Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą birbant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą birbant. Pokaż wszystkie posty


Dziwna sprawa... po tej całej Rapha500 zachciało mi się znowu zabierać piwo na rower. Ba, nawet aparat rzucam na plecy wtedy. Mam taką małą torbę na plecy do tego (szkoda aparat na rower pakować), ale muszę chyba to jakoś inaczej ogarnąć.

 


Starość nie radość, a młodość nie wieczność. Już nie pamiętam od kiedy mam tę puszkę kooperacji browaru Birbant, Szpunt i Flov. Zapewne leżała tam dość długo, bom już trochę przesycony wszelakimi hazy IPAmi, czy też new englandami...


Nadszedł jednak i na nią czas, za co zapewne na wiadomojakichgrupach ukrzyżowaliby mnie. Przecież takie piwa powinno się pić świeże! Mam dziwne wrażenie, że nic mu się nie stało. A że piję piwo według własnego widzimisię... to akurat mi podpasowało po rowerze.



Jak Flov robi etykietę, to wiadomo że będzie grubo. Nie dość, że mieni się na wszystkie strony to jeszcze mamy typową grafikę/sylwetkę z dawnych serii birbantowych. Nikt nie przejdzie obok tego obojętnie. Piwo jest zmętnione, takie mleczne wręcz, jak jakieś proper hazy. Kolor pomarańczy, lekko wybielony. Piana na prawie 2 palce, szybko się redukuje do słabego kożucha. Dobrze się jednak trzyma ścianki szkła.



Zadziwiające jest to, że im człowiek robi się starszy, tym dłużej czeka na aromat w piwie... i to też w IPAch. Po ogrzaniu Hypnohopusa wyłaniają się iście soczkowate zapaszki. Pełnia owoców tropikalnych, jakieś grapefruity, dużo mango, brzoskwini i chyba papai. W tle nuty pomelo i o dziwo nafty, chyba, że to mój nos szwankuje po rowerze akurat. Nie zmienia to faktu, że trzeba na ten aromat poczekać, bo o dziwo z puszki to tak średnio z nim było.


O proszę, dobre zdziwko na początek. Mimo dość wysokiego ekstraktu całość jest rzeczywiście "juicy". Ciałko owszem jest, ale nie zapycha jak przy niektórych NEIPAch. Fajnie kremowe, ze średnim wysyceniem. Pierwszy łyk to rzeczywiście... soczek. Taki mandarynkowy, z nutą mango i brzoskwini. Dopiero kolejne przypominają bardziej piwo, z delikatną podbudową pszeniczną i większymi skojarzeniami chmielowymi. Goryczka średnia, momentami niska. Mogłaby być wyższa, chociaż rozumiem, że to przecież new england. Finisz mnie zaskoczył, jak zając w lesie dzisiaj na ścieżce rowerowej. Jest... gorzkawy, wytrawny. Chce być owocowy, ale wychodzi mu tylko profil albedowy, taka trochę skórka od pomelo połączona z delikatną pestką. Jak ktoś lubi ten styl to polecam. Kooperacja Szpunta z Birbantem dość dobrze go odzwierciedla. Całość nie jest przesadnie słodka, a po prostu owocowa.


----------


Styl: DDH Double Juicy IPA

Alk: 7,6% Obj.

Ekstrakt: 19,1°

IBU: b/d

Skład: słód (jęczmienny, owsiany), płatki (owsiane, ryżowe), chmiel (Citra, Nelson Sauvin, Vic Secret, Azacca), drożdże WLP067.

Do spożycia: 12.11.2021


Facebook Browaru

 


Odkryłem ostatnio bardzo niepokojącą rzecz. Mianowicie oprócz przyciągających oko etykiet, mój portfel uszczuplają też... puszki. Przychylniej patrzę na piwo w amelinium niżeli w butelce. To nie jest zgodne z Duchem Craftu do jasnej cholery!


Ale na serio, wolę puszki. Są ładniejsze i wygodniejsze. Tylko pytanie brzmi: kupilibyście Imperatora z Pinty w puszce? Jakiś taki niesmak jest nawet na samą myśl, co nie? Swoją drogą mam obie tegoroczne wersje, pewnie je otworzę za jakieś pół roku... Ale o czym my tutaj... aaa tak, Birbant i ich najnowsze, ciężkie dziecko.



Birbant potrafił odnaleźć się w nowych realiach graficznych jak mało kto. Każda ich puszka wygląda zajebiście. No popatrzcie tylko na tę grafikę i otoczkę (zastosowanie mixu matowego tła i odblaskowego). Co prawda sam papier przyciąga odciski palców jak magnes, no ale tak to już jest. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana z początku wysoka i drobna, szybko redukuje się do kożucha z bardzo porządnym lacingiem na ściankach.



Mimo uwalonych palców smarem (i węglem w dodatku) czuć wyraźnie, że Nocturna nie będzie owijać w bawełnę. Kontrastowo do drugiego piwa z tej serii. Co zabawne, na pierwszym planie czuć przyjemną czekoladę, lekko mleczną i kokos. Kawa pojawia się dopiero gdzieś w tyle, przyjemnie komplementując całość. 


Nooo, tutaj czuć ciałko mimo już trochę passe 24,5° Plato. Fajnie oblepia przełyk i jest dość nisko wysycone. Powtórki z aromatu nie ma, bo kawa przejmuje pałeczkę. Jest wyraźna, ale nieinwazyjna w smaku. Zdaje się być średnio palona i może delikatnie owocowa. Wróćmy jednak do piwa, bo tam grasuje czekolada, tym razem gorzka i kokos. Szczerze to dziwię się mocno, że udało im się z niego tyle wycisnąć bez aromatów. Po ogrzaniu wchodzi dość dużo palonych słodów, co mnie uradowało niezmiernie. Goryczka średnia, raczej krótka i delikatnie ziołowa. Na finiszu głównie palone ziarna kawy i raz po raz uderzenia gorzkiej czekolady. No nie jest to słodka końcówka, to temu piwu trzeba przyznać. Takie przyjemne "z buta w twarz" na koniec można powiedzieć. Ogólnie całość nie jest jakoś masakrycznie zacukrzona. Jak dla mnie balans został zachowany idealnie.


