Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alebrowar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alebrowar. Pokaż wszystkie posty

 


Boże jak mnie tutaj dawno nie było. Parę niedziel przegapiłem, że się tak wyrażę. Mały detoks od opisywania piw się przydaje. Inna sprawa, że w końcu nadchodzi mój ulubiony okres jeżeli brać pod uwagę tylko nasz najukochańszy trunek. Dobrze wiecie, że wolę ciemne, zazwyczaj mocniejsze piwa.


Powrót do pisania zaczniemy jednak od czegoś jasnego i na swój sposób lekkiego. Butelka kupiona przez żonę podczas zakupów u niemieckiego najeźdźcy. Kooperacja AleBrowaru z teksańskim browarem Hold Out Brewing. Zapowiada się obiecująco, póki człowiek nie przeczyta etykiety. IPA z miodem rzepakowym? Ale jak to? Od razu przypomniały mi się przyjemne czasy piw z miodem gryczanym, ale w tym przypadku jakoś tak... no nie wiem. 




Patrząc na etykietę nigdy bym nie powiedział, że to piwo z AleBrowaru. Tak to już jednak jest, że wiele browarów pozbywa się swojego znaku rozpoznawczego dla nowych serii. Artezan ma podobnie. Co do tej... jest OK. Nie rozumiem zmiany czcionki w nazwie, ale sama grafika na plus. Piwo ma kolor typowego lagera, złote, przejrzyste. Piana niska, szybko się ulotniła.



Słabo jest, co tu dużo mówić. W zapachu głównie kwiatowo (z dużym skojarzeniem miodowym/nektarowym) i może odrobiną cytrusów. Nieszczególnie intensywne, trzeba się nawąchać, aby coś wyczuć. Już nie wspomnę o tym, że z butelki zajechało mi lagerem bez ambicji.


Czytam opis chmieli i jakoś nie mogę w to uwierzyć... Ale może od początku. Konsystencja nawet spoko, jak dobry, chrupki pils. Wystarczająco wysycone, do wypicia w parę butelek podczas grilla w upalne popołudnie. Problem w tym, że nie dość, że miała to być IPA, to jeszcze jest to kooperacja z teksańskim browarem. Co dostaliśmy? Jakieś tam nuty chmielowe, głównie żywiczno-trawiaste, na bardzo wyraźnej podbudowie słodowej. Co najwyżej bym to nazwał (z braku lepszego stylu) american lagerem, a nie IPA. Gdzie jest ananas, cytryna, gruszka? Czytając metryczkę chmieli wygląda to naprawdę obiecująco. Goryczka taka se, łodygowa głównie. Dopiero finisz pokazuje zmarnowany potencjał. Czuć trochę ananasa mocno skontrowanego cytryną, ale to już za późno jak dla mnie. Szkoda. Plusem jest to, że nie jest ulepkowe, bo sam miód gdzieś się zagubił w smaku.


----------


Styl: IPA

Alk: 6%

Ekstrakt: 14%

IBU: b/d

Skład: słód jęczmienny, miód rzepakowy, chmiel (Sultana Lupulin, Calypso, Lotus Lupulin, BarthHaas Flex), drożdże USWC Chico.

Do spożycia: 23.08.2023


Facebook Browaru

 


Też tak macie, że w grudniu wasze palce wyglądają jakbyście je pomalowali na pomarańczowo? Nie? To dziwne... Ja uwielbiam mandarynki i jak żony nie ma obok muszę sobie sam obierać je ze skórki, a że mam cholernie suchą skórę, to potem ciężko jest domyć te przebarwienia.


Dzięki Bogu piwa tak chłopaki z AleBrowaru nie potraktowali i żadnego laka nie uświadczysz na butelce, a z tego co słyszałem pomarańczy jest w tym piwie trochę. Dodatkowo Bartek pisał, że jest mocno palone, co mnie ucieszyło niezmiernie. Sprawdźmy sobie zatem czy to prawda. Tak na marginesie: w końcu piwo świąteczne, które nie jest po prostu nachmieloną IPA...




Etykieta jak zwykle ta sama, tylko z innym kolorem tła. Z jednej strony cieszy, ale po tylu latach mogliby już ją lekko odświeżyć (pozostawiając postacie oczywiście). Tego mini updateu nie liczę, który miał miejsce bodajże 2 lata temu. Piwo ma czarny kolor i jest nieprzejrzyste. Piana wysoka, dość dobrze zbita (parę większych bąbli się pojawia) i utrzymuje się całkiem dobrze w szkle.



Na początku mała konsternacja, bo oczywiście zapomniałem czym ten stout jest. Po usunięciu kapsla uderzyła mnie bowiem woń... pomarańczy, a bardziej ich skórki. Szybki recap składu i wszedł lekki facepalm, no przecież. Dalej trochę popiołu, co zapowiada raczej palonego stouta (dzięki Bogu!). O dziwo wychodzą też w tym wszystkim nuty chmielowe: tutaj limonka + odrobina żywicy. 


