Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar spółdzielczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar spółdzielczy. Pokaż wszystkie posty
Na pewno mieliście kiedyś moment, gdy zwyczajnie w świecie zapytaliście siebie w myślach: "ale... dlaczego?". Wiele osób na pewno tak ma przy boomie na pastry sour, ale my nie o tym dzisiaj. Chodzi mi o wymrażanie kwasów. Gdy zobaczyłem pierwszy raz butelkę Lódmiły z Browaru Spółdzielczego miałem jeden wielki mętlik w głowie.
Ich wymrażane piwa miały zazwyczaj sens, głównie te ciemne. Jasne też w sumie, ale... kwaśne? Coś co powinno być orzeźwiające w założeniu? Po co z tego robić molocha alkoholowego? Sprawdzimy sobie to dzisiaj na plaży, nad Bałtykiem. Pogoda idealnie się wpasowała w to piwo, bo niby było ciepło, ale wiatr się czasami taki zrywał jakby miała wieczna zima nadejść.
Wyszywana etykieta jak zwykle na wysokim poziomie. Nie wiem tylko dlaczego brwi Lódmiły kojarzą mi się z tymi okropnymi, sztucznymi, które tak bardzo Karyny sebiksowe lubią sobie robić. Piwo ma ciemny, miedziany kolor i pełno jest w nim brudu (nie, nie nasypałem sobie piasku do szkła). Nie dało się tego zatrzymać na dnie butelki niestety. Piany żadnej, ale to norma przy tych piwach.
Mimo dość mocnego wiatru dało się wyczuć wszystkie zapaszki ze szkła. Piękny, owocowy aromat (głównie taka śliweczka likierowa) z przyjemnym alkoholem. W tle pojawia się też kompot z rabarbaru (dość wyraźny, aż się sam zdziwiłem) i bardzo fajna konfitura z daktyli, ale to dopiero po lekkim ogrzaniu. Gdybym robił ślepy test powiedziałbym, że to jakaś naleweczka, a nie piwo.
Hmm... możecie mnie nazwać szaleńcem, ale te ponad 18% piwo jest dość... orzeźwiające. Czuć gęstość, co do tego nie mam wątpliwości, ale nie jest też jakoś szczególnie zapychające. Taka nalewka, delikatnie nagazowana i kwaśna. Prym wiodą śliwki z bardzo dobrze wyczuwalnym rabarbarem na drugim planie. Do tego (w takim jakby tandemie ze śliwką) nuty opiekane, chlebowe. Skojarzenia z kompotem babcinym są jak najbardziej na miejscu (z nalewką też, ale to już wyższy poziom wspomnień...). Goryczka minimalna, ledwo wyczuwalna. Na finiszu trochę bardziej kwaskowato i winnie. Cholernie dobrze się to sączy na plaży nad morzem. Alkohol, jak na taki wolumen, pięknie wkomponowany w całość. Nie mogę ogarnąć jak wymrażanie kwaśnego piwa mogło się w ogóle udać (i że sama kwaśność pozostała), a co dopiero z tak przyjemnym rezultatem. Weźcie jednak pod uwagę, że trochę już u mnie leżało to piwo i mogło się ułożyć w butelce.
----------
Styl: Rabarbar Ice Sour Ale
Alk: 18,3%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże, rabarbar.
Data rozlewu: 20.06.2019
Jak tak sobie patrzę na te wszystkie nowe zakazy spowodowane Koronką, to mnie jedna rzecz zastanawia... czemu to wszystko jest takie... ugrzecznione/bezpieczne? No dobra, wiem czemu. Bo wybory. Ale kurde jak już dają te godziny w sklepach tylko dla seniorów, to powinni im zakazać chodzenia w innym czasie. Proste, logiczne i jakże skuteczne w obronie osób starszych.
No, ale my nie o tym dzisiaj mieliśmy. Bardziej o moim backlogu piwnicznym, z którego postanowiłem wynieść kolejnego sztosika z Browaru Spółdzielczego (w tym przypadku w kooperacji z Funky Fluid). Co prawda na premierze (bodajże na BGM) dostało się im za to, ale jak to mówią czas leczy rany (szczególnie przy piwach).
Etykiet z wymrażanej serii nikomu przedstawiać nie trzeba. Szyte srebrzystą nicią są jedyne w swoim rodzaju, nie tylko na naszym rodzimym rynku. Tutaj mamy też firmowy kapsel. Piwo ma piękny rubinowy kolor i jest prawie że przejrzyste (trochę brudu zostało na dnie butelki). Piana wysoka i zbita, co mnie mocno zaskoczyło przy tego rodzaju piwie i takiej ilości alkoholu. W dodatku nawet długo się utrzymywała w szkle.
Już na samym początku człowiek się zastanawia czy jest sens oceniać to piwo według wytycznych stylu... Nie dość, że poczwórna IPA to jeszcze wymrażana i leżakowana w beczkach. W samym aromacie czuć, że nie ma co się spinać, bo ten jest kompletnie bez-ipowy, ale jakże przyjemny zarazem. Mamy tu mnogość ciemnych owoców (śliwka, wiśnia, może trochę rodzynek) i dość sporą dawkę karmelu. O dziwo całość nie jest mdła w żadnym stopniu. Może to przez dodatek bardzo fajnego alkoholu? Taki trochę rum, bo wina (Pinot Noir) to ja tutaj nie czuję na pewno.
Odczucie w ustach likierowe wręcz, jak na wymrażankę przystało zresztą. Wysycenie niskie. Lepi się jak Szatan i bardzo powoli spływa po przełyku. W smaku znowu przepotężny miks ciemnych owoców: śliwki, morele (suszone) i trochę rodzynek. Dalej karmel, jak w "najlepszej" warce RJ. Tutaj jednak masakrycznie dobrze się wpasował. W tle trochę zielonej skórki orzecha włoskiego i cała masa ogólnie pojętego ekstraktu słodowego. Początkowo pojawia się nawet jakaś goryczka, ale nie trudno się domyślić, że nie ma z tym wszystkich szans. Chociaż... finisz okazuje się być zaskakująco wytrawny. Przy tej całej słodyczy uderza jak grom z jasnego nieba, zalegając zresztą. Uwierzcie mi lub nie, ale pod koniec czuć nawet trochę żywicy i cytrusów (w aromacie też wtedy). Może to przez to, że zlałem ostatki z butelki? Dodatkowo mamy delikatną beczkę (drewno samo) i znowu te skórki orzecha. Piwo miało swoją premierę już jakiś czas temu i według mnie (i po tym co czytałem w internetach) dopiero teraz zaczyna się układać. Nie ma co w tym doszukiwać się skondensowanej IPA, ale np. takiej grubaśnej wymrażanki na te chłodne wieczory już jak najbardziej. Mi cholernie smakowało, szczególnie gdy alkohol jest tak dobrze ukryty/wkomponowany w całość. Przyjemnie rozgrzewa i tylko delikatnie piecze (przy tej ilości to jakaś magia) w przełyk. Takie sadomaso przyjemne.
