Pokazywanie postów oznaczonych etykietą witnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą witnica. Pokaż wszystkie posty
Browar w Witnicy jest bardzo specyficznym miejscem. Baby wiejskie ostrzegają zagubionych turystów, że ziemia na której znajduje się browar jest przeklęta, panuje tam straszna klątwa DMSu, gwoździ i diacetylu. Byłem tam kiedyś na wycieczce korporacyjnej i jedyne co zauważyłem to brud, zalane podłogi i ogólny bajzel (jakieś 4 lata temu). Co trzeba im jednak przyznać pomieszczenie z tankami leżakowymi mają imponujące.
Inicjatywa piwowarska pod wdzięczną nazwą Chmielogród znana jest chyba większości piwoszy w naszym kraju. Czasami pogrzebie w niej jakiś bloger, typu Bartek czy Tomek ale sercem całej operacji jest Browar Piwna i multitap Degustatornia. Pomysł zacny muszę przyznać. Jestem po części nerdem, który zagrywał się we wszelakie RPG typu Baldur's Gate i czytał opowieści z Forgotten Realms. Po części postacie z Chmielogrodu przypominają mi własnie te klimaty. Podobny pomysł ma Bevog ale oni są zza granicy więc się nie liczą.
Niestety jest jeden poważny problem: dostępność. Ilość poszczególnych wypustów była tak niska, że schodziły ze sklepów w zastraszającym tempie. O wersji beczkowej w mojej okolicy (jak wiecie z resztą) mogę zapomnieć. Najnowsze piwo zostało więc uwarzone w Witnicy... zaraz po ogłoszeniu tej informacji pojawiły się lamenty wielu osób. Produkty, które browar wypuszcza pod marką Lubuskie są zazwyczaj wątpliwej jakości i w pewnym sensie rozumiem obawy ludzi. Jak już nie jeden browar kontraktowy jednak pokazał da się tam uwarzyć dobre piwo bez wad. Tak więc czy w końcu udało mi się je kupić? Nie, dostałem je od Wojtka, jednego z pomysłodawców projektu.
Najpierw trochę ponarzekamy. Wszystkie wcześniejsze piwa z tej serii miały szeroką, prostokątną etykietę. Bardzo dobrze się na niej nadruk prezentował i gdy zobaczyłem znane mi z piw witnickich jajo moje serce zaczęło krwawić. Według mnie to cholernie zły pomysł, szczególnie gdy malunki postaci są pierwsza klasa. Wciskanie ich na siłę na tak małą powierzchnie jest zbrodnią popełnioną na talencie grafika. No, to tyle. W szkle piwo wygląda wyśmienicie na szczęście. Ciemny bursztyn, lekko zmętniony, wypisz wymaluj kolor brody maga z etykiety. Piana jak na to szkło dość wysoka, drobniutka i dość trwała jak na warunki działkowe. Ładnie się też trzymała szkła.
Przez to cholerne doświadczenie witnickie pierwsze czego szukałem w aromacie to masło i zaraz po nim gwoździe. Z przykrością dla wielu muszę stwierdzić, że takowych nie wyczułem. Rudobrody jest wolny od wad ale też i... od jakichkolwiek zapaszków. Aromat jest tak słaby, że nawet zaciekłe wąchanie w stylu narkomana na głodzie nie pomaga. Jakaś bliżej nieokreślona mieszanka karmelu z żywicą, przy czym ten pierwszy przeważa. Jakieś owoce tropikalne? Nope, trochę mnie to zaniepokoiło i dziwnie zmartwiło. Coś jakby Minsc z Baldur's Gate nie posiadał już swojego wiernego towarzysza Boo z niewiadomych przyczyn, smutne. Nie zganiajcie też braku aromatu na szkło, już nie jedno piwo pokazało pazury w tym kielichu. W smaku pierwsze co mi się rzuciło na język to zbyt wysokie nagazowanie, nie dużo ale wystarczająco żeby w jakimś stopniu uprzykrzyć mi wypicie Rudego. Zaraz po na tapetę wchodzi goryczka, jest średnia ale dość wyraźna z tym, że... drętwa jak cholera i nieprzyjemna. Niby takie albedo z grapefruita ale psuje się strasznie na finiszu. Nie jestem pewny ale "garbnikowa" to chyba idealne określenie. W dodatku zalega jak kredyt we frankach. No ale co ze smaczkami? zapytacie. Ano jest tak samo nudno jak w aromacie z tą różnicą, że to żywica dominuje teraz. Z początku wydaje się okej ale goryczka definitywnie psuje cały odbiór piwa. W dodatku czasami wychodzi obrzydliwy alkohol. Płaskie, drętwe i nieprzyjemne. Czar prysł, magowi zabrakło many.