----------


Styl: Imperial Stout with Coffee and Coconut

Alk: 10,2% Obj.

Ekstrakt: 24,5° Plato

IBU: 3/6

Skład: słód (pale ale, czekoladowy, pszeniczny, cafe, cafe light, black, maltodekstryna: pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel, kawa Kyoto Mexico Finca El Olmo, kokos, drożdże.

Data rozlewu: 18.11.2020

Facebook Browaru

 


Święta, święta i po świętach. Ale czy na pewno? Nowy rok, nowe rozstawienie jak to mawiają ludzie. Jednym z pierwszych świąt craftowych jest masonowy Baltic Porter Day, w dodatku jest to jeden z ważniejszych tego typu dni, jeżeli chodzi o nasz światek piwny.


Zapewne nie znacie mnie z tej strony, ale jestem zwierzęciem bardziej... domowym. Że niby bloger taki nieświatowy i zacofany? Janusz prawie że?! No, co zrobisz. Nie czuję potrzeby wyjazdu gdzieś hen daleko podczas urlopu. Równie dobrze mogę spędzić dwa tygodnie wolnego bycząc się niedaleko miejsca zamieszkania. To samo ze spontanicznymi wyjazdami, szczególnie nad morze.

Jakoś wolę południe Polski, nad Bałtykiem (według mnie) nie ma co robić. Na ostatni weekend przemogłem się jednak i pojechaliśmy małą ekipą do Wisełki na jeden dzień, bez noclegu. Miejscówka jeszcze spoko, bo nie jest tak mocno oblegana przez turystów z parawanami, a z tego co widziałem jest też gdzie na rowerze pojeździć. Jako, że nie byłem kierowcą zabrałem ze sobą rybkę kooperacyjną, bo na świeżuteńką, złocistą specjalność kurortów nadmorskich z jakże świeżego oleju nie miałem ochoty.



Grafika na etykiecie, jak każda z tej serii, nawiązuje do jakiegoś monstrum z głębin. Przyznam się jednak szczerze, że te drukowane na papierze zwykłym jakoś tak nie przyciągają oka. Pamiętacie te malowane białą kreską? To były sztosy butelkowe. Kapselek firmowy, z tego co pamiętam przy Kiss The Beast jest też firmowy, ale Birbanta. Piwo w szkle jest nieprzejrzyście czarne z dość wysoką pianą. Ładnie zbitą w dodatku. Trzymała się dzielnie nawet przy morskim wietrze i moim nieogarnięciu podczas robienia zdjęć.


Pierwsze skojarzenia po dramatycznej próbie wywąchania czegoś przez ten nadmorski wiatr okazały się być bardzo pozytywne. Takie trochę czekoladowe ciasteczko w płynie, z delikatną posypką orzechową. I to wcale nie dlatego, że przed chwilą zjadłem muffinka domowej roboty. Zapach ciemnych słodów, kakao z delikatną kawą w tle i z lekko przypieczoną skórką od chleba. Do tego wcześniej wspomniane orzechy jak ta wisienka na torcie.

Ciałko jest naprawdę ekstra, szczególnie w to jakże chłodne (i wietrzne) popołudnie. Wyczuwalna 18', w dodatku naprawdę gładziutka i na swój sposób aksamitna. Wysycenie średnie, z początku myślałem, że odrobinę za wysokie, ale szybko się przyzwyczaiłem. W smaku już zdaje się nie być tak słodkawe, ale deserowe skojarzenia pozostają. Ciemne słody, taki jakiś palony słonecznik, czekolada i skórka od chleba naprawdę robią robotę. Gdzieś na końcu mózgu pojawiają mi się migawki przypominające ciemne ciasto babcine, ale nie do końca potrafię je zmaterializować. Co by nie było za gorzko wchodzi co jakiś czas karmel, ale taki przyjemny i niezamulający. Goryczka też niczego sobie z takim fajnym ziemistym charakterem. Na finiszu obudziły się orzechy (delikatnie niedojrzałe), które bardzo fajnie wkomponowały się w to całe towarzystwo. Tutaj też karmel zanika znacznie. Naprawdę fajne, wyraźne i bardzo dobrze skomponowane ciemne piwo. Ależ miałem ochotę na coś takiego, nawet sobie nie zdajecie sprawy.

----------

Styl: Double Brown Ale
Alk: 7,2% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: 4/6
Skład: słód (Pale Ale, Brown Malt, Chocolate Malt, Caramalt), płatki owsiane, chmiel (Palisade, Willamette), drożdże WLP028 Scottish Ale.
Do spożycia: 19.04.2019



Patrząc na poczynania pewnych osób można śmiało stwierdzić, że świat (szczególnie nasz piwny, Polski) jest naprawdę mały. Jedne browary kradno nam bezczelnie blogerów, a inne robią z nimi kooperacje. Dzisiaj sprawdzimy sobie istne połączenie tego wszystkiego.

Nie dość, że mamy tutaj kooperacje jednych z najbardziej stabilnych przedstawicieli naszego craftu czyli Birbant i Szpunt, to jeszcze w tym drugim od jakiegoś czasu pracuje Kacper z Piwnej Zwrotnicy. To właśnie jemu możemy podziękować za te dary, którymi się dzisiaj upijemy... przepraszam, udegustujemy (słowotwórstwo level expert).


