Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jan olbracht. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jan olbracht. Pokaż wszystkie posty

Święta, święta i po... a nie, czekajcie. To jeszcze za wcześnie. Zakręcony jak ruski termos jestem ostatnio i już mi się dni mylą powoli. Na szczęście, paradoksalnie, wszystko zaczyna zwalniać przed samymi świętami. Mam też coraz więcej czasu na degustacje.

I tak po ostatnim małym zawodzie, jakim było świąteczne piwo od Pinty postanowiłem spróbować czegoś innego. Jako, że nie chciało mi się specjalnie jeździć do "dużego miasta" poszukałem u siebie. O dziwo znalazłem piernikowe z Jana Olbrachta... w Lidlu. Wrzuciłem do koszyka razem z owsianką śniadaniową i heja do kasy. 



Etykieta w nowszym, komiksowym stylu z rysunkiem Mleczki. Jedna z niewielu sytuacji w polskim crafcie, gdzie przezroczystość działa na korzyść grafiki na butelce. Kapsel firmowy, ale stanowczo za dużo na nim tekstu. Kolor piwa oceniłbym na ciemnobrązowy. Jest też wyraźnie zmętnione. Piana mizerna i sycząca. Znikła kompletnie po parunastu sekundach.


Z początku (zaraz po otwarciu butelki) pachniało naprawdę fajnie. Jak domowe ciasto czekoladowe. Było to jednak złudzenie przebrzydłe, bo po chwili aromat zmizerniał i zmienił się w coś bardzo nijakiego... taki "smutny" miks karmelu z pieczywem. Znowu powracają koszmary z Coca-Colą...

Aha, w smaku nie jest jakoś szczególnie lepiej. Zacznijmy od początku jednak... Czuć ciałko, treściwość na wysokim, ale jeszcze niezapychającym poziomie jak na moje "oko". Wysycenie średnie z tendencją spadkową. Niestety za takim cielskiem nie idą smaczki, bo jest... cienko pod tym względem szczerze mówiąc. Czekolada, cynamon i taka jakaś chamska słodycz. Jak zwykły biały cukier dosłownie, albo sztuczny miód. Przypraw piernikowych brak. Jakiejkolwiek goryczki, choć trochę kontrującej tę tępą słodycz też. Finisz pusty, słodki, karmelowy. Jak Cola bez gazu, którą jakiś szarlatan zapomniał zakręcić dzień wstecz. No nic, szkoda. Może jednak trzeba było uwarzyć piernikowego stouta drogi Olbrachcie?

----------

Styl: Piernikowe / Schwarzbier Świąteczny?
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód (pilzneński, monachijski, caramunich typ III, carafa typ III), miód wielokwiatowy, chmiel (Hallertau Tradition, Hersbrucker), cynamon, kolendra, goździki, ziele angielskie, gałka muszkatołowa, drożdże W34/70.
Do spożycia: 13.05.2018


Wyskoczyła mi ostatnio informacja na fejsie, że Jan Olbracht wypuszcza nową warkę Korda na rynek. Tak się akurat składa, że mam poprzednią w piwnicy. Jak beznadziejnym wieszczem craftu musiałbym być, aby nie poinformować Was o stanie tegoż piwa? Zawsze warto zweryfikować hype, a Kord zahajpowany był strasznie z tego co pamiętam.

W sumie to już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie go kupiłem. Wiem jednak, że były cztery wersje. Mi trafiła się leżakowana w beczce po whisky (Jack Daniels), a były jeszcze z koniakiem, bourbonem i brandy. 



Ładna butelka trzeba przyznać. Bije "czymś lepszym" na odległość, szczególnie z tymi złotymi "maziajami" na szkle. Kolor piwa oceniam na mocną, ciemną herbatę (lub jak kto woli mahoń). Klarowne. Niestety praktycznie bez piany, no ale czego się spodziewać przy tak wysokiej dawce alkoholu.


Napiszę tak... mam dość spory problem z aromatem. Z jednej strony pieści nas nieziemski miks owocowy, w którym na szczególną uwagę zasługują rodzynki i daktyle. Do tego przyjemny karmel, ale taki nienachalny i wanilia. Coś mnie jeszcze gryzie w nos, jakieś przyprawy... niestety ciężko jest wyczuć czy to na pewno goździk. Z drugiej strony jednak... mamy alkohol i to taki dziwnie zachowujący się. Raz pachnie całkiem spoko, jak dobry bimber (czytaj w miarę ok whisky), a raz jak istny rozpuszczalnik. Na szczęście nie dominuje nad resztą, więc możemy przymknąć oko na jego fanaberie.