Po piwach kontraktowego browaru Birbant chyba każdy zaczął się zastanawiać jak to możliwe, że w browarze słynącym z wadliwej marki piw Lubuskie można uwarzyć coś naprawdę dobrego. No sorry ale jeden dobry trunek, Black Boss, szczęśliwego piwosza nie czynią. Powiecie, że to wina warzyciela tego pięknego nektaru. Ja mówię bullshit i sprawdzam.
Jedną z zalet użyczenia browaru kontraktowcom jest możliwość podpatrzenia ich pracy a nawet jakakolwiek współpraca. Można się naprawdę dużo nauczyć i potem to przenieść na własną linię produkcyjną. Takie wrażenie miałem przy Lubuskim IPA, które mnie wręcz zaskoczyło i dało nadzieję, że oto mój regionalny browar zaczyna się uczyć. Legendy o lagerowym wręcz piwie pszenicznym z Witnicy krążą od pokoleń w internetach. Czy nowa etykieta i chyba nowe piwo da radę i pociągnie efekt naprawy lubuskiego browaru?
Jak patrze na tą etykietę to aż mnie ściska... nie jestem szczególnie obdarzony artystycznym umysłem ale takie rozszczepienie jednego słowa doprowadza mnie do delirki. Psze nicz ne? Na co to? Zabrakło pomysłu na tło to rypniemy styl piwa na praktycznie całą etykietę, a co. Jeszcze damy troszkę naszego loga i stylową czcionką nazwę w innym języku, taka zagramanica! Dziwi mnie jednak brak jakiejkolwiek wzmianki wojewódzkiej. Czyżby Witnica chciała się pozbyć wizerunku serii piw Lubuskie? Nie wiem. Po nalaniu do szklanki wielkie zdziwienie, to jest mętne! Jak prawdziwa pszenica! Złote z pianą, która nie chcę się unosić nawet przy dużych staraniach z mojej strony. Ratuje ją kożuch, który utrzymuje się do końca picia.
W aromacie wyczuwalny banan z czymś jeszcze... musiałem znajomemu dać spróbować. Doszliśmy do wniosku że banan w tym piwie ma taki zapaszek vibovitu. Niby lekko apteka ale jeszcze nie. Oprócz tego zapowiedź typowego kwasku pszenicznego. Problem jednak w tym, że ostro trzeba się nawąchać żeby to wszystko wyczuć. W smaku kwaskowate, bananowe dalej z tym posmaczkiem vibovitu wyjadanego w młodości palcami z saszetki. Wspomnienie fajne ale w piwie to mi w ogóle nie pasuje. Raz nawet wyczułem trochę wanilii. Mało nut pszeniczno-drożdżowych, lekko wodniste. Na końcu pojawia się niska i zalegająca goryczka, coś pokroju kory drzewnej. Takie nudne trochę... chciałem napisać, że jest jakoś orzeźwiające ale bym wtedy skłamał. Ono jest po prostu wodniste (pod koniec szczególnie) i tak samo orzeźwia, jak woda z kranu.
Jeszcze dwa dni i urlop, jeszcze tylko dwa dni... Przyznam się wam, że jak zaczynałem swoją pierwszą pracę dziwiłem się ludziom, którzy odliczali godziny do urlopu. Teraz sam to robię (a jakoś specjalnie stary nie jestem). Nie żebym miał zamiar odpoczywać jak każdy europejczyk, pierwszy tydzień to ostra praca na działce. Dopiero w drugim Wrocław i Festiwal Dobrego Piwa. Oczywiście możecie liczyć na obszerną fotorelację.
