwa, na pierwszy rzut oka widać, że to żytnie. Specyficzny brudek, ciemnobrązowy kolor i gęstość. Miało też dziwne, ledwo widoczne białe łuny ciągnące się od dna, których jeszcze nigdy w piwie nie widziałem. Piana gruba na jeden palec była drobna i wydawała się twarda ale czas szybko ją zweryfikował. Drobny kożuszek to wszystko co po niej zostało.


Aromat bardzo wyraźny jak na Grubą Bertę (tak zwykłem już mawiać na shaker AleBrowaru). Dość słodki, świąteczny, przyprawowy i co najważniejsze piernikowy. Goździki, gałka muszkatołowa i cynamon chyba najbardziej dają się we znaki. Z domieszką reszty przypraw tworzą mocne, piernikowe zapaszki. Reszta aromatów, które niby powinny się tu znaleźć raczej już dawno utonęła w tej świątecznej woni. Dopiero teraz zacząłem się zastanawiać co się stało po tym dodatkowym chmieleniu na zimno… wątpię jednak, żeby mi się chciało szukać drugiej wersji. W smaku jest jeszcze bardziej przyprawowo niż w aromacie. Piernik depcze po wszystkim jak jakiś gigant i nie zostawia jeńców. Z początku machała szabelką leciuteńka słodycz ale została zmiażdżona praktycznie od razu dużym palcem stopy. Najwaleczniejsza okazała się ziołowa goryczka lecz i ona uległa. Jak szybko się pojawiła tak szybko znikła, no i na pewno nie miała tych zadeklarowanych 48 IBU. Zamiast niej lekko zalega cynamon, który w tej postaci mi akurat nie przeszkadza. Alkohol za to gra rolę skrytobójcy, piernikowy gigant go nie widzi więc ten atakuje nas złowieszczo gdy tylko zaczyna nam się podobać dopiero co wzięty łyk. Jest drętwy i nieprzyjemny, na szczęście nie zostaje na długo. Całość jakoś ratuje gęstość tego piwa, jest oleiste, przyjemnie wypełnia gębę i dzięki bogu jest nisko wysycone. No ale właśnie, gęstość gęstością ale gdzie to żyto? Nie ma i nie będzie, piernik zdeptał. Gdyby ten cholerny alkohol zamienić na coś słodszego i może pomarańczowego (?) to byłoby cholernie przyzwoite piwo świąteczne, przynajmniej dla mnie (i pewnie taka okazała się wersja dochmielona...).


Jak wiecie jestem pewnego rodzaju zboczony jeżeli chodzi o piwa świąteczne, musi być piernik i/lub przyprawy i tyle w temacie. Rok temu byłem jak Grinch, wieszcząc hejta na AleBrowar za uwarzenie piwa świątecznego, które takowym nie było. O nich więcej jednak napiszę przy okazji degustacji tegorocznego Saint No More, jeżeli uda mi się je dorwać oczywiście.

Dzisiaj mamy browar rodzinny (jak to nam raczą przypomnieć na etykiecie) Gościszewo. Nie za bardzo pozytywnie mi się to kojarzy muszę przyznać… browar rodzinny EDI anyone? Do zakupu zachęciły mnie pochlebne opinie innych i w sumie... kalendarz. Za tydzień mamy Boże Narodzenie a ja nie wypiłem jeszcze ani jednego piwa piernikowego w tym sezonie, toż to zahacza o kryminał.


Zmiany etykiet na pewno wyszły browarowi na dobre. O wiele lepiej prezentują się teraz, są spójne, tematyczne ale bez niepotrzebnych udziwnień zarazem. Cholernie podoba mi się też styl rysownika, cieniowanie, kreska, cała postać tytułowego gwiazdora jest po prostu piękna. Kolor piwa z początku wydaje się czarny ale pod światło wychodzi jego brązowawe pochodzenie. Piana z początku wysoka szybko zaczyna brzydko pękać i pozostawia po sobie mały kożuszek. Koronka jest za to piękna, jednolita, trzymająca się kurczowo szkła.


