Proste etykiety najwidoczniej najlepiej przyciągają ludzi do półek w dużych sklepach. Nic specjalnego na niej nie ma, a samo piwo znika zadziwiająco szybko (patrząc na inne browary craftowe w tym sklepie). Zwykły Kowalski widząc maziaje albo inne "dzieła sztuki" myśli zapewne, że to jakiś soczek. Piwo zamglone, ciemny bursztyn. Piania niska, szybko zanika.
Powiem Wam, że z zapachu to to jest podobne zupełnie do nikogo. Jakaś tam lekka słodowość się unosi, ale nic poza tym. Dziwne nie? Z początku tak... Dajcie się mu ogrzać trochę. U mnie dopiero w połowie szklanki wyszły nuty tytoniowe i kwiatowe.
Po pierwszym łyku wiedziałem, że to piwo siądzie mi tak, jak testy z anglika w szkole (powiedzmy, że byłem dobry). Na pewno macie jakiś konkretny styl, który Wam się akurat kojarzy z grillem w ciepły, letni wieczór. U mnie jest to bitter, bo jest to wręcz idealne piwo na takie posiadówy. Ciałko idealnie pasuje do karkówki, wręcz ją komplementuje. Wysycenie średnie, też w punkt według mnie. Jest wyraźna podstawa słodowa w postaci tostów z lekkim karmelem. Na niej szczodrze posypane chmielem: jest tytoń i dawno nie pita przeze mnie ziemistość. Ahh, jak to pięknie wchodzi mówię Wam. Mocno w tle nawet się morela pojawia. Goryczka średnia, ale wystarczająca (chociaż nie pogardziłbym ciut wyższą). Do finiszu mogę się jedynie przyczepić, bo jest dość pusty. Chociaż w sumie... wystarczy żeby był wytrawny, a taki właśnie jest: tytoniowo-pokrzywowy. Piłem wiele przedstawicieli tego stylu i większość (z polskiego craftu) była zwyczajnie w świecie za słodka, tutaj tak nie jest na szczęście. Wiosna, gdzieś ty jest?! Głupio byłoby, gdybym musiał siedzieć w zimowych ubraniach na działce przy grillu z bitterem w ręce
----------
Styl: Extra Special Bitter
Alk: 5,6%
Ekstrakt: 14 BLG
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, monachijski, Maris Otter, Red Crystal, Pale Chocolate), płatki pszeniczne, cukier, chmiel (Flex, East Kent Goldings, Lubelski), drożdże SafAle S-04.
Do spożycia: 22.11.2022
W polskim crafcie eventów, czy też "super sztosowych akcji" nie brakuje. Problem w tym, że w dużej mierze kończy się zazwyczaj na hajpie. Podobnie było i w tym przypadku, choć większość była pewna, że Pincie się uda. W końcu nie każdy browar otwiera swój "podbrowar" tylko i wyłącznie dla barrel ageów.
Akcja informacyjna była zrobiona z rozmachem. O tajemniczej beczce, którą od nich dostałem możecie przeczytać TUTAJ. Trochę minęło czasu zanim otworzyłem pierwszą butelkę z zestawu, ale takich rzeczy nie pija się tak o. Akurat miałem kryzys craftowy, a więc co innego jak nie pintowe sztosiwo mogło mnie spowrotem wciągnąć do świata piwa?
Etykieta na szorstkim papierze wręcz krzyczy "jestem specjalna!". Grafiki też, wyjątkowe i bardzo ładnie zaprojektowane. Niestety jedna rzecz mi się nie podoba: proporcja tekstu to tejże grafiki. Napisy są za duże jak na mój gust. Piwo okazało się być czarne, nieprzejrzyste. Przy tym ekstrakcie to nie powinno dziwić. Tak samo jak to, że piany praktycznie nie było.
Normalnie to bym użył potocznie obraźliwego zwrotu, ale wiadomo... blog o piwie musi być family friendly. Soczyste "o ku..." samo wychodzi z ust przy otwarciu butelki. Dlaczego? Bo tak mocno człowiek dostaje aromatem, bez nachylania się nad butelką. CZE KO LA DA, gorzka, wrzucona do pieca i spalona na wiór. Boże jak to pięknie pachnie. Do tego beczkowe nuty i odrobina wanilii. Jak to mawia moja żona: masakra.
