Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barley wine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą barley wine. Pokaż wszystkie posty


Wiecie co mnie najbardziej wkurza w naszym polskim krafciku oprócz pejstri-srejstri? Lak. Po co to komu? Przecież prawie każdy browar grzmiał, że ich piwa są wystarczająco leżakowane i ogólnie były śmieszki z ludzi trzymających piwo w piwnicy. Lakowanie kapsla mówi co innego...

 


Co rok przychodzi jesień i co rok jest to samo... człowiek dziwi się jak mu szybko znikają zapasy z piwnicy. Znowu trzeba będzie zajechać do specjalistycznego sklepu, bo nie oszukujmy się... w Lidlaczu jakiś proper ciemniaków nie uświadczysz. A przynajmniej nie we wrześniu.


Dzisiaj wyciągnąłem ostatnią butelkę z premierowych piw leżakującego odłamu Pinty, czyli Pinta Barrel Brewing. Nie powiem, trochę mi to zajęło. Przynajmniej miałem co wypić w ten chłodny, wrześniowy wieczór.




Etykieta seryjna, na przyjemnym, grubym papierze. Pasuje do, jakby to powiedzieć... premium podejścia browaru. W końcu chłopaki nie bawią się w zwykłe piwa. Kolor trunku w szkle ciemny, ale z  mocno widocznymi przebłyskami rubinowymi. Piana nikła, szybko redukująca się.


Dajcie mu się swobodnie ogrzać. Wyjdą Wam wtedy wszystkie potrzebne nuty w aromacie. Suszone owoce, karmelik, ale też wyraźny brązowy cukier i miód delikatnie gryczany. Wiadomka, że słody też się pałętają w tym tłumie. Dopełnieniem jest delikatne drewno i wanilia. Przyjemnie, ale za wysoko z kapci nie wyskoczycie, jeżeli wiecie o co mi chodzi.

Czy jest to syrop? O dziwo nie. Insights nie odbiega niczym od zwykłych barley wine. Nie oznacza to oczywiście, że jest wodnisty, broń Boże. Ciałko należy do tych bardziej puszystych. Wysycenie średnie do niskiego. Może ciut za mocne jak na takie piwo. Smakowo wszystko co możliwe, na serio. Rodzynki w sosie toffi, pieczywo (ale nie przypieczone) polane karmelem, biszkopty polane melasą. No wybierzcie sobie co chcecie. Mocno słodowe, słodkie, ale też jakoś nieszczególnie ulepkowe. Na pewno pomaga to niezalepiające ciałko. Goryczka niska i bardzo krótka. Szybko przechodzimy w słodki, kwiatowy finisz z nutami ciemnych owoców. Gdzie ta beczka zapytacie... a no jest, a jakże. Co prawda bardziej w tyle, ale według mnie spina wszystko w całość. Delikatnie waniliowe jest to drewno też. Przy takim piwie powinno się spędzać mroźne wieczory.

----------

Styl: Barrel Aged Barley Wine
Alk: 12%
Ekstrakt: 27,5%
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny.
Do spożycia: 16.03.2023

 


Drugi raz w życiu (a już parę wiosen mam za sobą) nie udało mi się leżakowanie piwa. Wiadomo, że trzyma się tylko grubsze kalibry i takim właśnie był Car BA z Profesji. Niestety po otwarciu (nawet nie rok po terminie) moim zmysłom ukazał się zapach zgrzybiałej apteki. No cóż.


Moja wina, jak z resztą każdego birgiczka, który igra z czasem. Obok Cara stał samotny Potion. Bez daty ważności. Dlaczego miałbym nie spróbować? W końcu wieczorami robi się już dość chłodno. Swoją drogą teraz dopiero zauważyłem, że chłopaki z Brokreacji nie mają opisanej tej serii na stronie... dziwne.




Prosta, czarna etykieta z zabawnym tekstem to już standard Potionów. Niech się tego trzymają i nie zmieniają przypadkiem, bo dodaje to tej serii prestiżu. Piwo zdaje się być ciemne, ale wystarczy się lekko przechylić, aby zobaczyć rubinowo-brązowe refleksy. Piania niska, szybko zanikająca.



