Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american brown ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american brown ale. Pokaż wszystkie posty
Browar Anchor to pewnego rodzaju legenda w piwnym świecie. Wrzucony przez wielu do tego samego worka razem ze Stone Brewing, BrewDogiem itp. z tą różnicą, że panom z San Francisco raczej się nie zarzuca wadliwych/beznadziejnych warek (tak, mam na myśli BrewDoga i ich Dead Pony Pale Ale). Dzięki uprzejmości sklepu Piwna Przystań możemy sobie dzisiaj sprawdzić ową legendę.
Trochę się zagalopowałem z wyborem piwa, patrząc na zdjęcia stwierdziłem, że jest to zwykły brown. Nie sprawdziłem dokładnie opisu a inne, dostępne w sklepie style miały IPA w nazwie więc wybór był prosty. Dopiero przelewając piwo do szklanki poczułem, że coś jest nie tak (głównie przez aromat). Brekle's Brown to pewnego rodzaju single hop Citra brown ale. Jeżeli się nie mylę jest to też debiut na blogu kraju, który jest uważany za kolebkę piwnej rewolucji czyli USA. Hurrah?
Trochę się zagalopowałem z wyborem piwa, patrząc na zdjęcia stwierdziłem, że jest to zwykły brown. Nie sprawdziłem dokładnie opisu a inne, dostępne w sklepie style miały IPA w nazwie więc wybór był prosty. Dopiero przelewając piwo do szklanki poczułem, że coś jest nie tak (głównie przez aromat). Brekle's Brown to pewnego rodzaju single hop Citra brown ale. Jeżeli się nie mylę jest to też debiut na blogu kraju, który jest uważany za kolebkę piwnej rewolucji czyli USA. Hurrah?
Może takie stwierdzenie nie przystoi poprawnych rozmiarów brodaczowi ale butelka wygląda wręcz przepięknie. Kształt przypomina mi trochę stare butelki używane przed wojną w zniszczonym browarze Świebodzińskim. Etykiety Anchora wydają się proste ale mają jeden ważny element: ręcznie malowany rysunek, zazwyczaj jest to drzewo lub krzew. Od lat siedemdziesiątych autorem prawie każdego z rysunków jest Jim Stitt, krótki dokument o nim możecie zobaczyć pod tym linkiem. Nazwijcie mnie starym prykiem ale podobają mi się cholernie te etykiety. W szklanicy piwo wygląda prawie że tak samo zacnie. Jest klarowne, w kolorze rubinowym lekko kojarzącym się nawet z rdzą. Piana z początku wysoka i zbita redukuje się w średnim tempie do sporych rozmiarów kożucha. Koronki brak niestety.
Chwyciłem szkło co by szybko wywąchać ten intrygujący aromat, który mnie tak mocno zaskoczył po otwarciu butelki. Mocny, słodki i lekko przypalony karmel. Mam skojarzenia z karmelizowanym cukrem z patelni. Nic by w tym zadziwiającego nie było gdyby nie jeden mały szczegół... wtrącająca się wszędzie Citra. Wyobraźcie sobie, że karmel to powolny gigant a chmiel to młodzik z mieczem próbujący go powstrzymać (Shadow of the Colossus anyone?). Młody niby nic nie robi olbrzymowi ale wieśniacy, których domy próbuje uratować, i tak mu wiwatują. Tak jest z Citrą w tym przypadku. Raz po raz czuć jej wyraźne, mocne ale krótkie cięcia cytrynową kwaskowatością i według mnie jest to cholernie zadziwiające, że się wszystko nie zlepia w jedną karmelkową całość. O intensywność się nie martwcie, jest średnia ale zapach pozostaje do końca picia.