Z ciałem panowie trafili w punkt, to im trzeba przyznać. Taka idealna, ciemna szesnastka (nie Panie Google, proszę nie wysyłać do mnie policji). Wysycenie średnie, momentami wyższe. Spokojnie nada się na wigilijny stół jak i na chłodny wieczór (np. hyhy po rowerze). Na przedzie paloność, ktoś tu musiał dość mocno przypalić słody. Mi to pasuje, nawet bardzo przyznam szczerze (trochę przypał z etykietą jednak, która ma zaznaczoną wyższą niż średnia słodycz). Dalej zest z pomarańczy i taka delikutaśna słodycz soku pomarańczowego. Ale to tak na serio na granicy autosugestii. Potem czekolada, bardziej po tej gorzkiej stronie. Goryczka w miarę długa, ale niezalegająca. Profil ma oczywiście palony. Finisz to już popiół ze skórką pomarańczy i nutą żywicy. Fajne to i zadziwiająco gładkie jak na te smaczki. Jak się ogrzeje (szczególnie pod koniec picia) skórka pomarańczy wchodzi tak mocno, że aż mam przed oczami pomarańczowe palce po maratonie obierania tegoż że owocu.


----------


Styl: Christmas Stout

Alk: 6,2% Obj.

Ekstrakt: 16% Wag.

IBU: 2/4

Skład: słód jęczmienny, chmiel (Mosaic, Sabro, HBC 472), drożdże USWC Chico, skórka pomarańczy, sok z pomarańczy.

Do spożycia: 18.11.2022


Facebook Browaru


Wiecie, że ostatni wpis z cyklu Pijanego Rowerzysty pojawił się w maju... rok temu? Aż sam się zdziwiłem. W sumie to się zastanawiam nad zmianą nazwy, bo mnie chyba googlowe i facebookowe algorytmy zjedzą doszczętnie (zasięgi w sensie).

Pełnoprawna wiosna zbliża się wielkimi krokami. W tym tygodniu ma być nawet 20'C z praktycznie bez chmur. My, Polacy, nie musimy czekać długo. Już widziałem parę imprez na świeżym powietrzu, gdzie głównym daniem jest kiełbasa z grilla. Dlatego właśnie trzeba znaleźć idealne piwo na tą okoliczność w sezonie 2019.

Jakie są kryteria? Orzeźwienie, może jakiś tam kontrast do tłustego mięsa i jak najniższa ilość alko. Nie będziemy się jednak skupiać na piwach bezalkoholowych, bo to nie ma sensu przy grillowaniu. Na pierwszy ogień postanowiłem wziąć jedno z najnowszych piw AleBrowaru, bardzo lekkie, amerykańskie pale ale. Jak sama nazwa wskazuje jest podwójnie chmielone na zimno, z czego wiele osób się śmieje, ale czasami prowadzi to do naprawdę zaskakujących efektów.



Widzę, że chłopaki ciągną modę na proste etykiety (tak jak to było w przypadku ich New Wave Gose). Niestety zaczyna mnie to trochę irytować, szczególnie dobór czcionek... Kapsel firmowy, za każdym razem jak na niego patrzę przypomina mi się ten pierwszy, unikatowy. Samo piwo ma piękny, pomarańczowy kolor i jest wyraźnie zmętnione. Piana wysoka, trochę dziurawa. Trzyma się jednak nad wyraz długo przy tak słabej konstrukcji.


Przypomnę Wam tylko, że to piwo ma 3,6% alko. Dlaczego? Bo na pierwszy rzut nosem w ogóle na takie nie wygląda. Aromat mocno cytrusowy, głównie grapefruit i mandarynki. Soczyste do granic możliwości. W tle dopełniające tropiki, tutaj głównie mango czuć. Momentami zdaje mi się nawet, że wyczuwam jakieś iglaki, ale to może mi się tylko wydawać.

No dobra, mamy to. Idealne piwo na biwak, grilla (wiosno szybciej!) czy też jakąkolwiek inną "akcję" na świeżym powietrzu ze znajomymi. I możecie też wliczyć w to towarzystwo zagorzałych craftopijców. Jest soczyście, nowofalowo i orzeźwiająco. Dwunastka (dla nowych chodzi o ekstrakt) jak się patrzy. Wysycenie średnie, do wysokiego. Tak idealnie pod karkóweczkę. Jeżeli chodzi o sam smak to pierwsze co naprawdę zaskakuje to... brak słodyczy. Może inaczej się wyrażę: wytrawność. To ona króluje wraz z eksplozją owoców cytrusowych i tropikalnych. Mamy pomelo (z małym dodatkiem skórki białej), grapefruit, pomarańcze i delikatną nutę mandarynek. W tle pojawia się trochę nafty i... herbata. Średnio lubię ją w piwie, ale tutaj akurat bardzo fajnie komplementuje resztę. Goryczka zauważalna, ale punktowa. Przy tak lekkim piwie pasuje idealnie. Na finiszu pojawia się dodatkowo delikatna żywica. Boziu jakie to jest dobre i orzeźwiające. Dobrze wiecie jak ciężko mi jest amerykańskimi chmielami zaimponować, bo jestem swego rodzaju hejterem przechmielania wszystkiego co ma słód w sobie. AleBrowar powraca do najwyższej formy chyba.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 3,6% Obj.
Ekstrakt: 12% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, owsiany, dekstrynowy), płatki (owsiane, pszeniczne), chmiel Centennial BBC, drożdże.
Do spożycia: 04.11.2019


Jezus Christ ile to piwo musiało przejść, aby do mnie dotrzeć w końcu. W sumie, to jedna butelka straciła życie abyście mogli o nim przeczytać. Dlatego na wstępie taka mała dygresja do kurierów... fuck you. Nie było mnie w domu i paczkę odebrała sąsiadka. Z tego co wiem pośpiesznie ją zostawił na schodach i poleciał. Gdy ją odebrałem od razu wiedziałem, że coś jest nie tak.