Specyficznie to pachnie... Z początku myślałem, że przeważa karmel z chlebkiem i owoce ciemne. Po chwili jednak wpadły skojarzenia z wanilią, przefermentowanym bananem (na plus) i jakimiś daktylami nawet. Całość przykryta różami - nie spodziewałem się że to kiedyś napiszę o piwie szczerze mówiąc.


Fajne ciałko, do pociumkania. Wysycenie niskie. Ogólnie gładkie i klejące jak na Potiona przystało. Po pierwszym łyku wyszło, że te drugie skojarzenia zapachowe były bliższe prawdy. Tajfun (bo inaczej tego nie można nazwać) daktylowo-różany (kojarzycie powidła różane, co u babci się dodawało do herbaty?) z początku przytłacza, ale po paru mniejszych łykach człowiek się dostraja do tego piwa i zaczyna być cholernie przyjemnie. Do tego nuta wanilii, ogólnej beczki i słodkiego alkoholu. Goryczka stanowcza, co mnie mocno zdziwiło. Trochę taka skórka orzecha, niedojrzała. Na finiszu mniej słodyczy, a więcej drewna i... krówek, czy tam toffi jak kto woli. Kolejny Potion spełnia oczekiwania, miało być grubo i dziwnie... i było.


----------


Styl: Rose Date Syrup Barley Wine Bourbon BA

Alk: 11,4% Obj.

Ekstrakt: 25°

IBU: b/d

Skład: słód (pale ale, karamell mahagoni, aromatyczny), jęczmień palony, cukier, płatki róży, syrop daktylowy, chmiel Tomahawk, drożdże US-05.

Data produkcji: 02.06.2020


www.brokreacja.pl


W życiu każdego człowieka przychodzi czas, że musi w końcu do czegoś dorosnąć. Czy to posadzenie drzewa, czy wybudowanie domu albo spłodzenie potomka. W crafcie jest trochę inaczej... chociaż podjęcie decyzji jest prawie, że tak samo trudne.

Chodzi oczywiście o wypicie przehajpowanego na maksa piwa, za które dało się "trochę" dukatów i po prostu... szkoda otworzyć. Komes z Fortuny, wymrażany i leżakowany w beczkach po koniaku to był dla mnie istny koszmar pod tym względem. Z każdej strony byłem bombardowany ohami i ahami na temat tego piwa... przez to bałem się je tak po prostu wypić. Ogólnopolska kwarantanna dała mi jednak dużo czasu do myślenia... i degustacji.



Etykieta trochę taka szpuntowata (jak np. w tym piwie). Wzór mieni się wieloma kolorami, w zależności jak na niego popatrzysz. Według mnie bardzo ładnie się prezentuje. Tak samo firmowy kapsel. Piwo jest ciemno-rubinowe, a jak pięknie wygląda pod słońce! Piany żadnej, ale jak to już ustaliliśmy na tej kwarantannie (w końcu trochę grubych piw już wypiłem) nie jest to minus przy tych parametrach.


Nooo, pachnie to intensywnie. Tak "dostaniesz pałką policyjną w mordę" intensywnie. Jako pierwsze czuć suszone owoce, ale to nie one są na pierwszym planie. Figi, daktyle i chyba czereśnie. Te ostatnie dodają bardzo specyficznego zapaszku. Najmocniej jednak czuć lekko karmelową słodowość i alkohol, w tym przypadku koniak (chociaż nie wiem czemu mi się bardziej kojarzy z bourbonem). Oj szlachetny jest on, mocny i przyjemny zarazem. Gdzieś w tle wychodzi też chlebowość, która pięknie dopełnia dzieła.

