Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american pale ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american pale ale. Pokaż wszystkie posty

Pełnoprawna wiosna zbliża się wielkimi krokami. W tym tygodniu ma być nawet 20'C z praktycznie bez chmur. My, Polacy, nie musimy czekać długo. Już widziałem parę imprez na świeżym powietrzu, gdzie głównym daniem jest kiełbasa z grilla. Dlatego właśnie trzeba znaleźć idealne piwo na tą okoliczność w sezonie 2019.

Jakie są kryteria? Orzeźwienie, może jakiś tam kontrast do tłustego mięsa i jak najniższa ilość alko. Nie będziemy się jednak skupiać na piwach bezalkoholowych, bo to nie ma sensu przy grillowaniu. Na pierwszy ogień postanowiłem wziąć jedno z najnowszych piw AleBrowaru, bardzo lekkie, amerykańskie pale ale. Jak sama nazwa wskazuje jest podwójnie chmielone na zimno, z czego wiele osób się śmieje, ale czasami prowadzi to do naprawdę zaskakujących efektów.



Widzę, że chłopaki ciągną modę na proste etykiety (tak jak to było w przypadku ich New Wave Gose). Niestety zaczyna mnie to trochę irytować, szczególnie dobór czcionek... Kapsel firmowy, za każdym razem jak na niego patrzę przypomina mi się ten pierwszy, unikatowy. Samo piwo ma piękny, pomarańczowy kolor i jest wyraźnie zmętnione. Piana wysoka, trochę dziurawa. Trzyma się jednak nad wyraz długo przy tak słabej konstrukcji.


Przypomnę Wam tylko, że to piwo ma 3,6% alko. Dlaczego? Bo na pierwszy rzut nosem w ogóle na takie nie wygląda. Aromat mocno cytrusowy, głównie grapefruit i mandarynki. Soczyste do granic możliwości. W tle dopełniające tropiki, tutaj głównie mango czuć. Momentami zdaje mi się nawet, że wyczuwam jakieś iglaki, ale to może mi się tylko wydawać.

No dobra, mamy to. Idealne piwo na biwak, grilla (wiosno szybciej!) czy też jakąkolwiek inną "akcję" na świeżym powietrzu ze znajomymi. I możecie też wliczyć w to towarzystwo zagorzałych craftopijców. Jest soczyście, nowofalowo i orzeźwiająco. Dwunastka (dla nowych chodzi o ekstrakt) jak się patrzy. Wysycenie średnie, do wysokiego. Tak idealnie pod karkóweczkę. Jeżeli chodzi o sam smak to pierwsze co naprawdę zaskakuje to... brak słodyczy. Może inaczej się wyrażę: wytrawność. To ona króluje wraz z eksplozją owoców cytrusowych i tropikalnych. Mamy pomelo (z małym dodatkiem skórki białej), grapefruit, pomarańcze i delikatną nutę mandarynek. W tle pojawia się trochę nafty i... herbata. Średnio lubię ją w piwie, ale tutaj akurat bardzo fajnie komplementuje resztę. Goryczka zauważalna, ale punktowa. Przy tak lekkim piwie pasuje idealnie. Na finiszu pojawia się dodatkowo delikatna żywica. Boziu jakie to jest dobre i orzeźwiające. Dobrze wiecie jak ciężko mi jest amerykańskimi chmielami zaimponować, bo jestem swego rodzaju hejterem przechmielania wszystkiego co ma słód w sobie. AleBrowar powraca do najwyższej formy chyba.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 12% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, owsiany, dekstrynowy), płatki (owsiane, pszeniczne), chmiel Centennial BBC, drożdże.
Do spożycia: 04.11.2019


"Życie, życie jest nobelom" jak to mawiał klasyk gatunku. Raz pijesz beznadziejne, niskoalkoholowe "cuda" z Doctor Brew (z tej, odważę się nawet napisać, gównianej serii San Escobeer), a z drugiej masz znanego i lubianego Koczkodana z 1 na 100. Tak na marginesie... na serio unikajcie tej serii od Doktorów. Większego shitu w polskim crafcie nie widziałem chyba od ładnych paru lat.

Kormoran za to ma dość stabilną pozycję w top 3 piw niskoalkoholowych w kraju. Jakoś na początku sierpnia na półki sklepowe trafiło ich najnowsze dzieło z pigwowcem i miodem. Oryginał (o którym przeczytacie tutaj) zawojował nasz rynek i ludzie byli delikatnie rzecz ujmując... sceptyczni. Dużo osób bało się po prostu, że tymi dodatkami browar zepsuje rześkość i lekkość poprzednika. Czy tak się stało? Sprawdźmy, na plaży, po bardzo delikatnym pedałowaniu.



Etykieta zbytnio się nie wyróżnia. Owszem mamy podmiankę koloru tła na pomarańczowy, ale na tym się zmiany kończą. Kapsel firmowy jest nowy i przyznam się szczerze, że bardziej mi przypadł do gustu niż ten poprzedni. Samo piwo razi słońcem aż miło. Piękny pomarańczowy kolor, zmętnione, z dość niską pianą. Na swój sposób naprawdę uroczo wygląda, szczególnie w tych warunkach.


Już w aromacie czuć zmiany, ale chyba nie takie, których się spodziewałem niestety. Całość nie ma już tego efektu "boom" i jak się łatwo domyśleć można nie jest jakoś super intensywne. Z początku aromaty wydają się być podobne, z przewagą zbożowości (w tym żyta) i lekkiej cytrusowości. Pigwa może i jest, ale ginie w bliżej nieokreślonym miksie żółtych owoców. Miód pojawia się, ale tylko na chwilę gdzieś pod koniec, gdy piwo się już ogrzeje.

