Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sour ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sour ale. Pokaż wszystkie posty

 


Mam takiego znajomego, który co jakiś czas wyjeżdża w Bieszczady do bodajże teściowej. Nie wiem komu by się chciało taki szmat drogi jeździć do mamusi, no ale chwała mu za to. Plusem dla mnie jest to, że przywozi mi czasami świeżutkie butelki z Ursy. Wszyscy wiemy jak trudno z dostępnością u nich po pewnych... perturbacjach.


Po ostatniej wizycie przywiózł mi ich piwo ziołowe, w sumie to sour, który wyróżnia się na tle innych w Polsce dość znacznie. Nie ma w nich chmielu. W głowie mam już obrazek z reklam Carlsberga o braku zbędnej goryczki... Chciałem im jednak dać szansę. Kto jak kto, ale Ursa powinna się znać na ziołach.




Ursa trzyma się swoich etykiet... i bardzo dobrze. Mają jedne z najładniejszych w polskim crafcie. To samo czerwony kapsel, ale wolałbym, aby w końcu pozbyli się z niego napisów. Piwo ma dziwaczny kolor za to. Niby taka pomarańcza, ale już delikatnie zfermentowana (wiecie, jak się skórka ciemniejsza już zaczyna robić). Zamglone, praktycznie bez piany.



Normalnie człowiek stwierdziłby, że coś jest nie tak z tym piwem. W zapachu za dużo zielonego się dzieje po prostu. Po pierwszym niuchu czuć nawet jakby takie zielone jabłko z kwaskiem, co normalnie każdy by uznał za wadę. Gdy się jednak nos przyzwyczai czuć, że to po prostu dodane zioła. Są iglaki (jałowiec + te wszystkie korzenie ze składu pewnie), kardamon i jogurtowość od bakterii zapewne. Już dawno nie piłem Końca Świata z Pinty, ale jakoś mi się teraz przypomniało właśnie. Pomijając oczywiście momentalne skojarzenia z mydłem (nie wiem, może mój nos tak reaguje na tę mieszankę).


Co temu piwu trzeba przyznać, to bardzo przyjemną pijalność. Tak, użyłem tego słowa, co mi zrobicie? Nim się spostrzegłem nie miałem już połowy w szkle, aż czuję się bardziej fit nawet. Wysycenie średnie do wysokiego czasami. W żadnym wypadku nie jest też wodniste. Na pierwszym planie lekka słodowość i kwaskowatość jogurtowa. Podstawa sourera? No jest. Potem wchodzi tona ziół, które zadziwiająco dobrze wkomponowały się w ten kwaśny klimat. Jest jałowiec, trochę pieprznej przyprawowości i eukaliptus. Z tego ostatniego piłem kiedyś świeży "sok"... krótko mówiąc nie podszedł mi, teraz jest kompletnie inaczej. Po tym przydałaby się jakaś goryczka, ale no cóż... nie ma chmielu w tym przecie. Kwasek mógłby nadrobić, ale w tym momencie jest za słaby już na to. Finisz jogurtowo-herbaciany. Też ciekawy. Wiecie co jest jednak najbardziej zaskakujące? Piję to piwo drugi raz (teraz jest prawie 2 miesiące po terminie) i o wiele lepiej mi podeszło. Za pierwszym razem odrzucało głównie skojarzeniem z mydłem. Teraz tego nie ma, nie licząc oczywiście nut w aromacie.


----------


Styl: Sour Herbal Ale

Alk: 5,3%

Ekstrakt: 14%

IBU: b/d

Skład: słód jęczmienny, wawrzyn szlachetny – liść, krwawnik – ziele, wrotycz – ziele, zielona herbata – liść, oman – korzeń, jałowiec – owoc, kardamon – nasiona, arcydzięgiel – korzeń, lukrecja – korzeń, eukaliptus – liść, boldo – liść, drożdże, bakterie kwasu mlekowego Lactobacillus plantarum i Lactobacillus pentosus.

Do spożycia: 31.12.2021


www.ursamaior.pl

 


Wiecie co mówią: poznaj swojego wroga, aby skuteczniej z nim walczyć... czy jakoś tak. Normalnie mijam słodkie do bólu gelato, ale tym razem chciałem spróbować. Wiecie, szybki hejt dobrze się sprzedaje w naszej społeczności. Trochę się też bałem o wnętrze mojej lodówki... lepiej tej puszki nie trzymać zbyt długo w zamknięciu.


Prawda jest taka, że jakiś czas temu dostałem dużą paczkę od Funky Fluid i w końcu musiało dojść do tej degustacji. Miałem też pomysł, aby zabrać puszkę na rower (i opisać przy okazji CANdencji), ale chyba by nie wytrzymała turbulencji... 




Etykiety FF nie mają zazwyczaj sensu i po tym wszyscy je poznają właśnie. Tęcza kolorów i różnorakich kształtów, ale tym razem przynajmniej jaaakoś się to kojarzy z lodami trzeba przyznać. Naprawdę spoko akcentem jest pin puszki w kolorze różowym. Piwo... w kolorze wiśni, zmętnione jak cholera i z mnogością farfocli. W końcu dodali chyba do tego owoce? Piana niska i dziurawa, ale po tych statach niczego innego się nie można było spodziewać.



Zgłupiałem na początku, miały być lody włoskie, a wyszło coś kompletnie innego. Guma mamba, malinowa. Aż mi się przypomniało jak za gówniarza brało się do ust całe opakowanie, bo przecież kto by się rozdrabniał na pojedyncze kawałki? W tle delikatne porzeczki.