Oleiste to jest i gęste jak skurczybyk. I to tak bym powiedział top 3 jeżeli chodzi o wszystkie pite przeze mnie wymrażanki. Wysycenie na bardzo niskim poziomie, od tak tylko żeby przypomnieć, że to jednak piwo. Jeżeli wcześniej dostaliśmy z pałki w twarz, to teraz dodatkowo nas butują jeszcze. Toż to jest tak intensywne (i przez gęstość utrzymujące się w ustach), że naprawdę trzeba mieć parę lat doświadczeń (złych i dobrych) z polskim craftem, aby to przyjąć na klatę. Owoce dostały takiego powera, że się zastanawiam czy nie powinny być pod jakimś specjalnym nadzorem. Takiego skondensowanego likieru z fig, daktyli, wiśni i moreli nie piłem chyba nigdy. Żeby było śmiesznie czuć tam nawet gruszkę momentami, karmelizowaną oczywiście. Podbija to wszystko karmel. Zwykły i co ciekawe przypalony też trochę. Całość na delikatnie dopełniającym chlebku. Goryczka wyraźna, jak na taką bombę, ale nie próbuje się przepychać do przodu. Finisz mocno rozgrzewający. To tutaj alkohol daje popalić, ale w bardzo szlachetny sposób. Trochę drewna też się pojawia. Podstawą są jednak: słodki alkohol (znowu te skojarzenia bardziej z bourbonem niż koniakiem) i bardzo kontrastowe, palone nuty. Coś na pograniczu kawy i palonego słodu. Na serio, to piwo jest tak zróżnicowane i złożone zarazem, że cieszę się niezmiernie z każdej wydanej na nie złotówki. Tak, blogerzy płacą za takie prawdziwe sztosiki... czasami.

----------

Styl: Iced Barley Wine Cognac BA
Alk: 20% obj.
Ekstrakt: 46% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże US-05.
Do spożycia: 31.12.2024


Jedni blogerzy robią sobie detoks alkoholowy, bo tak chcą, a inni... bo muszą. Nie chodzi o jakiś nadmierny alkoholizm oczywiście. Po prostu męczyłem się z chorobą "gardłowo-zatokową" prawie dwa tygodnie. Jeszcze w tym czasie przyjeżdżały #darylosu, które dobijały człowieka jeszcze bardziej...

Jednym z nich jest dzisiejsze piwo. Coś na co czekałem od bodajże ostatnich PTP. Dostałem wtedy spod lady namiastkę fortunowego barley wine i byłem nim wręcz zachwycony. "Jak tak młode piwo mnie onieśmieliło to co będzie po leżaku?" pomyślałem. Dzisiaj sprawdzimy sobie dziką wersję leżakowaną dodatkowo w beczkach po winie. Swoją drogą Pinta zbiera kasę na mini-browar tylko i wyłącznie pod beczki, a Fortuna już takie coś ma (w podobnej formie). Szczerze? Nie spodziewałem się po nich takiego czegoś, ale muszą ufać Marcinowi.



Etykieta minimalistyczna, ale jakoś tak pasuje do całości. Ładny papier, przypominający trochę ten kredowy. Pełny skład przy takich piwach zaskakuje pozytywnie, szczególnie gdy mamy do czynienia z browarem regionalnym. Kapselek też firmowy. Piwo ma piękny, ciemny, rubinowy kolor. Zdaje się być też dość klarowne. Piany nie ma w ogóle, ale przy tym stylu jest to wybaczalne.


Nie wiem czy to wina tej przerwy w piciu, czy też zasługa samego piwa, ale... jak mnie to "kopło" w nos to aż się cofnąłem o dwa metry. Tak wyraźny i elektryzujący jest aromat. Zacznijmy od podstawy: jest karmel, wyraźne pieczywo i trochę syropu, takiego z palonego cukru. Potem ciemne owoce: tutaj dominuje żurawina wspomagana śliwką. Oczywiście są też winogrona pod postacią czerwonego wina. Idealnie wtapia się w nie delikatny alkohol. Samej dzikości za bardzo nie czuję, ale wydaje mi się, że "poszła w smak".

