Pokazywanie postów oznaczonych etykietą whisky extra stout. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą whisky extra stout. Pokaż wszystkie posty
No i zaczyna się, wróciłem z szybkiego wyjazdu weekendowego i już mnie niesie do piwnicy po jakieś leżakowane trunki. Dziwne, bo człowiek spodziewał się zaspokoić swoje craftowe żądze w Trójmieście. Niestety jedynym godnym polecenia jesiennym piwem był RiS od AleBrowaru, którego butelkę zakupiłem. Tak mi zasmakował.
W Browar Port Gdynia nic nie mieli, ich stout to jakiś żart i smakował bardziej jak zwykły schwarzbier. Dlatego zaraz po powrocie (pomijając degustacje obiecanej wcześniej już Malyny) wskoczyłem do swojej jamy piwnicznej i chwyciłem butelkę czegoś ekstra, whisky extra stoutu jeżeli miałbym być dokładny.
Etykieta naklejona byle jak, ale podobnie było przy innych piwach Golema w bączkach. Grafika troszku dokładniejsza niż przy np. Lilith. Trzech piwowarów smaży się w ogniu, ciekawe czy będzie to proroczy obrazek... Co do samego piwa, powiedzmy, że pod światło ma kolor ciemnego brązu, delikatnie zmętnionego. Piany nie ma praktycznie żadnej, ale w tym szkle ciężko ją uzyskać tak szczerze mówiąc.
Słyszałem to i owo o tym piwie, ale to co wylatuje ze szkła to jest jakiś absurd. Napisać o samych spalonych kablach to byłaby obraza dla tego aromatu. Jest w nim wszystko, od zwyczajnej wędzonej wędliny po wcześniej wymienione spalone kable owinięte dodatkowo w bandaże. Wspominałem już, że leżą one na rozgrzanym asfalcie? Co ciekawe gdzieś w tle cały czas majaczy czekolada.
Po pierwszym łyku za to zaskoczenie. Coś mi tutaj nie pasuje... Z takimi zapaszkami zawsze kojarzyło mi się coś gęstego do granic możliwości i lepkiego. Gehenna taka nie jest. Niby ma "tylko" te 18° BLG, ale przy pierwszym spotkaniu człowiek spodziewał się kompletnie czegoś innego. Z drugiej strony to nie jest, stricte, RiS. No nic, wysycenie dość niskie więc tu się czepiać nie będziemy. W smaku mamy dużo torfu, tak... naprawdę dużo. Głównie spalony asfalt i bandaże, ale nie powiedziałbym, że całość jest przez niego zdominowana. Da się spokojnie wyczuć także czekoladę deserową, typową dla stoutu popiołowość (tak tyci tyci, ale zawsze) i kawę zbożową. Czasami wkrada się też typowa wędzonka, ale już nie tak wyraźna jak w aromacie. Goryczka niska, ta jednak nie daje rady torfowości. Finisz... hmm, no właśnie. Czasami to gorzka czekolada wraz z mocno paloną kawą wygrywają (z takim specyficznym kwaskiem), a czasami bandaże. Tak jakby samo piwo w końcu ustaliło, że woli nie wybierać strony tego konfliktu. Ogólnie bardzo wyrazisty i wielowymiarowy stout. Jak na mój gust jego potencjał trochę jednak kuleje przez brak przyzwoitego ciała.
----------
Styl: Whisky Ekstra Stout
Alk: 7,5%
Ekstrakt: 18°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, whisky 30-45 ppm, żyto palone, czekoladowy jasny, karmelowy), chmiel Magnum, drożdże Fermentis Safale US-05.
Do spożycia: 31.03.2018
Jest pewna straszna choroba, która krąży i drąży towarzystwo piwnych blogerów i blogerek. Jest tak straszna, że niektórych doprowadza do nerwicy, wrzodów a nawet... do abstynencji. Tak tak, blogerskie życie wcale nie jest takie lekkie i usłane darami losu jak to się może niektórym zdawać. My naprawdę czasami cierpimy katusze.