Zaczynam wąchać, chwila chwila, skądś znam ten zapach. Kakao, czekolada i trochę aromatu lawirującego pomiędzy mleczną czekoladą a masełkiem, czyli diacetylem. Trudno jest mi się zdecydować które to ale pewny jestem, że mi to broń Boże nie przeszkadza. Z tyłu majaczy trochę wanilii i to by było na tyle jeżeli chodzi o przyprawy. Toż to podobnie do stout’a pachnie. Piernika nie ma ale w sumie wypije sobie mój ulubiony styl więc źle tak do końca nie jest. Pierwszy łyk bardzo szybko zweryfikował moje domysły, wysycenie mi się nie zgadza. Jest za wysokie na stout ale nie aż tak żeby narzekać. Piwo jest treściwe, najmocniej dobija się paloność. Delikatna słodycz z początku zostaje doszczętnie spalona żywcem w drugiej sekundzie. Na końcu lekko ziołowa goryczka z przytupem, która znika tak samo szybko jak się pojawia. Gwiazdor nie jest jednak jednowymiarowy, dodatkowo mamy lekką kwaskowatość i przyprawy, głównie imbir, cynamon i gałka muszkatołowa. W sumie to po wypiciu większości zaczynam się zastanawiać czy to ta mieszanka przypraw nie daje takiego sztucznego efektu paloności. Po większym ogrzaniu wychodzi też czekolada z wanilią ale zabójcze trio dalej jest górą. Brakuje mi tego efektu piernika, może proporcje przypraw były nie takie. Jest to jednak dobre piwo świąteczne, które po prostu ultra super dupy nie urywa. Mimo tego pokazuje, że christmas ale nie musi być słodkie (ani nachmielone do granic).


Trzymałem to piwo skrzętnie w piwnicy specjalnie na Wielkanoc. Taki kaprys, no bo w końcu mało jest piw sezonowych na akurat te święto (o tym z Okocimia nie ma co wspominać nawet). Problem był jednak z tym, że przydałoby się zjeść coś do niego. Z pomocą przyszedł kumpel który w 15 minut zrobił całkiem przyjemne burgery domowe. 

Zacznijmy może od mięsa, kucharz ze mnie marny, umiem zrobić jajecznice na boczku. Dlatego smażeniem zajął się pewien jegomość o imieniu Adam. Co mnie najbardziej zdziwiło to to, że można bardzo szybko zrobić proste, ale za to bardzo smaczne burgery w zaciszu domowym. Szybki przepis dla takich laików jak ja:

Burger:
125 g wołowiny
Szczypta szałwii
Czarny pieprz
(Całość zgnieść)
Bułka:
Z Tesco
Sos:
Ogórek kiszony
Pół cebuli
Mały ząbek czosnku
Łyżka musztardy sarepskiej/delikatesowej/rosyjskiej (w zależności jak ma być ostry)
Łyżka musztardy francuskiej
Łyżka majonezu
(wszystko drobno pokroić lub zmiksować)



Co robić:
Bułkę podgrzać na patelni lub w piekarniku na zapiekanie. Mięso smażyć na bardzo gorącej patelni (ma prawie dymić), wrzucić trochę masła (dla karmelizacji) jak tylko się rozpuści, smażyć kotlet 2-3 minuty z jednej strony - starając się nie przewracać (czyli z jednej strony 2-3 minuty i potem obrócić na kolejne 2-3 minuty). Całość złożyć.




Proste? Proste, a jakie smaczne! Najlepiej mieć do tego jeszcze jakieś dobre piwo, czy Jurajskie takie jest? Przekonajmy się!


Przyznam się szczerze, że z wielkim żalem trzymałem je w piwnicy. Sama myśl o piwie z kakao, miodem gryczanym i szczyptą chili wymuszała we mnie ślinotok. W końcu cholernie mało było prawdziwych świątecznych trunków na Boże Narodzenie i z bólem serca schowałem je w odmętach piwnicznych. Etykieta jest świetna według mnie, mimo rażących, złotych akcentów. Infografika jest bardzo fajnie zrobiona, no i ten renifer! Jedyny problem jaki mam to jakość papieru, już przy kupnie był zmarszczony. Wyglądu piwa nie ma się co czepiać. Czarne jak wągiel, bez prześwitów. Piana z początku zbita szybko zaczęła się redukować do kożuszka. Z początku myślałem, że to przez alkohol ale nie, Jurajskie ma tylko 5,6%. 


Szybki niuch i jest moc gorzkiej czekolady. Ale w sumie... chyba nie, to coś innego. Kakao! Dosłownie bije pięścią w nos. Lekko słodkawe, jak kakao z mlekiem, oj pasowałoby w zimowe, grudniowe wieczory. Po pierwszych dwóch łykach stwierdziłem jedno, nie jest aż tak mocno pikantne jak Grand Imperial Chili Porter, co akurat w tym przypadku mi pasowało. Wyczuwalne papryczki pojawiają się na stałe dopiero w połowie picia. Co do wszystkich smaczków, zaczynamy od lekko słodkawego kakao z mlekiem aby zakończyć na gorzkiej czekoladzie z chili, których lekka pikantność przyjemnie pozostaje w ustach na krótki czas. Przyznam, że miodu (niby 21% ekstraktu) nie wyczułem jako takiego. Możliwe, że to on dał ten efekt słodkiego kakao z mlekiem. Mimo dużych kontrastów piwo jest ładnie zbalansowane i ułożone. Łagodnie przechodzi z jednego smaku w drugi. Możliwe, że jest to wina leżakowania, czytałem na innych blogach, że ludziom zdarzało się je wylewać do zlewu bo było niepijalne. Mi się piło bardzo przyjemnie a niskie nagazowanie tylko potęgowało przyjemność z picia. W połączeniu z burgerem miodzio.