Ahm, 27% ekstraktu jak w mordę strzelił. Uwielbiam to w barley wine'ach. Człowiek ma dziwnie zakodowane w głowie, że takie ciałko to tylko przy RiSach i porterach, a tutaj coś takiego przy piwie, przez które można coś nawet zobaczyć w szkle. Wysycenie średnie do niskiego. Pasuje, ale nie obraziłbym się gdyby było ciut niższe. Role się trochę pozmieniały, bo to owoce wyszły na pierwszy plan. Znowu mamy śliwkę (może nawet lekko podwędzaną), żurawinę i co zaskakujące... maliny, które wprowadzają dość specyficzną słodycz. Oczywiście jest też ta idealna wręcz podstawa słodowa czyli: skórka od chleba, melasa i karmel. Czerwone wino (lekko kwaskowate) wraz z beczką są przepiękną kontrą tego wszystkiego. Aż dziw, jak przy takim naporze smaków udało się im wybrnąć z opresji. Goryczka bardzo delikatnie zaznaczona, w ogóle mi ona tutaj nie jest potrzebna. Finisz w końcu ujawnia dziką stronę tego piwa. Derka szaleje aż miło przy akompaniamencie owoców (głównie malin i jeżyn). Alkohol wyczuwalny tylko przez rozgrzanie duszy i ciała. Wszystko tutaj jest wyraźne i zdaje się do siebie pasować. Nawet jeśli prowadzi walkę z resztą, co jest dziwne. Piękne piwo, kwintesencja powolnego sączenia i zachwytu nad doświadczeniem piwowara.

----------

Styl: Wild Barley Wine
Alk: 13.1% Obj.
Ekstrakt: 27% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże WLP648 Brettanomyces Bruxellensis Trois Vrai, US-05
Do spożycia: 31.03.2022


Wrzuciłem ostatnio na fejsie zdjęcie swojego prezentu świątecznego. Drewnianej mapy Polski na kapsle. Best gift ever w mojej skromnej opinii. Po przerzuceniu kolekcji z korkowej tablicy okazało się, że wcale tak dużo tych kapsli naszych rzemieślników nie mam... Większość to zagranica i różne wersje tych samych browarów.

Napisaliście mi paręnaście sugestii co do braków na mapie, jednym z nich był browar Osowa Góra. Co najlepsze miałem ich piwo nawet w piwnicy. Kapsel trochę starty, ale nada się mimo to. Piwo dawno po terminie, ale przy takiej ilości alkoholu nie powinno mu to zaszkodzić. Wychylylybymy więc, bo zimno na dworze i trzeba się ogrzać.



Bączki z Osowej ładnie się prezentują, mimo nierzucającej się w oczy etykiety. Piwo ma przyjemny dla oka miedziany kolor, tak trochę przyciemniony. Stało trochę w piwnicy dlatego nalało się całkiem klarowne. Cały syf został na dnie butelki. Piany... no nie ma zbytnio. Do ostatniego łyku towarzyszył mi kożuch, który widzicie poniżej.


O tak, zapaszków nam na najbliższą godzinkę nie zabraknie. Intensywny aromat słodowy czepia się każdego włosa w nosie tak mocno, że zapewne jutro z rana będę go jeszcze czuł. Na pierwszym planie mega słodycz. Karmel, toffi, te klimaty. Zaraz pod nimi grubaśne ciasto biszkoptowe. Do tego owoce, ale dopiero po lekkim ogrzaniu można się domyślić jakie. Brzoskwinia, rodzynki, suszone morele i gdzieś w tle nawet trochę fig. Jest grubo, naprawdę. Dawno nie wąchałem tak przytłaczającego aromatu, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