----------
Styl: Ice QIPA Pinot Noir BA
Alk: 21%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele (na pewno Citra i Mosaic przed rozlewem), drożdże.
Data rozlewu: 24.07.2019
No co... że niby wczoraj był Międzynarodowy Dzień Stoutu, a na blogu nic? Takie życie... Kierowcą byłem cały dzień, musicie mi wybaczyć. Zamiast tego była stoutowa ankieta na fejsie, taka na weekend. Inna sprawa, że mam dla Was dzisiaj pewien diamencik, czy też sztosik jak kto woli.
Dostałem ostatnio z Browaru Spółdzielczego dwie inne mrożonki, ale to Krasnolód patrzył się na mnie złowieszczo z tej najbardziej zaciemnionej, "porterowej" półki w piwnicy. Inna sprawa, że miałem akurat wielką ochotę na koźlaka.
Etykiet z tej zacnej, wymrażanej serii nikomu nie trzeba przedstawiać. Z mojej już trochę nitka odchodzi, bo piwo trochę stało na półce i się parę razy przejechało w plecaku. Mamy jednak nowość, mianowicie firmowy kapsel. Całkiem spoko, ale według mnie lepszy byłby z czarnymi liniami, a nie niebieskimi. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste i widocznie gęste. Lepi się do ścianek jak cholera. Piany nie ma, ale przy mrożonkach to nie grzech akurat.
Też tak macie, że jak poczujecie jakiś przyjemny i bardzo wyraźny zapach to przypominają się Wam momenty z dzieciństwa? Nie wiem czemu, ale mi zazwyczaj kojarzą się takie momenty z ciastem dopiero co wyjętym z piekarnika. Tutaj mam tak samo, szczególnie, że pełno jest owoców (głównie suszonych) w aromacie. Figi, daktyle (jako jeden z nielicznych lubiłem je od małego), może trochę pieczonych jabłek z posypką waniliową. W tle trochę melasy, migdałów i marcepanu. Nuty alkoholu gdzieś daleko, ale nie są gryzące na szczęście.
Już podczas nalewania było widać, że wodniste to to nie będzie. Konsystencja syropu to chyba najlepsze określenie w tym przypadku. Ciałka w bród, klejące jak braggot, a wysycenie niskie. Smakowo taki specyficzny aromat na sterydach. Melasa dostaje dobrego kopa i jest swoistą podstawą tego piwa. Fajnie łączy się z figami, suszonymi brzoskwiniami i delikatną śliwką. Migdały też zdają się być wyraźniejsze, ale największym zaskoczeniem jest delikatna czekolada. Wbrew pozorom pasuje tu idealnie. Goryczki jest trochę, ale ciężko jest określić jej profil. Finisz jest zadziwiająco czekoladowy z mocną beczką i wanilią. Tutaj też pojawia się trochę alkoholu, ale jak na ten woltaż jest go cholernie mało i fajnie rozgrzewa człowieka. Całość bardzo wyraźna, próbuje atakować z każdej strony. Na swój sposób jednak gra to wszystko ze sobą jakoś szczególnie dobrze. Właśnie takich doznań spodziewałem się po mrożonce. Gdyby zachowało się więcej nut chlebowych (które tak naprawdę giną w tym ferworze walki innych smaków) byłbym wniebowzięty, dosłownie. Mógłbym je sączyć z przyjemnością godzinami, nawet biorąc pod uwagę ten jeden, jedyny minus.
----------
Styl: Ice Double Bock
Alk: 19%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże.
Data rozlewu: 28.10.2018
Kontynuujemy koźlakową serię, oczywiście nadal z bardzo pozytywnym nastawieniem. Dziś sprawdzimy sobie podwójnego bocka. Zadanie na wieczór mamy proste: wypić przyjemnie prostego, ale za to bardzo wyraźnego przedstawiciela mocno słodowej części naszego ulubionego trunku. Czy to się uda?
Pozwolę sobie na pewne wróżenie z fusów twierdząc... że tak. Nie przypominam sobie, abym wypił kiedykolwiek (a przynajmniej na ramach bloga) niedobrego przedstawiciela tego stylu. No i jakby nie patrzeć dodatkowym atutem jest tutaj kooperacja Profesji i Browaru Spółdzielczego.
Pozwolę sobie na pewne wróżenie z fusów twierdząc... że tak. Nie przypominam sobie, abym wypił kiedykolwiek (a przynajmniej na ramach bloga) niedobrego przedstawiciela tego stylu. No i jakby nie patrzeć dodatkowym atutem jest tutaj kooperacja Profesji i Browaru Spółdzielczego.
Jakbyście się kiedyś zastanawiali jak by wyglądał krasnolud w stroju nurka to na zdjęciu macie odpowiedź. Nie powiem, uśmiałem się lekko pod nosem. Trochę mnie zasmuciła źle naklejona etykieta, ale równie dobrze mogła do tego doprowadzić wilgoć i mróz w czasie podróży. Kapselek firmowy z krasnalem od środka (zapomniałem fotki zrobić). Piwo ciemne, bursztynowe. Piana skąpa niestety, nawet przy dość burzliwym nalewaniu. Taki do połowy dziurawy kożuch (widoczny poniżej) utrzymywał się za to przez dłuższy okres.