Bling bling madafaka. Etykieta mieni się jakby ją ktoś potraktował diamentową polerką. Grafika zacna z oczywistym nawiązaniem do Gwiezdnych Wojen, ale utrzymana też w lekko prześmiewczym birbantowym stylu. Elementów odblaskowych też nie ma za dużo... inaczej, jest ich tyle ile trzeba. Piwo ma ładny złoty kolor i jest wyraźnie zamglone. Piana słabiutka. Niska, dziurawa i bardzo szybko znika ze szkła.


Bam! Pierwszy liść wchodzi z zaskoczenia. Zapaszki świeżutkie i intensywne jak w dopiero co wyciśniętym soku owocowym. Cytrusy pełną gębą, tropiki w sumie też. Czuć słodycz liczi, marakuje, cytrynę i limonkę. Do tego kwaskowatość mleczna i mamy bardzo orzeźwiający obrazek. Już mi ślinka zaczyna cieknąć.

Już po pierwszym łyku wiem, że zdradzieckie do bólu będzie to piwo. W ogóle nie czuć tych 15 Plato, nie mówiąc już o alkoholu. Całość bardzo orzeźwiająca i dobrze wysycona. Ciałko bardzo nienachalne, dzięki płatkom owsianym bardzo aksamitne. Lekkość będzie motywem przewodnim tego piwa coś czuję. W smaku najmocniejszy wydaje się być kwasek, ale sam w sobie nie jest jakiś dobitnie dominujący. Podobny do kefirku na moje oko. Potem mamy cytrusy (głównie cytryna i limonka), tropiki gdzieś się schowały i są ledwo co wyczuwalne. Całość na minimalnej pszenicy i chlebku na granicy autosugestii. Goryczka mogłaby być wyższa. Profil ma delikatnie grapefruitowy. Finisz jest chyba najciekawszą rzeczą w tym trunku. Taki miks skórek owoców z niewielką dominacją cytrusów. Do tego oczywiście kefirek. Ogólnie całość bardzo lekka i przyjemna. Pewnie znajdą się osoby, które powiedzą, że jest za mało intensywne, ale według mnie znajdzie ono wielu wielbicieli. Szczególnie tych dopiero co wgłębiających się w świat kwaśnych piw.

----------

Styl: Sour India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15°
IBU: 2/6
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel, drożdże, bakterie Lacobacillus Plantarum.
Do spożycia: 01.10.2018


Syndrom Klasycznego Craftu to rzecz, która naprawdę istnieje. W przeciągu ostatnich lat zauważyłem już parę takich wybryków browarów rzemieślniczych. Chodzi głównie o próbę książkowego uwarzenia stylów klasycznych. Najbardziej rozpoznawalnym przykładem będzie AleBrowar ze swoją serią Ortodox. Do tego grona dołączył ostatnio Birbant.

Chłopaki mogli wybrać sobie coś łatwiejszego do uwarzenia... a nie pilsa, na którym stale ciąży klątwa jeżeli chodzi o polski rynek piwny. Wielu rzemieślników poległo zabierając się za ten niby prosty styl. Czy tak samo będzie z Birbantem?



Etykieta bardzo randomowa, ale też w pewnym stopniu nawiązuje do "klasyki". Głównie złotymi paskami i łukami jak z jakiejś kamienicy dziewiętnastowiecznej. Zadziwiające jest jednak to, że postanowili nie podawać składu, co im się wcześniej nie zdarzało. Piwo ma dość ciemny jak na ten styl kolor, wpadający nawet w miedź. Piana wysoka, ale dziurawa. Szybko redukuje się do obręczy przy szkle.


Ja wiem, że kufel nadaje się do degustacji tak samo dobrze jak kołpak od Malucha, ale tak kazali na etykiecie to co ja się będę wywyższał. Aromat jest słaby, ledwo co wyczuwalny nawet jak na to szkło. Majaczy gdzieś w tle jakaś słodowość i trawa, ale wraz z nimi pojawia się też masełko. No nie porywa Panie, nie porywa.

W smaku jest już lepiej. Fajne ciałko, jak dobra czeska dwunastka i średnie do wysokiego nagazowanie robią robotę. Nie wiem czemu, ale takie proste i orzeźwiające pilsy/lagery zawsze kojarzą mi się z grillem i karkóweczką. Ah ten sos czosnkowy! Ale my nie o tym mieliśmy... Birbantowy pils z początku wydaje się być słodowy, ale bardzo szybko pojawiają się nuty trawiaste i ogólnie polne. Przez to ostatnie mam oczywiście na myśli kwiaty, chociaż całość rzeczywiście kojarzy mi się z wiosennym porankiem na polu. Goryczka wchodzi dość szybko i jest naprawdę wyraźna. Aż nadto jeżeli miałby człowiek wziąć pod uwagę deklarowaną ilość IBU. Jej profil jest lekko ziołowy. Te wybijają się bardziej na finiszu, który dodatkowo zaskoczył mnie mocno swoją wytrawnością i... ziemistością. To nie jest pils z etykiety. Aromat nie jest "wysoki", a goryczka nie jest "zbalansowana". Całość jest trochę taka za bardzo gryząca i niepoukładana jak na moje oko. Mimo tego do wypicia. Jest też na pewno przyjemniejsze niż eurolager.