Na cztery butelki jedna (właśnie z AleBrowaru) była cała roztrzaskana, mimo naklejonej wszędzie taśmy z informacją o szkle w środku i naprawdę dobrego zabezpieczenia zawartości. W tym roku na miano najgorszych kurierów zasłużyło sobie DHL, zaraz za nimi DPD. No, ale zszedłem już za bardzo z tematu... Seria New Wave z Lęborka zyskuje całkiem spoko noty na internetach, dlatego się nią zainteresowałem. Znacie mnie, w zimie załącza mi się tryb RiSowy i jasnych piw zazwyczaj nie tykam przy niskich temperaturach na dworze.



Z tego co widziałem każda etykieta z tej serii jest... stosunkowo prosta. Jakiś przypadkowy gradient w tle i pospolita czcionka + logo. Nic ciekawe, move along. Piwo za to wygląda przepysznie. Ma jakiś taki żywy pomarańczowy kolor i jest wyraźnie zmętnione (tak równiutko). Piana bialutka, puszysta, ale trochę przykrótka. Żywot miała średni.


Ok, nie ma co ukrywać... to piwo pachnie wybornie. Od soczystej moreli po przyjemną pszenicę w tle i delikatne nuty kolendry. Jak się ogrzeje to wychodzą też słone zapaszki, jakby się człowiek po kopalni przechadzał. Dziwne, bo sól zazwyczaj jest niewyczuwalna w aromacie (no chyba, że już mi odbija kompletnie). Całość intensywna, a przecież nie jest to świeżynka.

Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się mdłego i zapychającego piwa. Nawet sobie nie zdajecie sprawy w jakim błędzie byłem. Mega kremowe, gładkie, ale też na swój sposób lekkie i śmiem nawet stwierdzić, że orzeźwiające. Wysycenie średnie, trafione w punkt. W smaku pulpa morelowa zmieszana z pszenicą i szeroko pojętymi płatkami śniadaniowymi (to te płatki owsiane i mleko). Do tego szczypta wyraźnej kolendry (ale takiej w ogóle nie wchodzącej w drogę) i sól. Tak tak, w tym całym zaplanowanym zamieszaniu znalazło się nawet miejsce na nią. Jest wyraźna, ale punktowa (przynajmniej z początku). Goryczki praktycznie żadnej, ale w sumie nie jest ona zbytnio potrzebna. Na finiszu sól zyskuje na sile, co tylko jeszcze bardziej łechta moje kubki smakowe. Tak wiem, wydaje się Wam to dziwne, że to piwo nie jest mdłe. Otóż moi drodzy nie wspomniałem jeszcze o jednym, w sumie to najważniejszym (zaraz obok soli) "składniku" w tym stylu: kwaskowatości. New Wave Gose jest kwaśne po całości, ale w bardzo fajnie stonowany sposób. Tak wystarczająco, aby tylko zwalczyć mleczno-owocową mdłość, która zapewne by się bez kwasku wybiła znacząco. Ciekawi mnie tylko czy użyto bakterii kwasu mlekowego, bo jakoś ich nie widzę na etykiecie.

----------

Styl: Gose
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 14% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny, CaraRed), płatki owsiane, chmiel Magnum, morela, laktoza, kolendra, sól, drożdże.
Do spożycia: 29.06.2019


Na pewno kojarzycie serię piw z browaru Fortuna o nazwie "Miłosław warzy śmiało". Akcję tą rozkręca ostatnimi czasy Marcin Ostajewski, który pracuje tam bodajże od ponad roku. Chłop trochę doświadczenia ma trzeba mu przyznać, wcześniej pracował np. w Olimpie. Musi mieć też jakiś posłuch w branży, bo udało mu się namówić do kooperacji... AleBrowar.

Szczerze? Nigdy bym się takiej kooperacji nie spodziewał. Jeszcze tylko niech Pinta uwarzy coś z EDIm i będę mógł umrzeć w spokoju. A tak na serio... jeżeli Fortuna chce się bardziej wbić w rynek craftowy to dlaczego nie miałaby poprosić o pomoc ojców (żeby nie napisać dziadków) tegoż craftu? Sprawdźmy więc, czy kooperacja dostępna od ręki w Żabojadzie jest warta naszej uwagi.



Nie wiem jak Wy, ale ja mam jakąś awersję do kształtu etykiet Miłosława... Zazwyczaj są też one niechlujnie naklejone. W sklepie wybrałem tę najbardziej reprezentatywną, a i tak kontra nie trzymała się za dobrze butelki. Co do samej oprawy graficznej to pomysł był dobry. Połączenie znanych grafik obu browarów mogło zadziałać, gdyby nie otaczało je mnóstwo niepotrzebnego tekstu. Na kapslu też lepiej wyglądałaby sama facjata. Piwo ma ładny, złoty (wchodzący w pomarańcz) kolor i jest średnio zmętnione, duh. Piana wysoka, z początku trochę dziurawa, ale po paru małych bąblach zaczyna się trzymać całkiem dobrze. No i pozostawia spory lacing na szkle. 


Nie nooo... pachnie to całkiem przyzwoicie. Fajny, dość rześki aromat składający się głównie z cytrusów (pomarańcza, trochę grapefruita) i jaśminu. Bardzo wyraźny jest ten "śmiały składnik" trzeba przyznać. Do tego pszenica w tle i nuty kolendry. Oho, czyżbyśmy mieli idealnego kompana na plażę?