Już po pierwszym łyku człowiek ma skojarzenia z syropem klonowym, głównie przez ciało i konsystencje. Prawilny ekstrakt czuć i to mocno. Całość równo, ale też bardzo powoli spływa dalej. Chwyta się (w sensie lepi) każdego milimetra jamy ustnej. W dodatku wysycenie jest na przyjemnie niskim poziomie. Smakowo znowu grube ciasto biszkoptowe szczodrze polane polewą karmelową. Do tego miks złożony z suszonej moreli, rodzynek i delikatnej śliwki. Gdy już zdaje Ci się, że utoniesz w tej oblepiającej słodyczy na pomoc przychodzi zadziwiająco wysoka goryczka. Chociaż w sumie to amerykański barley wine to nie wiem czemu ja się dziwię... W dodatku ma ona lekko cytrusowe zacięcie. Bardzo przyjemnie się wgryza w to ciasto muszę przyznać. Finisz zaskakuje najbardziej. Oprócz minimalnie dominującego biszkoptu z karmelem pojawia się też miks cytrusów, skórki pomarańczy i... ziół, wchodzących lekko w korę drzewa. O dziwo nie walczy to wszystko ze sobą, a współgra. Całość otacza przyjemnie rozgrzewający alkohol. Naprawdę ładnie się ten trunek ułożył i nie wiem czy tak było od początku, czy to przez te prawie 3 miesiące po terminie.

----------

Styl: American Barley Wine
Alk: 10,2% Obj.
Ekstrakt: 26°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, żytni, pszeniczny, crystal, caraaroma), chmiel (Chinook, Cascade, Simcoe), drożdże US-05.
Do spożycia: 20.10.2017


Wyskoczyła mi ostatnio informacja na fejsie, że Jan Olbracht wypuszcza nową warkę Korda na rynek. Tak się akurat składa, że mam poprzednią w piwnicy. Jak beznadziejnym wieszczem craftu musiałbym być, aby nie poinformować Was o stanie tegoż piwa? Zawsze warto zweryfikować hype, a Kord zahajpowany był strasznie z tego co pamiętam.

W sumie to już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie go kupiłem. Wiem jednak, że były cztery wersje. Mi trafiła się leżakowana w beczce po whisky (Jack Daniels), a były jeszcze z koniakiem, bourbonem i brandy. 



Ładna butelka trzeba przyznać. Bije "czymś lepszym" na odległość, szczególnie z tymi złotymi "maziajami" na szkle. Kolor piwa oceniam na mocną, ciemną herbatę (lub jak kto woli mahoń). Klarowne. Niestety praktycznie bez piany, no ale czego się spodziewać przy tak wysokiej dawce alkoholu.


Napiszę tak... mam dość spory problem z aromatem. Z jednej strony pieści nas nieziemski miks owocowy, w którym na szczególną uwagę zasługują rodzynki i daktyle. Do tego przyjemny karmel, ale taki nienachalny i wanilia. Coś mnie jeszcze gryzie w nos, jakieś przyprawy... niestety ciężko jest wyczuć czy to na pewno goździk. Z drugiej strony jednak... mamy alkohol i to taki dziwnie zachowujący się. Raz pachnie całkiem spoko, jak dobry bimber (czytaj w miarę ok whisky), a raz jak istny rozpuszczalnik. Na szczęście nie dominuje nad resztą, więc możemy przymknąć oko na jego fanaberie.

Ok, zapomnijcie o tym narzekaniu w poprzednim akapicie. Kord już po pierwszym łyku miał mnie w garści, głównie przez swoją gęstość. Rozlewa się po przełyku jak miód, a wysycenie jest (tak jakbyście się tego spodziewali) dość niskie. Słodowość pełną gębą, w dodatku taka, która Was przytuli w najgorszych chwilach życia. Znowu na pierwszym planie suszone owoce (rodzynki, daktyle), ale też pare świeżych (winogron, bardzo delikatna pomarańcza). Zlepione ze sobą niezapychającym karmelem i doprawione przyjemnie gryzącymi przyprawami. Tutaj moooże delikatnie wyróżnia się pieprz. No i wanilia, nie zapominajmy o wanilii. Jak łatwo się jest domyślić całość jest nieziemsko słodka, ale mnie to w przedstawionej postaci nie odpycha. Goryczki... no nie ma zbytnio. Jakoś się jej jednak w barley wine nie spodziewałem. Co? Że to niby quint jest? No właśnie tak nie do końca. Finisz uwydatnia beczkę i to właśnie tutaj pojawia się nuta alkoholu, tak idealnie ukryta wcześniej. Jest przyjemna, nie gryzie i nie szczypie. Chce nas zgładzić po cichu jak jakiś asasyn. Po chwili stwierdzam, że rzeczywiście ma to w sobie zalążki whisky, ale nie zakrywają one samego piwa. Naprawdę złożony i cholernie smaczny trunek.