Ok, zapomnijcie o tym narzekaniu w poprzednim akapicie. Kord już po pierwszym łyku miał mnie w garści, głównie przez swoją gęstość. Rozlewa się po przełyku jak miód, a wysycenie jest (tak jakbyście się tego spodziewali) dość niskie. Słodowość pełną gębą, w dodatku taka, która Was przytuli w najgorszych chwilach życia. Znowu na pierwszym planie suszone owoce (rodzynki, daktyle), ale też pare świeżych (winogron, bardzo delikatna pomarańcza). Zlepione ze sobą niezapychającym karmelem i doprawione przyjemnie gryzącymi przyprawami. Tutaj moooże delikatnie wyróżnia się pieprz. No i wanilia, nie zapominajmy o wanilii. Jak łatwo się jest domyślić całość jest nieziemsko słodka, ale mnie to w przedstawionej postaci nie odpycha. Goryczki... no nie ma zbytnio. Jakoś się jej jednak w barley wine nie spodziewałem. Co? Że to niby quint jest? No właśnie tak nie do końca. Finisz uwydatnia beczkę i to właśnie tutaj pojawia się nuta alkoholu, tak idealnie ukryta wcześniej. Jest przyjemna, nie gryzie i nie szczypie. Chce nas zgładzić po cichu jak jakiś asasyn. Po chwili stwierdzam, że rzeczywiście ma to w sobie zalążki whisky, ale nie zakrywają one samego piwa. Naprawdę złożony i cholernie smaczny trunek.

----------

Styl: Quintuple / BarleyWine
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: 26°
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny, pszeniczny, owsiany.
Do spożycia: 23.03.2018


Z konkursami już tak jest, że zawsze trafią się jakieś sensacje... mniej lub bardziej kontrowersyjne. Tegoroczny Kraft Roku nie był wyjątkiem. Mieliśmy medal dla RiSa z Fortuny (że co?) i parę innych udziwnień, ale nawet samo ogłoszenie zwycięzcy wywołało falę sprzeciwów na hali targowej. Nie powiem, sam się wtedy zdziwiłem. 

Jako żem bloger z powołania kupiłem krafta roku i odstawiłem do piwnicy. Wypiłem dopiero niedawno, będąc jednocześnie we Wrocławiu. Konkurencję miał niezłą, bo akurat w pubie AleBrowaru kranoprzejęcie robił Artezan. Na korzyść Piotrka z Bagien na pewno przemawiał fakt, że uwielbiam piwa kwaśne, ale problem pojawia się wtedy, gdy ktoś przesadza z owocami. Czy tak było w tym przypadku?



Etykieta, której nie kapuję (jak już wcześniej pisałem przy okazji innych piw z tej serii) i której chyba zrozumieć się nie da na trzeźwo. Ciekawe czy browar przy niej pozostanie skoro ich konkursowe receptury dostały całkowicie nową grafikę. Kapsel firmowy, to się chwali. Patrząc na piwo mam tylko jedno skojarzenie, i nie jest nim wiśnia. Bardziej truskawka, pewnie przez to specyficzne zmętnienie. Piany od początku nie było. Może by się coś utworzyło gdybym nalewał z drugiego piętra.


Aromat dość wyraźny. Może nie zabójczy, ale wystarczająco intensywny by się nim nacieszyć. Jest końska derka (taki mały paradoks: nie lubię koni, ale sam zapach w piwie mi nie przeszkadza), która góruje nad resztą i nie odpuszcza do ostatniego łyku. Gdzieś w dopełnieniu pojawia się kwaśna wiśnia przypominająca trochę taki fajny, babciny kompocik.

O tak, już od pierwszego łyku czuć kwas. Nie jest to jednak czysty kefir, czuć domieszkę owocowej cierpkości. Zaskakujące jest jednak to jak owa kwaśność bije się cały czas z również owocową słodyczą. Sama wiśnia jest o wiele wyraźniejsza niż w aromacie. Daje mocno czadu, ale nie dominuje. Stajnia i lekka zbożowość zlepiają wszystko w piękną całość. Goryczki nie ma to żadnej. W sumie to by tylko przeszkadzała. Finisz przypomina trochę scenkę z filmu animowanego, gdzie wiśnia wiśnie wiśnią pogania, dosłownie. I ta cierpkość na języku, taka przyjemna i długa. No pyszne to jest po prostu i jakie orzeźwiające! Wysycenie na wysokim poziomie, idealnie dopasowane można rzec nawet. W dodatku całość jest cholernie pijalna i sesyjna. To piwo można pić litrami, bez obawień. Zaskakujące jest też to, jak wszystko współgra ze sobą. Nic się za bardzo nie wyrywa niepotrzebnie. Czy zasługuje na miano piwa roku? Nie jestem pewien. Na złoty medal w swojej kategorii na pewno.