O proszę, w smaku też niczego sobie. Jest fajnie zaznaczone ciałko, ale w takim lekkim, pszenicznym stylu. Wysycenie średnie, tak "w pytkę" można rzec. Orzeźwienie z aromatu ciągnie się dalej, co ostatnimi czasy jest dość trudne we wszelakich pszenicach na naszym rynku. Dużo z nich stało się wręcz... męczące. Ale może wróćmy do "śmiałej kooperacji". W smaku typowy amerykański witbier: cytrusy + tropiki, wspomagane fajną pszenicą i stonowaną kolendrą. Z owoców głównie skórka z pomarańczy i oczywiście grapefruit. Jaśmin trochę zanikł, ale jak się postaracie to go spokojnie wyczujecie. Goryczka średnia, według mnie wystarczająca. Lekko grapefruitowa w smaku. Na finiszu trochę kwasku, dopompowana kolendra (ale bez przesadyzmu) i cytrusy. Całość naprawdę dobrze zgrana i wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Smaczne piwko, nie zaprzeczę. Udana kooperacja, w której jaśmin okazał się być fajnym dodatkiem (i dzięki Bogu nie głównym aktorem).

----------

Styl: American Witbier
Alk: 5,6% Wag.
Ekstrakt: 13% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pilzneński, pszenica), płatki owsiane, chmiel (Centennial, Cascade, Mosaic, Hallertauer Blanc), kwiat jaśminu 0,2%, zest z grapefruita, kolendra, drożdże Vermont Ale.
Do spożycia: 21.06.2019


Zapewne nie znacie mnie z tej strony, ale jestem zwierzęciem bardziej... domowym. Że niby bloger taki nieświatowy i zacofany? Janusz prawie że?! No, co zrobisz. Nie czuję potrzeby wyjazdu gdzieś hen daleko podczas urlopu. Równie dobrze mogę spędzić dwa tygodnie wolnego bycząc się niedaleko miejsca zamieszkania. To samo ze spontanicznymi wyjazdami, szczególnie nad morze.

Jakoś wolę południe Polski, nad Bałtykiem (według mnie) nie ma co robić. Na ostatni weekend przemogłem się jednak i pojechaliśmy małą ekipą do Wisełki na jeden dzień, bez noclegu. Miejscówka jeszcze spoko, bo nie jest tak mocno oblegana przez turystów z parawanami, a z tego co widziałem jest też gdzie na rowerze pojeździć. Jako, że nie byłem kierowcą zabrałem ze sobą rybkę kooperacyjną, bo na świeżuteńką, złocistą specjalność kurortów nadmorskich z jakże świeżego oleju nie miałem ochoty.



Grafika na etykiecie, jak każda z tej serii, nawiązuje do jakiegoś monstrum z głębin. Przyznam się jednak szczerze, że te drukowane na papierze zwykłym jakoś tak nie przyciągają oka. Pamiętacie te malowane białą kreską? To były sztosy butelkowe. Kapselek firmowy, z tego co pamiętam przy Kiss The Beast jest też firmowy, ale Birbanta. Piwo w szkle jest nieprzejrzyście czarne z dość wysoką pianą. Ładnie zbitą w dodatku. Trzymała się dzielnie nawet przy morskim wietrze i moim nieogarnięciu podczas robienia zdjęć.


Pierwsze skojarzenia po dramatycznej próbie wywąchania czegoś przez ten nadmorski wiatr okazały się być bardzo pozytywne. Takie trochę czekoladowe ciasteczko w płynie, z delikatną posypką orzechową. I to wcale nie dlatego, że przed chwilą zjadłem muffinka domowej roboty. Zapach ciemnych słodów, kakao z delikatną kawą w tle i z lekko przypieczoną skórką od chleba. Do tego wcześniej wspomniane orzechy jak ta wisienka na torcie.

Ciałko jest naprawdę ekstra, szczególnie w to jakże chłodne (i wietrzne) popołudnie. Wyczuwalna 18', w dodatku naprawdę gładziutka i na swój sposób aksamitna. Wysycenie średnie, z początku myślałem, że odrobinę za wysokie, ale szybko się przyzwyczaiłem. W smaku już zdaje się nie być tak słodkawe, ale deserowe skojarzenia pozostają. Ciemne słody, taki jakiś palony słonecznik, czekolada i skórka od chleba naprawdę robią robotę. Gdzieś na końcu mózgu pojawiają mi się migawki przypominające ciemne ciasto babcine, ale nie do końca potrafię je zmaterializować. Co by nie było za gorzko wchodzi co jakiś czas karmel, ale taki przyjemny i niezamulający. Goryczka też niczego sobie z takim fajnym ziemistym charakterem. Na finiszu obudziły się orzechy (delikatnie niedojrzałe), które bardzo fajnie wkomponowały się w to całe towarzystwo. Tutaj też karmel zanika znacznie. Naprawdę fajne, wyraźne i bardzo dobrze skomponowane ciemne piwo. Ależ miałem ochotę na coś takiego, nawet sobie nie zdajecie sprawy.

----------

Styl: Double Brown Ale
Alk: 7,2% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: 4/6
Skład: słód (Pale Ale, Brown Malt, Chocolate Malt, Caramalt), płatki owsiane, chmiel (Palisade, Willamette), drożdże WLP028 Scottish Ale.
Do spożycia: 19.04.2019



Leżakowanie piwa weszło u mnie na kolejny poziom. W piwnicy mam bowiem browary, które się do takowego nie nadają... Nie mam kiedy ich wypić, albo po prostu nie mam na nie ochoty. Zauważyłem jednak, że wrzucam ostatnio na bloga same ciemne trunki dlatego postanowiłem trochę "rozjaśnić" swoje zimowe horyzonty. 