----------

Styl: Pils
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: 25
Skład: słód jęczmiennym, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 22.05.2018


Polski craft czyha na moje zdrowie, mówię Wam. Dlaczego? Już śpieszę z wytłumaczeniem. W tym sezonie wymyślili sobie (w sumie to nie oni, a bardziej zagramanica) mleczne IPki zwane potocznie milkshakeami. Lubię laktozę i to co wprowadza do piwa, ale w stoutach i tym podobnych piwach... A tu jebs, mleko w IPA z wuchtą chmielu. Jeszcze pal licho gdyby im to jakoś wychodziło... a tak większość polskich shakeów ledwo co nadaje się do wypicia. W dodatku po prawie każdym miałem jakieś dziwne problemy, a mleko mi nie szkodzi zazwyczaj.

Siedząc jednak ostatnio w pracy rozmarzony z powodu zbliżającego się sezonu na "kto da więcej BLG"  (w mojej głowie głównie przaśny stout mleczny się pojawiał) zostałem zaskoczony przez kuriera z paczką. Po otwarciu okazało się, że to kolejny Birbant Box, a w nim znowu milkshake i pils. Pomyślałem sobie, że najlepiej jest zacząć od "tego gorszego", a więc... do dzieła.



Dawno nie widziałem tak pociesznej brzoskwinki na etykiecie piwa, agencja Flov znowu się popisała (jak z każdą etykietą z serii Hopsbant z resztą). Kapsel firmowy, jeden z lepszych w branży. Piwo ma soczyście pomarańczowy kolor, ale jest pełne syfu. Oprócz typowego zmętnienia mamy też pełno chmielin (ale to już wina samej technologii przepływu piwa przez naszą ulubioną przyprawę). Piana wysoka i dość trwała. Niestety szybko zaczyna pękać od środka, ale pozostawia za to ciekawy lacing w postaci takiej jakby pajęczyny. 


"Efekt hopsbanta" uzyskany, piwo pachnie nieziemsko trzeba przyznać. Na pierwszym miejscu wyraźna brzoskwinka, soczysta i świeża. Wspomagają ją mango i marakuja tworząc cholernie przyjemny owocowy miks. Do tego nieinwazyjna pszenica gdzieś w tle i baaardzo delikatna słodycz mleczna. 

W smaku wyszła chyba najbardziej pijalna (jak dla mnie) wersja piwno-mlecznego shake'a jakiego dotąd udało mi się spróbować. Zazwyczaj miałem z tym specyficznym wynalazkiem problem, tutaj nie. Chłopakom udało się uwarzyć trunek gęsty i sycący, ale głównie w odczuciu. Niski alkohol i rześkość pozwala bowiem na sięgnięcie po kolejne (albo nawet parę). Wysycenie średnie do wysokiego nie psuje odbioru w ogóle. Znowu mamy istny wybuch owocowy z cholernie soczystą brzoskwinią na czele. Do tego mango i fajnie wkomponowane cytrusy w tle. Pilnują, aby się człowiek za mocno nie zamulił. Całość na pewnego rodzaju płatkach śniadaniowych (z tym mi się najbardziej skojarzyło połączenie płatków owsianych i laktozy). Goryczka wyraźna, ale krótka. Fajnie wbija się w to całe towarzystwo próbując poustawiać każdego po kątach. Profil ma... powiedzmy, że lekko grapefruitowy. Finisz uwydatnia trochę bardziej mleczną stronę tego piwa. Laktozowa słodycz przebija się mocniej, a do towarzystwa ma już tylko brzoskwinię. Ogólnie bardzo przyjemne i smaczne piwo. Jak dla mnie najlepszy milkshake polskiego craftu.

----------

Styl: Peach Milkshake India Pale Ale
Alk: 4,2% Obj.
Ekstrakt: 16,5°
IBU: 40
Skład: słód (Pale Ale), płatki owsiane, chmiel (Mosaic, Citra, Equinox, Chinook), laktoza, sok brzoskwiniowy NFC, drożdże.
Do spożycia: 11.05.2018


Powracające piwo to najlepszy pretekst do odkopania starego wpisu zapomnianego gdzieś hen daleko w kopiach roboczych. Tak jest w tym przypadku. Z browaru Birbant ma niedługo wyjechać (albo i już wyjechała) kolejna warka Senseia. Piłem poprzednią, ale nie wiedzieć czemu nie wrzuciłem wpisu na bloga. Trzeba to zmienić.

Pozostaje oczywiście kwestia różnych warek, w końcu ta najnowsza może się diametralnie różnić od poprzedniej. Jestem jednak przekonany, że w tym przypadku nie będzie z tym problemu. Panowie z Birbanta trzymają poziom swoich piw w ryzach i rzadko kiedy miewają wpadki jakościowe.



Etykieta w stylu znanym i lubianym. Sylwetka samuraja i biało czerwone barwy pięknie prezentują się na szkle. Kapsel firmowy także, głównie dzięki zacnemu logo i braku jakichkolwiek napisów. Piwo ma kolor miedziany, jest klarowne i posiada całkiem wysoką pianę. Ta, zbita i gęsta, trzyma się dość długo zanim opadnie do sporawych rozmiarów kożucha. Koronka też się jakaś pojawia momentami.


Z początku aromat nie powalał. W zamkniętym pomieszczeniu człowiek mógł coś wyczuć, ale na dworze przy lekkim wietrze byłby już problem. Zapach żywicy i kwiatów dominuje, ale gdzieś w oddali da się też wyczuć delikatne cytrusy (w tym przypadku skórka od pomarańczy). Co najważniejsze nie ma zieleniny dlatego możemy z entuzjazmem przejść do konsumpcji. 