Spodziewałem się gęstości, bo przecież oczy nie kłamią przy nalewaniu, ale... cholera nie aż takiej. Jeżeli mam być z Wami szczery to chyba nie piłem jeszcze bardziej gęstego piwa, a przecież wliczyć można w to grono wymrażanki z Browaru Spółdzielczego. Smoła? Jak najbardziej. Oblepia przełyk jak melasa przy czym jest wyczuwalnie nasycone (lekko, ale zawsze). Dziwne uczucie muszę przyznać. Gorzka czekolada nadal wiedzie prym, wraz z kakao, palonością na granicy przesadyzmu (czyli tą najlepszą) i nieprzesadzoną kontrą w postaci lukrecji i wanilii. Beczka mocno w tle tym razem. Goryczka... zadziwiająco wyraźna. Pasuje jednak do ekstremum, jakim jest to piwo. Profil oczywiście palony. Finisz to już wióry kakaowe z dopełniającym espresso. Alkohol średnio schowany, ale przy tym woltażu ciężko byłoby go ukryć. Nie jest jednak jakiś zły... ot taki bourbonowo-rudawy. Czy warto je leżakować? Może tylko przez ten alkohol. Miejcie jednak na uwadze, że on sam wnosi ciekawe doznania przez swoją obecność. Masakryczne piwo. Jak tak dalej będzie to beczkowy odłam Pinty będzie jak ta "truskawka na torcie" polskiego craftu.
----------
Styl: Imperial Stout Bourbon BA
Alk: 15%
Ekstrakt: 35° BLG
IBU: b/d
Skład: słód (Pale Ale, Monachijski, Crystal, Caraamber, Chocolate, Black Malt, Pale Chocolate), palony jęczmień, maltodekstryna, chmiel Columbus, drożdże US-05.
Do spożycia: 17.06.2023
Jakiż to piękny dzień mieliśmy. Nie dość, że Międzynarodowy Dzień Stoutu to jeszcze w moje ręce trafiła książka Jurka z bloga Jerry Brewery. Męczył się nad nią od dłuższego czasu. Zamknął się w domu i zapomniał o blogowaniu w dodatku. Efekt? Po przekartkowaniu mogę ze spokojem stwierdzić, że będzie to mocna pozycja na polskim rynku piwnych publikacji.
Polazłem do piwnicy po coś specjalnego na te okazje (w sumie to dwie) - szukałem stoutu. Byłem wcześniej w sklepie osiedlowym (jedynym, prawdziwie craftowym w mieście) i nie mieli ani jednego... same pastry sour i IPA. Masakra, listopad mamy ludzie. Dlatego musiałem sięgnąć po drastyczne środki - leżakowanego RiSa z Pinty, jakiś rok po terminie już.
Kurde... jakoś za bardzo przypadła mi do gustu ta etykieta. Kontrast niebieskiej nazwy do reszty szczególnie. W dodatku jest to jeszcze "stara szkoła" graficzna Pinty. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Już przy nalewaniu widać, że będzie gęsto. Piana niska z dużymi bąblami (nie mylić z bąbelkami). Dość szybko zanika, ale po terminie to nie dziwi.
Pięknie to pachnie. Praliny w miodzie, posypka z gorzkiej czekolady, wanilia. W tle lekka beczka, przyjemny, słodki, bourbonowy alkohol i, jak się człowiek wysili, nuta ciemnych owoców (raczej głównie wiśni). Mógłbym to wąchać codziennie, w sumie ktoś mógłby zrobić olejek do brody o takim zapachu, o!