Co się jednak okazało, już po pierwszym łyku banan wrócił mi na twarz. To jest to co pamiętam: dość wyraźne ciałko jak na ten ekstrakt, ale też mega wysokie orzeźwienie i lekkość na swój sposób. Do tego zadziwiająca i w ogóle nie muląca lepkość w ustach, zapewne przez miód. Wysycenie średnie, idealne wręcz, wchodzi jak złoto. Smakowo znowu wyraźna zbożowość z żytem w roli głównej. Do tego pigwa, tutaj już mocniejsza i specyficznie kwaskowata. Miód zlepia to wszystko bardzo przyjemnie, ale też nie doprowadza do zasłodzenia piwa. Całość jest tak mniej więcej na granicy wytrawności. Sam miód, na moje oko, jest wielokwiatowy. Jakoś tak zalatuje miksem kwiatów polnych. Goryczka średnia, ujdzie w tłumie. Nic jej nie brakuje i ma lekko cytrusowy (grapefruitowy?) profil. Na finiszu trochę więcej żółtych owoców, w tym zdecydowanie wyraźniejsza pigwa. Wprowadza na końcu konkretną kwaskowatość owocową. Tutaj już nie może być mowy o zbożowym kwasku. A właśnie, trochę mi jednak brakuje tej minimalnej dominacji żyta z oryginału. Mimo tego piwo naprawdę dobre, według mnie zaraz po pierwowzorze w klasyfikacji piw niskoalkoholowych.
----------

Styl: Lite Ale / Niskoalkoholowe
Alk: 1% Obj.
Ekstrakt: 8,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jasne, ciemne, żytnie, pszeniczny), naturalny miód (3%), naturalny sok z pigwowca (2,4%), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 01.11.2018


Deweloperka craftowa trwa w najlepsze, chociaż jedynym sprzedającym (jak narazie) jest właściciel Ciechana, Pan Jakubiak. Po Tenczynku przyszedł czas, aby jego kolejne "dziecko" odłączyło się od stada. Mowa tu oczywiście o Bojanowie. Muszę przyznać, że nic o tym wcześniej nie słyszałem dopóki mi sam przedstawiciel browaru tego nie oznajmij.

Ciekawa jest to strategia, wykupić upadający/zamknięty browar, wyremontować go i sprzedać po krótkiej chwili. Zajmijmy się jednak piwem może co? A konkretnie kosmiczną APA o 1% zawartości alkoholu. Wiecie, że jestem jak najbardziej za takimi wynalazkami. Szczególnie jeśli nie smakują jak koncernowe soczki słodowe. Jak będzie tym razem?



Widać, że browar jeszcze się nie przestawił na samodzielność. Nadal używają butelek z grawerem BRJ. Etykieta zmieniona, aczkolwiek w kształcie, którego wręcz nienawidzę. Kojarzy mi się on za bardzo z Witnicą... Koloratkę wyrzuciłbym w cholerę, kapsel może zostać. Kolor piwa był nie lada zaskoczeniem z początku. Spodziewałem się jaśniejszej barwy, a dostałem rażącą miedź. W dodatku fajnie zmętnioną. Piana może nie za wysoka, ale za to trwała i bez dziur. No ładne cacko.


Z przykrością muszę stwierdzić, że zapaszek nie urywa tyłka, szczególnie intensywnością. Rzadko kiedy się zdarza, że piwa niskoalkoholowe buchają wręcz aromatami... No ale tutaj jest naprawdę ubogo. Czuć lekką słodowość i trochę kwiatów polnych. W tle zacięcie melanoidynowe w postaci skórki od chleba.

W ustach to już kompletnie inna bajka na szczęście. Jest leciutko, orzeźwiająco i zgrabnie. Ciałko malutkie, ale o wodnistości nie ma mowy. Wysycenie średnie, momentami mocniejsze się wydaje. Jest słodowo, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czuć skórkę od chleba, czuć też lekko kwaskowate żyto. Zaskakujące jest to, że całość nie jest wcale taka słodka i "koncernowo słodowa". W tle pojawia się też pewnego rodzaju ziemistość. Brakuje mi trochę goryczki. Ta jest naprawdę delikatna, a przydałoby się troszku większe kopnięcie. Profil ma... hmm... "zielony" w pewnym sensie, żywicznopodobny. Na finiszu dominuje ziemia wspomagana odrobiną kory drzewnej. Naprawdę spoko podejście do niskoalkoholowego piwa. Pije się z przyjemnością i z chęcią chwyciłbym kolejne. Poprawić te błędy i mamy top 3 piw w tym stylu w Polsce.

----------

Styl: American Pale Ale Light
Alk: 1%
Ekstrakt: 7,5%
IBU: b/d
Skład: słód (), chmiel (Marynka, Fuggles, Citra, Mosaic), drożdże.
Do spożycia: b/d


Spotkaliście się kiedyś z takim czymś jak "piwo stołowe"? Ja osobiście sobie nie przypominam. Dlatego zdziwiłem się gdy w sklepie zobaczyłem takowe od Pinty. "Co oni znowu wymyślili?" pomyślałem. Z początku wydawało mi się, że chcieli tak po prostu ukryć zwykłego lagera mocno chmielonego amerykańcami. Ale nie.

