Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sulimar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sulimar. Pokaż wszystkie posty
Tak, to już ten okres w roku gdy zaczyna robić się chłodniej i puryści craftowi zaczynają wychodzić ze swoich jaskiń. Najlepszy czas dla tradycyjnych stylów piwnych (i ich craftowych wariacji). O przepraszam… myśleliście, że mam na myśli Oktoberfest? To niby święto picia piwa marcowego kosztującego 10 ojro za kufel litrowy? Za kogo Wy mnie macie?
Chodzi mi oczywiście o okres jesień-zima, czyli najlepszy czas na odstawienie wszelakich orzeźwiająco lekkich piw i zainteresowanie się czymś ciemniejszym i grubszym. Portery idealnie się wpasowują w tę kategorię, szczególnie takie leżakowane w piwnicy. Może się bowiem okazać, że taki gówniany koncerniak przerodzi się w całkiem przyjemne, ogrzewające piwo. Cornelius może i nie jest znienawidzonym molochem pokroju Carlsberga, ale ich produkty pozostawiają wiele do życzenia. Butelka, którą dzisiaj otworzyłem jest 14 miesięcy po terminie ważności. Czy coś to dało?
Jeżeli dobrze kojarzę browar zmienił wygląd swoich etykiety i butelek. Według mnie wyszło im to na dobre. Stare, czyli takie jak widzicie na zdjęciu, były dość wieśniackie i nie wyróżniały się niczym spośród innych regionalnych wyrobów tamtych czasów. Nowe są czytelniejsze i milsze dla oka, o nowoczesności nie wspomnę. Duży plus za dedykowane kapsle, każdy styl ma swój własny. W szkle piwo jest czarne jak węgiel, wydaję się też być klarowne. Zero przebić, dosłownie czarna dziura. Problemem jest piana, której krótko mówiąc nie uświadczyłem. Trzeba wziąć jednak poprawkę na wiek trunku i starać się wybaczyć tę wpadkę.
Spodziewałem się słabszego aromatu a dostałem pięścią po mordzie. Jak to może być tak intensywne po takim czasie? Na pierwszym planie owoce, głównie śliwki, wiśnie i rodzynki oraz aromaty wina, chyba czerwonego. Co najdziwniejsze nie są one okiełznane i kojące lecz drapieżne jak jakiś rozjuszony Polak na niemieckim boisku (red. Piątka Lewego). Dosłownie fetish love story… chcę więcej. Zaraz na drugim planie mamy orzechowo-karmelową słodowość, która próbuje wprowadzić chociaż odrobinę spokoju. Po ogrzaniu wychodzi też trochę czekolady ale wraz z nią pojawia się odrobina rozpuszczalnika niestety.
Wziąłem pierwszy łyk i... znowu mnie biją, tym razem dostałem butem w twarz. W tym leżaku dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Czekolada, śliwki, wiśnie, czerwone wino i czasami nawet porzeczki! W idealnie dobranych proporcjach muszę dodać. Każdy ze smaczków działa z innymi w harmonii tylko, że zamiast koić podniebienie wbija się w nie jak jakaś igła. Najdziwniejsze jest to, że zaczyna mi się to powoli podobać. Wszystko na słodkiej (ale bez przesadyzmów) podbudowie słodowej kojarzącej się z lukrecją. Z pomocą przychodzi na szczęście goryczka, idealna, w punkt wręcz. Zdaje się krzyczeć "Stop!" ... i wszystko cichnie. W końcu pojawia się leniwy finisz pod postacią czarnej kawy z cukrem, takiej umiarkowanej i kojącej w pewnym sensie. Wysycenie bardzo niskie a treściwość na porządnym, wysokim poziomie. Fajnie oblepia całą drogę swojej wędrówki od czubka języka po przełyk. Bardzo dziwny efekt leżakowania muszę przyznać, nie spodziewałem się, że corneliusowy porter stanie się tak drapieżny i przez to ciekawy. Niby oczekiwałem leniwego, ułożonego i złożonego trunku, ale jakoś ta wersja też przypadła mi do gustu. A jak przyjemnie rozgrzewa!