No ok, nie spodziewałem się tak orzeźwiającego i "wchodzącego" piwa po tym ekstrakcie, nawet jeśli to sour (potrójny, ale zawsze). Na pewno pomaga w tym dość mocne wysycenie, ale najbardziej chyba jedna podstawowa rzecz... kwaśność. Wyobraźcie sobie, że mimo tony "cukru" to piwo jest nadal kwaśne. Guma odeszła, a jej miejsce zajął mus malinowo-porzeczkowy. Tak z tona tego musu, żeby być dokładnym. Dalej wanilia w dopełnieniu i laktoza. Goryczki raczej w tym nie ma, kwaskowatość zajęła jej rolę chyba. Na finiszu to już bardziej taki jogurcik z polewą owocową, do której dołączyła wiśnia. Specyficznie cierpki. Alkoholu nie czuć w ogóle, 10% gdzieś sobie poszło i atakuje dopiero w głowie. To piwo naprawdę robi robotę, w swoim przedziale stylowym oczywiście (nawet nie wiecie jak mnie bolą te słowa). Fanów wbije w ziemię, ale takich powiedzmy... purystów nie przekona raczej, nawet jeśli ocieka zajebistością. Bardziej utwierdzi ich w przekonaniu, że może jednak ten cały Reinheitsgebot to nie był taki głupi pomysł.


----------

Styl: Triple Gelato Sour

Alk: 10%

Ekstrakt: 30° BLG

IBU: b/d

Skład: zawiera słód (jęczmienny, pszeniczny), laktozę, płatki (owsiane, pszenne).

Do spożycia: 11.08.2022


Facebook Browaru


Na pewno mieliście kiedyś moment, gdy zwyczajnie w świecie zapytaliście siebie w myślach: "ale... dlaczego?". Wiele osób na pewno tak ma przy boomie na pastry sour, ale my nie o tym dzisiaj. Chodzi mi o wymrażanie kwasów. Gdy zobaczyłem pierwszy raz butelkę Lódmiły z Browaru Spółdzielczego miałem jeden wielki mętlik w głowie.

Ich wymrażane piwa miały zazwyczaj sens, głównie te ciemne. Jasne też w sumie, ale... kwaśne? Coś co powinno być orzeźwiające w założeniu? Po co z tego robić molocha alkoholowego? Sprawdzimy sobie to dzisiaj na plaży, nad Bałtykiem. Pogoda idealnie się wpasowała w to piwo, bo niby było ciepło, ale wiatr się czasami taki zrywał jakby miała wieczna zima nadejść.



Wyszywana etykieta jak zwykle na wysokim poziomie. Nie wiem tylko dlaczego brwi Lódmiły kojarzą mi się z tymi okropnymi, sztucznymi, które tak bardzo Karyny sebiksowe lubią sobie robić. Piwo ma ciemny, miedziany kolor i pełno jest w nim brudu (nie, nie nasypałem sobie piasku do szkła). Nie dało się tego zatrzymać na dnie butelki niestety. Piany żadnej, ale to norma przy tych piwach.


Mimo dość mocnego wiatru dało się wyczuć wszystkie zapaszki ze szkła. Piękny, owocowy aromat (głównie taka śliweczka likierowa) z przyjemnym alkoholem. W tle pojawia się też kompot z rabarbaru (dość wyraźny, aż się sam zdziwiłem) i bardzo fajna konfitura z daktyli, ale to dopiero po lekkim ogrzaniu. Gdybym robił ślepy test powiedziałbym, że to jakaś naleweczka, a nie piwo.

Hmm... możecie mnie nazwać szaleńcem, ale te ponad 18% piwo jest dość... orzeźwiające. Czuć gęstość, co do tego nie mam wątpliwości, ale nie jest też jakoś szczególnie zapychające. Taka nalewka, delikatnie nagazowana i kwaśna. Prym wiodą śliwki z bardzo dobrze wyczuwalnym rabarbarem na drugim planie. Do tego (w takim jakby tandemie ze śliwką) nuty opiekane, chlebowe. Skojarzenia z kompotem babcinym są jak najbardziej na miejscu (z nalewką też, ale to już wyższy poziom wspomnień...). Goryczka minimalna, ledwo wyczuwalna. Na finiszu trochę bardziej kwaskowato i winnie. Cholernie dobrze się to sączy na plaży nad morzem. Alkohol, jak na taki wolumen, pięknie wkomponowany w całość. Nie mogę ogarnąć jak wymrażanie kwaśnego piwa mogło się w ogóle udać (i że sama kwaśność pozostała), a co dopiero z tak przyjemnym rezultatem. Weźcie jednak pod uwagę, że trochę już u mnie leżało to piwo i mogło się ułożyć w butelce.

----------

Styl: Rabarbar Ice Sour Ale
Alk: 18,3%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże, rabarbar.
Data rozlewu: 20.06.2019


No i stało się. Cykl Pijany Rowerzysta przechodzi restrukturyzację... po części. Ostatni raz widzieliśmy się 10 miesięcy temu. Długo szukałem powodów, a miałem je przed nosem: jestem leniwy po prostu. Nie chciało mi się wozić plecaka z butelką i aparatem. Jakoś tak nie lubię mieć nic na plecach podczas jazdy...

Ja to mam dobre podejście do craftu... pić piwa bodajże parę miesięcy po premierze, gdy już większość ludzi o nim zapomniało. W tym przypadku miałem okazję przynajmniej sprawdzić oceny ludu internetowego i muszę Wam powiedzieć, że nie jest kolorowo. Jakieś octy, kiszonki, czy też nawet wylatujące z butelki egzemplarze się trafiały.