Wprawdzie po koźlaku (nawet takim dubeltowym) nie spodziewam się aromatycznych uniesień tak tutaj brakuje mi trochę intensywności. Poprawia się po ogrzaniu całości, ale też jakoś nieszczególnie mocno. Jest słodowo (duuuh), słodko, ale tutaj górują owoce. Taka trochę śliwka z winogronem zmieszana. Zaraz po nich skórka od chleba, baaardzo delikatnie opieczona. Pół butelki puste i już prawie nic nie czuć, szkoda.
Ooo... i to lubię. Czuć treściwość, tak idealnie w punkt. Ciałko zaznacza swoją obecność tak, jak na doppelbocka przystało. Wysycenie średnie, do niskiego nie daje o sobie zapomnieć (w pozytywnym znaczeniu). W smaku pełnia słodowa atakuje od samego początku. Zdaje się mówić: "Tak, jestem dubeltowym koźlakiem, dlatego dostaniesz obrzynem w twarz". Owoce zeszły trochę na drugi plan, ale ten winogron nadal intryguje. Ich miejsce zajął chlebek, ale o dziwo ledwo co przypieczony. Wolę koźlaki z wyraźniejszą (i ciemniejszą) skórką, ale narzekać nie będę. Goryczka jak igła chirurgiczna, szybka i wyraźna, ale bezbolesna. Wręcz wyjęta z opisu stylu BJCP. Na finiszu pojawia się nutka czekolady, co według mnie dokańcza dzieła zachwytu. Alkohol ukryty perfekcyjnie, w "białych rękawiczkach" byście go nie znaleźli. Co jest zadziwiające to to, że tak na dobrą sprawę nie wyczuwam takiego typowego karmelu. Gdyby nie ten aromat byłby to idealny podwójny koźlak. Mimo tego... cholernie przyjemne piwo muszę przyznać.
----------
Styl: Doppelbock
Alk: 8,9% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: 1/5
Skład: słód (pilzneński, monachijski, aromatic, special x, crystal oak, pszeniczny), chmiel (Iunga, Hallertauer Tradition), drożdże German Bock.
Do spożycia: 31.07.2019
Jakoś mi ostatnio całkiem dobrze wchodzą "winopodobne produkty"... Jeszcze trochę i wyrobię sobie jakiś tam gust smakowy. O co to to nie! - pomyślał mój wewnętrzny piwosz Janusz. Walczę z nim ostatnio i Wy mi w tym pomagacie w pewnym sensie...
W ankiecie na fejsie aż 70% z Was wybrało Lódolfa, na niekorzyść Preparatu z Artezana. Dziwne... byłem przekonany, że mają oni więcej fanboi w internetach. Czynnik sztosowy był jednak po stronie tego pierwszego. Nie dość, że jest to wymrażane piwo to jeszcze leżakowane w beczkach po białym winie. Dodatkowo jest to kooperacja z browarem Harpagan, a Ci słyną z bardzo smacznych piw.
Haftowanych etykiet z tej konkretnej, diamentowej serii Spółdzielczego nie muszę chyba przedstawiać? Marzy mi się jeszcze kapsel firmowy z diamentem (takim samym jak na grafice) i całość można wysyłać na wszelakie konkursy "Best of Opakowania" czy cuś. Tak na marginesie to trochę śmieszki z browaru, bo jeżeli mnie pamięć nie myli poprawna nazwa wina to Sauvignon Blanc (a nie Blanck, bo tak jest na etykiecie). Co się później okazało, naklejka została przyklejona przypadkiem. Beczki są po czerwonym winie Rioja. Samo piwo jest dość ciemne. Ma głęboki, rubinowy kolor, który na pewien sposób hipnotyzuje. Nawet brak piany mi nie przeszkadza. W sumie... to przy takich parametrach i metodzie wytwarzania ciężko by ją było utrzymać.
Nie przeklinam na ramach bloga, ale tym razem jestem bardzo bliski... Jak to k%$^# wspaniale pachnie chciałoby się rzec. Wyraźny aromat śliwkowy (w postaci powideł, konfitur czyli 3x bardziej intensywny) zmieszany z rodzynkami, melasą i delikatnym miodem gryczanym. Do tego chlebek w tle i lekko szumiąca beczka. Potężnie się to zapowiada, czuć to w nozdrzach.
Jest... gruuubooo, żeby nie napisać thick (bo za bardzo mi się to sformułowanie kojarzy z teledyskami czarnoskórych raperów). Wymrażanie zrobiło swoje i to "piwo" ma konsystencje niemalże syropu. Lepi się każdego zakątka języka, podniebienia, plomb w zębach... no wszystkiego. Wysycenie bardzo niskie, chyba tylko po to, aby chociaż trochę kojarzyło się z naszym ulubionym trunkiem. Jeżeli chodzi o smak... to ciężko tak po dwóch, trzech łykach coś napisać. Tyle tego jest. Może na początek... owoce. Jak z karabinu strzelają do nas śliwki, rodzynki, daktyle i winogrona. Te ostatnie bardzo ładnie podkreślają winne korzenie piwa co idzie idealnie w parze z wszechobecną beczką (jeszcze bardziej uwydatniającą konkretne wino, czyli wcześniej wspomniane Rioja). Szeroko pojęte bakalie też się znajdą. Wszystko na chlebowej podbudowie. Goryczka średnia, tak delikatnie wspomagana alkoholem. Ten jest przyjemny, rozgrzewający i zadziwiająco dobrze ukryty jak na taką ilość procentową. Na finiszu wino zaczyna przejmować kontrolę wraz z dębową beczką, jakby człowiek sam wgryzał się w zamoczone drewno. Chyba pierwszy raz mam takie skojarzenia w piwie. Jak dla mnie jest to najlepsza wymrażanka ze stajni Browaru Spółdzielczego, i chyba najlepsza w Polsce... Pokazuje wręcz idealnie, dlaczego warto to robić. Intensywność razy kazylion.
----------
Styl: Iced Dark Strong Ale BA
Alk: 16%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 30.09.2019
Szmat czasu to piwo przeleżało u mnie w piwnicy... jak na ten styl oczywiście. Berlinery, jak prawie każde piwa kwaśne, najlepiej pić świeże. Ja wmawiałem sobie, że wezmę je "niedługo" na rower, bo przecież idealnie się nada w te upały. Pierwszą wersję zabrałem do lasu, to dlaczego nie miałbym też drugiej?