Piwo stołowe to nic innego jak lekkie pale ale, z dość niską jak na nasze standardy ilością alkoholu. Podobno korzenie belgijskie ma ten styl, ale jak to zazwyczaj bywa USA musiało wprowadzić swoje zmiany. Tak np. wzrosła zawartość alkoholu (jeżeli wierzyć internetom oryginalnie było to 1,5-3%) i w takim mocno chmielonym przekraczać ona może nawet 4%. Cały plan z wypiciem paru przy obiedzie szlag trafia wtedy. Na szczęście pintowa wersja nie jest aż tak przesadzona.



Oho, nawet mam jakieś skojarzenia z tą etykietą (jak nigdy jeżeli chodzi o zazwyczaj nudne butelki Pinty). Grafika nawiązuje trochę do logo Pepsi, tylko że w tym przypadku mamy topiącą się w piwie szyszkę chmieli. Na pewno lepiej to wygląda niż 80% etykiet z tego browaru. Piwo też niczego sobie. Ma złocisty kolor, lekko zamglone. Średniopęcherzykowa piana, z początku wysoka, szybko redukuje się do sporego kożucha i "takiej sobie" koronki na szkle. 


Ładny zapaszek ma to piwo. Taki rześki i bez niepotrzebnych zachwytów nad jego złożonością. Jest słodowo z dodatkiem nowofalowych chmieli. Wyraźnych, ale nie dominujących warto zaznaczyć. Bardziej nieokreślony miks cytrusowy, trawa i bardzo delikatna słodycz tropików mi osobiście kojarząca się z mango (to chyba Mosaic wymrażany tak się przebił). No ładnie ładnie.

No to już wiem jaki zamiar miała Pinta nazywając to piwo stołowym. Ze spokojem mogłoby zastąpić lagery, pilsy i inne często spotykane na grillach trunki. Fajne ciałko. Wydaje się być lekkie i orzeźwiające, ale nie powiedziałbym, że ma tylko 9° Plato. Bardziej jakieś 11-12. Średnie wysycenie, w niczym nie przeszkadzające. Na pierwszym planie cytrusy z wyróżniającą się cytryną i takim lekkim posmakiem ropy. Do tego fajna podstawa słodowa i to w dodatku nie za słodka. Ogólnie piwo wydaje się być bardziej po tej wytrawnej stronie mocy. Chmielowa goryczka średnia, zaznacza swoją obecność, ale jakoś nie chce zostać na dłużej. Ma bardzo, ale to bardzo słaby grapefruitowy profil. Finisz to połączenie ziemistości, cytrusów i żywicy. Aż się sam zdziwiłem jak bardzo się zmieniło pod koniec. Niby takie nic, lekkie piwo stołowe znaczy się, a tyle różnych doznań smakowych daje. Bardzo fajne, w końcu Pincie coś wyszło na 100%.

----------

Styl: Hoppy Table Beer
Alk: 4% Obj.
Ekstrakt: 9°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, Carapils, Caraamber), chmiel (Columbus, Cascade, Ekuanot, Citra, Mosaic, CryoHops Mosaic), drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 27.04.2018


Tak mnie ostatnio Browar Gościszewo zachwycił swoim wędzonym porterem, że aż musiałem spróbować ich nowości. W moje ręce wpadła niepozorna i niskoalkoholowa letnia APA. Szanuję, piwa z tak małą zawartością alkoholu powinny górować nad innymi w okresie wakacyjnym. A jak browar uwarzy je poprawnie i bez często zdarzającej się wodnistości to już niebo na ziemi jak to mówią.

Większość hejterów picia piwa podczas jazdy rowerowej nie ma wtedy argumentu do puszczania piany z ust. Od takiego 3% piwa nawet chuderlak nie ma prawa mieć nic w organizmie przy takim wysiłku fizycznym. Dlatego zabrałem naszego Hipiska nad jezioro, co by go na spokojnie na pomoście skosztować wieczorową porą.



Etykiety z Gościszewa zawsze mi się podobały. Browar trzyma się jednego pomysłu graficznego i to się chwali. Tak samo wykonanie, bo całość naprawdę ładnie się prezentuje na butelce. Kapsel firmowy, jubileuszowy na 25 lecie browaru. Piwo zadziwiająco ciemne, miedziane. Spodziewałem się czegoś w kolorze jasnego złota a nawet słomki. Delikatnie zmętnione. Piana bardzo niska, ale w większości drobnopęcherzykowa. Coś tam się nawet próbuje łapać ścianek szkła.


W aromacie przyjemnie i rześko. Hameryka na pierwszym planie pod postacią lekkiego miksu cytrusów i tropików. Liczi, cytryna, mandarynka, głównie te owoce przychodzą mi do głowy. Gdzieś w oddali pojawia się też zmora wszelakich pale aleów polskich czyli karmel, ale w ilościach za niskich aby się nim przejmować.

W smaku jest tak jak się tego człowiek spodziewał czyli lekko, rześko i orzeźwiająco. Wysycenie średnie, jak dla mnie na propsie (dobrze wiecie, że nie lubię mocno nagazowanych piw). Chmiele rządzą od samego początku pod postacią cytrusów (tutaj głównie grapefruit) przyprawionych delikatnie ziemistością. No i to zdziwienie, bo w całym tym chmielowym szaleństwie pszenica okazała się być dość wyraźnie zaznaczona. Goryczka wyraźna i chyba trochę za mocna jak na tak lekkie piwo. Czyste albedo z grapefruita, które niestety nieco się psuje pod koniec i pestkowo zalega niepotrzebnie. Finisz bez zmian, no może z lekko dominującą pszenicą i kwaskiem od niej. Karmel na szczęście nie przedostał się do smaku. Mi tych pestek pod koniec całkiem udane i co najważniejsze smaczne piwo.