Swoją butelkę kupiłem w osiedlowym sklepie, który ciągle mnie zaskakuje wyborem. Teraz niestety jest on bardzo ograniczony przez szeroko pojętą kwarantannę, ale trzy sztuki artezanowego Cerises jeszcze mieli o dziwo. Uświadomiłem sobie też, że sam browar zawitał ostatni raz na bloga prawie 2 lata temu...


Butelka bardzo ładnie się prezentuje, takie trochę premium look można rzec. Całość trochę mi przypomina opakowanie win szczerze mówiąc. Etykieta też, szczególnie, gdy wydrukowana jest na szorstkim papierze (jakby kredowym). Piwo ma oczojebczy, rubinowy kolor i jest lekko zamglone. Piany ni mo żodnej.


Dziwna sprawa z tym zapaszkiem. Na początku czułem tylko wiśnie, i to takie bez wyrazu trochę. Poleżało chwilę w szkle (musiałem zdjęcia zgrać na kompa) i zaczęły wychodzić dodatkowe aromaty. Trochę drewna, trochę winka, momentami nawet delikatnie funky ze skórą w tle. Niestety całość nikła, nawet w szkle jakim jest teku.

Ooo teraz to mnie Artezany zaskoczyły. Tak, że nie wiem co mam myśleć... Od początku może jednak: ciałko średnie, wysycenie też. Mam dziwne wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby tego ciała było więcej trochę. Potem w smaku... no właśnie. Niby całkiem spoko wiśnie pojawiają się na początku, ale szybko wypychane są przez cholernie agresywną dzikość, stajnie i pestkowość. Zadziwiające przy tak długim okresie leżakowania. Goryczki praktycznie żadnej, ale za to na finiszu dość ciekawie. Wychodzą bowiem nuty winne i drewniane. To pierwsze nawet delikatnie zalega. Ogólna kwaskowatość na średnim poziomie. Piwo jest naprawdę ciekawe (na swój sposób), ale też trochę negatywnie chaotyczne według mnie. Traktuję je bardziej jako eksperyment. No i jakby nie patrzeć w mojej butelce nie było czuć octu.

----------

Styl: Barrel Aged Mixed-Cultured Ale with Cherries
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), wiśnie, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.09.2022


Pamiętam, jak na którymś festiwalu wypiłem wersję Bowmore tego piwa... nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Było tak dziwne. Z jednej strony macie podwójną kwaskowatość (żyto i kwas mlekowy), a z drugiej beczkę po whisky. Z każdym łykiem miałem zmianę nastawienia... z "Jakie to jest pyszne!" na "Nic tu nie gra!".

Wersja z Bordeaux wydaje się bardziej... na miejscu. I to piszę ja, Jarząbek. Człowiek, który nie lubi wina, a wręcz nim gardzi czasami. Muszę się też spieszyć, bo okazało się, że data ważności jest do końca stycznia. Wszyscy dobrze wiemy, że to nie jest styl, który lubi leżakowanie.


Buteleczka na półce wygląda jak towar premium, nie ma to tamto. Etykieta pasuje do niej idealnie, aczkolwiek wolałbym taką z mniejszą ilością tekstu. Loga browarów na kontrę i tyle. Piwo ma piękny miedziany kolor i jest klarowne. Piana dziurawa, niska i z krótki żywotem. Przy takich parametrach i beczce nie dziwi mnie to jednak.


Piwnica chyba wyszła na dobre temu piwu, przynajmniej jeśli chodzi o składowe aromatu. Mamy przyjemnie kwaśne owoce: soczyste wiśnie, trochę czerwonych winogron i nawet truskawki. W tle dorzucili też suszone owoce, głównie śliwkę. Jak się ogrzeje wychodzi też typowa dla żyta nuta słodowa, zakwaszana. Byłoby naprawdę zajebiście gdyby nie fakt, że przez zbliżający się termin przydatności całość straciła na intensywności i trzeba się dobrze zaciągnąć.

Niby ma tylko trochę ponad 16% ekstraktu, a wydaje się naprawdę gęste. Ciałko jest na bardzo fajnym poziomie muszę przyznać i to jeszcze nie takim zapychającym bez przesady. Wysycenie też trochę pomaga w tym odczuciu, bo jest na średnim poziomie. W smaku... miazga, już na samym początku mogę Wam to napisać. Jest kwaśne, naprawdę, ale też ułożyło się całkiem fajnie i człowiek nie czuje się tak, jakby dostał sztachetą od tyłu nagle. Sama kwaśność pochodzi po części od żyta, a po części od kwasu mlekowego. Mamy znowu owoce, głównie wiśnie z winogronem i  delikatne truskawki gdzieś w tle. Momentami pojawiają się też porzeczki czerwone, ale to nie zawsze. Czuć żyto i trochę beczkowego drewna. Skojarzenia z winem są praktycznie cały czas, ale takie subtelne bym powiedział. Goryczka niska, do prawie niewyczuwalnej. To kwasek jest tu głównym bohaterem. Finisz jest bardzo dziwny, ale też intrygujący. Oprócz przeważającej cierpkości czuć też... chlebek. Ładnie się to wszystko połączyło, na serio. Słodycz jest fajnie kontrowana przez kwasek, a i też doznań stricte smakowych nie brakuje.