Długo się zastanawiałem, czy nie dodać przypadkiem tego piwa do posta o rebelowej kolendrze i podwójnie chmielonej. Całe 15 sekund tak naprawdę, gdy degustowałem tamte dubeltówki nie miał co nawet człowiek szukać w moim maluteńkim Tesco. Dzisiaj, gdy kupowałem... wodę mineralną przypadkiem natknąłem się na alejkę z alkoholem. Tam zobaczyłem dosłownie wypychające się z regału bączki dubeltowe. Why not?
Wszyscy bawią się na urodzinach Piwoteki a ja piję piwa z Tesco... co zrobisz, taki region. Co prawda 8% zapowiada szybkie się zrobienie ale zawsze lepiej się upijać w doborowym towarzystwie. Aaanyway, zastanawia mnie wybór bączka. No bo to pszenica w końcu, jakiekolwiek orzeźwienie lepsze jest w standardowym rozmiarze 500ml. Może według (byłego już) mistrza Bractwa Piwnego jest to najlepsze z piw Rebela? A może jest to zwykły chłyt martetingowy teskacza?
Nawet jeśli, to mnie kupili. Lubię bączki, a bardziej ten rozmiar. Według mnie każdy eurolager powinien być dostępny w puszkach 330ml. Lepiej by się piło, nie zdążyło by się wygazować a i schłodzenie by się udało lepiej utrzymać. Co do pszenicy, etykieta prosta ale chyba najładniejsza z tych "nowych". Ta pszenica jakoś tak ładnie się prezentuje. Kapsel też ale mogliby usunąć w końcu ten napis "piwo rzemieślnicze"... ktoś się jeszcze na to nabiera? Szklankę wybrałem z bólem serca, nie mam innej o tej pojemności, która nadawałaby się na pszeniczniaka. Przestałem żałować gdy zobaczyłem jak się piwo w niej prezentuję. Bajka nie? Piękna drobna piana, której żywot nie jest ani długi ani krótki. Kolor pomarańczki, aż podświadomie człowiek czuję zapach skórki!
Zapaszki są oj są, ale nie pomarańczki. Głównie banana, coś pokroju tego od Corneliusa Bananowego. Zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie będzie też takie słodkie. Alkohol w ogóle nie wyczuwalny, jest za to lekka kwaskowatość, typowa dla piw pszenicznych. Let's dive in shall we? Pierwszy łyk i następuje oczarowanie, głównie konsystencją. Jest mocno aksamitne. Główny prym wiodą słody (pszenica) z przyjemnym kwaskiem. Gdzieś w oddali pojawia się nawet banan. Z początku wydaje się lekko słodkie ale podczas picia przechodzi w stronę wytrawnego. Po lekkim ogrzaniu pojawia się alkohol, na szczęście nie jest nachalny, też jakoś specjalnie fajnie nie ogrzewa. Można powiedzieć, że ujdzie. Goryczka jest, średnia i bez szału. Piwo jest cholernie pełne i wypycha człowieka bardzo szybko, już wiem dlaczego postanowili wlewać je w bączki. Próżno w tym szukać orzeźwienia. Wysycenie wysokie, ale tego się można było spodziewać. Sądzę, że udało im się ujarzmić tę alkoholową bestię. Da się to wypić bez grymasu i nawet z przyjemnością ale tylko jedno, tak dla zaspokojenia własnej ciekawości.
Po porażce jaką zafundował nam Żywiec naszły mnie swoiste rozmyślenia. Każdy cieszy się z tego, że browary koncernowe zaczynają warzyć inne style niżeli tylko różne odmiany eurolagerów. A ja się pytam z czego mamy się cieszyć? Wychodzi im to źle, i co za tym idzie ludzie, których coś tknie i chcą sobie wypić powiedzmy takiego bock'a sięgają po tego żywieckiego... i już nigdy przez to nie sięgną po inne piwa z mniejszych browarów. Zabrzmię może trochę konspiracyjnie ale to swoiste obrzydzanie ludziom ciekawszych stylów piwnych i zniechęcanie do kupna piwa słabszej konkurencji, bo co takiemu wielkiemu koncernowi szkodzi wypuścić limitowaną serię?