----------

Styl: Summer American Pale Ale
Alk: 3,1% Obj.
Ekstrakt:
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, wiedeński, carapils, pszeniczny, zakwaszający), chmiel (Cascade, Citra, Centennial, Simcoe, Amarillo), drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 19.01.2018



Z ostatniego wpisu wiecie, że moje małe, 25 tyś. miasto może pochwalić się w końcu warzelnią z prawdziwego zdarzenia. Duma mnie rozpiera, choć z samym browarem nie mam nic wspólnego (oprócz wypożyczonej kapslownicy). Zapewne regionalny alkoholik patriota się we mnie odzywa.

Przyglądając się rynkowi piw rzemieślniczych łatwo można zauważyć, że sesyjne odmiany IPA, APA itp. stały się cholernie popularne na całym świecie. Dało mi to trochę do myślenia... no bo czym tak naprawdę jest "session [tutaj wklej swój ulubiony styl piwa]"? Na chłopski rozum jest to lżejsza odmiana danego stylu, ale wszyscy wiemy jak się kończy takie rozumowanie... Pamiętacie ból dupy o pojęcie "pijalności" piwa? No właśnie.

Wpisując w Google nazwę stylu znalazłem zabawny artykuł, którego tytuł idealnie pasuje do sytuacji: What the hell is a Session IPA? W skrócie: lekkie, SESYJNE piwo do 4% alkoholu (według purystów, normalnie to bardziej do 5%). Popijane głównie przez pracowników fizycznych podczas przerw, stąd niższa niż zazwyczaj ilość alkoholu. Dla mnie osobiście najważniejsza będzie lekkość trunku i po części orzeźwienie. 


Na etykiecie tytułowa bandyciara (słowotwórstwo level podstawówka) czyli Belle Starr, Królowa Bandytów z czasów dzikiego zachodu. Zdziwiło mnie trochę, że browar wybrał zdjęcie z uśmiechniętą Belle, ale co mi do tego. Piwo ma kolor miedziany i jest lekko przymglone. Piana niska i niestety szybko zanika. Na szczęście pozostawia średniej wielkości lacing na ściankach. 


Oho, aromacik bardzo przyjemny trzeba przyznać. Spodziewałem się czegoś gryzącego i zadziornego (pewnie przez nazwę piwa) a dostałem wyraźnie cytrusowe zapaszki. Pomarańcza, pomelo te klimaty. Trochę szybko zanika, no ale nic z tym nie zrobimy przecie. Ważne, że wad nie ma.

Łykłem sobie porządnie, w końcu to miało być sesyjne piwo. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu trochę morda mi się wykrzywiła. Nie zrozumcie mnie źle, całość jest dość lekka i Belle pije się szybko, mimo mocnego wysycenia (za mocnego jak dla mnie). Sęk w tym, że jest też dość wytrawne. Ale czy to na pewno taki wielki problem? Od początku atakują nas cytrusy, głównie grapefruit i pomelo. W oddali mamrocze jakaś karmelowo-słodowa podbudowa, ale czuć wyraźnie, że nie daje rady. Już nie mówię tu o dorównaniu mocą chmielowej części, a bardziej o podjęciu jakiejkolwiek walki. Goryczka wyraźna, ale kłująca trochę. Wyraźne albedo, w dodatku to mocniejsze, od pomelo. Do tego momentu można było uważać te "walory" za pewnego rodzaju orzeźwiający fetysz, jak dla mnie pasujący do karkóweczki z grilla. Niestety finisz psuje odbiór całości, jest taki jakiś... drętwy, łodygowy i niepotrzebne zalegający. Na pewno jest to piwo "do wypicia", ale większość craftopijców w naszym kraju zacznie narzekać zamiast spokojnie je wypić do grilla. 

----------

Styl: Session American Pale Ale
Alk: 4,7%
Ekstrakt: 12,1%
IBU: 35
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, carahell, carabelge), chmiel (Centennial, Citra, Chinook, Equinox, Mosaic), drożdże US-05.
Do spożycia: 28.12.2017


Coś mnie w tym roku zdrowie szwankuje. Może to zapowiedź zbliżającej się śmierci z powodu powolnego wkraczania w wiek starczy? Kto wie. Średnio co dwa tygodnie mam katar i/lub grypę, cholera wie dlaczego. Przecież nie latam goły na mrozie, o gardło też dbam. Wirusy panie, wirusy przeklęte.

Chyba trzeba sobie będzie zrobić swoisty detoks w postaci soku z pomarańczy, cytryny, imbiru i czosnku... Dobrze, że mam ze dwie degustacje w kopiach roboczych. Dziś sprawdzimy sobie zatem piwo z browaru Golem, pite w zeszłym tygodniu. Wiemy już, że chłopaki radzą sobie zacnie w departamencie piw ciemnych, ale jak wygląda sprawa z jasnymi?


Golemowe etykiety robią się coraz lepsze muszę przyznać. Atak zmutowanych szyszek chmielu? Ależ proszę. Przy tej nawet nie przeszkadza mi zbytnio jej kształt, którego nie cierpię. Kolor piwa przypomina lekko bladą pomarańczę, dziwacznie mętną. Nie, żeby tam jakieś farfocle latały, ale na pierwszy rzut oka przypomina trochę mętność soku z grapefruita. Piana niestety nie chciała się zbytnio utworzyć i bardzo szybko znikła ze szkła.


