Dziwna sprawa... po tej całej Rapha500 zachciało mi się znowu zabierać piwo na rower. Ba, nawet aparat rzucam na plecy wtedy. Mam taką małą torbę na plecy do tego (szkoda aparat na rower pakować), ale muszę chyba to jakoś inaczej ogarnąć.
Starość nie radość, a młodość nie wieczność. Już nie pamiętam od kiedy mam tę puszkę kooperacji browaru Birbant, Szpunt i Flov. Zapewne leżała tam dość długo, bom już trochę przesycony wszelakimi hazy IPAmi, czy też new englandami...
Nadszedł jednak i na nią czas, za co zapewne na wiadomojakichgrupach ukrzyżowaliby mnie. Przecież takie piwa powinno się pić świeże! Mam dziwne wrażenie, że nic mu się nie stało. A że piję piwo według własnego widzimisię... to akurat mi podpasowało po rowerze.
Jak Flov robi etykietę, to wiadomo że będzie grubo. Nie dość, że mieni się na wszystkie strony to jeszcze mamy typową grafikę/sylwetkę z dawnych serii birbantowych. Nikt nie przejdzie obok tego obojętnie. Piwo jest zmętnione, takie mleczne wręcz, jak jakieś proper hazy. Kolor pomarańczy, lekko wybielony. Piana na prawie 2 palce, szybko się redukuje do słabego kożucha. Dobrze się jednak trzyma ścianki szkła.
Zadziwiające jest to, że im człowiek robi się starszy, tym dłużej czeka na aromat w piwie... i to też w IPAch. Po ogrzaniu Hypnohopusa wyłaniają się iście soczkowate zapaszki. Pełnia owoców tropikalnych, jakieś grapefruity, dużo mango, brzoskwini i chyba papai. W tle nuty pomelo i o dziwo nafty, chyba, że to mój nos szwankuje po rowerze akurat. Nie zmienia to faktu, że trzeba na ten aromat poczekać, bo o dziwo z puszki to tak średnio z nim było.
O proszę, dobre zdziwko na początek. Mimo dość wysokiego ekstraktu całość jest rzeczywiście "juicy". Ciałko owszem jest, ale nie zapycha jak przy niektórych NEIPAch. Fajnie kremowe, ze średnim wysyceniem. Pierwszy łyk to rzeczywiście... soczek. Taki mandarynkowy, z nutą mango i brzoskwini. Dopiero kolejne przypominają bardziej piwo, z delikatną podbudową pszeniczną i większymi skojarzeniami chmielowymi. Goryczka średnia, momentami niska. Mogłaby być wyższa, chociaż rozumiem, że to przecież new england. Finisz mnie zaskoczył, jak zając w lesie dzisiaj na ścieżce rowerowej. Jest... gorzkawy, wytrawny. Chce być owocowy, ale wychodzi mu tylko profil albedowy, taka trochę skórka od pomelo połączona z delikatną pestką. Jak ktoś lubi ten styl to polecam. Kooperacja Szpunta z Birbantem dość dobrze go odzwierciedla. Całość nie jest przesadnie słodka, a po prostu owocowa.
----------
Styl: DDH Double Juicy IPA
Alk: 7,6% Obj.
Ekstrakt: 19,1°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, owsiany), płatki (owsiane, ryżowe), chmiel (Citra, Nelson Sauvin, Vic Secret, Azacca), drożdże WLP067.
Do spożycia: 12.11.2021
Odkryłem ostatnio bardzo niepokojącą rzecz. Mianowicie oprócz przyciągających oko etykiet, mój portfel uszczuplają też... puszki. Przychylniej patrzę na piwo w amelinium niżeli w butelce. To nie jest zgodne z Duchem Craftu do jasnej cholery!
Ale na serio, wolę puszki. Są ładniejsze i wygodniejsze. Tylko pytanie brzmi: kupilibyście Imperatora z Pinty w puszce? Jakiś taki niesmak jest nawet na samą myśl, co nie? Swoją drogą mam obie tegoroczne wersje, pewnie je otworzę za jakieś pół roku... Ale o czym my tutaj... aaa tak, Birbant i ich najnowsze, ciężkie dziecko.