Ano dlatego, że ileż można czekać... Jakoś tak ostatnio nie chce mi się brać plecaka na rower. O wiele wygodniej jeździ się bez niego (szczególnie jeśli większość czasu spędzasz na szosie). Zabrałem więc Rzutkowe na działkę do kumpla, gdzie rozegraliśmy partię w Magię i Miecz, przy akompaniamencie karkóweczki z grilla oczywiście.
Etykieta jakoś nieszczególnie się zmieniła. Dalej mamy ten sam knot tyle, że tło nawiązuje do jednego ze składników. Kapsla firmowego dalej nie ma. Piwo trzyma się tych samych zmian kolorystycznych i ma dość szalony, krwisty odcień. Porzeczki najwyraźniej zrobiły swoje. Piana wysoka, taka trochę nadmuchana. Powoli opada od środka pozostawiając po sobie bardzo lekki kożuch.
Jakbym nie czytał składu, to bym w ciemno powiedział, że to książkowy berliner. Jest kwaskowatość, jogurcik i delikatna nuta pszeniczna. Porzeczki wchodzą dopiero po czasie, ale nie jestem pewny czy to efekt ogrzania się piwa czy zwykłej autosugestii. Jak dla mnie zaczyna się fajnie, rześko i z przytupem.
Po pierwszym łyku zaczynam trochę żałować, że jednak nie zabrałem tego piwa na MTB do lasu. Weszłoby jak złoto w tak upalny, duszny dzień. Jest lekko treściwe, orzeźwiające i mocno wysycone. Takie, jakie powinno być. Kwaskowatość dominuje, znowu jogurcik przychodzi na myśl. Bakterię zrobiły robotę muszę przyznać. Nie jest to jednak uber lambicowy kwas, nie w tym stylu. Jako tło przyjemna pszenica. Porzeczka... no jest, na pewno wyraźniejsza niż w aromacie. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się zbytnio, bo bardzo dobrze podkreśla ogólną kwaskowatość piwa. Dopiero po chwili człowiek zaczyna wyczuwać jej subtelną owocowość. Goryczki żadnej, bo nie jest ona wymagana. Na finiszu wyraźny posmak owocowy, jakby same porzeczki próbowały się wybić w ostatniej próbie zdominowania całości. Nie, nie moje drogie. To piwo jest idealnie ułożone i pozostaniecie na swoim miejscu. Piłbym litrami przez całe lato.
----------
Styl: Berliner
Alk: 3,5% Obj.
Ekstrakt: 1/5 Plato (?)
IBU: 0
Skład: słód (jęczmienne, pilzneński, pszeniczny), chmiel HHT, czarna porzeczka, drożdże WB-06.
Do spożycia: 31.12.2018
Czasami zdarzy się, że gwiazdy ułożą się idealnie, a planety utworzą łuk tak idealny, że samo Dzieciątko zapłacze z zachwytu. Tak było dzisiaj... powiedzmy. W ostatniej ankiecie wybraliście wymrażane wheat wine z Browaru Spółdzielczego, a dzisiaj, w dzień degustacji spadł śnieg. Przypadek? Nie sądzę.
Wymrażane piwa to nie przelewki. Chociaż czekaj... to w pewnym sensie są przelewki po zamrożeniu wody i przelaniu ekstraktu. Aaanyway, chodzi mi o to, że nie wolno do nich podchodzić nieprzygotowanym. Alkohol może zabić, wystarczy popatrzeć na jego ilość w innych piwach tej serii. Lodziarza mam już od dnia premiery, ale po pierwszych degustacjach w internecie postanowiłem go przeleżakować w piwnicy. Ludziska pisali o wstrętnym alkoholu... to co będę ryzykował - pomyślałem. Czy ten niecały miesiąc po dacie przydatności wystarczył? Przekonajmy się.
Etykiet tej serii nie trzeba nikomu przedstawiać. Haftowane, grube, no po prostu jedyne w swoim rodzaju. Piwo też nie ustępuje wyglądem. Jest miedziane, wyraźne, aż razi w oczy. Jak na taki ekstrakt wydaje się być dość klarowne, aczkolwiek przypomina trochę miód z daleka. Piany nie ma, ale przy piwach wymrażanych nie ma się jej co spodziewać.
Tak mała ilość w szkle, a ile radości z wąchania... Naprawdę, Lodziarz pachnie wręcz wyśmienicie. Może to trochę dziwnie brzmieć, ale uwierzcie mi że tak jest. Suszone owoce wiodą prym w tym jakże złożonym aromacie. Rodzynki, daktyle (te zadziwiająco wyraźne) i śliwki polane miodem, jak jakaś ekskluzywna mieszanka bakalii, jeżeli jest coś w ogóle takiego. Do tego świeża nuta wanilii i wyraźne tło z... pumpernikla? Nieee... skórka od chleba też to nie jest, a blisko. Ooo wiem, ciasto biszkoptowe. Całość otoczona delikatnie przyjemnym alkoholem. Intensywnie i do ostatniego łyku.
Aż mi ślinka pociekła na myśl o zanurzeniu ust w tym likierze, jak jakiemuś alkoholikowi pospolitemu dosłownie. Konsystencja przypominająca właśnie likier, spływający bardzo powoli do przełyku. Czuć gęstość, czuć też to całe skondensowane dobro zamknięte w tej małej buteleczce. Wysycenie na niskim poziomie, ot tak żeby delikatnie zaznaczyć, że to jednak piwo. Wyraźna podstawa słodowa, przypominająca już bardziej delikatnie przypieczone pieczywo z jakimś tam ułamkiem biszkoptu. Do tego polewa miodowa (z takiego świeżo zebranego plastra), ale o dziwo nie aż tak bardzo muląca. Miks owocowy to jakaś bajka z innego świata. Idealne dobrane proporcje daktyli, śliwek i rodzynek. No i pojawiające się co jakiś czas suszone morele, które uwielbiam. Goryczka, o dziwo, też jest. I to nawet całkiem wyraźna. Taka lekko ziołowa można rzec. Jest za krótka żeby przeszkodzić w czymkolwiek, ale nawet fajnie kontruje tę całą mocarną słodycz. Finisz podobny do reszty, z tym że pojawia się lekka przyprawowość, którą ciężko mi jest określić. A alkohol? No jest, ukryty idealnie. Rozgrzewa od środka aż człowiekowi się ciepło na sercu robi. Lodziarz z Browaru Spółdzielczego jest naprawdę wyśmienitym piwem, warto było przeczekać datę ważności aby mieć pewność co do jego ułożenia. To piwo jest, dosłownie, kwintesencją "sączenia".