Czemu o tym piszę przy okazji Lubuskiego Chmielu? Bo podobnie oczekiwałem z utęsknieniem od niego tajemnego pilsa za 3zł (mimo tego, że piwo kosztowało mnie prawie 5zł). Szczególnie po ich zaskakującej IPA, która dała mi wiarę, że coś się w Witnicy zmienia. Świat jest okrutny dlatego na wstępie muszę zaznaczyć, że ten pils był wypuszczony na rynek przed IPA.
Patrząc na tą etykietę zmieniam zdanie o tej z IPA. Tamta była rewolucyjna jeżeli chodzi o Witnicę bo chmielowa jest jeszcze w starym stylu. Trzeba im jednak przyznać, że o dziwo pasuję jak ulał. Tylko żeby jeszcze było wiadomo co to za magiczny chmiel jest na zdjęciu (bo Witnica nie raczyła się pochwalić czym nachmielała piwo). Nawet się człowiek domyślać nie może, bo nie słyszałem o jakichkolwiek plantacjach w moim województwie. Z pomocą przychodzi internet, podobno jest jakaś pod Żaganiem. Niestety ich strona nie działa. Wracając do piwa, wygląd mnie mocno zaskoczył. Jest żywy, takie lekko mętne, ciemne złoto. Podświadomie spodziewałem się słomkowego lagera... pozytywne zaskoczenie. Negatywnym była piana, która bardzo szybko zaczęła pękać i pozostawiła po sobie śladowe ilości kożuszka.
Wytężam nos (można tak w ogóle?) i zaczynam wciągać aromaty. Te są bardzo słodkie, słodowe, może trochę nawet chlebowe. Co najlepsze nie wyczuwam wad, z których słynie Witnica (masełko czy kalafiorek). Nie jest jakoś mocno intensywnie i brakuje podstawowego atutu... chmielu. Nie wiem gdzie ludzie wyczuwają w tym owoce. W smaku jest tak samo słodko - słodowo. Wyczuwalna goryczka, jakaś taka cierpka i tępa. Trzeba jej jednak przyznać, że dobrze kontruje tę całą słodycz. Chmielowość, mimo czterokrotnej kąpieli, jest na niskim poziomie. Ledwo co da się wyczuć trawiaste smaczki. Mam też dziwne uczucie, jakby całość była chmielona świeżymi, mokrymi szyszkami chmielu (i w dodatku średnio im to wyszło). Piwo na pewno lepsze od koncerniaków ale nie zaskakuje ani nie zachwyca. Czy warte tej ceny? Na pewno nie, za 3,50zł brałbym jak pewna mniejszość narodowa zasiłek a tak... no cóż. Mityczny Pils też to nie jest, no bo gdzie ten chmiel?
Mam coś koło 80 kilometrów do Witnicy, byłem tam nawet raz w ramach wycieczki integracyjnej. Mimo tego nie czuje sentymentu żeby bronić browaru na każdym kroku. Po prostu piwa robią kiepskie i tyle. Dziwi mnie to gdyż taki Birbant, warzący tam kontraktowo, robi bardzo dobre trunki. No dobra, mają dobry porter ale jedno piwo na ich wielki asortyment to troszkę za mało.
Dlatego właśnie z dużym dystansem podszedłem do ich IPA. Nie szukałem jej w ogóle i kupiłem dopiero dziś, gdy w pobliskim Lewiatanie (w końcu do niego tylko jeden krok) zobaczyłem dosłownie cała półkę ip-srip i lubuskiego chmielu. Będzie dodatkowo jako substytut za Das IPA z Pinty, której nigdzie już chyba nie można dostać.
Etykieta jest... neutralna. Trzyma się stylu witnickiego, ma szyszki chmielu, złoty napis IPA (którym według mnie chcieli nawiązać do Grand Championa) i kolor zielony, który nawiązuje do chmielu i jest kojarzony z województwem Lubuskim. Problem w tym, że wszystko jest sklejone jakoś tak nudnawo. Kompletnie inne doznania estetyczne daje piwo. Piana jest cholernie drobna i zbita. Utrzymuje się tak do połowy picia ale bardzo ładnie oblepia szkło. Kolor pomarańczowy, zmętniony. Całość bardzo ładnie się prezentuje.