Nie ma co ukrywać, suszony grapefruit ładnie się wkomponował w aromat. Owszem mamy typowy miks owoców tropikalnych (mango, słodkie nektarynki i brzoskwinie), ale jest też specyficzna nuta cytrusowa, która fajnie przecina tę owocową słodycz. Taki grapefruit trochę wchodzący w pomelo moje ulubiene. Oj ładnie to pachnie, intensywnie i w dodatku dość długo.

No i to jest bardzo dobry przykład owocowego orzeźwienia w piwie, które nie jest przesadnie słodkie i mulące zarazem. Lekkie, sesyjne, średnio wysycone. Może odrobinę za nisko, ale jakoś za bardzo mi to nie przeszkadza. Przede wszystkim jest ono cholernie gładkie, pewnie za sprawą płatków owsianych. Znowu mamy do czynienia ze słodkimi tropikami pod postacią mango, liczi i czegoś gęstszego (chyba papaja). Bardzo dobrze kontrują to cytrusy, tutaj dodatkowo wrzucony grapefruit, trochę limonki i pomelo. Całość na wyraźnej, ale nie wtrącającej się za bardzo podbudowie słodowej, z takim chlebowym zacięciem. Goryczka średnia do niskiej, ale wyraźnie cytrusowo-żywiczna. Finisz trochę pusty, głównie grapefruit, cierpki przy samym końcu. Mimo tego bardzo dobre, orzeźwiające APA. Wincyj takich na wiosnę/lato poproszę.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 4,3% Obj.
Ekstrakt: 11,5 Blg.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, bursztynowy), płatki owsiane, chmiel (Citra, Columbus, Magnum), suszony grapefruit, drożdże S-04.
Do spożycia: 09.2017


Macie czasami coś takiego, że olewacie piwa craftowe stojące na półce w hipermarkecie zaraz obok żywieckich specjalności? Mi się to niestety zdarza, szczególnie w Tesco zaraz obok. Na pewno ma na to też wpływ fakt, że w owym hipermarkecie nie ma za dużego wyboru...

Miałem tak z Duklą, Faktorią i po części podstawowymi piwami z Pinty. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Może to ukryte gdzieś z tyłu głowy przekonanie, że te piwa są gorszej jakości, bo Illuminati hurr durr sprzedali się marketom itp. Durne myśli, o czym przekonamy się dzisiaj na przykładzie Chinatown z Faktorii. 


Faktoria postanowiła odświeżyć trochę swoje etykiety, efekt widzicie powyżej. O wiele lepiej to teraz wygląda. Wcześniej było trochę... chaotycznie. W dodatku użyli lepszego papieru i chyba etykieciarki. Piwo ma trochę przyciemniony złoty kolor i jest lekko zamglone. Piana wysoka, szybko się ulatnia, ale pozostawia po sobie taki "ukoronowany" kożuch. 


Ożeż ty, to piwo naprawdę zaskakująco pachnie. Jak przystało na APA mamy bardzo soczyste cytrusy: głównie pomarańcze, mandarynki grapefruit i trochę liczi. Niby standard, tyle, że dodatek w postaci cytryńca chińskiego wyciąga z tych owoców coś więcej. Nie wiem jak to opisać... całość ma dodatkowo taką ultra soczystą zieloną nutę... Taki rabarbar tylko bardziej słodki. Ma to w ogóle sens?

W smaku jest jeszcze bardziej zaskakująco. Owszem mamy typową dla tego stylu rześkość i sesyjność z idealnie dopasowanym, średnim wysyceniem, ale całość znowu pozytywnie zaburza ten cytryniec. Zacznijmy może jednak od początku. Każdy łyk przypomina wgryzanie się w soczysty miąższ miksu owocowego, żywcem skopiowanego z aromatu. Trochę psuje to delikatnie muląca karmelowa podbudowa, ale według mnie trzyma się to kupy... i stylu. W tle skrada się cytryniec, pod postacią niby to łodygi czy też trawy... no czegoś zielonego po prostu. Goryczka średnia, taka okej można rzec. Wydaje mi się, że ma lekkie żywiczne zacięcie. Na finiszu cytryniec przejmuje inicjatywę i ten cały "zielony posmak" zaczyna zwyczajnie królować nad resztą, wspomagany przez wcześniej wymienione cytrusy. W końcu skojarzyłem też, co mi on przypomina... zieloną herbatę z limonką. Z pozoru proste piwo, ale z zaskakującym elementem, który dodaje kompletnie nowe doznania smakowe do rozpowszechnionego już u nas stylu. Mała wpadka się jednak zdarzyła, przy drugiej butelce pojawiła się mokra szmata. Co prawda gdzieś w tle, ale zawsze.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: 35
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, pale ale, caraamber), płatki pszenne, chmiel (Chinook, Equinox, Mosaic), cytryniec chiński, drożdże US-05.
Do spożycia: 12.06.2017


Jest coś cholernie satysfakcjonującego w pierwszym wyjeździe zaraz po kontuzji. Szczególnie gdy okazuje się, że po bólu kolana nie ma już śladu. Oczywiście pozostaje problem z kondycją, a dokładniej jej brakiem, ale do pełni formy dochodzi się dość szybko. No, przynajmniej w moim przypadku.