Ok, na starcie muszę zaznaczyć, że piwo jest nad wyraz lekkie jak na ten ekstrakt. Słodowość nadal dawała czadu, ale w żadnym wypadku nie można było mówić o jakimkolwiek zapchaniu. Pomaga w tym na pewno dość duże wysycenie. Jeżeli chodzi o sam smak to jesteśmy świadkami istnej wojny na polach pszenicy. Po jednej stronie swojska ziołowość, a po drugiej tropikalno-cytrusowe akcenty, które walczą ze sobą nieustannie. Te ostatnie przypominają miks grapefruita, skórki pomarańczy i liczi. To piwo nie jest gładkie, ułożone czy też spokojne. Ono przeżywa wewnętrzny konflikt, który o dziwo składa się w przyjemną całość. Goryczka silna, trochę zalegająca o profilu ziołowym. Finisz wchodzi w lekką wytrawność. Składa się głównie z cytrusów (a może bardziej samych skórek), pszenicy (i delikatnego kwasku od nich), kolendry i zroszonej trawy. Bardzo przyjemne, ale też agresywne piwo. 

----------

Styl: Sorachi White AIPA
Alk: 5,7%
Ekstrakt: 15,5%
IBU: 60
Skład: słód (pale ale, pszeniczny), chmiel (Tomahawk, Centennial, Sorachi Ace, Chinook), drożdże us-05.
Do spożycia: 28.12.2017


Coś słabo mi wychodzi picie lekkich i orzeźwiających piw ze względu na porę roku. Co poradzisz... Moja wina, że jak tylko trochę mocniej zawieje i chmury zakryją niebo to w mojej głowie pojawia się piwniczna półka z leżakowanymi trunkami?

W dodatku na ostatnim WFDP Birbant rozlewał swoje barrel age (nowe warki bodajże) i jakoś mi się przypomniało, że mam blenda z pierwszego warzenia gdzieś schowanego. Co to za mieszanka? Ano akurat ten RiS leżał sobie w beczkach po rumie, whisky i bourbonie przez jakieś 10 miesięcy. Niestety świeżynka nie miała pochlebnych opinii, dlatego ta mała buteleczka przeleżała u mnie ponad rok. Sprawdźmy więc czy coś się zmieniło.



Etykieta od FLOV, znowu na poziomie. Bezgłowy jeździec trochę mi kreską przypomina postacie z dawnych teledysków metalowych. Do tego firmowy kapsel z samym logo i mamy bardzo przyjemnie wyglądającą butelkę. Piwo czarne jak tło etykiety, nieprześwitujące. Ładnie się prezentuje nawet przy tak niskiej pianie, która szybko się redukuje do równego kożucha. 


Oho, pierwsze zaskoczenie. Aromat, mimo tak długiego leżakowania, pozostał intensywny i utrzymuje się praktycznie do końca picia. Mamy ciemne owoce, głównie śliwka, winogrono i coś, czego z początku za cholerę nie mogłem określić... a był to marcepan. Wszystko to na proper bazie czekoladowej, która wydaje się być bardziej po tej wytrawnej stronie. Po lekkim ogrzaniu wychodzi też przyjemny alkohol, mi osobiście kojarzący się z bourbonem.

Od czego by tu zacząć... no to tak: wysycenie niskie, a ciałko mimo parametrów i oblepiającej konsystencji nie wydaje się być jakoś szczególnie zapychające. Solidną podstawą znów okazała się być lekko gorzka czekolada (odrobinę delikatniejsza niż w aromacie). W dodatku opanowały ją owoce, znowu suszona śliwka, winogrono i coś czego się nie spodziewałem w ogóle... czerwona porzeczka. Ciężko było ją wyczuć, bo wszystko przykryte jest delikatnym popiołem, jak na stout przystało zresztą. Goryczka na poziomie wyczuwalnym, ale nie wtrącającym się zbytnio. Ma lekko palony profil. Finisz wyraźnie czekoladowy, gorzkawy, cierpki i z nutą suszonej śliwki. Bardzo miło i przyjemnie rozgrzewa od środka. Alkohol na pograniczu wyczuwalności, subtelny, jak dobry bimber... przepraszam, bourbon. Czuć, że nie jest to zwyczajny RiS. Cały czas pojawią się gdzieniegdzie nuty drewniane, waniliowe i alkoholowe, które na pewno przeszły do piwa z beczek. Może i nie są one dominujące (ani też wbijające w ziemię jakby to niektórzy chcieli), ale nie znaczy to, że samo piwo nudne i bez wyrazu. Wręcz przeciwnie. Patrząc na oceny sprzed roku mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że leżakowanie uratowało nie tylko moje kubki smakowe, ale też dobre imię panów z Birbanta

----------

Styl: Russian Imperial Stout Barrel Aged
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 24,5% Wag.
IBU: 50
Skład: słód (Pale Ale, monachijski, karmelowy, carafa I, carafa III), chmiel Magnum, drożdże s-04.
Do spożycia: 08.03.2017


Nawet nie wiem kiedy ten kwiecień przeleciał... Trochę choroby, dwa wesela, praca w korpo i człowiek nie wie gdzie ręce włożyć. Piw też zaskakująco mało wypiłem, aczkolwiek mam parę w kopiach roboczych. Dlatego koniec z tym, trzeba znowu ożywić bloga.

Zaczniemy sobie od specyficznego superbohatera ze stajni Birbanta. Niby reprezentuję zamuloną vermont IPA... ale chłopaki nie byliby sobą gdyby nie spróbowali czegoś nowego. Do warzenia użyli pudru lupulinowego (taki wymrażany proszek z chmielu). Czy mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko z oczywistym chwytem marketingowym? Sprawdźmy.