----------

Styl: Sour Rye Ale Bordeaux BA
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 16,6% Wag.
IBU: niskie
Skład: słód (pilzneński, karmelowy 150, carafa II, żytni), płatki owsiane, cukier biały, chmiel Warrior, drożdże US-05.
Do spożycia: 31.01.2020


Człowiek się męczy, wkleja te buźki facebookowe w photoshopie tak, żeby nie było widać białego tła, a Wy... wybieracie w ankiecie piwo, na które wystarczyło zagłosować zwykłym lajkiem. Jak można być tak leniwym? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że woleliście, w październiku, kolejnego kwasa od Pinty zamiast np. takiego wymrażanego koźlaka.

No, ale co ja mogę... lud przemówił. W sumie to przeniosło mnie to trochę w czasy, gdy zabierałem prawie, że każde piwo z tej serii na rower gdzieś hen daleko, bo tak mi podchodziły wtedy. Było to ładnych parę lat temu, a dziś... już mnie trochę nudzi ten kwaśny trend. Za dużo tego, boję się też trochę, że wniknie on do mocnych, ciemnych piw. Czym ja wtedy będę się ogrzewał zimą?



Etykieta typowa dla Pinty, czyli nikt nie wie co na niej jest i tak samo nikt nie zamierza się domyślać (ja też). Kapsel firmowy, nic szczególnego. Piwo prezentuje się za to wyśmienicie. Jest soczyście pomarańczowe z równiuteńkim zamgleniem. Śnieżnobiała piana może i nie jest wysoka, ale za to drobnopęcherzykowa i trwała.


Aromat jest iście genialny muszę przyznać. Coś pokroju bio-super-fit-vege-premium jogurciku z owocami, w sumie to bardziej kefiru. Jest limonka, trochę grapefruita i o dziwo kiwi. Całość przykryte kwasem mlekowym. Wyraźne, nawet już po jakimś czasie ze szkła.

Przyznam szczerze, że miałem obawy co do szeroko pojętej pijalności, jeżeli chodzi o akurat tego kwasa od Pinty. To tak jak z imperialnym grodziskim, niby jest pole do popisu, ale człowiek zaczyna się zastanawiać... po co? W tym przypadku nie jest tak źle, bo ciałko nie przeszkadza za bardzo, a wysycenie jest dość wysokie. W smaku za to miks, którego zamierzeń nie potrafiłem zrozumieć. Wiecie jakie jest moje zdanie o łączeniu chmielu amerykańskiego ze wszystkim co się rusza... tutaj jednak zadziałało to całkiem sprawnie. Są owoce: jest grapefruit i limonka, trochę pomarańczy i nuta mango, co by nie było aż tak do końca cytrusowo. Kwasik na poprawnym poziomie, taki wyraźny, ale też nie ujmujący niczego reszcie. Czuć wpływy kwasu mlekowego, nie ma to tamto. Po lekkim ogrzaniu wychodzi też to kiwi z aromatu. Goryczka raczej taka w granicach autosugestii. Na finiszu za to taki lekki posmak goryczy niedojrzałego banana. Fajne, zgrabne i zgrane kwaśne ale. Zadziwiająco słodkie jak na kwas. Pod sam koniec jednak miałem delikatne odczucie, że dwie butelki byłyby moim limitem przez ekstrakt. Dziwne, bo tak podczas picia tego nie czuć. Tak samo jak dobrze ukrytego alkoholu.

----------

Styl: Double India Sour
Alk: 7,5% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: 50
Skład: słód (pale ale, wiedeński, diastatyczny, pszeniczny jasny), chmiel (Citra, Mosaic, Warrior, Cascade), ekstrakt chmielowy Columbus, blend bakterii (l. plantarum, l. brevis, l. delbrueckii), drożdże Fermentis Safale US-05.
Do spożycia: 25.07.2020


Wzięło mnie ostatnio na wspominki. Na początku craftu w Polsce, gdy sam raczkowałem w tym środowisku popijając Ciechana Miodowego, w Łodzi pojawiła się Piwoteka. Już nie pamiętam co to dokładnie było za piwo, ale przy jednym miałem spinę z Markiem, bo chyba ostro je pojechałem. Może to był Ślepy Maks? Za cholerę nie pamiętam...

Do dziś się nie zgadzamy w paru kwestiach (jak np. w temacie lagerów craftowych), ale ogólnie się dogadujemy i szanuję go za wkład, który włożył w piwną rewolucję. Dlaczego o tym sobie przypomniałem? Bo dzisiaj mamy degustację urodzinowego piwa z Piwoteki.



Trochę mi zajęło zanim odczytałem nazwę piwa z etykiety. Średnio mi się podoba takie umiejscowienie wyrazu "urodziny"... już lepiej by całość wyglądała kompletnie bez niego. Kapselek firmowy, z bardzo dobrej jakości nadrukiem warto zaznaczyć. Piwo ma kolor ciemnego złota wchodzącego już trochę w miedź. Jest średnio zmętnione, co nie powinno dziwić po przeczytaniu stylu. Piana z początku wysoka dość szybko ulotniła się ze szkła pozostawiając dość wysoki kożuch.


Oj jak przyjemnie. Oh jak fantastycznie. Nie trzeba specjalnie wkładać nosa do shakera, aby poczuć przyjemny zapaszek jogurciku z owocami. Oczywiście takiego kwaskowatego (czyli w sumie kefiru bardziej). Są maliny i porzeczki, bardzo ładnie grające z kwaskiem. Gdzieś w tle trochę cynamonu i wanilii. Co najlepsze nawet przy ogrzaniu aromat pozostaje tak samo intensywny.