Owsiane pale ale z AleBrowaru trzymałem w piewni już od jakiegoś czasu. W dodatku pokusiłem się o sprawdzenie paru opinii na necie i muszę przyznać... nie były one zachęcające. Jakoś chłopaki nie potrafią się wczuć w nowy sprzęt w Lęborku chyba. Raz im wychodzi, a raz nie. Nie ma co psioczyć, trzeba sprawdzić samemu.



No dobra, dawno się tak nie uśmiałem z alebrowarowej etykiety. Sylwetka Janusza przerobiona na mocno naciągane indyjskie bóstwo wygląda przekomicznie. Trochę mnie jednak dziwi brak pełnego składu. W końcu to AleBrowar był jednym z założycieli polskiego craftu... w dodatku nazywają siebie hopheadami, a na etykiecie nie ma nawet wyszczególnionych chmieli. Piwo ma piękny złoty kolor i jest wyraźnie zmętnione. Co mnie dodatkowo zmartwiło to brak piany, za cholerę nie chciała się utworzyć.


Po opiniach z neta nie spodziewałem się takiego aromatu, a już na pewno nie po tym czasie spędzonym w piwnicy. Uderzenie jest mocne i grozi złamaniem przegrody nosowej. Mamy tu miks tropików i cytrusów. Na czele mango z grapefruitem wspomagane mandarynką i nutą owsa. Rześko, lekko i przyjemnie. I to z shakera!

Pierwszy łyk zwiastuje to samo. Piwo jest lekkie i orzeźwiające jak grodziskie czy też gose, ale wysycenie ma ciut niższe. Od razu przyszło mi na myśl jedno... byłoby idealne na rower. Szczególnie przy tej zawartości alkoholu. W smaku mamy fajną i zwiewną zbożowość, zapewne od płatków owsianych. Na niej wór owoców: głównie cytrusy. Grapefruit wybija się najbardziej, ale delikatne mango i liczi też nie odpuszczają. Całość delikatnie kwaskowata, chyba od zboża. Goryczka wyraźna, ale dość stonowana jeżeli chodzi o moc. Lekko grapefruitowa. Jak wcześniej balans pomiędzy słodyczą, a wytrawnością był zachowany tak na finiszu granica przesunęła się trochę na korzyść tej drugiej. Dominuje kwaskowate zboże, a cytrusów jest znacznie mniej. Pojawia się za to nuta ziołowa. Kurde, bardzo przyjemna i lekka APkA z owsem.

----------

Styl: Oatmeal Pale Ale
Alk: 3,1% Obj.
Ekstrakt: 9% Wag.
IBU: 1/4
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny, owsiany), płatki owsiane, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.05.2018



Miło jest patrzeć na sukcesy naszych browarów rzemieślniczych. Nie, nie chodzi mi o nagrody w różnorakich konkursach. Wszyscy wiemy, że medale to nawet Tyskie wykupuje... ups, przepraszam. Dostaje. Chodzi mi o sukces, do którego dąży, chyba, każdy: warzenie na swoim. Do tego zacnego grona dołączył jakiś czas temu AleBrowar.

Panowie mieli niedawno oficjalne otwarcie w Lęborku i patrząc na zdjęcia muszę przyznać, że ładnie się ich browar prezentuje. Dlatego będąc ostatnio w większym mieście zakupiłem ich dziewicze piwo, uwarzone w kooperacji z greckim Σολο. 



Przyczepię się, bo mam taką naturę. Etykieciarka w nowym miejscu musi przejść mały przegląd, bo papier jest bardzo niechlujnie naklejony. Każda butelka w sklepie tak wyglądała (około 10szt). Inna sprawa, że sam papier wydaje się być gorszej jakości. Szkoda też, że chłopaki nie pokusili się o kolejną postać do swojej kolekcji. Przecież nazwa piwa sama się prosi o personę obok której Kopyr na pewno nie przeszedłby obojętnie (pamiętacie aferę z Monkiem?). Piwo za to prezentuje się przepięknie w shakerze. Ma ładny brązowy kolor, średnio zmętniony. Do tego niska, ale zbita i trwała piana, która w dodatku ładnie lepi się do ścianki szkła. 


Tak wiem, shaker ma tyle wspólnego ze szkłem degustacyjnym co ja z baletem, ale nie zmienia to faktu, że aromat jest naprawdę słaby. W sensie, że ledwo wyczuwalny. Trochę szkoda, bo profil słodowy tego piwa wydaję się być naprawdę ciekawy. Orzechy, prażynki i średnio intensywny karmel. Do tego bardzo delikatne muśnięcie gorzkiej czekolady. 