Sylwetki postaci na etykietach birbantowych to jeden z lepszych pomysłów graficznych jeżeli chodzi o nasz piwny rynek. Widać, że agencja FLOV ma uzdolnionych grafików, bo nawet ich wzory eventowe (np. przy okazji PiS & Love) dają radę. Dlatego dziwi mnie to, że etykieta do pierwszego piwa z mojego miejskiego browaru jest taka prosta... Ale o tym w innym wpisie może. Wracając do dzisiejszego bohatera... w szkle wygląda wyśmienicie, to mu trzeba przyznać. Złoty kolor, lekko przyciemniony i dość mocno (ale też równo) zmętniony. Na pewno nie tak jak wcześniej wypite przeze mnie piwa reprezentujące ten styl. Śnieżnobiała, wysoka piana zanika w średnim tempie i mimo średniej wielkości pęcherzy bardzo ładnie się prezentuje. Lacing jest zabójczy, ślicznie oblepia ścianki.


Nie wiedzieć czemu aromat Powder Mana wydaje mi się być jakiś taki... ciepły. W sensie przytulny, kojarzący się z ogniskiem w kominku. Dziwne, przecież to piwo jasne i to w dodatku IPA. Pomijając ten fakt można stwierdzić, że jest tak jak być powinno. Na pierwszym planie wyraźne tropiki, bardziej miks niż jakiś szczególny owoc. Do tego trochę nafty w tle, która fajnie się wpasowała w resztę. Całość nie jest jakaś wybuchowa jeżeli chodzi o intensywność, ale za to utrzymuje się praktycznie do końca.

No no, nie będzie to lekki vermoncik. Już na samym początku czuć ciałko, które zdaje się być ciut za wysokie jak na IPA, ale zarazem idealnie odzwierciedlające wygląd tego piwa. Wysokie nagazowanie dodaje trochę rześkości i dzięki temu Powder Mana piję się całkiem przyjemnie, chociaż nie wiem czy bym dał radę wypić więcej niż dwa przy jednym posiedzeniu. Smakowo za to jest bardzo proper. Mamy moc cytrusów wymieszaną z tropikami. Liczi, mango, melon, pomarańcze... jakaś limonka też się znajdzie. To wszystko pokryte bardzo delikatną posypką ziołową na fajnej podbudowie pszenicznej. Goryczka wyraźna, ale punktowa z takim posmakiem albedo grapefruita. Fajnie wprowadza w dość wytrawny finisz (w sumie to całość leży bardziej po tej wytrawnej stronie). Tutaj już tylko kwaskowate cytrusy (głównie grapefruit) i żywica. Gdzieś w oddali trawiaste nuty się nawet pojawiają. No i co? Całkiem przyjemna IPA panom z Birbanta wyszła. Trochę nie do końca wiem co miały te zmrożone chmiele w proszku dodać, ale kto by się tym przejmował?

----------

Styl: Vermont Cryo IPA
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 15,5°
IBU: 25
Skład: słód (pale ale, pszenica), płatki owsiane, chmiel (Mosaic, Simcoe, Zeus, Cita Cryo, Simcoe Cryo), drożdże S-04.
Do spożycia: 23.12.2017


Wydawało mi się, że żaden dodatek do piwa mnie nie zmusi do odrzucenia takowego. W końcu Va Banque! ze śledziem bardzo mi smakował. Myliłem się, a przynajmniej po części. Pewnie wielu z Was słyszało, że Birbant uwarzył piwo na słodach wędzonych owczymi odchodami? Nie? No to już wiecie.

Miałem je nawet w rękach, ale średnio chciało mi się wydawać na nie pieniądze w sklepie. Jakaś blokada wewnętrzna zadziałała. W dodatku przypomniałem sobie, że mam w piwnicy pierwszą warkę P.i.S & Love i przydałoby się ją w końcu wypić. To samo z tym drugim RiSem BA...



Etykieta od FLOV jak zwykle na propsie. Taki Święty dla dorosłych, który z chęcią wbiłby się na każdą imprezę... i to w dodatku ze swoim stuffem. Trochę za duża mi się jednak ta etykieta wydaje, szczególnie na mniejszej butelce. Piwo czarne, nieprzejrzyste. Piania znikoma, szybko zredukowała się do dziurawego kożucha. Ten też jakoś nieszczególnie chciał się utrzymać.


Oho, aromaty może i nie należą do tych super duper monstro intensywnych, ale za to wwiercają się w nos jak nowiutkie wiertło widiowe w suporex. Nie będę ukrywał, że mam dość mocne skojarzenia ze Smoky Joe. Na szczęście RiS od panów z Birbanta wyróżnia się na tyle, aby człowiek nie musiał wybierać pomiędzy nim a znanym i lubianym klasykiem ze stajni AleBrowaru. Owszem jest torf, ale pod przykryciem dość specyficznego likieru. Dodajmy do tego suszone owoce (morela i moooże rodzynki) i mamy całkiem słodki zapaszek. Przyjemny i rozgrzewający w dodatku.

Pierwsze co się rzuca na język to to, że ni cholery nie czuć tego ekstraktu. Co prawda piwo jest gładkie i ładnie oblepia przełyk, ale czuć też, że ciała mu trochę brakuje. Na szczęście wysycenie jest na bardzo niskim poziomie i nie potęguje tego odczucia. W smaku królują suszone owoce. Znowu pojawia się morela, ale też śliwka i... żurawina. Leżą sobie ospale na całkiem fajnej czekoladowej podstawie z takim delikatnie palonym zacięciem. Oprócz tego torfowe nuty, które robią za idealny dopełniacz. Goryczki praktycznie żadnej, bardziej odczuwalny jest alkohol. Całkiem fajny muszę zaznaczyć. Nienachalny i przyjemnie rozgrzewający. Ciągnie się przez finisz wraz czerwonymi owocami i lekko zalegającą czekoladą. Nie wiem jak smakowała świeżynka, ale wersja leżakowana okazała się być bardzo fajnie ułożonym, aczkolwiek lekkim RiSem.