Pewnie tkwi Wam teraz w głowach jedno zasadnicze pytanie: "O co mu k@% chodzi?". Już tłumaczę. Bloger, mając w lodówce piwo wybitne (lub takie, na które ostrzył sobie zęby od dawna) ma dylemat czy powinien je wypić w spokoju czy też zdegustować i opisać na blogu. Ja tak miałem z dzisiejszym trunkiem. Brak czasu na proper opisanie nie pozwalał mi otworzyć imperialnego Joe, bo bardzo chciałem się z Wami podzielić wrażeniami. I tak butelka szczuła biednego brodacza za każdym razem gdy otwierał lodówkę. No, ale w końcu się udało.
Pierwsza rzecz jaka mocno mnie zdziwiła to etykieta. Zobaczcie jak wyglądały one wcześniej np przy Be Like Mitch. W Joe mamy powrót do zwykłego prostokątnego kształtu i pełnego wypełnienia kolorami. Postać jak zwykle spoko, ale osobiście wolałem tą ze zwykłej wersji Joe. Piwo wydaje się być czarne, ale miejscami widać taki lekko brunatny odcień. Jest zmętnione i mimo odstania dostało mi się trochę syfu do szkła. Nie jest to jeszcze poziom syfu wprost od Doctor Brew na szczęście. Piana beżowa, dość zbita z pojedynczymi bąblami sporej wielkości. Utrzymuje się długo i całkiem spoko ciągnie się po ściankach.
Oj, wejdziemy dzisiaj głęboko AleBrowarowi w tyłek chyba. Po pierwszym niuchu jestem pewien, że imperialny Joe pozamiata wszystko. Na pierwszym planie torf, na drugim planie... torf! Spalone kable, bandaże... no aż się człowiekowi pojawia przed oczyma obraz starego, opuszczonego szpitala. Do tego czekolada i takie lekko porterowe nuty, kojarzące się głównie z ciemnymi owocami (śliweczka się kłania). Luki wypełnia też delikatna paloność, taka popiołowa. No cudo, i to w dodatku intensywne jak diabli.
W smaku jest takie, jakie zapamiętałem je z ostatniej edycji WFDP. Niby ma te wyczuwalne ciałko, ale pije się je cholernie szybko (jak jakieś grodziskie po treningu) i trzeba na siebie uważać. Jedna z tych niewyjaśnionych tajemnic Ducha Craftu jak sądzę. Wysycenie średnie, mogłoby się wydawać za wysokie, ale według mnie jest w sam raz. Jest wyraźna czekolada z delikatnym zacięciem świeżo zmielonej kawy. Do tego lekki popiół na końcu języka i owocowa słodycz, znowu ta śliweczka. Wszystko zgrabnie opatulone bandażem i zalane asfaltem. Goryczka wchodzi szybko i sprawnie, ale też tak samo znika. "Punktowa" to jej drugie imię chyba. Całość trzyma się raczej tej wytrawnej, palonej strony. Finisz to potwierdza gdyż jest cholernie przyjemnym miksem gorzkiej czekolady, szczypty popiołu i dopełniającego torfu. Alkoholu w ogóle nie czuć, gdzie panowie z AleBrowaru go ukryli nie mam pojęcia. Według mnie Imperialny Smoky Joe wykręca suty, jak to mówi teraz młodzież. Mogło się nam wydawać, że zwykła wersja jest intensywna, ale imperialna to już kompletnie inny poziom. Mógłbym je pić przy każdej okazji jeśli tylko... nie wyszedłbym wtedy na totalnego alkoholika przy tym oprocentowaniu.
----------
Styl: Imperial Whisky Stout
Alk: 9,8% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: 65
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, whisky malt 45 PPM, carapils, czekoladowy pszeniczny), płatki owsiane, palony jęczmień, chmiel (Columbus, Cascade, Willamette), drożdże Safale S-04.