----------

Styl: Sour/Wild Ale
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), chmiel Hallertau Tradition, drożdże, owoce wiśni.
Do spożycia: 25.01.2017


Kawka od Artezana zawsze na propsie.

Słyszeliście o "aferze", w której głównym bohaterem było szkło IPA glass z Krosna? Jakiś czas temu Krośnieńskie Huty Szkła postanowiły wprowadzić do swojej oferty różnorakie szklanki do piwa rzemieślniczego. Dzięki temu zamiast płacić 30 złociszy za szklankę do IPA od Spiegelau mogliśmy prawie, że identyczną kupić za 9zł (a nawet taniej w zestawie po 4 sztuki).

Problem w tym, że (z tego co się orientuję) firmie, która ma wzór szkła na własność nie bardzo się to spodobało. Do końca nie wiadomo czy Krosno dostało jakikolwiek pozew, ale szkło zostało wycofane ze sprzedaży. Oczywiście w sklepach można je jeszcze dostać. Sam kupiłem je w ostatnią sobotę. Nie ma logo, jest dość grube i poręczne. Oczywiście widać różnicę w jakości, ale kto by na to zwracał uwagę przy piciu. Postanowiłem sprawdzić, czy jej lekko nierówna góra będzie miała jakiś wpływ na degustacje. Wybranym piwem będzie odnowione APA z Jana Olbrachta.



Z każdą kolejną butelką przekonuje się, że Olbrachcik miał jedną z najlepszych wizualnych przemian ostatnich miesięcy. Bardzo dobrze wyglądają rysunki Mleczki na przezroczystym tle, także dzięki pozbyciu się koloru. Sam obrazek przypomina mi trochę scenę z filmu Robin Hood: Faceci w Rajtuzach. Piwo jest koloru ciemnozłotego, lekko zamglone (ale to przez przeżyte turbulencje zaraz przed nalaniem). Piana rośnie wysoka, jest średniopęcherzykowa i pozostawia dość ładny lacing na ściankach. 


Aromat jest bardzo wyraźny i nawet mój lekko zakatarzony nos spokojnie wychwytuje każdą jego część. Chmiele, chmiele i jeszcze raz chmiele. Cytrusy stoją równo w pierwszym rzędzie, jest trochę grejpfruta i ananasa. Do tego bardzo fajne tło w postaci biszkoptowych nut, takich delikatnie przypieczonych. Przez moment myślałem, że wyczuwam też delikatną siarkę, ale to raczej mój nos płata mi figle.

Już po pierwszym łyku było wiadomo, że na pewno sięgnę po odnowiony Powrót Króla przy najbliższej okazji. Jeżeli dobrze pamiętam pierwszą warkę (ze starą etykietą) to była ona cholernie nijaka i nudna. Ta taka nie jest, oj nie. Podstawą jest bardzo wyraźna, ale stonowana słodowość. Biszkopcik, chlebuś, te klimaty. Nad nimi stoją i spoglądają władczo chmiele, cytrusowo-ziołowe zdaje się. Są mocne, nadają piwu wytrawności, ale nie blokują słodów całkowicie. Goryczka wchodzi dosłownie z buta i na moje oko ma większego bajcepsa niż zostało to podane na etykiecie. Jest mocna, wyrazista i ma żywiczno-grejpfrutowy profil. Można powiedzieć, że finisz jest jej naturalnym następstwem bo ma lekko zalegającą, żywiczno-łodygową postać. Całość pije się cholernie szybko i lekko, orzeźwienia też nie brakuje. Wysycenie w punkt, średnie do wysokiego. Niejedna AIPA mogłaby tej APA buty czyścić jeżeli mam być szczery. Można się wykłócać, że trochę to wszystko za wyraźne i za mocne jak na ten styl (szczególnie goryczka), ale... po co.