Słyszeliście o "aferze", w której głównym bohaterem było szkło IPA glass z Krosna? Jakiś czas temu Krośnieńskie Huty Szkła postanowiły wprowadzić do swojej oferty różnorakie szklanki do piwa rzemieślniczego. Dzięki temu zamiast płacić 30 złociszy za szklankę do IPA od Spiegelau mogliśmy prawie, że identyczną kupić za 9zł (a nawet taniej w zestawie po 4 sztuki).

Problem w tym, że (z tego co się orientuję) firmie, która ma wzór szkła na własność nie bardzo się to spodobało. Do końca nie wiadomo czy Krosno dostało jakikolwiek pozew, ale szkło zostało wycofane ze sprzedaży. Oczywiście w sklepach można je jeszcze dostać. Sam kupiłem je w ostatnią sobotę. Nie ma logo, jest dość grube i poręczne. Oczywiście widać różnicę w jakości, ale kto by na to zwracał uwagę przy piciu. Postanowiłem sprawdzić, czy jej lekko nierówna góra będzie miała jakiś wpływ na degustacje. Wybranym piwem będzie odnowione APA z Jana Olbrachta.



Z każdą kolejną butelką przekonuje się, że Olbrachcik miał jedną z najlepszych wizualnych przemian ostatnich miesięcy. Bardzo dobrze wyglądają rysunki Mleczki na przezroczystym tle, także dzięki pozbyciu się koloru. Sam obrazek przypomina mi trochę scenę z filmu Robin Hood: Faceci w Rajtuzach. Piwo jest koloru ciemnozłotego, lekko zamglone (ale to przez przeżyte turbulencje zaraz przed nalaniem). Piana rośnie wysoka, jest średniopęcherzykowa i pozostawia dość ładny lacing na ściankach. 


Aromat jest bardzo wyraźny i nawet mój lekko zakatarzony nos spokojnie wychwytuje każdą jego część. Chmiele, chmiele i jeszcze raz chmiele. Cytrusy stoją równo w pierwszym rzędzie, jest trochę grejpfruta i ananasa. Do tego bardzo fajne tło w postaci biszkoptowych nut, takich delikatnie przypieczonych. Przez moment myślałem, że wyczuwam też delikatną siarkę, ale to raczej mój nos płata mi figle.

Już po pierwszym łyku było wiadomo, że na pewno sięgnę po odnowiony Powrót Króla przy najbliższej okazji. Jeżeli dobrze pamiętam pierwszą warkę (ze starą etykietą) to była ona cholernie nijaka i nudna. Ta taka nie jest, oj nie. Podstawą jest bardzo wyraźna, ale stonowana słodowość. Biszkopcik, chlebuś, te klimaty. Nad nimi stoją i spoglądają władczo chmiele, cytrusowo-ziołowe zdaje się. Są mocne, nadają piwu wytrawności, ale nie blokują słodów całkowicie. Goryczka wchodzi dosłownie z buta i na moje oko ma większego bajcepsa niż zostało to podane na etykiecie. Jest mocna, wyrazista i ma żywiczno-grejpfrutowy profil. Można powiedzieć, że finisz jest jej naturalnym następstwem bo ma lekko zalegającą, żywiczno-łodygową postać. Całość pije się cholernie szybko i lekko, orzeźwienia też nie brakuje. Wysycenie w punkt, średnie do wysokiego. Niejedna AIPA mogłaby tej APA buty czyścić jeżeli mam być szczery. Można się wykłócać, że trochę to wszystko za wyraźne i za mocne jak na ten styl (szczególnie goryczka), ale... po co.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: 35
Skład: słód (jęczmienny: pale ale, pilzneński, carahell, chãteau biscuit), chmiel (Iunga, Chinook, Citra, Simcoe, Centennial, Cascade, Zeus), drożdże US-05.
Do spożycia: 18.06.2016


Drugie picie:

BrewDog potrafi zaskakiwać pozytywnie jak i negatywnie. Tak samo jak moje stare wpisy, poniżej macie najlepszy przykład na to jak człowiek, który się mało co wtedy znał na crafcie opisuje swoje przeżycia. Już dawno chciałem wypieprzyć wszystkie stare/lakoniczne degustacje ale zostawiłem je w końcu po to, aby mi przypominały, że nikt nie rodzi się zajebisty i wszechwiedzący. Ale my o piwie mieliśmy przecie.


Powoli przechodzi mi wielki hejt na pewną sieć hipermarketów. Ileż w końcu można się gniewać na ludzką niekompetencję? Będąc ostatnio na zakupach (w sumie to tylko po nerkowce byłem) zauważyłem, że osławiona już lodóweczka z kraftem została zaktualizowana. Oprócz stałych bywalców takich jak Pinta czy Gościszewo pojawił się nowy browar, i to taki, którego się w ogóle nie spodziewałem.

Z browarem Krafwerk spotkałem się już raz, na grillu. Ich Rogaty, czyli chocolate chili milk stout bardzo mi wtedy podszedł i żałowałem trochę, że byłem zbyt leniwy aby zrobić zdjęcia i zapisać jakiekolwiek notatki. Przyznam się, że wolałbym coś pokroju stoutu ale z american pale ale też mogę zawalczyć (mimo ostatniego przepicia się amerykańskim chmielem). Podobno dzisiejsze piwo ma coś wspólnego z rapem czy tam innym hip-hopem ale przyznam się szczerze, że nie jest to mój... ulubiony styl muzyczny więc nie będę sobie tym faktem zaprzątał głowy.