Podobnie było z pierwszymi wypustami Rebelka, piwa warzone przez Sulimar dla Tesco. No może nie tak do końca, chodziło bardziej o własną markę piwną (bo to nagle się zrobiło modne, np takie Zacne z Żabki) ale jakość wykonania była podobna jak w przypadku Żywca. Nagle na półkach znalazły się dwie nowe butelki (pszenicy w bączkach niestety nie ma w moim markecie). Czytając opisy innych zaciekawił mnie fakt, że mało kto jedzie po nich jak to przystało na hejtersko-hipsterską sferę blogową. Wpakowałem je więc do plecaka i razem z sadzonkami forsycji pojechałem na działkę.
Pierwsze co mi się nie spodobało to etykieta, zmienili ją kompletnie. Duże R i ogólny wygląd wyjęty rodem z Painta jakoś do mnie nie przemawia. Trzeba przyznać, że stare były o wiele bardziej klimatyczne a co za tym idzie lepsze. Kapsel za to ładnie się prezentuje, jest wyraźny i ładnie wygląda białe tło otoczone czarnymi ząbkami.
Kolendra:
Po przelaniu samo piwo prezentuje się nie najgorzej. Bardzo ładny pomarańczowy kolor, mętne, jak przystało na wita-srita. Trochę mnie jednak martwi ta mocna barwa. Nie wiem czemu ale wydawało mi się, że powinna być jaśniejsza. Piana bardzo ładna, drobna, zbita i co się okazało podczas kopania ziemi trwała. Nawet nie przeszkodziły jej te muszki, które musiałem wyciągać za każdym razem gdy chciałem wziąć łyk. Przyroda!
Szybkie wąchanko i rzeczywiście jest mocno kolendrowe. W sumie w składzie są też jej aromaty wypisane ale nie jedzie to sztucznością. Jedyny problem jaki miałem to towarzysząca jej lekka mięta, ta pachniała sztucznie jak cholera. Już po pierwszym łyku można śmiało stwierdzić, że jest to mocno orzeźwiające piwo. Mimo dość wyraźnych słodów daję radę dzięki kolendrze i typowej kwaskowości pszenicznej. Nagazowane dość wysoko ale na poziomie dopuszczalnym i potęgującym orzeźwienie. W sumie to spiłem dość szybko i przyjemnie przekopując ziemię. Do wkopywania sadzonek w ziemię już mi nie starczyło. Problem może się jednak pojawić przy zwykłym piciu, bez wysiłku fizycznego. Według mnie może się dość szybko znudzić.
Podwójnie Chmielone:
Czyżby kolejny porządny pils za 3 złote? (chyba nigdy mnie to nie przestanie śmieszyć). Po przelaniu do tyskowej szklanicy jest obiecująco. Ładny złoty kolor, piana też. Problem w tym, że mimo początkowego wyglądu bardzo szybko ulatnia się i pozostawia maluteńki półksiężyc.
Czar prysł, Rebel w starej formie powrócił. Zapach jest pusty jak bak mojego golfa pod koniec miesiąca. Jakieś słody z lekko wyczuwalnym chmielem, który nie za bardzo mi podszedł. No i prawdopodobnie lekki aromacik kukurydzy się pałęta też. Patrzę sobie na zielony obornik i się zastanawiam czy warto ryzykować. Biorę jednak pierwszy łyk i... meh. Jest słabo. Słabe słody, jeszcze słabsze chmiele plus lekki antybiotyk. Może i nie jest wodniste ale wszystko jest takie... nudne i jakby wzięte z trzeciej promocji w czwartej już Biedronce. Goryczka jest, średnia ale tak samo nudna i pod koniec mocno nieprzyjemna i męcząca. Jedyne co mi odpowiada to chyba wysycenie, jest okej.