----------

Styl: American Pale Ale
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: 35
Skład: słód (jęczmienny: pale ale, pilzneński, carahell, chãteau biscuit), chmiel (Iunga, Chinook, Citra, Simcoe, Centennial, Cascade, Zeus), drożdże US-05.
Do spożycia: 18.06.2016


Ostatnimi czasy mało sypiam. Chodzę regularne spać, ale krzątają mi się po głowie różne myśli nad którymi trzeba się dobrze zastanowić przed snem. Jedni w takich przypadkach prowadzą wewnętrzne monologi na temat globalnego ocieplenia a ja... jak to prawdziwy alkoholik rozmyślam co takiego mogło się stać z browarem Kormoran. Panowie tak jakby... przysnęli ostatnio. 

Ich najlepsza seria "Podróże Kormorana" ledwo co ciągnie a i ma całkiem poważne wpadki jakościowe. Browarze z Olsztyna... nie idź tą drogą! Dlaczego taki wstęp? Ano dlatego, że moim skromnym zdaniem to właśnie Jan Olbracht skorzystał najbardziej na drzemce Kormorana. Nowe etykiety zwiastujące poprawione receptury, seria piw "Piotrek z Bagien" i konkurs Kuźnia Piwowarów. Wszystko wyegzekwowane poprawnie i z sukcesem. Dzisiaj sprawdzimy sobie czy ich dobra passa dalej się utrzymuje na przykładzie ostatniej nowości, belgijskiego Tripla.



Piotrkowa etykieta była przeze mnie opisywana już nie raz. Jak zawsze różni się ona tylko kolorem. Chciałem jednak poruszyć kwestię, która mnie dręczy od jakiegoś czasu. Ostatnio prawie, że każda etykieta wydaje się być przyklejona na odwal. Tej zimy zdarzyło się to już paru browarom i niestety Jan Olbracht nie jest wyjątkiem. Za mała ilość kleju lub popsuta maszyneria i mamy pełno bąbli pod papierem. Jako zbieracz butelkowy jestem zażenowany tą sytuacją. Piwo wygląda po części ładnie. Ma ciemnozłoty kolor, lekko zamglony. Niestety piana tylko przez chwilę była kremowa i wysoka. Bardzo szybko zaczęła pękać i pozostał po niej wyłącznie marny kożuch. 


Nasz Piotruś pachnie całkiem przyzwoicie. Jest w 2/3 przyprawowy i w 1/3 orzeźwiająco cytrusowy. Mamy tu wszystko od imbiru i pieprzu (jakiś goździk też się znajdzie) po delikatne, ale wyraźne zacięcie chmielowe w postaci cytrusów i żywicy. Najwyraźniej to Simcoe przebił się najbardziej. Mam też niebywałe skojarzenia z końską derką i stajnią przy okazji letnich upałów. Co do samego aframonu wydaje mi się, że podbił on po prostu moje odczucia innych przypraw (tylko nie swoje własne).

Po pierwszym łyku zacząłem się dziwić jak dziecko, które przyłapało rodziców w sypialni. Po takim woltażu spodziewałem się ciężkiego przyprawowego uderzenia, ale go nie dostałem. Początek okazał się być lekko słodki, tak w granicach przyjemności. Owa słodycz zostaje praktycznie przez cały czas, ale dochodzą do niej różnorakie smakowite elementy. Zacznijmy od przypraw, które owszem są dość mocne, ale starają się nie wgnieść pijącego zbytnio w podłogę. Jest korzennie, imbirowo, goździkowo i po części pieprznie. Do tego bardzo przyjemna, trafiająca idealnie w punkt goryczka o jakimś takim zielonkawym zacięciu. Można rzec, że podchodzi pod ziołową. Finisz mógłby być wyraźniejszy za to. Przyjemny, goździkowo-cytrynowy posmak jest za słaby aby się nim w pełni nacieszyć. Co jest jednak najbardziej zaskakujące w tym piwie to to, że przez prawie cały czas na końcu języka pojawia się właśnie takie lekkie skubanie cytryny. Zadziwiające. Piotrkowy Tripel jest sycący, nie ma co do tego wątpliwości. Niskie wysycenie tylko potęguje to uczucie, ale o dziwo pije się go bez zahamowań. Może to zasługa płatków ryżowych? Wpasowuje się on idealnie w powolne, wieczorne sączenie w te zimowe dni a i bardzo dobrze ukryty alkohol ładnie rozgrzewa.