----------
Styl: Iced Wheat Wine
Alk: 12,7%
Ekstrakt: b/d
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczne, jęczmienne), chmiele, drożdże.
Do spożycia: 28.02.2018
Znowu mamy ten okres, gdzie w pępku świata (czyt. USA) królują huragany. Oczywiście może bawić to jak te wszystkie gwiazdeczki Hollywood próbują obwiniać za to Trumpa... no bo przecież takich anomalii pogodowych nigdy tam nie było i nie ma czegoś takiego jak "sezon huraganowy". My jednak dzisiaj nie o tym mieliśmy rozmawiać.
Jakoś tak mi się skojarzyło to z faktem, że wanilia drożeje, bo podobne katastrofy nawiedziły jakiś czas temu Madagaskar (główny eksporter tejże przyprawy). Inna sprawa, że zrobiło się ostatnio strasznie chłodno wieczorami. Moja rada? Otwórz piwnicę. Dobrze wiem, że leżakujesz tam jakieś skarby. Ja na przykład takiego wymrażanego RiSa ze Spółdzielczego.
Coś się zmieniło w wyglądzie akurat tej spółdzielczej mrożonki... trochę mi to zajęło, ale w końcu domyśliłem się co. Butelka. Wcześniejsze były smuklejsze, ta jest szersza. Dzięki temu przepiękna, haftowana etykieta prezentuje się o wiele lepiej. Piwo jest klarowne, czarne z delikatnymi rubinowymi refleksami, ale to tylko pod ostre słońce. Piany to to nie ma w ogóle, ale już wcześniej ustaliliśmy, że mrożonki już tak mają.
Nie bardzo wiem czym różni się wanilia przywieziona wprost z Madagaskaru od tych kupionych u pani Jadzi na rogu, ale jeśli intensywnością... to drodzy rzemieślnicy warto zainwestować. Dawno nie wąchałem tak wyraźnej, ale zarazem niegryzącej wanilii. Pięknie się ona łączy z czekoladą, taką na wpół słodką, która w trakcie picia coraz to bardziej zaczyna przypominać kakao z mlekiem pite przy kaloryferze w chłodne wieczory grudniowe lat 90'tych. Wiem, mam dziwne skojarzenia.
W smaku nie jest gorzej. Mamy tę magiczną konsystencję wymrażanego trunku znaną z poprzednich piw Spółdzielczego. Jest gęsto, oblepiająco i sycąco. Wysycenie niskie, pasuje idealnie. Na pierwszym planie duet cholernie przyjemnej czekolady (w tym przypadku trochę bardziej gorzkiej niż w aromacie) i czystej wanilii. Zaraz za nimi pojawia się delikatna kawa, czarna, bez cukru i z lekkim kwaskiem na końcu języka. Do tego dość wyraźne ciemne owoce. Tutaj zaskoczenie, bo pierwszy raz wyczuwam w stoucie żurawinę. Goryczka zadziwiająco dobrze zgrana z resztą. Mówi stop i wprowadza pijącego w czekoladowo-palony finisz, w którym alkohol zachowuje się trochę jak gówniarz i zdradza czasami swoją obecność. To znak, że warto zostawić Gerdę na parę miesięcy w piwnicy. Mimo tego piwo wyśmienite, bo wcześniej wymienione procenty nie psują zbytnio odbioru.
----------
Styl: Iced Russian Imperial Stout
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczny, jęczmienny), chmiel, drożdże, wanilia.
Do spożycia: 14.12.2018
Pani kierowniczko, jak jest zima to musi być zimno! chciałoby się rzec po tych świętach... Tyle tylko, że mamy połowę kwietnia a tu śnieg pada za oknem. Nic straconego, przynajmniej ochota znowu człowieka naszła na jakieś cięższe piwo, w tym przypadku będzie to kooperacyjny porter bałtycki.
I to nie z byle jakiej kooperacji, mówimy tutaj o połączeniu sił aż czterech browarów, trzech polskich i jednego duńskiego. W dodatku do warzenia została użyta lukrecja, która pomaga w leczeniu wielu schorzeń. Nie wiem czy w postaci piwnej zachowuje ona te same właściwości, ale kto by to sprawdzał?
I to nie z byle jakiej kooperacji, mówimy tutaj o połączeniu sił aż czterech browarów, trzech polskich i jednego duńskiego. W dodatku do warzenia została użyta lukrecja, która pomaga w leczeniu wielu schorzeń. Nie wiem czy w postaci piwnej zachowuje ona te same właściwości, ale kto by to sprawdzał?
Browar w Gdynii pakuje swoje piwa w całkiem ładnie prezentujące się butelki. Pomijam już fakt zamknięcia, chodzi mi bardziej o szerokość tego półlitrowego szkła. Etykieta, mimo że z fajną grafiką, wydrukowana jest na słabej jakości papierze. Nic straconego, bo sam trunek ładnie wygląda w szkle. Piwo wydaje się być dość klarowne i czarne, z widocznymi brązowymi refleksami. Piana wysoka, po części dziurawa, ale utrzymująca się. Całkiem ładnie oblepia też ścianki szkła.
Wszystko byłoby okej gdyby nie jeden mankament... gotowany kalafiorek. Skubany pojawia się i znika w aromacie uprzykrzając trochę całościowy odbiór piwa. Na szczęście nie jest dominujący i na pierwszym planie pozostaje czekolada, trochę paloności i specyficzna słodycz karmelowa połączoną z lukrecją.