To nie szata zdobi piwo więc zaczynam wąchać. Eee, co? Wciągam i wciągam i się nawciągać nie mogę. Jak jakiś narkoman na odwyku. Bucha z tego cytrusami na odległość, tropiki, może i nawet lekka żywica. I tak praktycznie do końca picia. Czy ja śnię? Masła w tym nie ma, nie mówiąc już o innych wadach. Zaintrygowany przechylam szybko nonica i... zachłysnąłem się. Ta gorycz! Jest mocna ale także nieokiełznana. Trochę zalatuje młodym piwem, jeszcze nie do końca ułożonym. Plus na pewno za to, że nie zalega i nie męczy prawie w ogóle. Zaraz za nią kroczą cytrusy w tropikach i lekki, słodki karmel, który próbuje jakoś walczyć z tą goryczą (przegrywa jednak z kretesem). Co prawda nie jest to najbardziej goryczkowa IPA jaką piłem ale utrzymuje się w górnej granicy środka. Jak na pierwszy raz bardzo fajnie wyszło, no i w końcu smacznie i bez wad. Taka trochę młodociana Punk IPA im niechcący wyszła, wszystkie smaki wirują bez opamiętania jak osa przykryta szklanką spodem do góry. Ma to z początku swój urok ale muszą to piwo okiełznać. Ocena troszku zawyżona na zachętę, może w końcu nadszedł czas odnowy dla browaru w Witnicy? Mam też dziwne wrażenie, że butelka butelce nie równa (czytając opisy innych).
PS: Uwaga, piłem to piwo ponownie w październiku 2014 i był to istny miks z syropem na kaszel dla dzieci, taki ze sztucznymi, słodkimi dodatkami. Było tak obleśne, że nie chciało mi się robić całego picia powrotu do niego więc postanowiłem tylko zostawić notkę przy degustacji.
No i w końcu udało mi się, zapominając o przebitej oponie przy pierwszej próbie (wtedy też opisałem o co mi chodzi z tym cyklem) pojechałem sobie w piękną niedzielę zrobić parę kilometrów. Co prawda miałem pewien problem z wyborem piwa, kusiło Ciechan Maciejowe, głównie przez kończącą się datę ważności ale stwierdziłem, że na tak słoneczną pogodę przyda się coś bardziej orzeźwiającego. W sumie mogę to też traktować jako oficjalny start sezonu. Lasy i drzewa, na których uwielbiam łamać sobie okulary (już 3 pary tak straciłem) czekają! W uszach towarzyszył mi głównie zespół Korpiklaani.
(klikając w mapkę odniesie was do treningu)
Trasę wybrałem taką... akurat, co by za bardzo się nie znokautować na początek wiosny. Połowę czasu spędziłem w lesie na korzeniach a drugą na asfalcie i drogach typowo polskich, czyli kratery i inne dziwolągi mało znane w cywilizowanych krajach. Rower mam przystosowany do jazdy raczej MTB, szerokie opony, z bieżnikiem na bagna i piaski. Co prawda amortyzator jest tylko dla picu i prawie w ogóle nie działa ale co zrobisz. Coś koło 14 kilometra znajduje się fajne bagienko, pełno powalonych drzew i ukrytych niebezpieczeństw. 10 metrów dalej jezioro. Idealne miejsce na spróbowanie piwka. No i zostałem zaatakowany znienacka przez owe bagno, skubane ukrywa się pod starymi liśćmi.
Z mokrym butem wróciłem szybko po plecak i wyjąłem butelkę z nonic'iem. Już po szyjce wiedziałem, że jazda piwu nie służy, trza będzie uważać przy otwieraniu. Będę musiał też jakoś rozwiązać problem nagrzewania się piwa (może chwila leżakowania w jeziorze?). Narazie jest okej bo nie smali aż tak bardzo ale latem może być problem.