W smaku identyczna sytuacja z jedną różnicą: dochodzi goryczka (duh). Ta jest dość krótka ale stanowcza, niezalegająca i wyraźna. Ciało jest jednak najważniejsze w tym przypadku. Mamy tu wszystko począwszy od orzechów polanych toffi i karmelowych cukierków (jeszcze gorących i ciągnących się) aż po bardziej dostojny brązowy cukier czy nawet... czekoladę. Za tło robi skórka od chleba (pasująca jak ulał do całości według mnie). Symfonia słodowa w pięknej oprawie. Raz po raz uderza w nas Citra swoją cytrusowością, przypominając, że wcale tak mało jej panowie z Anchor nie wsypali. Finisz delikatny, ziemisto-orzechowy. Treściwość na odpowiednim poziomie, piwo wydaje się też lekko kremowe o dziwo. Wysycenie średnie do wysokiego, mogłoby być odrobinę niższe według mnie. Wyśmienity trunek, nie żałuję, że to właśnie Brekle's Brown wprowadził mnie do świata Anchor Brewing Co.
Zaskórniaki piwne, jak to zwykłem nazywać zapisane/zapomniane wersje robocze pewnych degustacji, czasami ratują człowieka. Na przykład teraz, gdy łykam antybiotyki jak młody pelikan nie ma mowy o wypiciu jakiegokolwiek piwa, zapewne przepysznego w dodatku. Przeglądam więc notatki a tam pieruńskie piwo, o którym byłem przekonany, że opisałem je już na blogu. Jak widać, skleroza dopada coraz to młodszych ludzi.
Był to pierwszy stycznia czyli międzynarodowy dzień kaca, osobiście czułem się wyjątkowo rześko. Nie to co kumpel, który pisząc krótko miał lekkie problemy w okolicach porcelany łazienkowej. Wieczorem ulżyło mu trochę więc wybraliśmy się do Browaru Stu Mostów obczaić cóż to za przybytek. Niestety nikomu nie chciało się pracować w ten dzień pełen narzekań i łykania aspiryny. Dopiero na drugi dzień otworzyli swoje wrota i wpuścili głodnych piwa wrocławian. Smutni wróciliśmy do domu i chwyciliśmy po browarze, mi przypadł brownie z Peruna.
Ich prawie wędzony roggen przypadł mi mocno do gustu. Spodziewałem się więc co najmniej dobrego piwa po tym, znowu zhamerykanizowanym, ale. Zacznijmy może jednak od, jakże by inaczej, wyglądu. Etykieta w stylu peruńskim, piękny wzór, zachowany minimalizm poza głównym kształtem, którym w tym przypadku jest serce wkomponowane w pień drzewa. Nie wiem czemu ale rozbawił mnie fakt, że kolor piwa jest podobny do tego użytego na etykiecie. Nie jest to czerwień ale taki przyciemniony bursztyn, dla prostego faceta (jak ja) różnica marginalna. Klarowne aż do bólu. Piana żyje we własnym świecie i za cholerę nie chciała być wyższa niż na palec. Szybko też zaczęła się ulatniać i zostawiła popękany kożuch, lepiąc się nawet do ścianek.
Do Wrocławia zabrałem własne szkło, myśląc po chłopsku wziąłem to najbardziej toporne i twarde. Byłem pewny, że na przykład takie teku wróciłoby do domu w co najmniej dwóch częściach. Dopiero na miejscu zacząłem się pukać w głowę... niby co ja mam z tego wywąchać? Co prawda nie jedno piwo pokazało pazur z shakera ale akurat brownie z Peruna nie był taki... cholernie ciężko było cokolwiek wywąchać, nawet rasowy narkoman miałby problem mówię Wam. Jakiś biszkopt plus karmel pałętają się jak małe dzieci, niestety towarzyszy im zasmarkany grubas, którym w tym przypadku jest dość wyraźna nuta rozpuszczalnikowa. Ameryki w ogóle nie ma. Na szczęście smak nasze serce ma bardziej wyraźny. Na początek może goryczka, ziołowa, średnio intensywna ale wyraźna. Towarzyszą jej wszelakie smaczki chmielowe, głównie cytrusowe, zatopione w średniej ilości karmelu. Niestety to koniec plusów, nie ma tu orzechów, prażonki, biszkoptu, czegokolwiek co by wskazywało na brown ale. Jest też trochę wodniste, pod koniec picia szczególnie. Nagazowanie średnie do niskiego. Takie to trochę chaotycznie nudnawe i bez wyrazu.