Czasami człowiek zostaje oszukany tak, że aż go serce zaboli. Jestem prosty, dla mnie dwa plus dwa to cztery. Tak samo dla mnie piwo świąteczne to przyprawy/piernik. Namówiony wielce przez kumpla kupiłem Krakonosa Świątecznego. On sam robi sobie zawsze zapas jak tylko to piwo pojawia się w sklepach. 12 i 11 mi bardzo smakowały więc oczekiwałem pięknie pachnącego piernika.

Uwielbiam takie stare etykiety, słowiańskie, rysowane starą kreską. To samo na kapslu, ah! Butelka też jedna z moich ulubionych, grube szkło, wiesz że trzymasz coś solidnego w ręce. Kapsel trochę ciężko odszedł, no nic, przypadek! 

Po nalaniu tworzy się bardzo ładna piana, średnio się utrzymuje ale niestety nie pozostawia po sobie nic. Aromacik mocno słodowy, średnio wyczuwalny ale taki jak lubię czyli bez zbędnych słodkości ponad normę. Oczom natomiast ukazuje się czyste złoto.


Łykam i... będzie dobrze. Znane mi już ułożenie smaków. Do dziś się dziwie jak zwykły lager może dawać tak fajne doznania smakowe, być tak fajnie ułożonym trunkiem. Bardzo fajna podbudowa słodowa i gorycz, która przychodzi pod koniec. Jest też większa niż w poprzednich piwach. Dość pełne ale nie sycące, bardzo pijalne. Nic nie zalega, nie powoduje niepotrzebnych grymasów na twarzy. Słodycz trzymana w ryzach, najlepiej ze wszystkich Krakonoszy. Przepyszna czternastka... no właśnie.

Co to ma do świąt? Według mnie nic i to mi się nie podoba. Gdzie są pierniki, baa, gdzie jest coś innego, czego każdy oczekuje od piw świątecznych. Czuję się szczęśliwy ale zarazem oszukany. Czternastka spokojnie mogłaby wejść do stałego repertuaru piw z Krakonosa.


Zaciekawiony wpisem Tomka (żeby to pierwszy raz) postanowiłem zakupić to świąteczne piwo wprost z Okocimia. Znalezienie go trudne nie było, gorzej z czasem. Wpadło w moje ręce w Żabce, gdy zajechałem po jakiś jogurcik do pracy. Była 7:45 więc lekkie zdziwienie pani na kasie było bardzo na czasie. Aaanyway.


Laaaaast Christmasssssssss... jakoś w tym roku jestem mocno zawiedziony polskim radiem i w ogóle. Za mało Wham'u leci. To tak jak Kevin na Polsacie, tylko że od chyba 2 lat Kevina puszczają wcześniej... apokalipsa się zbliża! Zacznijmy więc pić świąteczne piwa 2013. First up, Kormoran z ich piernikiem.

But first! Szybki news. AleBrowar napisał jak będzie w tym roku wyglądało ich świąteczne piwo czyli Saint No More. Mianowicie będzie to IPA Single Hop... ja pier####. Uwielbiam IPA, uwielbiam mocną gorycz. Jednak te wszystkie premiery w tym roku, opierające się głównie na IPA, już mnie zmęczyły i chciałbym wypić coś ogrzewającego z rodziną!

Whooosaa, dobra, spokój. A więc, Kormoran.

Nalewa się całkiem ładnie. Piana ma ładny kolor ale jest dość dziurawa, co dziwne utrzymuje się długo. Samo piwo to piękna ciemna wiśnia. Szybkie zanurzenie nosa i ooohhh. Typowy piernik z lukrem, taki sam jaki można kupić w każdej cukierni.


Aż się prosi o lanie. Lejem więc i od razu zalewa mnie piernikowo-lukrowa słodycz. Chwila chwila! To wcale nie jest takie złe, o czym za chwilę. Czuć w tym szaleństwie też przyprawy, głównie imbir, goździki i cynamon. Gdzieś pojawia się też nawet śliwka. Wszystko jest lekkie i przyjemne, żaden smak nie dominuje i dzięki temu pije się je świetnie. Idealne piwo rodzinne, do wypicia przy choince. Gdyby nie było takie słodkie nie przypominałoby tych pierników z lukrem. Każdy je zna, nawet chyba bardziej niż te bez lukru. Ja osobiście wolę mniej słodyczy, nawet w tych świątecznych piwach. Rozumiem jednak cel Kormorana, chcą by było ono dostępne dla każdego. Nie tylko dla piwoszy, którzy nawet w pierniku muszą czuć gorycz co najmniej 60 IBU .


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com