Birbant potrafił odnaleźć się w nowych realiach graficznych jak mało kto. Każda ich puszka wygląda zajebiście. No popatrzcie tylko na tę grafikę i otoczkę (zastosowanie mixu matowego tła i odblaskowego). Co prawda sam papier przyciąga odciski palców jak magnes, no ale tak to już jest. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana z początku wysoka i drobna, szybko redukuje się do kożucha z bardzo porządnym lacingiem na ściankach.
Mimo uwalonych palców smarem (i węglem w dodatku) czuć wyraźnie, że Nocturna nie będzie owijać w bawełnę. Kontrastowo do drugiego piwa z tej serii. Co zabawne, na pierwszym planie czuć przyjemną czekoladę, lekko mleczną i kokos. Kawa pojawia się dopiero gdzieś w tyle, przyjemnie komplementując całość.
Nooo, tutaj czuć ciałko mimo już trochę passe 24,5° Plato. Fajnie oblepia przełyk i jest dość nisko wysycone. Powtórki z aromatu nie ma, bo kawa przejmuje pałeczkę. Jest wyraźna, ale nieinwazyjna w smaku. Zdaje się być średnio palona i może delikatnie owocowa. Wróćmy jednak do piwa, bo tam grasuje czekolada, tym razem gorzka i kokos. Szczerze to dziwię się mocno, że udało im się z niego tyle wycisnąć bez aromatów. Po ogrzaniu wchodzi dość dużo palonych słodów, co mnie uradowało niezmiernie. Goryczka średnia, raczej krótka i delikatnie ziołowa. Na finiszu głównie palone ziarna kawy i raz po raz uderzenia gorzkiej czekolady. No nie jest to słodka końcówka, to temu piwu trzeba przyznać. Takie przyjemne "z buta w twarz" na koniec można powiedzieć. Ogólnie całość nie jest jakoś masakrycznie zacukrzona. Jak dla mnie balans został zachowany idealnie.
----------
Styl: Imperial Stout with Coffee and Coconut
Alk: 10,2% Obj.
Ekstrakt: 24,5° Plato
IBU: 3/6
Skład: słód (pale ale, czekoladowy, pszeniczny, cafe, cafe light, black, maltodekstryna: pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel, kawa Kyoto Mexico Finca El Olmo, kokos, drożdże.
Data rozlewu: 18.11.2020
Święta, święta i po świętach. Ale czy na pewno? Nowy rok, nowe rozstawienie jak to mawiają ludzie. Jednym z pierwszych świąt craftowych jest masonowy Baltic Porter Day, w dodatku jest to jeden z ważniejszych tego typu dni, jeżeli chodzi o nasz światek piwny.
Siedząc jednak ostatnio w pracy rozmarzony z powodu zbliżającego się sezonu na "kto da więcej BLG" (w mojej głowie głównie przaśny stout mleczny się pojawiał) zostałem zaskoczony przez kuriera z paczką. Po otwarciu okazało się, że to kolejny Birbant Box, a w nim znowu milkshake i pils. Pomyślałem sobie, że najlepiej jest zacząć od "tego gorszego", a więc... do dzieła.
Zaczniemy sobie od specyficznego superbohatera ze stajni Birbanta. Niby reprezentuję zamuloną vermont IPA... ale chłopaki nie byliby sobą gdyby nie spróbowali czegoś nowego. Do warzenia użyli pudru lupulinowego (taki wymrażany proszek z chmielu). Czy mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko z oczywistym chwytem marketingowym? Sprawdźmy.
Miałem je nawet w rękach, ale średnio chciało mi się wydawać na nie pieniądze w sklepie. Jakaś blokada wewnętrzna zadziałała. W dodatku przypomniałem sobie, że mam w piwnicy pierwszą warkę P.i.S & Love i przydałoby się ją w końcu wypić. To samo z tym drugim RiSem BA...




















