Za cholerę nie mogłem się domyśleć co ma oznaczać ta etykieta. Dopiero po wymuszeniu na sobie chęci wyszukania w internetach kim (lub czym) jest Pokahontaz wszystko stało się dla mnie jasne. Całość etykiety to po prostu okładka najnowszego albumu tej hip-hopowej grupy. Niby ładnie to wygląda, trochę przypomina płytę winylową. Jakoś tak jednak... nie mogę się zdecydować na ocenę dlatego zostawiam ją Wam. Piwo w szkle wygląda jak bursztyn, na zdjęciach dość mętne ale miałem okazję wypić także sztukę odstaną i było o wiele klarowniejsze (ale nadal opalizujące). Piana za bardzo żyć nie chcę, super wysoka nie jest a i szybko opada. Resztki na ściankach także zostawia znikome.


Aromat cholernie intensywny, przesadziłem z tak mocnym niuchem. Uderzenie ala gołoten machen tyle że prosto w twarz. Jest tu wszystko: cytrusy z pomarańczą na czele (tyle że nie za słodką), tropiki i bodajże mango, spora dawka gumy balonowej i na samym końcu, odrobina żywicy. Jest też, o dziwo, zupełnie niezrozumiały zapaszek alkoholowy, który ni za cholerę nie pomaga. W smaku od samego początku mocny nacisk na amerykańskie chmiele, głównie ich cytrusowe nuty. Wytrawne pełną gębą. Głównym graczem jest tutaj grapefruit, który przeistacza się w nabitą testosteronem (jak na ten styl) goryczkę. Ta niepotrzebnie zalega i wraz z lekko rozpuszczalnikowym finiszem nie tworzy zbyt przyjemnych doznań smakowych. Brak jakiejkolwiek słodowości, która by chociaż udawała kontrę dla tych cytrusów też nie pomaga. Wysycenie niskie, podpasowało mi. Piwo dość treściwe jak na ten ekstrakt i brak wyczuwalnych słodów. Jak dla mnie jest to dość nieudana, chaotyczna APA z wadami... niestety. Zmęczyłem do końca ale na pewno po nie nie wrócę.


Inicjatywa piwowarska pod wdzięczną nazwą Chmielogród znana jest chyba większości piwoszy w naszym kraju. Czasami pogrzebie w niej jakiś bloger, typu Bartek czy Tomek ale sercem całej operacji jest Browar Piwna i multitap Degustatornia. Pomysł zacny muszę przyznać. Jestem po części nerdem, który zagrywał się we wszelakie RPG typu Baldur's Gate i czytał opowieści z Forgotten Realms. Po części postacie z Chmielogrodu przypominają mi własnie te klimaty. Podobny pomysł ma Bevog ale oni są zza granicy więc się nie liczą.

Niestety jest jeden poważny problem: dostępność. Ilość poszczególnych wypustów była tak niska, że schodziły ze sklepów w zastraszającym tempie. O wersji beczkowej w mojej okolicy (jak wiecie z resztą) mogę zapomnieć. Najnowsze piwo zostało więc uwarzone w Witnicy... zaraz po ogłoszeniu tej informacji pojawiły się lamenty wielu osób. Produkty, które browar wypuszcza pod marką Lubuskie są zazwyczaj wątpliwej jakości i w pewnym sensie rozumiem obawy ludzi. Jak już nie jeden browar kontraktowy jednak pokazał da się tam uwarzyć dobre piwo bez wad. Tak więc czy w końcu udało mi się je kupić? Nie, dostałem je od Wojtka, jednego z pomysłodawców projektu.


Najpierw trochę ponarzekamy. Wszystkie wcześniejsze piwa z tej serii miały szeroką, prostokątną etykietę. Bardzo dobrze się na niej nadruk prezentował i gdy zobaczyłem znane mi z piw witnickich jajo moje serce zaczęło krwawić. Według mnie to cholernie zły pomysł, szczególnie gdy malunki postaci są pierwsza klasa. Wciskanie ich na siłę na tak małą powierzchnie jest zbrodnią popełnioną na talencie grafika. No, to tyle. W szkle piwo wygląda wyśmienicie na szczęście. Ciemny bursztyn, lekko zmętniony, wypisz wymaluj kolor brody maga z etykiety. Piana jak na to szkło dość wysoka, drobniutka i dość trwała jak na warunki działkowe. Ładnie się też trzymała szkła.


Przez to cholerne doświadczenie witnickie pierwsze czego szukałem w aromacie to masło i zaraz po nim gwoździe. Z przykrością dla wielu muszę stwierdzić, że takowych nie wyczułem. Rudobrody jest wolny od wad ale też i... od jakichkolwiek zapaszków. Aromat jest tak słaby, że nawet zaciekłe wąchanie w stylu narkomana na głodzie nie pomaga. Jakaś bliżej nieokreślona mieszanka karmelu z żywicą, przy czym ten pierwszy przeważa. Jakieś owoce tropikalne? Nope, trochę mnie to zaniepokoiło i dziwnie zmartwiło. Coś jakby Minsc z Baldur's Gate nie posiadał już swojego wiernego towarzysza Boo z niewiadomych przyczyn, smutne. Nie zganiajcie też braku aromatu na szkło, już nie jedno piwo pokazało pazury w tym kielichu. W smaku pierwsze co mi się rzuciło na język to zbyt wysokie nagazowanie, nie dużo ale wystarczająco żeby w jakimś stopniu uprzykrzyć mi wypicie Rudego. Zaraz po na tapetę wchodzi goryczka, jest średnia ale dość wyraźna z tym, że... drętwa jak cholera i nieprzyjemna. Niby takie albedo z grapefruita ale psuje się strasznie na finiszu. Nie jestem pewny ale "garbnikowa" to chyba idealne określenie. W dodatku zalega jak kredyt we frankach. No ale co ze smaczkami? zapytacie. Ano jest tak samo nudno jak w aromacie z tą różnicą, że to żywica dominuje teraz. Z początku wydaje się okej ale goryczka definitywnie psuje cały odbiór piwa. W dodatku czasami wychodzi obrzydliwy alkohol. Płaskie, drętwe i nieprzyjemne. Czar prysł, magowi zabrakło many.