----------

Styl: Peated Russian Imperial Stout
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 24,5°
IBU: 78
Skład: słody (Pale Ale, słód whisky, słód czekoladowy, słód melanoidynowy, słód karmelowy), jęczmień palony, cukier, chmiel Magnum, drożdże: S-04.
Do spożycia: 09.12.2016


Dzisiaj obczaimy sobie kolejnego reprezentanta drużyny wyklętych (czy też zapomnianych) piw. Ci rezydenci mojej jakże poniemieckiej i zaciemnionej piwnicy nie mają lekko. Nikt się do nich nie odzywa i muszą w dodatku patrzeć jak ich świeżsi bracia lądują w szkle przed nimi. Nie ma letko jak to mawiał klasyk.

Birbantowy robust porter w wersji double to pewnego rodzaju ryzyko. Leżakowałem bowiem już jego poprzednika (zwykłego) i jeżeli dobrze pamiętam nie wyszło mu to na dobre (zwyczajnie się zepsuł). Tutaj jednak mamy więcej alko i wyższy ekstrakt (duh), więc może coś z tego będzie? Dodatkowo mam dużą ochotę na coś porterowego... zimno jak cholera się zrobiło na dworze.


Ah te wspomnienia i czar etykiet drukowanych w Witnicy. Birbant miał zawsze całkiem spoko grafika za pasem, ale problemem był papier i sposób jego naklejania (co widać po zmarszczonej etykiecie). Wąs jak zwykle na propsie, tak samo bokobrody. Piwo z początku wydaje się być czarne, ale wystarczy lekki prześwit i wychodzi jego brązowa natura. Przy mocnym oświetleniu wyskakują też rubinowe refleksy. O dziwo jest klarowne. Beżowa piana ładnie rośnie i trzyma się dzielnie. Pozostawia też całkiem spory lacing na szkle.


Nie miałem zbytnio wygórowanych oczekiwań co do aromatu. W końcu leżakowanie nie sprzyja żadnemu piwu w tej kwestii. Głównie dzięki temu pozytywnie się zaskoczyłem, gdy pociągając nosem poczułem coś w ogóle. Wyraźna kawa zbożowa, czekolada, delikatna paloność i odrobina karmelu, takiego przypalonego na patelni. Żadnych wad, czyste i przyjemne wąchanko.

Nie pamiętam już jak smakowała świeżynka, ale jestem jednego pewien: trochę ciałka uciekło. Wiadomo, ekstrakt od początku nie był za wysoki, ale i tak piwo wydaje się być mocno upośledzone w tej kwestii. Niekoniecznie jest to wada jeżeli mam być szczery. Pije się przyjemnie, nawet w temperaturze zbliżonej do pokojowej. Wysycenie jakieś też się utrzymało. Można rzec, że średnie. Smakowo mamy głównie kawę, z bardzo, ale to baaardzo delikatnym zbożowym zacięciem. Lekki popiół do tego i gorzka czekolada gdzieś mocno w tle. Goryczka wchodzi w to wszystko jakaś taka chorowita i nie daje rady zbytnio. Jest popiołowa z bardzo niewielkim udziałem ziół. Finisz za to dowala do pieca. Pamiętacie czego Was w szkole na religii uczyli? Że po śmierci pozostanie po nas tylko popiół. W tym przypadku jest to cholernie wyraźny popiół z domieszką kawy zbożowej. Alkoholu nie czuć w ogóle, no chyba, że każecie mi teraz kukułkę (jaskółkę?) zrobić. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, to nie jest wina panów z Birbanta, że to piwo stało się dość... jednowymiarowe po leżakowaniu. Ot takie ryzyko w tym piwnicznym fachu.

----------

Styl: Double Robust Porter
Alk: 7,8% Obj.
Ekstrakt: 18,1° BLG.
IBU: 49
Skład: słód (karmelowy, pilzneński, monachijski, cafe light, biscuit, czekoladowy), chmiel (Tomahawk, Magnum, Fuggles, Challenger), drożdże US-05.
Do spożycia: 10.09.2015


Pamiętacie jak pisałem w którymś z poprzednich wpisów, że wolę Pilsa od Pale ale jeżeli chodzi o style proste i przyjemnie? Tego pierwszego ciężko jest u nas dorwać w wybitnej formie niestety. Będąc jednak ostatnio we Wrocławiu trafiłem na perełkę wartą ponownego spróbowania...

Same wynalazki chmielowe się nam ostatnio trafiają. Było już o garze pełnym zielonej dobroci we wpisie o Dżentelmenelu a dzisiaj porozmawiamy sobie o kosmicznych technologiach z tym związanych. I to jeszcze wybudowanych przez polskich rzemieślników i cały czas udoskonalanych.

Mowa tu oczywiście o dziwnej maszynie, z której korzysta browar Birbant. Hopsbant, jeżeli dobrze pojmuję, jest urządzeniem, które pozwala przepuścić przez chmiel (i pod pewnym ciśnieniem) prawie, że gotowe już piwo. Taka nowa forma chmielenia na zimno. Sam proces trwa parę godzin. Czy zdaje to egzamin? Sprawdźmy sobie.



FLOV, czyli agencja odpowiedzialna za etykiety Birbanta, poleciała po bandzie tym razem. Bardzo przyjemny chaos im wyszedł na tej grafice trzeba przyznać. Idealnie pasuje do określenia "kosmiczne technologie". Mam jednak dziwne wrażenie, że komuś się tusz w drukarce kończy. Samo piwo ma złoty kolor i jest lekko zamglone, ale syfu zostało trochę na dnie butelki. Śnieżnobiała piana bardzo ładnie wyrosła, ale w szybkim tempie zaczęła opadać. Pozostawiła po sobie jednak całkiem zacną koronkę na ściankach.