Większość ludzi zna moje zdanie co do browaru w Witnicy. Zbyt pozytywnie się o nim nie wypowiadam i dlatego lekko się zdziwiłem gdy usłyszałem nowinę, że ktoś chce tam warzyć kontraktowo swoje piwo. Jadąc wczoraj do Kapsla z zamiarem zakupu Grand Prix i Stout'a z Ciechanowa nie spodziewałem się nawet, że będzie można już kupić Birbanta. Pomyślałem sobie: co mi szkodzi? Przeca nie może być gorzej niż przy pierwszej warce Porteru Bałtyckiego.
Birbant to tak naprawdę dwóch jegomości: Jarek Sosnowski i Krzysiek Kula. Za samo wybranie browaru powinni dostać medal za odwagę (taki tam kolejny osobisty hejt). No ale my nie o Witnicy tylko o Brownie, którego etykietę wielbię ponad życie (oh ah ciekawe dlaczego?). Kapsel czarny, ale panowie dopiero zaczynają przecie. Dziś premiera więc ze spokojnie wyszedłem na ogród zabierając psa, który tak na marginesie ma bzika na punkcie śniegu. Powiedziałbym, że pogoda aż sprzyja chłodnym ocenom.
Birbant to tak naprawdę dwóch jegomości: Jarek Sosnowski i Krzysiek Kula. Za samo wybranie browaru powinni dostać medal za odwagę (taki tam kolejny osobisty hejt). No ale my nie o Witnicy tylko o Brownie, którego etykietę wielbię ponad życie (oh ah ciekawe dlaczego?). Kapsel czarny, ale panowie dopiero zaczynają przecie. Dziś premiera więc ze spokojnie wyszedłem na ogród zabierając psa, który tak na marginesie ma bzika na punkcie śniegu. Powiedziałbym, że pogoda aż sprzyja chłodnym ocenom.
Niewzruszony chwytam za otwieracz i otwieram piwo. Zboczenie zmusza mnie do szybkiego niucha z butelki, ooo będzie fajnie. Tak w ogóle to powinienem przestać tak robić bo już nie raz mi wybuchło w nos prawie topiąc mnie w pianie. Nalewam szybko do pintowego szkła, piana jakaś się tam niby tworzy, dość drobna ale szybko opada. Pozostawia jednak kożuszek ochronny, jakby się bała, że trunek zmarznie czy coś. Kolor to coś pięknego, klarowny ciemny brąz, jak dla mnie miłość od pierwszego wejrzenia.
Wącham ze szkła, jest nawet lepiej niż z butelki. Mocny słodowy aromat, przyjemnie słodki, karmelowy. Oprócz tego dobra dawka chmielowości cytrusowej. Wącham i wącham, nawet nie przeszkadza mi to, że wąs mi zamarza. Pijemy! Jest słodowość, jest karmel, niby słodkie człowiek by pomyślał... BAM! Wchodzi gorycz. Zgadzam się w stu procentach co do 60 IBU dumnie napisanym na etykiecie. Niby stylowo powinna być mniejsza ale niech ręka boska broni panów z Birbantu. Taka ma być i basta. Po prostu wchodzi bez ceregieli pomiędzy słody i karmel i mówi: "Teraz moja kolej, won!" Piwo mocno pijalne, znika w zastraszającym tempie. Żałuję, że kupiłem tylko jedną butelkę. Aż łezka się kręci w oku, jednak z Witnicy może wyjść coś pysznego (oprócz Black Boss'a). Jako Lubuszanin wołam: Rodacy, łączmy się i idźmy do pubów na premierę!