Oho, tutaj to dopiero czuć kwasek. Na początek jednak może coś o ciałku... to jest zaskakująco wysokie jak na sour ale. Mimo tego całość pozostaje orzeźwiająca i pije je się cholernie szybko i z przyjemnością. Nagazowanie takie na granicy wysokiego bym powiedział. Znowu mam mocne skojarzenia z kefirem i kwaśnymi, czerwonymi owocami. Są to głównie porzeczki, maliny i może trochę żurawiny. Całość zamyka przyjemna nuta pszeniczna gdzieś w tle. Na wyróżnienie zasługuje też słodycz laktozowa połączona z cynamonem, która pojawia się co jakiś czas. Niska goryczka wspomagana jest wcześniej wymienionym kwaskiem i według mnie tak właśnie powinno być. Na finiszu kwaśność wzrasta, ale ta bardziej owocowa. Naprawdę przyjemne i wielowymiarowe piwo. Dodatki zagrały jak trza (no może poza migdałami, których w ogóle nie wyczuwam) i nie zakryły reszty. Mogłem sobie zrobić większy zapas na te upały...

----------

Styl: Cinnamon, Vanilla and Almond Milk Sour Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel (Citra, Cascade), drożdże US-05, kwas mlekowy, cynamon, wanilia, migdały.
Do spożycia: 06.02.2020


Nie lubię agrestu, chociaż lubię kwaśne rzeczy. Jakoś tak od dziecka mam, że nienawidzę wręcz tego jakże ukochanego przez wielu działkowców owocu. Może to przez to, że wciskano mi go za każdym razem? No, bo zdrowe owocki, jedz jedz Patryś. Brrr. Inna sprawa, że uwielbiam kwaśne piwa... i co ja teraz biedny mam zrobić?

No jak to co, spróbować. Szczególnie jeśli Browar Jana wysyła butelki przedpremierowo. Trochę szkoda, że piwo będzie głównie dostępne w kegach. Mam jednak cichą nadzieję, że Duch Craftu zstąpi na piwowara (i marketingowców) i browar postanowi wypuścić większą partię na lato. Dlaczego tak? Bo zmieniło ono moje podejście do agrestu, ale o tym więcej poniżej. Wspomnę tylko jeszcze, że nie jest to typowy sour ale, nie mamy tutaj bowiem żadnych bakterii i polegamy głównie na kwaśności owocowej.



Etykieta czysta, z dobrze dobraną kolorystyką i bez zbędnych pierdół. Nawet podpasowało mi to, że nie ma na niej samego owocu. Kapsel firmowy, aczkolwiek nie jest to ten typowy, którym browar zamyka zazwyczaj swoje butelki. Logo wygląda trochę jakby należało do jakiejś zorganizowanej akcji browarów rzemieślniczych. Samo piwo ma jasnozłoty kolor i jest lekko zmętnione. Piana bardzo niska, ale do tego już się przyzwyczaiłem jeżeli chodzi o piwa kwaśne. 


Tak jak nie przepadam za samym agrestem tak aromat tego piwa mi cholernie podszedł. Czuć ten owoc wyraźnie i nie są to jakieś sztuczne aromaty. Świeży i orzeźwiający miks agrestu z delikatną słodowością naprawdę przyjemnie się wącha przy okazji każdego łyku. Są też delikatne porzeczki, ale to może być moja wyobraźnia akurat.

Przy pierwszym łyku czuć delikatne ciałko i wysokie nagazowanie, lekko zahaczające o grodziskie klimaty trzeba przyznać. O wodnistości nie ma mowy, całość jest wysoce pijalna i orzeźwiająca. W smaku kwaśność na pierwszym planie, ale nie pochodzi ona od bakterii. O skojarzeniach z kefirem nie może być mowy, bardziej jest to swoiste serce dodanego owocu. Dziwne, bo w tej formie smakuje mi niezmiernie... Tutaj mój wewnętrzny skrzat "Alkoholik" zaczyna chichotać, ale patrzę na niego z politowaniem, bo to piwo ma przecież tylko 3,8%. Goryczka naprawdę niska. Już bardziej czuć kwaśność, która wzbija się na wyżyny, aby potem opaść na finiszu pozostawiając po sobie już tylko posmak czysto owocowy, porzeczkowy wręcz. Nie mogę się nadziwić jak ta owocowość może być tak wyraźna i świeża. Wszystko na bardzo delikatnej, ale jednak wyczuwalnej podstawie słodowej. Nie będę ukrywał, jest to dość jednowymiarowe piwo... ale jakże smaczne i dobrze uwarzone. Jak widać takie trunki też mogą być ciekawe. Szkoda, że z jego dostępnością ma być podobno kiepsko.

----------

Styl: Sour Ale
Alk: 3,8%
Ekstrakt: 10,5 BLG
IBU: 15
Skład: słód (pilzneński, special B), chmiel East Kent Goldings, drożdże, agrest.
Do spożycia: 25.11.2018


Patrząc na poczynania pewnych osób można śmiało stwierdzić, że świat (szczególnie nasz piwny, Polski) jest naprawdę mały. Jedne browary kradno nam bezczelnie blogerów, a inne robią z nimi kooperacje. Dzisiaj sprawdzimy sobie istne połączenie tego wszystkiego.

Nie dość, że mamy tutaj kooperacje jednych z najbardziej stabilnych przedstawicieli naszego craftu czyli Birbant i Szpunt, to jeszcze w tym drugim od jakiegoś czasu pracuje Kacper z Piwnej Zwrotnicy. To właśnie jemu możemy podziękować za te dary, którymi się dzisiaj upijemy... przepraszam, udegustujemy (słowotwórstwo level expert).