Bałem się, że piwo będzie wysycone do granic możliwości, bo korek (wraz z odrobiną piany) wystrzelił jak z armaty. Okazało się jednak, że nagazowanie jest wręcz na idealnym, średnim poziomie. Dzięki temu piwo pozostaje grubaśne w odczuciu i muszę przyznać, że jest się w co wgryźć. W smaku za to jest... dziwnie. Mam podobny problem co przy piwotekowym Double Trouble. No bo z jednej strony mamy gorzkawą czekoladę (taką lekko podpalaną) a z drugiej drapiącą słodycz (definitywnie karmel i lukrecja). W to wszystko wchodzą jeszcze ciemne owoce (głównie likierowa wiśnia), które robią za umowny łącznik pomiędzy słodyczą a wytrawnością. Na moje oko to drugie wygrywa nieznacznie. Jedno jest pewne, lepiej się to dogaduje ze sobą niż we wcześniej wymienionym imperialnym stoucie. Zadziwiająco mocna jest też goryczka o lekko palonym profilu. Na szczęście jest krótka i szybko wprowadza w finisz, gdzie w końcu pojawia się sól morska. Delikatna, bardziej odczuwalna na koniuszkach warg, ale zawsze. Tutaj też słodycz traci na sile a w jej miejscu pojawia się rozgrzewający alkohol. Bardzo dziwny i zarazem zadziwiająco drapieżny porter muszę przyznać. Na pewno ma duży potencjał na leżak według mnie.
----------
Styl: Porter Bałtycki
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 22% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, monachijski II, caramunich, carafa II, chocolate wheat, special B), chmiel (Marynka, Lubelski), lukrecja, sól morska, drożdże.
Do spożycia: 30.05.2017
Mamy już za sobą dwa piwa wymrażane, oba pyszne i intrygujące. Królową Lodu zostawiłem sobie na koniec (więcej mrożonek w piwnicy nie mam jak narazie) jako taką swoistą wisienkę na torcie. Dobrze wiecie, że stout to mój ulubiony styl a Browar Spółdzielczy udowodnił już, że raczej sprawy nie spieprzy.
W dodatku mamy dzisiaj pewne święto, może i trochę zalatujące komuną, ale zawsze święto. Jakby nie patrzeć każdy ma lub będzie miał kiedyś swoją Królową w życiu. Wypijmy więc za ich zdrowie, najlepiej coś wyjątkowego. Oby nie okazały się dla nas zimne i bezduszne jak ta tytułowa dzisiaj. Ah no tak, mamuśki też. Nie zapominamy o mamuśkach! No dobra... teściowe też.
O pięknie haftowanej etykiety nie będę znowu pisał, bo po co. Jedno co zauważyłem to to, że niebieska wydaje się być wyraźniejsza w stosunku do tej zielonkawej z Lodołamacza. Piwo wydaje się być czarne, ale po dłuższym wpatrywaniu się człowiek zauważa brązowe refleksy na dnie szkła. Najlepiej wygląda jednak piana. Beżowa, drobnopęcherzykowa i dość trwała. Oblepia ściankę szkła niemalże po całości i nie puszcza długo. Czy ktoś mi wlał kogel-mogel do teku?
No dobra, aromat nie jest aż tak intensywny jak w poprzednim piwie wymrażanym z tego browaru. Na początku źle nie jest, ale dość szybko zapachy ulatniają się po prostu i pozostajemy z niczym. Szkoda, bo byłoby co wąchać przy każdym łyku. Gorzka czekolada, przyjemny alkohol, ciemne pieczywo i dość delikatna paloność jak na ten styl. Gdzieś w tle pojawią się też nawet ciemne owoce, niestety wraz z nimi skrada się gotowany kalafior. Na szczęście w bardzo małych ilościach.
Okeeej... tak jak uważałem, że wymrażana DIPA jest mega gęsta tak teraz... już nie wiem. Królowa Lodu przebija Lodołamacza pod względem ciała i oleistości, co mi osobiście wydawało się niemożliwe. Trochę odbiór psuje ciut za wysokie nagazowanie, ale i tak jest dobrze. W smaku popiołowy zawrót głowy, całkiem fajnie kontrowany słodyczą owocową, na myśl przychodzą mi suszone śliwki i rodzynki. Paloność wygrywa jednak, głównie dlatego, że wspiera ją dość zacnie gorzka czekolada i przypieczona skórka od chleba. Jak się człowiek uprze to wyczuje nawet orzechy gdzieś w tle. Goryczka intensywna, ale krótka, palona. Finisz to nic innego jak zwęglone resztki po grillu. Sam popiół i... alkohol. Tutaj przechodzimy do minusów. Jak dla mnie procenty w akurat tym piwie dość mocno przeszkadzają. Alkohol przez większość czasu znajduje się dosłownie na granicy tego "przyjemnego", ale niestety czasami przekracza ją skutecznie odbierając przyjemność z picia. Jak już Was ugryzie to na pewno zapamiętacie to na długo. Tyle dobrze, że zazwyczaj to popiół zakrywa tę mniej przyjemną jego stronę. Strasznie się czuję pisząc te słowa (przy całej mojej miłości do stoutów), ale wymrażana DIPA z browaru Spółdzielczego wydaje mi się lepszym piwem z tej dwójki.
----------
Styl: Iced Russian Imperial Stout
Alk: 11,5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 14.02.2018
www.browarspoldzielczy.com
Alk: 11,5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże.
Do spożycia: 14.02.2018
www.browarspoldzielczy.com
Kontynuujemy wątek piw wymrażanych zapoczątkowany degustacją Eisbocka z Pinty. Temat szeroki jak rzeka, bo jak pokazał Browar Spółdzielczy z łatwością można wymrażać też piwa o których ja sam bym w życiu nie pomyślał. W tym przypadku jest to double IPA.
RiSa zostawiłem sobie na później, IPA wydawała mi się, o zgrozo, ciekawsza. No bo zastanówmy się po jaką cholerę robić gęstą IPkę? W najlepszym przypadku dostaniemy karmelowy cukierek, który za cholerę nie będzie przypominał tego co hopheadzi lubią najbardziej... Ale czy na pewno? Lepiej usiądź spokojnie człowieku małej wiary i czytaj dalej.
Lodołamacz (jak i Królowa Lodu) pozostaną sztosami, niezależnie od tego jak sam trunek będzie smakował. Wszystko przez etykiety zrobione z materiału i grafice wyhaftowanej na nim srebrną nicią, która mieni się pod światło. Karniak należy się jednak za brak składu. Piwo ma głęboki bursztynowy kolor i jest prawie, że klarowne. Wysoka piana redukuję się dość szybko, ale pozostawia przepiękną koronkę na ściankach. Całkiem spory kożuch trzyma się do końca picia.