Przy poprzednim piwie panów z Birbanta stwierdziłem, że bardzo podoba mi się ich włochata etykieta. Miałem nawet małą nadzieję, że jakoś wkomponują zarost do Citry, niestety jest tylko szykowna blond peruka, smutek. Wykonanie też jakoś im nie wyszło, nadruk wygląda gorzej niż z mojej starawej już drukarki za 200zł. Kapsel golas, czarny. Piwo to jednak kompletnie inna bajka. Piana śnieżnobiała, utrzymująca się wprawdzie średnio ale pozostawiająca ładny kożuch do końca picia. No i te ślady na szkle! Kolorek iście ipny, mętny pomarańcz.
Aromat bardzo intensywny, chodząc sobie tak po pniach nie musiałem specjalnie blisko zbliżać szkła do nosa aby go wyczuć. A jaki piękny! Cytrusowość pełną parą, w tle wyczuwalna nawet lekka żywica. Gdy wróciłem do domu poczytałem sobie trochę opinii innych. Dziwi mnie ogólny pojazd po aromacie, a szczególnie po jego mocy. Wracając na solidny grunt zauważyłem coś jakby skaczący liść. Ooo, żabka.
Smak nie zawiódł mnie, tak samo z resztą jak aromat. Jest solidnie ale nie przytłaczająco. Przez ułamek sekundy robi się słodko aby nagle uderzyć goryczką. Co prawda średnią ale jej wejście jest bardzo efektowne. Jest bardzo przyjemna i zarazem delikatna. Mimo tego da się wyczuć te 60+ IBU. Smaczki wręcz identyczne jak w zapaszku, cytrusy zatopione w żywicy. Właśnie dlatego warto zabrać to jedno piwo na wyprawę rowerową. Usiadłem sobie na kładce i powoli dokończyłem Citrę.
Z uśmiechem na twarzy wsiadłem na rower i zacząłem ponownie nabijać kilometry, z większym zapałem i chęcią niż wcześniej. Wbrew temu, co głoszą media i przekonania rodem wyjęte z PRLu nie zabiłem się na pierwszym drzewie jakie spotkałem.
UWAGA: Gardzę pijaństwem za kółkiem jak każdy normalny człowiek. Posty z serii Pijany Rowerzysta (tak, jest to tytuł sarkastyczny) mają na celu zmusić czytelników do ruchu i w nagrodę wypicia jednego, ciekawego piwa na tle przyrody. Zachowując oczywiście czas odpoczynku na zejście ewentualnych promili. Wszelkie komentarze sugerujące namawianie do prowadzenia pod wpływem będę usuwał i uważał je za brak zrozumienia i dojrzałości u komentującego.
Większość ludzi zna moje zdanie co do browaru w Witnicy. Zbyt pozytywnie się o nim nie wypowiadam i dlatego lekko się zdziwiłem gdy usłyszałem nowinę, że ktoś chce tam warzyć kontraktowo swoje piwo. Jadąc wczoraj do Kapsla z zamiarem zakupu Grand Prix i Stout'a z Ciechanowa nie spodziewałem się nawet, że będzie można już kupić Birbanta. Pomyślałem sobie: co mi szkodzi? Przeca nie może być gorzej niż przy pierwszej warce Porteru Bałtyckiego.
Birbant to tak naprawdę dwóch jegomości: Jarek Sosnowski i Krzysiek Kula. Za samo wybranie browaru powinni dostać medal za odwagę (taki tam kolejny osobisty hejt). No ale my nie o Witnicy tylko o Brownie, którego etykietę wielbię ponad życie (oh ah ciekawe dlaczego?). Kapsel czarny, ale panowie dopiero zaczynają przecie. Dziś premiera więc ze spokojnie wyszedłem na ogród zabierając psa, który tak na marginesie ma bzika na punkcie śniegu. Powiedziałbym, że pogoda aż sprzyja chłodnym ocenom.