Na pierwszy rzut oka piwo wydaje się być gęste i sycące. Po skończeniu butelki stwierdziłem jednak, że zapychające to ono nie jest o dziwo. Spokojnie bym się napił kolejnego. Na pewno pomaga też średnie wysycenie, które nie przeszkadza zbytnio. Jeżeli miałbym ten dziewiczy wypust z Lęborka nazwać jednym słowem to do głowy przychodzi mi tylko... drapieżnik. Przyciąga ofiarę delikatną słodową słodyczą na samym początku tylko po to, aby zaatakować czekoladowo-prażonym miksem, który ciągnie się już do końca. Gdzieś w oddali czuć też karmel i lekkie cytrusy. Nie ma jednak czasu na zastanowienie się jakie to owoce, bo do ataku wkracza mocna i lekko zalegająca goryczka o dziwnym, popiołowo-grapefruitowym profilu. Resztki z ogniska pozostają na finiszu łącząc siły z gorzką czekoladą. Po ogrzaniu wychodzi też żywica. Alkohol ukryty mistrzowsko. Przyznam się szczerze, że trochę dziwne to piwo. Drapieżne, może trochę jednowymiarowe (prażynka/popiół za bardzo dominują według mnie), ale nie wydaje się być wadliwe. Na pewno znajdzie swoich sympatyków. No i jakoś pasuje mi ta cała zadziorność do AleBrowaru. 

----------

Styl: Imperial Brown Ale
Alk: 7,2% Obj.
Ekstrakt: 18% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, munich typ II, caramunich III, caraaroma, cara special typ III, chocolate, melaidin, wheat, acidulated), chmiel (Chinook, Simcoe, Willamette, Columbus), drożdże US-05.
Do spożycia: 24.09.2017


Wiem, że wiele osób olewa piwa świąteczne, bo traktuje je tak samo jak te halloweenowe. Ja tak nie robię, w końcu w tych grudniowych nie chodzi tylko o wpieprzenie do kotła dużej ilości dyni... Jak dla mnie takie piwo musi się kojarzyć z ciastem, ewentualnie mieć zacięcie mandarynkowe. No i musi być cieliste, to na pewno.

Tutaj pojawia się problem jeżeli chodzi o interpretację alebrowarową. Chłopaki już piąty rok z rzędu wypuszczają swoje "nie tak do końca święte" piwo i za każdym razem miałem z nim jakiś problem. Głównie taki, że motyw świąteczny był w nich mocno naciągany. Aż tu nagle A.D. 2016 panowie wypuszczają porter kokosowy. Na takie coś czekałem szczerze mówiąc.



Tak, nieŚwięty prezentuje się bardzo dobrze na etykiecie (jak praktycznie każda postać od chłopaków). Coraz bardziej przekonuje mnie też ta nowa-stara wersja papierowa, bez przeźroczystości jaką mieliśmy np. przy Be Like Mitch. Najlepszą częścią butelki jest jednak nowy kapsel. O coś takiego mi właśnie chodzi gdy ciągle wypominam browarom niepotrzebne teksty na tak małej powierzchni. Piwo wydaje się być czarne jak węgiel, ale da się wymusić na nim brązowe refleksy. Jest też lekko zmętnione. Piana nie chce rosnąć i szybko zamienia się w kożuch, który trzyma się jednak praktycznie do końca.


Tak wiem, shaker to nie jest szkło degustacyjne. Mimo tego będę się upierał przy tym, że to piwo pachnie po prostu słabo. Ledwo co wyczuwalny aromat ciemnych słodów i bardzo słaba nuta kokosowa to nie jest to czego bym się spodziewał po piwie świątecznym. W dodatku po ogrzaniu do zalecanej temperatury wychodzi też lekkie masełko (którego już jakiś czas nie uświadczyłem w piwie). Jak narazie jest... nijako.

W smaku jest już trochę lepiej. Ciałko całkiem w porządku, wystarczająco sycące, ale też niezapychające. Wysycenie wydawało mi się za wysokie, ale zmieniłem zdanie po paru łykach. Dlaczego? Ano dlatego, że Saint No More 2016 nie przypomina zbytnio typowego portera, nie ma co się trzymać widełek w tym przypadku. Jest gorzka czekolada, która dominuje cały czas. Jest też jakaś tam oznaka kokosa i lekki kwasek od słodu. Goryczka okazała się być za to najmocniejszą stroną tego piwa. Wyraźna, zwyczajnie chmielowa i delikatnie zalegająca. Kompletnie nie pasująca do stylu, ale do tego nas już AleBrowar zdążył przyzwyczaić (i zazwyczaj nie mam im tego za złe). Finisz to nic innego jak gorzka czekolada, nic więcej. Podsumowując... przyznam się szczerze, że się zawiodłem. Porter z tego nijaki, tym bardziej szeroko pojęte piwo świąteczne. O skojarzeniach z Bounty zapomnijcie. Tegoroczny Saint No More wydaje się być piwem uwarzonym na pół gwizdka, przynajmniej w moim odczuciu.

----------

Styl: Porter
Alk: 6,0% Obj.
Ekstrakt: 16% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pale ale, wiedeński, pszeniczny, carapils, caramunich, carafa II, carafa III, zakwaszający), chmiel (Challenger, Fuggles, East Kent Golding), kokos, drożdże S-04.
Do spożycia: 06.03.2017


Jest pewna straszna choroba, która krąży i drąży towarzystwo piwnych blogerów i blogerek. Jest tak straszna, że niektórych doprowadza do nerwicy, wrzodów a nawet... do abstynencji. Tak tak, blogerskie życie wcale nie jest takie lekkie i usłane darami losu jak to się może niektórym zdawać. My naprawdę czasami cierpimy katusze.

Pewnie tkwi Wam teraz w głowach jedno zasadnicze pytanie: "O co mu k@% chodzi?". Już tłumaczę. Bloger, mając w lodówce piwo wybitne (lub takie, na które ostrzył sobie zęby od dawna) ma dylemat czy powinien je wypić w spokoju czy też zdegustować i opisać na blogu. Ja tak miałem z dzisiejszym trunkiem. Brak czasu na proper opisanie nie pozwalał mi otworzyć imperialnego Joe, bo bardzo chciałem się z Wami podzielić wrażeniami. I tak butelka szczuła biednego brodacza za każdym razem gdy otwierał lodówkę. No, ale w końcu się udało.