Ożeszty w mordę jeża jaki to ma intensywny aromat. Jest tak cytrusowo i tropikalnie, że człowiek zastanawia się momentami czy go zmysły w konia nie robią. No bo przecież zapachy chmielowe tracą na mocy z czasem a tutaj... istny huragan składający się z pomarańczy, mango i liczi. Wszystko dokładnie zlepione żywicą i karmelem, który o dziwo nie pcha się zbytnio do przodu. Zero alkoholu.
Boże jakie dziwne uczucie pozostawia ten Lodołamacz w ustach... To znaczy "dziwne", bo to piwo jasne, a jest gęste jak grubaśny RiS. Wymrażanie dało czadu i całość smakuje jak jakiś dziwaczny nugat, mocno goryczkowy i średnio wysycony. Słodowa podbudowa na pierwszy rzut oka wydaje się być przytłaczająca, ale bardzo szybko do boju wkraczają amerykańskie chmiele. Mango, pomarańcze i grapefruit tworzą bardzo burzliwą, ale też sprawiedliwą dla obu stron koalicję z karmelem. Mocarna goryczka także nie próżnuje i oczyszcza kubki smakowe swoim żywiczno-grapefruitowym zacięciem. Finisz przypomina już bardziej wieczną walkę karmelu z albedo od grapefruita, koalicja zerwana. Żeby Wam jeszcze lepiej zobrazować ilość karmelu w tym piwie podam przykład: pamiętacie najgorsze warki Ataku Chmielu z Pinty, te przesadnie karmelowe? No właśnie. Tyle, że tutaj mamy tak samo intensywną goryczkę i tropiki/cytrusy. No i ta gęstość... tak samo zadziwiająca przy każdym łyku. Alkohol praktycznie niewyczuwalne, ale mocno rozgrzewający. Kolejny przykład na to, że wymrażanie to strzał w dziesiątkę.
----------
Styl: Iced Double IPA
Alk: 11% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słody, chmiele, drożdże (serio).
Do spożycia: 14.02.2018
www.browarspoldzielczy.com
Polska myśl piwna nauczyła mnie jednego: jak już robić grubaśne piwo to tylko ciemne, najlepiej RiSa. Może to przez ten wysyp młodych stoutów rok temu? Kto wie. Dlatego zdziwiłem się wielce gdy jako dary losu otrzymałem kolaboracyjne piwo browaru Spółdzielczego i Doctor Brew.
Kotwiczne, bo taką nazwę ma to piwo jest pszenicznym barley wine o ekstrakcie... 30% wagowo. Można się wymądrzać, że przecież jopejskie ma więcej, ale omawiany dzisiaj trunek można normalnie kupić w sklepie. Z jopejskim wiadomo jak jest.
Etykieta w stylu Spółdzielczego co mnie bardzo cieszy. Coś jednak spieprzyło się podczas drukowania, bo w pewnych miejscach kolory dziwnie wyglądają. Tak jakby tuszu zabrakło w drukarce (albo ktoś użył oszczędnej jakości wydruku). Piwo ma kolor ciemnej miedzi, ewentualnie rubinu. Jest zaskakująco klarowne, ale w sumie swoje odstało. Piana nikła, ledwo co urosła na jeden palec i bardzo szybko zredukowała się do poniższego kożucha. Ten jednak pozostał już do końca picia.
Zapach jest taki jakiego człowiek by się mógł spodziewać po tych parametrach. Zwyczajnie w świecie... ogrzewający. Po pierwszych niuchach poczułem się jak za młodego, gdy w chłodne jesienne wieczory z kuchni wydobywały się zapachy jeszcze gorącego ciasta drożdżowego. No dobra... Kotwiczne może i tak nie pachnie, ale skojarzenia pozostają. Jest słodko, owocowo i karmelowo głównie. Jakieś rodzynki, te ustrojstwa podobne do śliwek no... figi! Do tego nektar kwiatowy, delikatne zboża i cholernie przyjemny alkohol. Nie mówię tutaj o uwielbieniu do alkoholu ala pan Edzio spod Lewiatana, ale o idealnie dopełniającym całość szlachetnym alkoholu. No pięknie to pachnie.
Trochę się bałem wziąć pierwszy łyk. Trzeba w końcu mieć szacunek do tego ekstraktu... Mimo tego i tak miałem jedno wielkie zdziwienie na twarzy gdy po raz pierwszy spróbowałem Kotwicznego. Głównie dlatego, że to piwo po prostu nie wygląda na tak... cieliste. Jest gęste jak syrop klonowy i bardzo przyjemnie wypełnia całą jamę ustną, lepiej niż niejeden porter muszę przyznać. W dodatku nagazowanie jest na bardzo niskim poziomie. W smaku jest bardzo słodkie, ale to akurat można zaliczyć do pozytywów. Pierwsze skrzypce gra karmel, ciemne owoce (tutaj znowu rodzynki, suszone śliwki i figi), ale też trochę jasnych (suszone brzoskwinie i morele). W tle znajdziemy odrobinę biszkoptu i polnych kwiatów. Goryczka średnia do niskiej, ziołowa. Ciężko jest jej się przebić przez tą całą słodycz, ale w sumie to jej się nie dziwie. Na finiszu przyjemnie rozgrzewający alkohol z taką szlachetną miodową nutą. Łojezu... już nie pamiętam kiedy ostatni raz piłem tak grubaśne piwo w tak powolnym tempie i z taką przyjemnością.
----------
Styl: Wheat Wine
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: 30% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, karmelowy 30), chmiel Polaris, drożdże US-05.
Do spożycia: 30.11.2016
Poczekało trochę to piwo na swoją kolej. Dostałem je w prezencie od browaru, wraz ze szkłem. Chyba stwierdzili, że mają u mnie fory po ostatnim wpisie i nabrali trochę więcej odwagi. Samo dildo glass z Krosna się przyda. I tak chciałem je zakupić więc prezent jak najbardziej w punkt.
Czemu dopiero teraz je piję? Ano dlatego, że na piwa chmielowe muszę mieć zwyczajnie chęć. Szczególnie te imperialne wersje. Dobrze wiecie, że jestem bardziej fanem klasyki aniżeli wszelakich odmian piw, na które zadziałała amerykańska demokracja.