Bling bling madafaka. Etykieta mieni się jakby ją ktoś potraktował diamentową polerką. Grafika zacna z oczywistym nawiązaniem do Gwiezdnych Wojen, ale utrzymana też w lekko prześmiewczym birbantowym stylu. Elementów odblaskowych też nie ma za dużo... inaczej, jest ich tyle ile trzeba. Piwo ma ładny złoty kolor i jest wyraźnie zamglone. Piana słabiutka. Niska, dziurawa i bardzo szybko znika ze szkła.


Bam! Pierwszy liść wchodzi z zaskoczenia. Zapaszki świeżutkie i intensywne jak w dopiero co wyciśniętym soku owocowym. Cytrusy pełną gębą, tropiki w sumie też. Czuć słodycz liczi, marakuje, cytrynę i limonkę. Do tego kwaskowatość mleczna i mamy bardzo orzeźwiający obrazek. Już mi ślinka zaczyna cieknąć.

Już po pierwszym łyku wiem, że zdradzieckie do bólu będzie to piwo. W ogóle nie czuć tych 15 Plato, nie mówiąc już o alkoholu. Całość bardzo orzeźwiająca i dobrze wysycona. Ciałko bardzo nienachalne, dzięki płatkom owsianym bardzo aksamitne. Lekkość będzie motywem przewodnim tego piwa coś czuję. W smaku najmocniejszy wydaje się być kwasek, ale sam w sobie nie jest jakiś dobitnie dominujący. Podobny do kefirku na moje oko. Potem mamy cytrusy (głównie cytryna i limonka), tropiki gdzieś się schowały i są ledwo co wyczuwalne. Całość na minimalnej pszenicy i chlebku na granicy autosugestii. Goryczka mogłaby być wyższa. Profil ma delikatnie grapefruitowy. Finisz jest chyba najciekawszą rzeczą w tym trunku. Taki miks skórek owoców z niewielką dominacją cytrusów. Do tego oczywiście kefirek. Ogólnie całość bardzo lekka i przyjemna. Pewnie znajdą się osoby, które powiedzą, że jest za mało intensywne, ale według mnie znajdzie ono wielu wielbicieli. Szczególnie tych dopiero co wgłębiających się w świat kwaśnych piw.

----------

Styl: Sour India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15°
IBU: 2/6
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel, drożdże, bakterie Lacobacillus Plantarum.
Do spożycia: 01.10.2018


Było gorąco, wiatru prawie wcale. Przy takiej pogodzie ludzie zazwyczaj chowają się w domach albo kąpią się nad jeziorem. Co robię ja? Wsiadam na rower i męczę organizm mimo lekko zawyżonego rytmu serca.

Dużo się ostatnio mówi o jakości. I nie, nie mam na myśli poprawy debaty na Wiejskiej, bo ta nigdy nie nastąpi. Rozchodzi się o jakość naszego ukochanego produktu spożywczego jakim jest piwo. Codziennie czytam w internetach proroctwa rychłego upadku znanych i lubianych browarów. Pinta, AleBrowar, Artezan... wymieniać można bez końca.

Problem jest zawsze ten sam: "Atak Chmielu to nie to co kiedyś, widać masówka im zaszkodziła". Oczywiście w większości przypadków mamy do czynienia ze zwykłym "przecraftowaniem" organizmu. Zapewne dane piwo smakuje tak samo, ale najzwyczajniej w świecie na rynku pojawiło się parę lepszych w tym stylu, a i nasze kubki smakowe się wyrobiły. Nie możemy jednak bagatelizować sprawy. Nie raz natknąłem się na definitywnie spieprzonego klasyka. W moim osobistym rankingu takich wpadek dominuje niestety Pinta, ale Kingpin też się parę razy tam znalazł.



Etykieta z serii Kingpin Stories wygląda wręcz wyśmienicie. Kreska jaką sama grafika została narysowana cholernie przypadła mi do gustu. Pewnie jakoś ten styl się nazywa, ale o to byście musieli zapytać Kacpra. Kapselek firmowy browaru kooperacyjnego, według mnie brzydki jak noc. Francuzi mają dziwny gust muszę przyznać. Piwo prezentuje się za to bardzo ładnie. Złoty kolor, średnio, ale też równo zmętnione. Piana wysoka na dwa palce szybko się redukuje i po trzech minutach nic po niej nie pozostaje.


No no, to się dopiero nazywa "wybuchający aromat". Moglibyście mieć katar i sterczeć na molo w Sopocie, a i tak byście wyczuli co się w tym piwie święci. Jest soczyście, wyraźnie i trochę... drapieżnie. Na pierwszym planie rześki miks mango i cytryny. Nie wiem czemu, ale same owoce przypominają mi mocno sorbet z mango. Czuć też namiastkę kwaśności. Jest jednak jeszcze coś, co mogę opisać jedynie... świeżymi pomidorami/papryczkami (zapewne namiastka tabasco). I to nie w negatywnym znaczeniu.