Jak to się mówi w blogerskiej familii jeżeli chcesz mieć istny boom wyświetleń napisz coś o znanym piwie, najlepiej koncernowym i najlepiej zjedź je jak burą s… no. Humorystycznie, z jajem i masz post miesiąca. Przyznam się Wam, że jest to kuszące. Szczególnie gdy człowiek patrzy jak ludzie uwielbiają jechać (lub też czytać pojazd) po koncernach. Dotyczy to głównie tych, którzy uważają Namysłów za craft albo na siłę chcą wszystkim wmówić, że koncern to zło.

Też taki byłem, na szczęście dla mnie przez krótki czas. Teraz staram się szukać (nawet na siłę) pozytywów w każdym koncerniaku, niestety jest to… kłopotliwie. Piwa znanych browarów są robione zazwyczaj na jedno kopyto, w większości przypadków są to aromatyzowane eurolagery. Duże firmy wiedzą po prostu, że taki typowy Janusz bardzo szybko wychwyci nawet najmniejszą zmianę w smaku. Nie chcą go przestraszyć dlatego dają mu tylko namiastkę stylu uważanego za craftowy. Co innego typowi piwosze, którzy harnasiożubrowego Leszka nie uważają nawet za piwo. Wtedy wychodzi właśnie lament i pojazd, taka jest jednak kolej rzeczy. Osobiście było mi trudno przekonać się do spróbowania żywieckiej APA, mimo tych wszystkich pochlebnych recenzji. Nie ma się co dziwić, wcześniejsze specjalności żywieckie nie podeszły mi... mówiąc łagodnie.


Kupiłem dwie butelki, co najlepsze nie można tego piwa dostać w żadnym z dużych sklepów/marketów. Przypadkiem, zaglądając do sklepiku osiedlowego po batona zauważyłem je na półce. Ze zdziwieniem spakowałem je do plecaka i pojechałem rowerem do domu, brzęcząc po drodze. Dlaczego dwie? Pamiętacie Brackiego Championa i te cholernie nierówne jakościowo butelki? No. Nad wyglądem państwo z Żywca się jakoś szczególnie nie zastanawiali. Zielony, czy może bardziej pistacjowy kolor tej samej etykiety jakoś nieszczególnie przykuwa uwagę. Chwyciłem za nowiuśkiego shakera AleBrowaru (pewnie będę się za to smalił w piekle) i przelałem do niego bursztynowy trunek. Piana nieszczególnie chciała się utworzyć. Szybko opadła do kożuszka a i lacing był słaby jak moje nogi po bieganiu. 


Podniosłem shaker do nosa i pomyślałem sobie jaki to ja durny jestem. Chłopie, przecie to piwo koncernowe a ty je wlałeś do najbardziej szerokiego szkła jakie masz. Chcesz coś z tego wywąchać?! Ano chcę i to zrobię. Bardzo wyraźny i mocny aromat uderza moje nozdrza jakby chciał coś udowodnić. Słodki, cytrusowo-nektarowy. Wspomagany lekko biszkoptowym zapaszkiem i trawą, ta jednak pojawia się dopiero po ogrzaniu. No, przyznam się szczerze, że zgłupiałem. Wziąłem pierwszy łyk i... hmm, muszę sobie to jakoś poukładać. Zacznijmy może od goryczki, która jest średnio intensywna ale za to wyraźna i chwyta nas mocnym, przyjacielskim uściskiem. Potem mamy wszechobecne cytrusy i nektarową słodycz z dodatkiem tego przyjemnego biszkopta. Bardzo fajnie kontrują gorycz ale tak bez przemocy i przepychania się. Coś na styl debaty uniwersyteckiej na wyspach. Co prawda gorycz wygrywa poprzez lekkie zaleganie ale ktoś musi być zwycięzcą. Nagazowanie średnie, pasuje. Piwo według mnie mocno pijalne, nie zapycha ani nie jest wodniste. Za 4,45zł (i to w osiedlowym, zazwyczaj droższym sklepie) biorę je w ciemno na każda imprezę/ spotkanie. Wielu zacznie zaraz podnosić widły i pochodnie udając się w moją stronę ale panowie, hola hola złe człowieki. ŻAPA pokazuje dobrą stronę koncernowego przystosowania stylu pod typowego Janusza. Prawdą jest, że każdy kto obcuje z polskim craftem uzna je za średnie i bez szału. Taki typowy Kowalski jednak dostanie szoku kulturowego ale takiego delikatnego, dzięki temu może w późniejszym czasie spróbuje czegoś z mocniejszymi doznaniami smakowymi. Pamiętajcie, małymi kroczkami do celu. W końcu nagły zły dotyk (jakim może być intensywność większości piw rzemieślniczych) może boleć przez całe życie.

PS: ostatnio Docent pił warkę z datą do lipca 2015 i okazała się cebulowa... dziwne, że w tak dużym koncernie nikt z jakości tego nie wyłapał. Więcej pod tym linkiem.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com