----------

Styl: Quintuple / BarleyWine
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: 26°
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny, pszeniczny, owsiany.
Do spożycia: 23.03.2018


Mieliście kiedyś tak, że widząc jakieś piwo byliście przekonani, że to kolejna z wielu premier a rzeczywistość okazała się być zupełnie inna? Ja tak miałem już parę razy... Ostatnio z american barley wine od Faktorii, które sobie dzisiaj wypijemy.

Otóż premierę miało ono w lutym... zeszłego roku. Możliwe, że zmyliła mnie trochę nowa etykieta, ale bardziej stawiałbym na to, że jakoś nieszczególnie ogarniam już te wszystkie nowości. Chociaż mogłem się domyśleć, w końcu barley winem nikt już się nie podnieca. Blogerzy z większych miast mają zapewne tylko jeden komentarz do tego stylu... "so last year".


Jak już wcześniej wspomniałem mamy odświeżoną etykietę. Jest ładniejsza od poprzedniej, ale według mnie jest też trochę chaotyczna. Za dużo poszczególnych elementów na tak małej powierzchni. No i jest krzywo naklejona (tak wiem, że tylko ja się czepiam takich głupot). Piwo prezentuje się za to ładnie, mimo dość szybko opadającej piany. Kolor ciemnego rubinu pięknie mieni się w szkle, zmętnienie oceniłbym na niskie. Wcześniej wspomniana piana może i nie ma wielkich rozmiarów, ale za to ładnie klei się do ścianek i pozostawia po sobie pokaźny kożuch.


Dziwne, bardzo dziwne. Odziedziczyło trochę właściwości po winie to piwo. Dlaczego? Wystarczy odstawić je na 5 minut, w szkle, aby "pooddychało" trochę i aby aromat się uspokoił (i nie walił alkoholem co najważniejsze). Gdy już się go pozbędziemy uderza w nas masywna słodowość. Jest słodko, karmelowo i czuć od razu, że lekko nie będzie. Do tego ciemne owoce i wyróżniające się winogrono. Gdzieś w oddali pojawia się też żywica, ale słabiutka jakaś taka.

W smaku, niestety, alkohol nie odpuścił. Zacznijmy jednak od początku, już przy pierwszym łyku czuć, że ciałko to piwo ma nieziemskie a wysycenie, mimo że na średnim poziomie, nie daje rady mu dorównać. Słodowa (głównie karmelowa) słodycz przykrywa wszystko swoim cielskiem i tylko czasami przekazuje pałeczkę ciemnym owocom (na moje oko rodzynki, winogrono) i bardzo fajnej, ale delikatnej chlebowości. Goryczka (o lekko żywicznym profilu) też wydaje się być niczego sobie. Jako jedyna daje radę postawić się temu słodowemu monstrum. Na krótko, ale zawsze. Finisz za to przechodzi na tę wytrawniejszą stronę. Króluje żywica, trochę owoców i taki dziwny posmak tytoniowy. Wszystko byłoby fajne, do tzw. sączenia przy kominku gdyby nie jeden mankament... alkohol. Jest go dużo, jest on drętwy i szczypiący i kompletnie psuje przyjemność z powolnego picia. Dlatego polecałbym zostawić tę warkę na parę miesięcy w piwnicy. Sam mam drugą butelkę i jestem ciekaw czy coś to da.