Pierwsza rzecz jaka mocno mnie zdziwiła to etykieta. Zobaczcie jak wyglądały one wcześniej np przy Be Like Mitch. W Joe mamy powrót do zwykłego prostokątnego kształtu i pełnego wypełnienia kolorami. Postać jak zwykle spoko, ale osobiście wolałem tą ze zwykłej wersji Joe. Piwo wydaje się być czarne, ale miejscami widać taki lekko brunatny odcień. Jest zmętnione i mimo odstania dostało mi się trochę syfu do szkła. Nie jest to jeszcze poziom syfu wprost od Doctor Brew na szczęście. Piana beżowa, dość zbita z pojedynczymi bąblami sporej wielkości. Utrzymuje się długo i całkiem spoko ciągnie się po ściankach. 


Oj, wejdziemy dzisiaj głęboko AleBrowarowi w tyłek chyba. Po pierwszym niuchu jestem pewien, że imperialny Joe pozamiata wszystko. Na pierwszym planie torf, na drugim planie... torf! Spalone kable, bandaże... no aż się człowiekowi pojawia przed oczyma obraz starego, opuszczonego szpitala. Do tego czekolada i takie lekko porterowe nuty, kojarzące się głównie z ciemnymi owocami (śliweczka się kłania). Luki wypełnia też delikatna paloność, taka popiołowa. No cudo, i to w dodatku intensywne jak diabli.

W smaku jest takie, jakie zapamiętałem je z ostatniej edycji WFDP. Niby ma te wyczuwalne ciałko, ale pije się je cholernie szybko (jak jakieś grodziskie po treningu) i trzeba na siebie uważać. Jedna z tych niewyjaśnionych tajemnic Ducha Craftu jak sądzę. Wysycenie średnie, mogłoby się wydawać za wysokie, ale według mnie jest w sam raz. Jest wyraźna czekolada z delikatnym zacięciem świeżo zmielonej kawy. Do tego lekki popiół na końcu języka i owocowa słodycz, znowu ta śliweczka. Wszystko zgrabnie opatulone bandażem i zalane asfaltem. Goryczka wchodzi szybko i sprawnie, ale też tak samo znika. "Punktowa" to jej drugie imię chyba. Całość trzyma się raczej tej wytrawnej, palonej strony. Finisz to potwierdza gdyż jest cholernie przyjemnym miksem gorzkiej czekolady, szczypty popiołu i dopełniającego torfu. Alkoholu w ogóle nie czuć, gdzie panowie z AleBrowaru go ukryli nie mam pojęcia. Według mnie Imperialny Smoky Joe wykręca suty, jak to mówi teraz młodzież. Mogło się nam wydawać, że zwykła wersja jest intensywna, ale imperialna to już kompletnie inny poziom. Mógłbym je pić przy każdej okazji jeśli tylko... nie wyszedłbym wtedy na totalnego alkoholika przy tym oprocentowaniu. 

----------

Styl: Imperial Whisky Stout
Alk: 9,8% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: 65
Skład: słód (pale ale, pszeniczny, whisky malt 45 PPM, carapils, czekoladowy pszeniczny), płatki owsiane, palony jęczmień, chmiel (Columbus, Cascade, Willamette), drożdże Safale S-04.
Do spożycia: 01.12.2016


B-Day to inicjatywa obywatelsko-alkoholowa dążąca do celebracji święta urodzin, jakże ważnego w życiu każdego polskiego szwagra tudzież wujka. Browary rzemieślnicze rządzą się własnymi prawami więc tak jak dorzucają do wszystkiego 3x więcej chmielu niż jest w recepturze tak urodziny też potrafią zrobić potrójne. W tym roku mamy także trzecią, okrągłą rocznice tego obywatelskiego zrywu Pinty, AleBrowaru i Piwoteki Narodowej.

W poprzednich latach były to piwa, które w pewnym sensie zaznajamiały rynek z danym stylem. W tym roku miało być podobnie, miał być to kwas ale… nie wyszło. Piwo zasiliło ścieki a panowie musieli szybko wymyślić coś nowego. Polecieli więc do… Maroko i kupili pieprz. Nagrali krótką relację z podróży, możemy się z niej dowiedzieć, między innymi, dlaczego AleBrowar jest taki drogi.



Etykieta na znanym nam z piw Pinty papierze. Niby gładki ale gdy go dotkniesz wydaje się lekko chropowaty, dość gruby w dodatku. Grafika nie kojarzy mi się jednak z żadnym z browarów, co nie oznacza, że mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie, jest lekko prześmiewcza i pięknie pokolorowana. Piwo za to wygląda dość dziwnie. Po pierwsze nie spodziewałem się, że będzie aż tak blade, do złota mu trochę brakuje trzeba przyznać. Zmętnienie średnie, jakby się uprzeć można by stwierdzić, że jest po prostu zamglone. Piana wydawała się idealna z początku. Gdy zaczęła jednak opadać robiła to z wielkim zaangażowaniem i w końcu pozostał po niej tylko cieniutki kożuch z bardzo słabą koronką. 