Jak to już jest w zwyczaju browaru na etykiecie mamy węzeł, tym razem ósemkowy. Po ostatnim wpisie łatwo się domyśleć, że podoba mi się ten prosty design. Tym razem odczuwam jednak jakiś dyskomfort gdy patrzę na dobrany kolor. Piwo za to prezentuje się bardzo ładnie, jest miedziane i klarowne, co ostatnio rzadko się zdarza w polskim crafcie. Piana rośnie jak szalona, aż mi uciekła ze szkła. Znika w średnim tempie, ale pozostawia sporawy lacing na ściankach.
No no, aromat uderza bez ogródek łamiąc przegrodę nosową przy pierwszym spotkaniu. Co najlepsze utrzymuje się dość długo w tak intensywnej postaci. Są to głównie tropiki i cytrusy z bardzo wyraźnie zaznaczonym grapefruitem, liczi i lekko słodkim mango. Gdzieś za rogiem czai się też alkohol, ale w bardzo znikomej ilości. Co mnie zdziwiło to dziwna zapiekana nuta, która pojawia się po ogrzaniu piwa.
Już po pierwszym łyku da się poznać, że jest to imperial. Czuć ekstrakt jak i średnie wysycenie, które nie do końca daję rade. To zdecydowanie nie jest piwo do szybkiego obalenia (i w sumie takie właśnie ma być). Jest potężna podbudowa słodowa. Karmel, jakieś ciasteczka czy też herbatniki a nawet trochę chlebka. Grubo można rzecz, ale na szczęście praktycznie od razu wchodzi kontra chmielowa. Jest mango, jest (chyba) liczi, bo tylko z tym owocem kojarzy mi się tak specyficzna słodkość. Jest też cholernie wyraźny grapefruit. Nie zwalniamy tempa, goryczka uderza z siłą równą riffom ill nino i na pewno ma te 120 IBU. Jej profil wzmacnia doznania, czyste albedo grapefruita, mniam mniam. Finisz okazał się być najmniej zaskakujący. Owszem jest przyjemny, żywiczno-cytrusowy, ale nie dorównuje intensywnością reszcie. W dodatku goryczka za długo zalega jak na mój gust. Mimo tego piwo bardzo dobre. Taki mały klasyk jeżeli chodzi o polską scenę imperialnej ajpy-srajpy. No i brak w nim wad, alkohol też bardzo dobrze ukryty. Zabija bezszelestnie.
----------
Styl: Imperial India Pale Ale
Alk: 8,5% Obj.
Ekstrakt: 20% Wag.
IBU: 120
Skład: słód (Pale Ale, Carapils, pszeniczny, wiedeński), chmiel (Galaxy, Citra, Equinox, Mosaic, Centennial), drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 15.06.2016
Ostatnia niedziela okazała się być pięknym dniem. Właśnie dlatego chwyciłem za rower z zamiarem odbycia kolejnej pijackiej trasy dookoła jeziora. Udało się, 50km zaliczone, ale z trudem. Najwidoczniej forma nie chcę jeszcze wrócić (tak samo jak zima nie chce odpuścić i sypnie czasami śniegiem na parę godzin).
Problem w tym, że przez własną głupotę zapomniałem naładować aparat. 10% baterii ledwo co starczyło mi na zrobienie zdjęć piwa i może dwóch widoczków. Dlatego nie podłącze tego wpisu pod Pijanego Rowerzystę. Co do samego piwa, Browar Spółdzielczy wysłał mi je łaskawie bez wcześniejszej konsultacji. Odważny krok, w takich sytuacjach potrafię bez skrupułów wrzucić nawet najbardziej negatywny wpis. Skoro tak ochoczo wysyłają to muszą być pewni jakości swojego wyrobu chyba nie?
Etykiety browaru są ściśle związane z morzem. Co mi się szczególnie w nich podoba to minimalizm. Ich głównym motywem (i w sumie jedynym) jest węzeł. Na początku browar miał ich cztery, ale AIPA dostała nowy z tego co widzę. Ładne to i schludne. Piwo też niczego sobie z resztą. Piękny, miedziany kolor, zamglone (ale należy wziąć poprawkę na turbulencje w plecaku). Piana rośnie wysoka, bialutka i drobnopęcherzykowa. Opada w średnim tempie, ale pozostawia całkiem ładny osad na ściankach.
Nie będę kłamał, że aromat wbił mnie w ziemię i każdy hopheadowiec dostanie przy nim spazmów. Brakuje mu siły i wytrwałości, ale nie jest też jakoś szczególnie wadliwy. Są tropiki, słodkie mango, marakuja bodajże i delikatna brzoskwinka. Gdzieś w oddali pojawia się tez guma balonowa i żywica. Niby wszystko okej, ale polscy craftopijcy przyzwyczajeni są (czyt. "rozpieszczeni") do mocnego, chmielowego uderzenia w nos przy jakiejkolwiek interpretacji AIPA.
Chwyciłem butelkę co by sobie przeczytać skład i wziąłem pierwszy łyk. W tym momencie uświadomiłem sobie coś. To nie jest przecież imperialna AIPA, może i aromat był słaby, ale w smaku jest jak najbardziej okej. Nie wdeptuje w ziemię, ale jest po prostu okej. Mamy cytrusy na równi z żywicą na dobrze dobranej podbudowie słodowej (która wydaje się być delikatnie tostowa). Goryczka wchodzi nagle, z przytupem i żywicznym profilem. Jest mocna, ale ulatnia się dość szybko pozostawiając za sobą wytrawny, żywiczno-łodygowy finisz, który mógłby jednak odrobinkę krócej trwać według mnie. Średnio treściwe, tak samo nagazowane. Pijalne, spokojnie można sięgnąć po więcej w ten sam wieczór. To jest AIPA w najprostszej postaci. Jeżeli mam być szczery to browarowi należy się szacunek za to, że zwyczajnie nie spieprzył tego stylu.
----------
Styl: American India Pale Ale
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 15% Wag.
IBU: 65
Skład: słód (pale ale, wiedeński, pszeniczny, caramunich II), chmiel (Zeus, Citra, Amarillo, Centennial), drożdże safale US-05.
Do spożycia: 20.04.2016


















