Już po pierwszym łyku wiedziałem, że mała butelka to za mało jak na takie piwo. I nie chodzi o to, że jest ono jakieś "zwyczajne", oj nie. Po prostu jest tak sesyjne i orzeźwiające, że aż musiałem się powstrzymywać co chwilę, bo nie miałbym czego opisywać... Idealne ciało, wysokie nagazowanie i te smaczki... Zacznijmy od tego, że jest to najlepiej wkomponowane mango w piwie jakie dotychczas piłem. Nie jest mulące, a zwyczajnie w świecie owocowe i słodkie. Do tego wyraźna cytrusowość dodająca specyficznej kwaskowatości. W tym przypadku są to pomarańcze i limonki. Cały czas czuć też pikantność tabasco, które nabiera tempa na finiszu. To właśnie przy końcu zaczyna dominować i czasami pozwala się wybić jedynie delikatnej nutce mango. Goryczki żadnej, pikanteria ją zastępuje. Naprawdę pyszne piwo. Mam dość dużą tolerancję na wszelakie papryczki itp. ale i tak muszę przyznać, że pikantność w Mango Rising bardzo dobrze sobie radzi i nie daje o sobie zapomnieć. Nigdy się też nie spodziewałem, że tak dobrze zadziała z zazwyczaj mulącym mango. Jest jednak jeden problem, kwasku to tutaj jest tyle co kot napłakał niestety.

----------

Styl: Hoppy Sour Ale
Alk: 4,5%
Ekstrakt: 16,6%
IBU: b/d
Skład: słód, chmiel, mango, tabasco, drożdże.
Do spożycia: b/d


Ahhh yes, takie dziwactwa to ja lubię. Po raz kolejny mamy do czynienia z piwem, które miało swoją premierę na Beer Geek Madness i okazało się być tak dobre, że browar postanowił je zabutelkować. Naftali, bo o nim mowa, to idealny trunek na lato. Niski ekstrakt i zawartość alkoholu pozwalają je zabrać ze sobą nawet na dość krótką wycieczkę rowerową.

Ups, właśnie sobie uświadomiłem, że ostatni wpis Pijanego Rowerzysty opublikowałem w marcu... Trzeba to będzie szybko zmienić. Wracając do golemowego wynalazku, warto przetłumaczyć nazwę stylu na język polski gdyż brzmi ona wtedy jeszcze bardziej dziwacznie: norweskie kwaśne owsiane i mleczne mocno chmielowe piwo stajenne górnej fermentacji (chyba nic nie pokręciłem). Co Wy robicie? Ależ nie uciekajcie! Wbrew pozorom nie ma się czego bać!


Etykieta wyróżnia się w tłumie. Głównie dzięki niej udało mi się zauważyć to piwo na półce w Tesco. Fajna grafika i dobrze wkomponowany czerwony pasek z nazwą. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić to może do długości nazwy stylu, mniejsza czcionka załatwiłaby sprawę. Słomkowa barwa trunku ładnie kontrastuje z błękitem stawu i zielenią zaraz za nim. Mocno zmętnione, w końcu mamy w nim owies i laktozę. Piana na dwa palce, trochę dziurawa, ale za to utrzymująca się i z ładną koronką na ściance. 


Aromat jakoś nie grzeszy intensywnością i to już po wzięciu poprawki na lekki wiaterek nad stawem. Wielka szkoda, bo całość pachnie jak wyśmienicie orzeźwiający kefir z owocami. Tak tak, dobrze przeczytaliście. Czuć kwaśność kefiru i świeżo wkrojone kawałki cytrusów. Z wyróżniających się na pewno czuć ananas, liczi i grapefruit. Może świeżynka zaraz po rozlewie pachniała bardziej intensywnie... żałuje wielce, że wtedy jej nie kupiłem.

W smaku jeszcze większa petarda i to już bez problemów z intensywnością. Orzeźwiające na maksa, lekkie, sesyjne, ale też gładkie (zapewne przez płatki owsiane). Średnie wysycenie pasuje jak ulał. Bardzo mnie to cieszy, że postanowili nie zagazować tego piwa na śmierć. Głównym bohaterem jest kwas, mocno przypominający kwasek cytrynowy niżeli ten od szczepu bakterii. To jednak laktoza wykręca to piwo w kompletnie inną stronę, dodając lekkiej słodyczy i zmieniając sam profil odczuwalnej kwaskowatości. Naftali przypomina bowiem delikatnie posłodzony jogurt z mięsistymi kawałkami owoców i pszenicą w tle. Jest cytryna (chociaż jakby się zastanowić to bardziej limonka), grapefruit, trochę liczi i pomarańczy. Do tego bardzo delikatna goryczka o grapefruitowym profilu. Finisz krótki, prawie że sama limonka już bez skojarzeń z jogurtem. Mega piwo, browar Golem powinien wprowadzić je do stałem oferty i trzepać na nim grube monety podczas tegorocznych upałów. Kwasoholicy będą na pewno zadowoleni. Jak na razie najlepszy przedstawiciel piw z niskim poziomem alkoholu w tym roku.

----------

Styl: Norsk Sour Oatmeal Milk Farmhouse Hoppy Ale
Alk: 3,5%
Ekstrakt: 10°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel (Citra, Columbus), laktoza, drożdże Voss Kveik.
Do spożycia: 09.2017


Kontynuujemy degustacje piw z Antybrowaru. Tym razem mamy coś mega eksperymentalnego, leżakowane z płatkami dębowymi kwaśne piwo. O dziwo zamysł jest taki, że ma to być lekki trunek... rzadko się spotyka takie połączenie z czymś leżakowanym w beczkach czy też z płatkami drewnianymi. 

Wiem, że nie powinno się przeglądać ocen innych, bo można sobie zasugerować pewne rzeczy, ale blogerowi ciężko jest uniknąć opinii kolegów po fachu (a nawet i normalnych craftopijców). Szczególnie gdy masz konto na Untappd. Dlatego właśnie podszedłem do tego piwa z mieszanymi uczuciami. Ludziom nie bardzo zasmakowało... No, ale każdy ma inne gusta i już nie raz okazało się, że mam dziwne podejście do różnorakich smaków.