----------

Styl: Tripel
Alk: 8,5%Obj.
Ekstrakt: 18,5% Wag.
IBU: 30
Skład: słody (jęczmienny - pilzneński, pale ale, carapils), płatki owsiane, płatki ryżowe, chmiel (Iunga, Calypso, Simcoe), aframon madagaskarski, drożdże FM 21.
Do spożycia: 11.06.2016


Tak wiem, mamy grudzień. Tak wiem, wiele browarów wypuszcza tzw piwa świąteczne. Problem w tym, że musiałbym pojechać do Wrocławia aby ich spróbować... a to jakieś 220km stąd. Oczywiście mógłbym je zamówić w jakimś sklepie internetowym, ale w tym roku jakoś dziwnie browary postanowiły dość późno wyskoczyć ze swoimi wynalazkami bożonarodzeniowymi (tutaj wpisz inne święto, które obchodzisz).

A już nawet nie będę pisał o totalnych hipsterach, którzy zapewne wypuszczą swoje piwa dopiero po świętach... (ekhem, AleBrowar, ekhem). Zszedłem sobie więc do piwnicy z myślą prawie, że tragiczną. Otworzyć jakiegoś leżakowanego portera czy nie? W końcu co innego mogło mi podarować chociażby namiastkę piwa świątecznego? Kwas Delta od Pinty spoglądał na mnie złowieszczo, ale na jego szczęście miałem ochotę na coś cięższego. Ku mojemu zdziwieniu zaraz za nim ukryła się butelka Opactwa Króla. Belgijska IPA? Czemu nie.



Stare butelki browaru nie wyglądały źle. Miały w sobie "to coś" głównie dzięki rysunkom Andrzeja Mleczki. Chyba każdy szanujący się bloger piwny wie jak wyglądała etykieta Córy Koryntu. Browar postanowił jednak pójść za nową modą transparentności i jako jeden z nielicznych wyszedł na tym dobrze. Dla przykładu, Pracownia Piwa zrobiła podobną rzecz, ale jej etykiety ni za cholerę mi nie pasują w tym stylu. Może to przez wielkość butelki? Jan Olbracht postanowił rozciągnąć jak tylko się da daną scenkę humorystyczną i dzięki temu całość bardzo dobrze się prezentuje. Podobnie jak piwo, które jest prawie, że idealnie klarowne. Kolor herbaciano-miedziany, z przymrużeniem oka. Piana koloru beżowego (trochę naciąganego) z początku wydawała się trwała. Po chwili zaczęły pojawiać się większe bąble, które zwiastowały jej niechybną śmierć. Na szczęście pozostawiła całkiem fajną koronkę na szkle. Tak sobie teraz uświadomiłem, że dawno nie widziałem lacingu w piwie... 


Aromat z początku bardzo intensywny, z biegiem czasu zaczął jednak tracić na mocy. Już na wstępie w nos uderza nas... Belgia! Gruszka jako pierwsza przychodzi na myśl, w dodatku przy akompaniamencie delikatnych przypraw, coś pomiędzy orzechem a pieprzem (gałka muszkatołowa?). Bardzo fajnie pasują do tego chmielowe akcenty, tropiki i cytrusy głównie. Bez problemu da się wyczuć brzoskwinie i mandarynki. Wszystko dopełnia lekki zapaszek... chlebowy? Nieee, bardziej podchodzący pod ciasto jeżeli mnie nos nie myli.

Pierwszy łyk jakoś nieszczególnie mi podszedł, może przez delikatnie wodnisty początek? Dopiero kolejne dowaliły do pieca wyrazistymi przyprawami (tym razem pieprz okazał się dominujący), które dodały delikatne uczucie suchości w ustach. Zaraz za nimi gruszka, brzoskwinia i delikatna pomarańcza w wydawałoby się dość słodkawych rolach. Całość ładnie zlepiają lekko przypieczone, tostowe nuty wraz z delikatnym karmelem. Goryczka to najsłabszy punkt tego piwa. Wydaje się być przyprawowa ze słabym cytrusowym zacięciem, ale jest cholernie niezdecydowana. Niby 30 IBU, które deklaruje browar to niedużo, ale chodzi mi głównie o jej wyrazistość, której ta zwyczajnie nie posiada. Finisz na szczęście bardzo pozytywny, intensywny i złożony. Przyprawy, herbatniki, brzoskwinie i delikatny posmak bananowy. Sama przyprawowość zalega trochę co mi akurat nie przeszkadza. Treściwość średnia jak na 16,5% ekstraktu, pije się bezproblemowo. To samo z alkoholem, w życiu bym nie powiedział, że Opactwo Króla ma aż 7%. Dopiero pod koniec picia przychodzi lekkie, alkoholowe ogrzanie. Wysycenie średnie do wysokiego, pasuje. Piwo okazało się być bardziej belgijskie niż ipowate, ale czy mi to akurat kiedykolwiek przeszkadzało?