Już dawno chciałem zrobić mały test piw, które nagle pojawiły się na półkach freshżabek. Na początku były tylko trzy: Jasne, Ciemne i Mocne albo Miodowe. Jakoś tak jednak człowiek nie miał czasu i w sumie chęci. Będąc dziś w markecie zauważyłem, że Zacna rodzinka powiększyła się do pięciu członków. No teraz sobie nie mogę odpuścić, czyż nie?
Dziwna sprawa z tymi piwami tak w ogóle, nie są robione przez jeden browar. Na początku odpowiedzialny był za nie Van Pur (który z resztą ma niezła ofensywę reklamową), produkował Jasne i Mocne. Później Żabka wymyśliła sobie, żeby produkcje Ciemnego, Miodowego i Wiśniowego zlecić JAKO, ciekawe. Etykiety utrzymane w tej samej stylistyce, prostej, nie zachwycają ale zarazem nie odpychają. Spełniają swoją rolę. Nie wiem czemu, ale kapsel na Jasnym jest czerwony (zamiast czarnego jak w innych). Jakoś mnie to... męczy, pedantycznie rzecz ujmując.
Miodowe:
Pierwsze co mnie zdziwiło po nalaniu piwa do pokala to kolor, jest dość ciemne, nawet jak na miodowe na miodzie gryczanym. Coś pokroju koloru bordowego, klarowne. Piana z początku zaskoczyła mnie pozytywnie, przy nalewaniu urosła do sporych rozmiarów. Szybko jednak zweryfikowała swoje możliwości i zniknęła zanim skończyłem robić zdjęcia. No cóż.
Szybkie wąchanko i już wiem, co to będzie za piwo. Co prawda czuć miód gryczany ale towarzyszy mu taka specyficzna nuta rozpuszczalnikowa, jest słaba ale jednak wyczuwalna. Można też niestety wyczuć alkohol. Czyżby miodowy czachojeb? Pierwszy łyk i nie ma wątpliwości. Piwo jest o jedną skalę cholerności za mocno nagazowane. Dodajmy do tego wodnistość i ten miodowo-rozpuszczalnikowy smaczek i mamy idealnego pretendenta do ławeczki w parku miejskim, oczywiście skrzętnie schowanego w papierowej torebce.
Jasne:
Dużo po kolorze się nie można spodziewać. Typowy lager, złoty, klarowny. Piana ciut lepsza od miodowego, pozostawia przynajmniej jakiś kożuszek. Bardzo ładnie jednak prezentują się wolno unoszące się bąble. Jest ich mało i dlatego dodaje to swoistego uroku. Ich wędrówka trwa przez cały okres picia.
W aromacie jest słabiutko, ospałe słody ledwo co się przebijają przez powietrze. Po ogrzaniu wychodzi niestety lekka kukurydza. Biorę pierwszy łyk i wiem już, że nie dopije tego dzisiaj do końca. Jest wodniste, lekko słodowe z dodatkiem bliżej mi nie sprecyzowanego specyfiku, jakby znowu jakieś chemikalia (a może to znowu źle ukryty alkohol?). Bardzo tępa ale ledwo co wyczuwalna goryczka, przypominająca trochę lizanie betonu. Pod koniec robi się lekko słodkawe. Wysycenie na dużym poziomie ale na szczęście nie aż tak jak w miodowym. Nuda, nawet jak na zwykłe jasne, nie chce mi się tego dopijać.
Wiśniowe:
Na pianowym froncie bez zmian. Biała ściana szybko opada pod naporem wszechogarniającego powietrza. Pozostawia niski gruz po sobie, ale czy to nam pomoże? Kolor wygląda obiecująco, bordowy, klarowny. Taki, można powiedzieć, zdecydowany. Jakby chciał pokazać, że smakowo też będzie mocno i przyzwoicie.