Do spożycia: 01.12.2016
Drugie picie:
Już dawno zabierałem się do ponownego zdegustowania Smoky Joe. Według wielu jest to piwo wybitne a dla mnie szczególne bo było pierwszym, które pojawiło się na blogu. Widać oczywiście jak pięknie i zwięźle wtedy opisywałem swoje odczucia... Chłopaki z AleBrowaru postanowili zrobić wersję fanowską, no i jak tu się oprzeć?
Nowa warka to dwa razy tyle słodu wędzonego torfem i leżakowanie z płatkami dębowymi po beczce od whisky. Jako rasowy alkoholik uwielbiam whisky, zazwyczaj czystą z lodem ale tylko wtedy, gdy mam jakiś dobry gatunek. Ballantine's z Lidla się do takich nie zalicza (chociaż tutaj wpływa na to moje widzimisie bo nie podoba mi się gęstość tej whisky). Drugą rzeczą, którą uwielbiam to stouty, no i jak tu się nie zakochać?
O proszę, krawatka się nie odkleja. Etykieta stara, cudna. Postać z Joe chyba najbardziej mi się podoba ze wszystkich etykiet AleBrowaru. Brakuje jednak jakiejś informacji o tym, że jest to edycja fanowska, no nic. Przyznam się szczerze, że po ostatnich eksperymentach z... niezbyt dobrymi piwami jestem na głodzie. Nalewam więc dość szybko Joego. Barwa wręcz idealna, czarność bez jakichkolwiek prześwitów. Piana... napiszę tak: po nalaniu musiałem wyjść szybko z psem bo mnie ciągnął za nogawkę. Gdy wróciłem (przecie lekkie ogrzanie stoutowi nie zagrozi) piana dalej była, wielkości powiedzmy jednego palca. Jest zbita, brązowa i zachęca do zanurzenia wąsa w niej.
Ohohoho, jest paloność. Prawie tak intensywna jak na działkach, w końcu sezon "spalmy wszystko co zostało po zimie". Pojawia się też lekka wędzoność w postaci dymu wprost z wędzarni. Whisky jest ale dopiero po ogrzaniu (pies wiedział kiedy musi wyjść). Wszystko wiąże przeplatający się torf. Pierwszy łyk i duże zaskoczenie, nie wiem czemu ale spodziewałem się lekko wykręcającego mordę kwasku (może po tym dymie w aromacie). Nic takiego się nie stało, Joe jest cholernie pijalny. Nagazowanie średnie do niskiego tylko wspomaga ten efekt. Z początku jest delikatnie, waniliowo, przypomina trochę etap podchodzenia do sztangi na siłowni z pełnym przekonaniem, że ten ciężar podrzucimy szybciej niż te 15kg kanapek z szynka na śniadanie. Od razu jednak atakuje nas wszystko co piękne w tym piwie, spalenizna, whisky, lekkie wędzone drewienko, kawa, czekolada. Jak ten moment gdy uświadamiamy sobie, że jednak te parę kilo za dużo włożyliśmy na sztangę. Pod koniec jednak przychodzi rozluźnienie w postaci małej rodzynki (w sensie owoca, w umysłach wielu może to bardzo źle zabrzmieć). Kurde uwielbiam to piwo, czemu jest go tak mało na rynku? Jeżeli nie wygra w konkursie międzynarodowym piw to od razu można zgłaszać oszustwo i przekupstwo sędziów.
Oryginał 30.07.2013:
Piwo z whisky... czy może być coś bardziej pokręconego a zarazem wspaniałego? Piękny ciemny kolor z "grubą" pianą. Ziomki z AleBrowaru użyli słodu normalnie używanego do produkcji whisky. Jak wyszło? Wspaniale! Niby nie ma w tym prawdziwego łiskacza ale jakoś tak przyjemnie trąci.