W ustach fajnie oblepiające, gęste jak cholera. Nie pozwala wziąć za dużego łyku, wymusza wręcz powolne ciumkanie. Wysycenie niskie, pasuje idealnie. Jeżeli wierzyć opisom ludzi przy premierze, to musiało zelżeć przez leżakowanie. W smaku pyszna, stoutowa bomba. Z początku mocno wytrawne: czekolada, która przechodzi momentami w naprawdę gorzkie kakao, palone słody i kawę zbożową. W kontrze wanilia, słodki (bourbonowy) alkohol i naprawdę delikatne wiśnie. A co powiecie na biszkoptowe nuty w tym wszystkim? Bo są i leżą jak ulał w tej kompozycji. Goryczka niska, palona. Taka "truskawka na torcie". Finisz już wyłącznie gorzki. Czekolada 95% i delikatna nuta migdałów o dziwo. Cały czas wyczuwalny, bardzo przyjemny w odbiorze i rozgrzewający alkohol. Pięknie to się ułożyło, chociaż nie wiem jakie było świeże szczerze mówiąc.
----------
Styl: Rusian Imperial Stout BA
Alk: 12,5% Obj.
Ekstrakt: 30°
IBU: b/d
Skład: słód (Pale Ale, Monachijski typ II, Crystal 150, Dark Crystal, Black, Chocolate, Pale Chocolate), jęczmień palony, chmiel (Columbus, Fuggles), drożdżeFermentis SafAle US-05.
Do spożycia: 17.09.2020
Pintowy konkurs dla piwowarów domowych zna już chyba każdy, kto interesuje się chociaż trochę polskim krafcikiem. A już na pewno wszyscy, którzy warzą piwo w domu. Kto by nie chciał, aby jego piwo pojawiło się w Lidlu?
Niedługo rusza druga edycja, a my sprawdzimy sobie dzisiaj ostatnie piwo z pierwszej serii, jakże bliskie moim osobistym upodobaniom craftowym. Stoutową jesieniarą może zostać każdy, a pogoda jak najbardziej temu sprzyja.
Etykieta konkursowa jest prosta, ale nawiązuje do samego konkursu fermentorem na grafice. Piwo ma ciemnobrązowy kolor i widocznie mętne (jak na milk stout przystało). Niestety piana ledwo co się tworzy i szybko pęka.
Aromat tak trochę średnio zwiastuje milk stouta. Na przedzie mamy bowiem zbożową kawusię, czekoladę i moooże trochę laktozy. Mi to pasi bardzo, uwielbiam takie klimaty. Całość utrzymuje się też zaskakująco długo.
Fajne to. Lekkie na swój sposób, ale też nie wodniste. Płatki owsiane zdziałały cuda. Protip: dajcie mu się ogrzać. Takie od razu z lodówki traci naprawdę dużo. Wysycenie średnie do wysokiego momentami. Na pierwszym planie znowu mamy kawę zbożową, taką naprawdę przyjemną i zwiewną. Zaraz po mleczna czekolada, która wywyższa się czasami przypominając, że to przecież ona powinna być głównym bohaterem. Mi akurat nie przeszkadza, że jest na drugim miejscu, ale pewnie się puryści kraftowi przyczepią (możecie ich lamenty olać, ja to zrobiłem). W tle trochę palonych, ale nader wyraźnych słodów. Goryczka średnia, lekko palona. Na finiszu kwaskowata kawa. Proste, ale za to jakie przyjemne piwo.
----------
Styl: Milk Stout
Alk: 4,5% Obj.
Ekstrakt: 14 BLG
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, monachijski jasny, czekoladowy, karmelowy ciemny, pale chocolate), płatki owsiane; laktoza, chmiel Marynka, drożdże SafAle S-04.
Do spożycia: 27.05.2022
Tego się nie spodziewałem, a widziałem już parę dziwnych (i nie zawsze pozytywnych) rzeczy w światku piwnym. Marketing piwny w naszym kraju to istna loteria, od Ediego, po na przykład taką Pintę. Dlaczego ja o tym? A bo... dostałem ostatnio dość specyficzny pakunek. Relację video macie tutaj (Instastories).
I znów nastał ten dzień, kiedy postanawiam zrobić wpis o piwie, którego pewnie już nie kupicie nigdzie. Nie wiem, może kiedyś uda mi się zdegustować Pintę Miesiąca na premierę... Ale my nie o tym.