Pierwszy niuch i jest lekki zachwyt, który szybko zostaje zrównany z ziemią dozą trzeźwości. Mamy miły zapach wiśniowy, jak po otwarciu gęstego syropu w butelce z Tesco. Problem polega na tym, że nic innego w tym aromacie nie ma. Słabe jest też to, że po lekkim ogrzaniu wychodzi sztuczność wcześniej wymienionego soku, taka lekko kartonowa. Przyznam się szczerze, że spodziewałem się po prostu rozpuszczonego soku z wiśni. Dostałem coś kompletnie innego... piwo. Co prawda trochę drętwe i o wiele za za bardzo wysycone ale zawsze piwo. W smaku wiśnie nie przypominają tych z aromatu, są po prostu wytrawne. Do mixu dorzucili jeszcze trochę pestek i lekki kwasek. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że czuć w tym odrobinę słodowości. Porównując do poprzednich Zacnych piw jest treściwe. Wszystko jednak jest cholernie drętwe i jakoś nie wyobrażam sobie żebym kiedyś do Wiśniowego wrócił.
Ciemne:
Burgundowa barwa to pułapka. Niby fajnie, niby ładnie ale piana znika z prędkością światła. Znowu mamy koszmar w postaci Coli. Ohh, the horror!
Hohoho, to będzie smaczek. Zacznijmy może od uderzenia jajeczka wprost z butelki. Wprawdzie ze szkła go nie czuć ale daje do myślenia. W sumie to z pokala prawie w ogóle nic nie można wywąchać. Pałęta się tylko gdzieś lekkie masełko, ale trzeba się mocno nawciągać żeby je poczuć. Czytam sobie degustacje innych i mocno się zastanawiam gdzie ta paloność, gdzie karmel, gdzie cokolwiek? W smaku praktycznie nic nie ma oprócz dziwnego drętwego posmaku pestkowego i dziwnej paloności. Wszystko jest cholernie rozwodnione i oczywiście nagazowane do granic możliwości. Plusem chyba może być to, że nie jest jakieś mocno słodkie. Prawdę pisząc, w życiu bym nie zgadł co to za styl pijąc na ślepo.
Mocne:
Ostatnie ale za to najmocniejsze (najzacniejsze?) piwo z rodzinki żabkowej. Piana niestety zwiastuje tę samą obojętność co przy poprzednich członkach rodziny. Znika szybko i pozostawia ledwo co widoczne wysepki, których marzeniem chyba było stworzyć kiedyś pełny kożuch. Kolor jest bardzo ładny, czysty i klarowny bursztyn. Napisałbym, że bąbelki unoszące się po szkle też dodają uroku ale wiem co to oznacza...
Niuch pierwszy, drugi, trzeci. No, ładny mam zapach w pokoju. Aaa właśnie, piwo. Jakby się mocno pomęczyć to da się wyczuć gotowaną kukurydzę na maśle. Po lekkim ogrzaniu pojawia się też słodowość, słodka, miodowa. W smaku plusem na pewno jest tylko odrobinkę wyczuwalny alkohol. Reszta to dość drętwa słodowość, i jak to w wielu polskich mocnych piwach, zakrapiana sporą ilością słodkości. Gorycz pojawia się pod koniec ale taka nijaka, jak tynk ze ścian piwnicznych. Spodziewałem się też wysycenia z kosmosu ale ku mojemu zaskoczeniu jest ono na poziomie średnim. W sumie to nudne i bez wyrazu ale piłem o wiele gorsze.
I co ja mam zrobić z tą rodzinką? Jako alternatywa dla koncerniaków mają szansę. Ja na pewno nie sięgnę po nie ponownie. Problem polega na tym, że jak ktoś chce wypić zwykłe piwo to pójdzie do pierwszego lepszego sklepu, nie będzie specjalnie latał do freshżabek. Może po prostu posiadanie własnej marki piwa jest teraz modne? (przypomina mi się Tesco...).


