Polska złota jesień? Ten termin istnieje chyba wyłącznie w pamięci osób starszych. Co roku mamy może 1-2 dni słoneczne, gdy rzeczywiście liście mienią się na złoto a reszta... to deszcz, błoto i gnijąca zieleń koloru brązowego. Nie żeby mi to jakoś mocno przeszkadzało, w końcu każdy człowiek z rowerem górskim zaciesza mordę gdy widzi takie warunki do jazdy.

Bardzo dawno nie robiłem degustacji na spokojnie, przed kompem i bez notesu. Uwielbiam zabierać piwo na dwór, chyba muszę mieć jakąś niechęć do picia w domu przez jedne z pierwszych degustacji na blogu. Wtedy, prawie zawsze, tłem do zdjęć było albo okno w kuchni albo fioletowa ściana w pokoju.

Chcąc dziś zabrać Piotrka na zewnątrz zobaczyłem dziwną i złowieszczo wyglądającą chmurę, z której po paru minutach zaczęły wydobywać się grzmoty. Wróciłem do domu jak najszybciej. Załączyłem najnowszą płytę Iron Maiden (ostatni raz słuchałem ich nałogowo chyba w 2000 roku), zapaliłem lampkę na biurku i zacząłem się modlić, aby mój aparat nie odwalił jakiegoś focha z racji tak małej ilości światła.



Pierwsza rzecz, którą warto zanotować to inny nadruk na kapslu. Stary możemy zaobserwować np przy Grodziskim z tej samej serii. Jako, że wolę minimalizm bardziej przypadł mi do gustu ten stary. Nowy... ujdzie. Etykieta ta sama co przy grodziskim tylko, że zielona i bardziej oczojebcza przez pewnego rodzaju metaliczny nadruk. Piwo nalewa się z bujną, zbitą i całkiem przyjemną dla oka pianą. Żywot jej średni ale fajnie zdobi szkło. Kolor trunku to coś pomiędzy złotem a miedzią, lekko zamglone.


Jedno trzeba przyznać zielonemu Piotrkowi, ma cholernie wytrzymały i wystarczająco intensywny aromat. Prym wiodą słody w postaci ciasteczek wraz z nektarem kwiatowym. Całość dopełniają lekkie przyprawy i owoce, głównie pomarańcza. Jedynym minusem jest delikatny rozpuszczalnik ale większość z Was go nawet nie poczuje zapewne bo jest on wręcz marginalny.

W ustach duże zaskoczenie, piwo wydaje się kremowe, lepkie wręcz. Jest jednak lekkie i średnio treściwe. Pije się je całkiem szybko i z przyjemnością. Jest słodowo, herbatniki i delikatne tosty to najbardziej trafne skojarzenia. Zaraz za słodami skrada się pieprz i subtelna (ale zauważalna) owocowść w postaci pomarańczy. Szlachetna goryczka, niska ale wyraźna, dobrze współgra z przyprawami. Bardziej słodkie na początku z lekko wytrawnym finiszem. Ten z początku przypominał mi trochę ziemiste smaczki ale po paru łykach przybrał postać orzechów ze specyficznym posmakiem pozostającym na języku. Nagazowanie średnie, wręcz w punkt można rzec. Piwo cholernie dobrze mi podeszło, może i jest trochę za bardzo słodowe a za mało owocowe ale jakoś mi to nie przeszkadza.


Jedziemy z kolejną degustacją we współpracy z piwnym sklepem internetowym Piwna Przystań. Jak już pisałem przy okazji Axe Rocks z Buxton jest to nowy sklep, który dopiero co zbiera klientów. Nie muszę Wam chyba tłumaczyć jak ważna dla wielu rodaków jest możliwość zamówienia sobie craftu nawet w najgorsze dziury gdzie Żubr panuje nieustannie? Potrzebujemy takich miejsc w internetach jak najwięcej.