Piękna jest to inicjatywa Pinty, powinni zostać przy niej jak już po 231 fali otworzą w końcu gastro (wcześniej ta seria była lana głównie w kegi). Oczywiście puszeczki, tylko i wyłącznie. Im więcej browarów przekonuje się u nas do tego tym bardziej zaczynam nienawidzić butelki. Nawet jeśli chodzi o grubaśne i sztosowe RiSy na przykład.
Coś jest (przynajmniej według mnie) w fioletowych barwach na puszkach. Cholernie przyciągają moją uwagę, nawet jeśli sama grafika jest nijaka. Tak samo mam z czarnym i czerwonym. W tym przypadku ta "nijakość" pasuje mi jednak jakoś tak... grafik dobrze dobrał kształty do tekstu chyba. Piwo jest złociste, hehe i zmętnione przyjemnie. Piana wysoka z początku, ale dziurawa i szybko redukująca się. Trzyma się jednak ścianek szkła.
Mimo "lekkiego" opóźnienia aromat nie uleciał (no wiecie, na fejsbukowych grupach wyzywają ludzi co nie piją IPA prosto z tanka). Jest brzoskwinia, morela, trochę nut winogrona i agrestu, dalej delikatna pszenica. Mocno w tle jakieś funky coś, które czasami przechodzi w kiszonkę. Na szczęście nie za często. Całość intensywna, jak na puszkę IPA przystało.
Już zapomniałem jak to jest z takimi piwami, ale o tym zaraz. Fajna konsystencja, ciałko średnie, wysycenie prawie, że wysokie. Orzeźwiające, ale nie wiem czemu pasowałoby mi najbardziej na wiosnę, a nie np. na lato. W smaku sam zest prawie że. Limonka, pomarańcza, trochę cytryny, a to wszystko na przyjemnej chmurce z pszenicy. Przez zest całość zdaje się być też lekko kwaskowata. Goryczka średnia, trochę albedowa. Finisz wytrawny, albedowo-grapefruitowy. Niestety czasami pozostaje taki posmak kiszonki zalegający, ale krótki na szczęście. Nie ma funku, sianka, czegokolwiek co by tłumaczyło w nazwie "farmhouse". Tak o zwyczajnie dobra, zwiewna IPA zestowa.
----------
Styl: Farmhouse IPA
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 14°
IBU: b/d
Skład: zawiera alergeny: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane.
Do spożycia: 26.10.2021
Boję się, na serio. Piwo, które opisałem przy okazji premiery (grudzień 2013) i które było dla mnie ideałem może być... takie se. Możecie uważać to za dość trywialny problem, ale ja na serio nie chcę, aby Imperator z Pinty się popsuł. Co najważniejsze, nie chcę, aby moje piękne wspomnienia o nim zostały zbezczeszczone spieprzoną warką... a tak się niestety zapowiada patrząc np. na między innymi Untappd.
Zachęcony wziąłem spory łyk i muszę przyznać, że coś we mnie pękło. Kojarzycie tą scenę z Ratatouille z flashbackiem? Tak się poczułem właśnie. Życie stało się prostsze, bez zbędnych udziwnień. Całość chrupka, jak ten wymarzony pils za trzy zyle. Wysycenie średnie do dużego. W smaku słody (takie trochę ciasteczkowe, czy też biszkoptowe) przegryzione sporą dawką chmielu, który pozostaje jednak na drugiej pozycji. Tutaj znowu zioła i dopiero co zroszona trawa, świeżo skoszona. Goryczka nadzwyczaj wyraźna, ale też przyjemnie punktowa. Na finiszu troszku więcej ziół wyczuwam. Całość cholernie orzeźwiająca, z czystym lagerowym profilem, którego ze świeczką można szukać w koncernowych piwach. Tak, zachwyciłem się. Niestety bardzo szybko przypomniałem sobie o cenie i typowym podejściem kopyrowym, jako że craft musi być drogi i szczerze? Odechciało mi się.

















