Podczas degustacji działka okazała się siedliskiem wszelakich wiatrów, w tym prawdopodobnie halnego więc starałem się wciągać nosem jak prawdziwy wielbiciel białego proszku ale i tak miałem spore problemy. Aromat nie grzeszy intensywnością i nic z tym nie zrobisz niestety. Zapaszki głównie słodowe z delikatnym zacięciem kwiatowym gdzieś z tyłu. Pieprz owszem jest ale w znikomych ilościach, powoli zaczynam się zastanawiać nad sensem wycieczki do Maroko. Kardamonu w ogóle nie czuć. Po ogrzaniu wychodzi lekka ziemistość, która trochę ratuje sytuacje.

I jak ja mam się teraz czuć? Poprzednie B-Daye całkiem dobrze mi podeszły a ten zapowiada wręcz odmienne uczucia… Focha od 3 browarów na raz nie zdzierżę. Wziąłem pierwszy łyk i… bana na Brodacza raczej nie będzie. Po pierwsze piwo okazało się iść bardziej w tę wytrawną stronę. Owszem jest słodowe ale nie brakuje też nut cytrusowych czy nawet ziemisto-ziołowych. Utlenienia, z którym wielu miało problem nie wyczuwam. Pieprz i kardamon pokazują się w pełni ale nie są to napakowane syntholem do granic możliwości karki z osiedlowej siłowni piwnicznej. Bardzo dobrze komponują się z resztą nie dominując prawie że w ogóle. Goryczka dość niska, mało wyraźna i to nad nią można by było popracować. Finisz ziołowy, z pieprzem w roli głównej. Bardzo przyjemnie się pije trzeba przyznać, treściwość idealna, wysycenie też (średnie). Wychwalać w niebogłosy raczej nikt Spoko Marocco nie będzie ale nie dajmy się zwariować… w końcu to najnormalniejsze pale ale z dodatkiem pieprzu. Z drugiej jednak strony, czy właśnie tego polski craftopijca spodziewał się po takiej kolaboracji? Ja będę chłopaków bronił, w końcu główne plany uwarzenia kwasa nie wyszły.


David Hasselhoff to jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Wielu nazywa go paździerzowym królem ale ja nigdy nie zapomnę kultowego serialu „Nieustraszony” (Knight Rider). Gadający samochód? Czy był jakiś smarkacz w latach 90’tych którego to nie fascynowało? Oczywiście był też "Słoneczny Patrol", którego męska część widowni raczej dla samego Davida nie oglądała.

Hoff miał parę wpadek, głównie przez swoją niewdzięczną córkę, która nagrała i wrzuciła w internet jego specyficzną kolację zatytułowaną "Burger na Kafelkach". Wszyscy się śmiali i wytykali go palcami za to ale bądźmy szczerzy, każdy z nas miał podobny przypadek w swoim życiu (nie okłamujcie się, że nie). David trudzi się także, raz na jakiś czas, poezją śpiewaną. Oprócz znanego wszystkim Hooked on a Feeling popełnił on ostatnio utwór promujący bardzo dobry film Kung Fury, teledysk możecie zobaczyć tutaj... Jezu jak ja kocham takie klimaty.



Panowie z AleBrowaru też musieli się zachwycać talentem Davida i umieścili owłosionego idola nastolatek na swoim nowym piwie. Może i jest trochę spolonizowany a jego mięśnie bardziej przypominają synthol ale przecie każda postać z ich etykiet jest swoista karykaturą. Piwo ma piękny, złocisty kolor z bardzo ładnym, jednolitym zmętnieniem. W dodatku po ściankach wspina się powoli kazylion małych bąbelków, dawno już czegoś takiego nie widziałem. Piana wygląda wzorcowo, jest wysoka i zbita. Przypomina ubite białko i pozostawia dość gęstą koronkę. Problem jest w jej żywotności, dość szybko zaczyna opadać niestety.


Trochę się bałem oceniać kolejne piwo AleBrowaru. Polski craft ma ostatnio bardzo chaotyczne skoki jakościowe o czym nie raz było pisane na blogu The Beervault. Po pierwszym niuchu ulżyło mi jednak, nie będzie tak źle. Aromat z początku intensywny trochę traci na sile podczas picia. Słodkie tropiki wymieszane z cytrusami, tutaj mocno wyczuwalna pomarańcza. Całość zatopiona w delikatnej żywicy. Gdzieś w oddali pojawia się też lekka guma balonowa. Mimo początkowej słodyczy aromat jest wystarczająco złamany przez cytrusy i wydaje się rześki i orzeźwiający.

W ustach wydaje się cholernie lekkie a co za tym idzie mocno pijalne. Nie mylcie tego broń Boże z wodnistością! Orzeźwiające i dość mocno wysycone pozostawia bardzo fajne, musujące uczucie w ustach. Na pierwszym planie cytrusowość z bardzo przyjemną, kwaskowatą nutą. W tle pszeniczne smaki dodają trochę ciała ale nie robią się natrętne i zapychające jak w normalnych pszeniczniakach, pozostawiają uczucie lekkości i orzeźwienia w spokoju. Tropiki gdzieś się zagubiły, jakoś mi to nie przeszkadza szczerze mówiąc. Goryczka średnia do niskiej, pojawia się i znika. Wyższa mogłaby zepsuć całą kompozycję, co do profilu... obstawiam żywiczny. Finisz to bardzo delikatna, kwaskowata pszenica. W skrócie? Bardzo udane, lekkie, orzeźwiające i wysoce pijalne piwo. Do ostrego makaronu z niczego pasowało idealnie.


Coś z niczego, a jakie pyszne!

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com