Możecie być lekko zdezorientowani patrząc na półkę sklepową z nowym wypustem browaru rzemieślniczego Jan Olbracht. Problem głównie polega na tym, że ktoś postanowił stworzyć serię o nazwie „Piotrek z Bagien” a poszczególne piwa wyróżnić jedynie kolorem etykiety i dość małym tekstem na spodzie oznaczającym styl. O samej „marce” browar wypowiedział się w taki sposób, że ma ona iść z duchem rewolucji… co jednak oznacza owy Piotrek, który tak bardzo uwielbia bagna (w sumie ja też)? Cholera wie.



Co mamy na etykiecie? Bardzo dziwnego, tytułowego Piotrka, który mi osobiście przypomina po prostu dziwne połączenie bobra z dziobem jakiegoś ptaka... i to w dodatku stojącego na dwóch łapach/nogach. Tło to typowe bagienko, często takie mijam jadąc rowerem. Wiecie co jest jednak najdziwniejsze? Podoba mi się ta etykieta... nie umiem jednak wytłumaczyć dlaczego. Całość trochę przypomina plakat ze starych filmów amerykańskich typu grindhouse, może nawet jakiegoś horroru o stworze z bagien. Piwo w szklanicy takim potworem nie jest. Bardzo ładna piana, bielutka i puszysta jak obłoki na niebie. Trochę szybko się redukuje ale pozostawia sporych rozmiarów kożuch. Piotrkowy kolor nie bardzo mi się mieści w granicach grodzisza. Owszem jest tylko lekko mętne (zapewne gdyby nie plecak byłoby prawie że klarowne) ale jest dość ciemne, słomkowy kolor to to nie jest na pewno. 


Aromat jest bardzo fajny, rześki i wyraźny. Wędzonka pełną gębą i co najlepsze przypomina zapach oscypka. Nie jest to czysty "janosikowy ser" ale nie ma się co czepiać. Lekka szyneczka też jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Dodatkowo jest też lekka ziołowość, która dodaje rześkości całości. Oczywiście będą ludzie, którym tak intensywny zapaszek będzie przeszkadzał i w sumie ich trochę rozumiem. W końcu rzadko kto pamięta, żeby oryginalne grodziskie w ogóle wędzonością zalatywało. Craft jednak rządzi się swoimi prawami jak widać. Patrząc jak pies niszczy ogórki na działce zacząłem pić i... zdziwiłem się trochę. Piotrek okazał się delikatny w smaku czego w ogóle nie zapowiadał aromat. Średnio intensywna wędzonka, tym razem bardziej przypominająca dymione, dogasające drewno. Do tego bardzo nijaka słodowość, zamulająca w pewien sposób całe piwo. Nie ma tutaj nut pszenicznych, tak się zastanawiam po co ten słód pilzneński w zasypie. Goryczka na chwilę ratuje sytuacje bo może i nie jest wysoka (to dobrze w tym stylu) ale jest wyraźna i po prostu robi swoje. Profil ma trawiasto-glebowy i w pewnym stopniu budzi całość do życia. Niestety finisz jest pusty i w dodatku dość wodnisty. Wysycenie jest dość wysokie więc jak najbardziej w porządku, szkoda, że całość jest bardziej muląca niżeli orzeźwiająca. Mimo tego pije się, powiedzmy że okej. Na pewno trafi do większej rzeszy Januszy, którzy nie oczekują od piwa jakichś super duper doznań. Dla mnie... wydaje się po prostu tanie, nudne i na pewno nie orzeźwia.


Browar rzemieślniczy Jan Olbracht ma ostatnio mocno pod górkę. Wiele piwoszy zastanawia się jak można tak spieprzyć jakość większości swoich piw (np stoutu Królewskie Tajemnice). Prawie każde zdegustowane ostatnio piwo z serii Andrzeja Mleczki jest mieszane z błotem w internetach. Co gorsza, InterMarche zrobiło promocje na ich wyroby więc z dostępnością w ogóle nie ma problemu i każdy może się o tym przekonać.


Mówi się, że najlepsze na zimę są piwa ciemne, portery w szczególności. Sam tak uważam i podtrzymuje tę piękną tradycje kiedy tylko mogę. Ostatnimi czasy jednak browary próbują zakłócić mój spokój ducha dorzucając do czarnego złota wszelakiej maści wynalazki amerykańskie. Jak dobrze wiecie przeszła mi podnieta na tropikalną rewolucję i martwi mnie taka kolej rzeczy. Owszem czasami lubię sobie wypić AIPA czy inne IPA ale gdy amerykańscy najeźdźcy niszczą idealną parę suszonych owoców i czekolady/kawy… no lekko mi oko zaczyna skakać przez tik nerwowy muszę przyznać. 