Na etykiecie, która trzyma się szablonu antybrowarowego, mamy maski wprost z teatru. Chyba już nic bardziej oczywistego nie dało się wymyślić. Im dłużej patrze na ich etykiety tym mniej mi się podobają szczerze mówiąc. Mogliby coś wymyślić z hieną w roli głównej. Piwo ma rubinowy kolor i jest lekko zmętnione. Piany praktycznie żadnej. Zamiast niej kożuszek całkiem ładny i trwały.


Rozumiem zamysł lekkiego kwaśnego piwa, ale z aromatem trochę przesadzili. Jest kwaśność na zasadzie kefiru i odrobina karmelowej słodyczy, ale nie pogniewałbym się gdyby całość była trochę... intensywniejsza. Po paru chwilach aromat zanika kompletnie, a i tak był dość słabo wyczuwalny już na początku. 

W smaku jest na szczęście o wiele lepiej chociaż nadal pozostajemy w granicach piwa lekkiego i sesyjnego. Wysokie nagazowanie wydaje się być czymś dziwnym przy piwie "drewnianym", ale szybko się do tego człowiek przyzwyczaja. Na początku uderza w nas kwaśność, która tylko na początku wydaje się być... soczysta. Przy kolejnych łykach uspokaja się co pozwala zaistnieć innym smaczkom. Mowa tutaj o wanilii, uzupełniającym i niezapychającym karmelu i bardzo delikatnej nucie drewnianej (w tej właśnie kolejności). Chmielowa goryczka na średnim do niskiego poziomie. Zaznacza swoją obecność, ale też nie przeszkadza. Finisz za to dość zaskakujący. Znowu mamy mleczną kwaśność, ale tym razem połączoną z palonymi nutami. Jakby nie patrzeć w składzie znajduje się przecież słód palony. Do tego lekko zalegająca wanilia. To piwo to eksperyment, w moim odczuciu udany. ANTYgona jest zaskakująca, lekka (bo takie było założenie), wyważona i do tego smaczna. No, przynajmniej w moim odczuciu. 

----------

Styl: Wood Aged Sour Ale
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 13°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, karmelowy, palony), chmiel Columbus, drożdże, płatki dębowe francuskie.
Do spożycia: 31.04.2017


Z konkursami już tak jest, że zawsze trafią się jakieś sensacje... mniej lub bardziej kontrowersyjne. Tegoroczny Kraft Roku nie był wyjątkiem. Mieliśmy medal dla RiSa z Fortuny (że co?) i parę innych udziwnień, ale nawet samo ogłoszenie zwycięzcy wywołało falę sprzeciwów na hali targowej. Nie powiem, sam się wtedy zdziwiłem. 

Jako żem bloger z powołania kupiłem krafta roku i odstawiłem do piwnicy. Wypiłem dopiero niedawno, będąc jednocześnie we Wrocławiu. Konkurencję miał niezłą, bo akurat w pubie AleBrowaru kranoprzejęcie robił Artezan. Na korzyść Piotrka z Bagien na pewno przemawiał fakt, że uwielbiam piwa kwaśne, ale problem pojawia się wtedy, gdy ktoś przesadza z owocami. Czy tak było w tym przypadku?



Etykieta, której nie kapuję (jak już wcześniej pisałem przy okazji innych piw z tej serii) i której chyba zrozumieć się nie da na trzeźwo. Ciekawe czy browar przy niej pozostanie skoro ich konkursowe receptury dostały całkowicie nową grafikę. Kapsel firmowy, to się chwali. Patrząc na piwo mam tylko jedno skojarzenie, i nie jest nim wiśnia. Bardziej truskawka, pewnie przez to specyficzne zmętnienie. Piany od początku nie było. Może by się coś utworzyło gdybym nalewał z drugiego piętra.


Aromat dość wyraźny. Może nie zabójczy, ale wystarczająco intensywny by się nim nacieszyć. Jest końska derka (taki mały paradoks: nie lubię koni, ale sam zapach w piwie mi nie przeszkadza), która góruje nad resztą i nie odpuszcza do ostatniego łyku. Gdzieś w dopełnieniu pojawia się kwaśna wiśnia przypominająca trochę taki fajny, babciny kompocik.

O tak, już od pierwszego łyku czuć kwas. Nie jest to jednak czysty kefir, czuć domieszkę owocowej cierpkości. Zaskakujące jest jednak to jak owa kwaśność bije się cały czas z również owocową słodyczą. Sama wiśnia jest o wiele wyraźniejsza niż w aromacie. Daje mocno czadu, ale nie dominuje. Stajnia i lekka zbożowość zlepiają wszystko w piękną całość. Goryczki nie ma to żadnej. W sumie to by tylko przeszkadzała. Finisz przypomina trochę scenkę z filmu animowanego, gdzie wiśnia wiśnie wiśnią pogania, dosłownie. I ta cierpkość na języku, taka przyjemna i długa. No pyszne to jest po prostu i jakie orzeźwiające! Wysycenie na wysokim poziomie, idealnie dopasowane można rzec nawet. W dodatku całość jest cholernie pijalna i sesyjna. To piwo można pić litrami, bez obawień. Zaskakujące jest też to, jak wszystko współgra ze sobą. Nic się za bardzo nie wyrywa niepotrzebnie. Czy zasługuje na miano piwa roku? Nie jestem pewien. Na złoty medal w swojej kategorii na pewno.

----------

Styl: Sour/Wild Ale
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), chmiel Hallertau Tradition, drożdże, owoce wiśni.
Do spożycia: 25.01.2017


Kawka od Artezana zawsze na propsie.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com