Birbant to tak naprawdę dwóch jegomości: Jarek Sosnowski i Krzysiek Kula. Za samo wybranie browaru powinni dostać medal za odwagę (taki tam kolejny osobisty hejt). No ale my nie o Witnicy tylko o Brownie, którego etykietę wielbię ponad życie (oh ah ciekawe dlaczego?). Kapsel czarny, ale panowie dopiero zaczynają przecie. Dziś premiera więc ze spokojnie wyszedłem na ogród zabierając psa, który tak na marginesie ma bzika na punkcie śniegu. Powiedziałbym, że pogoda aż sprzyja chłodnym ocenom.
Niewzruszony chwytam za otwieracz i otwieram piwo. Zboczenie zmusza mnie do szybkiego niucha z butelki, ooo będzie fajnie. Tak w ogóle to powinienem przestać tak robić bo już nie raz mi wybuchło w nos prawie topiąc mnie w pianie. Nalewam szybko do pintowego szkła, piana jakaś się tam niby tworzy, dość drobna ale szybko opada. Pozostawia jednak kożuszek ochronny, jakby się bała, że trunek zmarznie czy coś. Kolor to coś pięknego, klarowny ciemny brąz, jak dla mnie miłość od pierwszego wejrzenia.
Wącham ze szkła, jest nawet lepiej niż z butelki. Mocny słodowy aromat, przyjemnie słodki, karmelowy. Oprócz tego dobra dawka chmielowości cytrusowej. Wącham i wącham, nawet nie przeszkadza mi to, że wąs mi zamarza. Pijemy! Jest słodowość, jest karmel, niby słodkie człowiek by pomyślał... BAM! Wchodzi gorycz. Zgadzam się w stu procentach co do 60 IBU dumnie napisanym na etykiecie. Niby stylowo powinna być mniejsza ale niech ręka boska broni panów z Birbantu. Taka ma być i basta. Po prostu wchodzi bez ceregieli pomiędzy słody i karmel i mówi: "Teraz moja kolej, won!" Piwo mocno pijalne, znika w zastraszającym tempie. Żałuję, że kupiłem tylko jedną butelkę. Aż łezka się kręci w oku, jednak z Witnicy może wyjść coś pysznego (oprócz Black Boss'a). Jako Lubuszanin wołam: Rodacy, łączmy się i idźmy do pubów na premierę!
Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.
Zdegustowany ostatnimi poczynaniami witnickiego browaru musiałem sprawdzić, czy nie popsuli swojego sztandarowego piwa. Na szczęście nie. Dalej jest goryczka a zaraz za nią karmel. Wygląd też niczego sobie. Nie za słodkie, po prostu mniam. Alkoholu praktycznie nie czuć. Trochę szkoda browaru który na tak duży asortyment ma tylko jedno, no może dwa dobre piwa.
Zdegustowany ostatnimi poczynaniami witnickiego browaru musiałem sprawdzić, czy nie popsuli swojego sztandarowego piwa. Na szczęście nie. Dalej jest goryczka a zaraz za nią karmel. Wygląd też niczego sobie. Nie za słodkie, po prostu mniam. Alkoholu praktycznie nie czuć. Trochę szkoda browaru który na tak duży asortyment ma tylko jedno, no może dwa dobre piwa.
Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.
Wchodzimy na grząski teren, piwa smakowe, w tym wypadku do przesady. Ogólnie czekolada dobrze się komponuje w piwie ale gorzka. Tutaj mamy niby “piwo jasne o czekoladowym smaku". Piwa w tym nie ma, słodkiej czekolady od cholery. Nie zrozumcie mnie źle, lubię piwa smakowe, to “coś" też w sumie. Jedyny problem, że to nie jest piwo a napój piwny.
Wchodzimy na grząski teren, piwa smakowe, w tym wypadku do przesady. Ogólnie czekolada dobrze się komponuje w piwie ale gorzka. Tutaj mamy niby “piwo jasne o czekoladowym smaku". Piwa w tym nie ma, słodkiej czekolady od cholery. Nie zrozumcie mnie źle, lubię piwa smakowe, to “coś" też w sumie. Jedyny problem, że to nie jest piwo a napój piwny.







