----------

Styl: American Barley Wine
Alk: 9,7% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: 80
Skład: słód (pilzneński, pale ale, karmelowy, pszeniczny), chmiel (Cascade, Chinook, Equinox, Mosaic, Summit, Warrior). drożdże US-05.
Do spożycia: 12.11.2018


Premiery, premiery, premiery! I nie chodzi mi o zlot głów państw (co by sobie ładne zdjęcie razem zrobić) tylko o stan polskiej sceny piwnej, na którą parę osób ostatnio psioczy. AleBrowar ma te zarzuty gdzieś i wypuszcza dwa nowe piwa w jednym czasie. Moje zdanie o So Far So Dark już znacie, co jednak sądzę o stylu, który ma to nieszczęsne wino w nazwie?

Przyznam się, że będzie to chyba moje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem. Ciężko powiedzieć,  jak to mawiała moja nauczycielka od matematyki: mam dziury po trawie i nie kojarzę czy przypadkiem gdzieś nie łyknąłem jakiejś lampki degustacyjnej. Nie jest to piwo kooperacyjne i z tego co Bartek pisał będzie wprowadzone do stałej oferty browaru. Hard Bride powstało też na szczególną okazję, ślub Michała Saksa z jego wybranką Karoliną. Ja zabrałem je ze sobą na planszówkowy wieczór na działce. Traf chciał, że w tym samym czasie trwał ślub, ich zdrowie!


Patrząc na etykietę można się łatwo domyśleć, że ktoś tu lubi wina, w dodatku czerwone. Dama rodem z Transylwanii, w dodatku ubrana w suknię ślubną... lub żałobną. Postać wydaje się dość prosta ale mi cholernie przypadła do gustu. Kolor tła także. Piwo jest rubinowe, krwiste wręcz co tylko potęguje wampirze skojarzenia (lekko zmętnione w dodatku). Piana to istny majstersztyk, zbita, drobniutka, wysoka. Utrzymuje się naprawdę długo i pozostawia wielgachne skrawki na ściankach. Dawno nie widziałem tak proper czapy. Jest to też debiut szkła starego Grand Championa Birofilii Rauch Bock'a. Ukradłem je na weekend kumplowi, który wygrał je wypijając w pubie trzy wędzone koźlaki, jeden po drugim. Zbrzydł mu ten styl na zawsze chyba ale szkło dostał (którego i tak nie używał, dlatego postanowiłem je uratować z najwyższej półki w kuchni).


Zapewne czytaliście też degustacje tego piwa u innych i wiecie jak mocny hejt poleciał w stronę AleBrowaru. Dużo ludzi ostro potraktowało barleywine z Doctor Brew i oczekiwało alebrowarowego podejścia do stylu jak manny z nieba. Jak im wyszło? Ano nie tak źle jak to wieszczą wielcy internetu. Cholernie wyraźny, wręcz oblepiający nos aromat przypominający głównie double/triple IPA. Jest Ameryka, są cytrusy, jest żywica. Brzoskwinka, morele, mango itp hasają aż miło w piaskownicy pełnej igieł sosnowych. Są też, wbrew powszechnej opinii, ciemne owoce (tutaj skojarzenia z rodzynkami i śliwką) zatopione w lekkim karmelu. W smaku jest podobnie. Z początku wyczuwalne ciemne owoce szybko przeistaczają się w amerykańską demokrację z potężną goryczką. Ta mi średnio podeszła bo była jakaś taka drętwa, pestkowa i niepotrzebnie lekko zalegała. Głównymi aktorami jednak były tropiki, znowu słodkie morele i brzoskwinie (między innymi) zatopione w żywicy. Alkohol genialnie ukryty, nie czuć go w ogóle do końca picia. Najbardziej podobała mi się jednak gęstość tego piwa, jest wręcz oblepiające. Mimo tego piło się przyjemnie i nie było mowy o jakimkolwiek zapchaniu czy tym bardziej mdłościach. Wysycenie średnie, bardzo dobrze współgra z treściwością. Potężne i wyraźne piwo, bez kompromisów. Może i nie jest to super duper wyważony przedstawiciel stylu i brakuje mu karmelu (i słodyczy) w smaku ale na pewno nie jest to tylko imperialna IPA. Co najważniejsze, wypiłem ze smakiem.


Taki zestaw Talismana robi wrażenie.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com