Holy crap... jak to pięknie pachnie. Świeże szyszki chmielu dają rade... i to tak mocno. Może i samo chmielenie na zimno w przepływie też coś dodało, ale tego zapachu świeżego chmielu nie da się zapomnieć. Pamiętam jak pierwszy raz powąchałem własnoręcznie posadzoną Sybillę... cud, miód i malina. W tym przypadku mamy multum słodkich owoców tropikalnych z bardzo fajnym zacięciem sosnowym. Po lekkim ogrzaniu wychodzi też karmel, który delikatnie psuje mi całą kompozycję niestety. 

W smaku to już nie jest to samo piwo. Zacznijmy od tego, że chmiele nie dają rady kontrować słodowości. Przy każdym łyku czuć głównie lekko karmelową podbudowę z taką delikatną nutą pszeniczną gdzieś z tyłu. Nie można jednak chmielom odmówić chęci walki. Próbują, już bardziej iglaście niżeli tropikalnie, ale próbują. Czuć też, że są świeże, ale... no nie mają szans. Goryczka też im nie pomaga, bo na pewno nie ma tych zadeklarowanych 80 IBU. Jest średnia, a nawet bym powiedział, że słaba jak na IPA. Wydaje się mieć cytrusowy profil. Finisz chyba najbardziej przypomina styl, który to piwo reprezentuje. Jest prawie, że czysto chmielowy, cytrusowo-ziołowy. Średnio wyszło, trzeba przyznać. W dodatku wysycenie wydaję się być za niskie, a samo piwo jest dość zapychające i mulące momentami.

----------

Styl: Fresh IPA
Alk: 6,7% Obj.
Ekstrakt: 16,5°
IBU: 80
Skład: słód (jęczmienny: pale ale, karmelowy jasny; pszeniczny, owies), chmiel (Simcoe, Amarillo, Centennial, Zeus), drożdże US-05.
Do spożycia: 30.09.2016


Z racji tego, że browar Birbant obchodził ostatnio swoje drugie urodziny (ah, jak ten czas leci) postanowiłem jakoś to uczcić w swoim zaciszu domowym. Traf chciał, że od jakiegoś czasu zalega mi w piwnicy ich ciemna IPA, żytnia w dodatku. Szczerze nie mam zielonego pojęcia dlaczego wcześniej jej nie otworzyłem. 

Przez długi czas zastanawiałem się, dlaczego styl tego piwa nie nazywa się Black Rye IPA. Gdy w końcu przezwyciężyłem swoją głupotę uświadomiłem sobie, że ma to ścisły związek z nazwą samego piwa... Oj głupiś Brodacz, głupiś.



Etykieta wykonana przez FLOW jak zwykle przyciąga oko. Może i nie jest tak wymyślna i śmieszkowa jak przy Saison Curry Wurst, ale i tak daje radę. Jest po prostu bardzo ładna i daje nadzieję, że piwo będzie tak samo szalone jak doktorek z obrazka. W dodatku jest to chyba pierwsza butelka w tym roku, która nie ma bąbli pod papierem. Samo piwo wygląda na klarowne i ma ciemnobrązowy kolor. Widać to szczególnie dobrze w hamburgowym "cycku" na spodzie. Lekko beżowa piana urosła na wysokość dwóch palców, ale nie była jakoś szczególnie zbita i szybko opadła. Pozostawiła po sobie za to całkiem ładny lacing na szkle. 


Podobno mocno chmielone piwa tracą znacznie na aromacie z czasem. Dr IPA stał trochę w mojej piwnicy, ale zapaszki wydobywające się ze szkła prawie rozwaliły mi nos. Dziwne, ale pozytywne zaskoczenie. Na przedzie kroczy Citra ze swoimi specyficznymi tropikami, liczi i mango. Do tego iglaki, trochę żywicy i na samym końcu delikatny słonecznik. Całość mocna, wyrazista i utrzymująca się praktycznie do całkowitego opróżnienia szkła. Piękna sprawa.

Smakowo też nie zawodzi. Już po pierwszym łyku człowiek dostaje po gębie (w kolejności intensywności): miksem gorzkiej czekolady z kawą, mocarną żywicą, dopełniającym, lekko prażonym słonecznikiem i oczywiście cytrusami, które jakoś magicznie wyewoluowały z tropików w aromacie. Goryczka też się pojawia, jest wyraźna i stanowcza, ale nie powiedziałbym, że ma te 120 IBU. Profil ma łodygowy z lekkim zacięciem żywicznym. Finisz podoba mi się jednak najbardziej. Czyste połączenie wyraźnej żywicy i prażonego słonecznika, które delikatnie zalega. Piwo wydaje się być pełne, ale też cholernie pijalne zarazem. Na pewno jest gładkie i oleiste, żyto bardzo dobrze zadziałało w tym przypadku. Średnie wysycenie dobrane w punkt, pasuje idealnie. Dr IPA to najlepszy przykład na to, że polscy rzemieślnicy w końcu zrozumieli, że dominujące, nowofalowe chmiele w piwie to nie wszystko. Birbant kolejny raz w formie, oby już nigdy nie przytrafiły im się wpadki jak na przykład przy pierwszej warce 10 Hops. Wszystkiego najlepszego chłopaki!

----------

Styl: Dark Rye IPA
Alk: 6,5% Obj.
Ekstrakt: 15,5°
IBU: 120
Skład: słód (pale ale, monachijski, żytni, czekoladowy, karmelowy), chmiel (Mosaic, Cascade, Citra), drożdże US-05.
Do spożycia: 03.06.2016


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com