Dlaczego ja o tym? Ano dlatego, że Piwoteka i Jan Olbracht twierdzą, że ich nowe kooperacyjne piwo, pszeniczny koźlak dubeltowy, idealnie pasuje do chłodnych, zimowych wieczorów. Nawet wysłali paru blogerom (w tym waszemu uniżonemu) paczkę w stylu dary losu co by się mogli o tym przekonać. No to co, siup w ten dziub?


Jak widzicie na zdjęciach etykiety nie ma co oceniać gdyż w momencie wysyłania panowie nie mieli jeszcze wydrukowanych tych właściwych. Mimo tego etykieta zastępcza posiada dużo informacji, nawet wymienili głównych piwowarów z nazwiska i imienia. Mamy też informacje, że jest to połączenie receptur Córy Koryntu i Ślepego Maksa, jak wiecie ten drugi średnio mi podszedł. Wracając jednak do gwiazdy wieczoru, jest o wiele jaśniejsza niż sobie ją wyobrażałem. Ma złoty kolor, może trochę wchodzący w pomarańcz. Zmętnienie duże, gładkie, aczkolwiek na spodzie utworzyły się prześmieszne smugi (zdjęcie na końcu). Piana z początku wysoka na dwa palce zredukowała się dość szybko do dość grubego kożucha.


Pierwszy niuch i pierwsze uderzenie. Aromat jest wyraźny, mocny, słodowy. Skórka od chleba, dość pokaźnych rozmiarów. Jak udo dziołchy wiejskiej, która okazuje się być mistrzynią okręgu w kiszeniu kapusty w beczce. Fest baba z parą w nogach. Zaraz po tym ciemne owoce, suszona śliwka i winogrono. Jest też trochę przypraw, w sumie to głównie goździk. Wisienką na torcie jest szczypta przyjemnego alkoholu. Całość tak wypychająca aż nos rozrywa, proper stuff mate. Zniecierpliwiony biorę pierwszy łyk i... od czego by tu zacząć? Może od tego, że jest grubo. Bogactwo słodowe, chlebek, banan, spora ale nieprzytłaczająca ilość goździka, pszenica. Ciemne owoce robią bardziej za statystów ale ich role mogłyby być równie oskarowe. Śliwka, rodzynki i winogron są z łatwością wyczuwalne. Z początku słodkawe szybko robi się wytrawne i lekko cierpkie pod koniec. Alkohol w minimalnych ilościach bardzo dobrze spaja całość. Nagazowanie średnie do niskiego co tylko jeszcze bardziej rozleniwia. Goryczka na bardzo niskim poziomie, co akurat w tym stylu nie dziwi. Jest mocarnie, treściwie i słodowo ale wbrew pozorom (i trochę dzięki alkoholowi) piję się szybko (ekhem, zdradliwie, ekhem) i przyjemnie. Gdzie jest mój fotel bujany?!

WWW


Winter is coming a wraz z nią wszelakiej maści portery, stouty, RISy, po części black IPA, koźlaki no i oczywiście weizenbocki (o piwach świątecznych nie wspomnę). Te ostatnie są dość specyficzną grupą bo z moich ostatnich obserwacji wynikło, że ciężko jest wypić takiego, który nie byłby po prostu lekko zakamuflowaną pszenicą. Entuzjazmu dodaje fakt, że olbrachtowy stout okazał się całkiem przyzwoitym piwem. Może i pszeniczny koźlak też im wyszedł?

Prawda jest taka, że miałem się w końcu wziąć za piwa z browaru Olimp, nowy Prometeusz i Kentauros zalegają mi w piwnicy a dzisiaj dojdzie do nich jeszcze Hera i Nyks... Niestety moja wrodzona ciekawość zaprowadziła mnie w najczarniejsze czeluście internetu gdzie wyczytałem, że weizenbock z Olimpu jest mocno średniawy, u niektórych nawet zepsuty. Uwagę więc bardzo szybko skierowałem na coś, co według mnie jest o wiele bardziej złowieszcze niż taka etykieta Golden Monka.


Mleczko dał wodzę fantazji i połączył dwa światy: dawne czasy "poland strong" pomieszane z pyszałkowatym stylem życia i wątpliwej teraźniejszości (niedawno z resztą wliczonej do PKB). Z początku myślałem, że najbardziej rozbawia mnie mina króla, który jest wręcz wniebowzięty. Dopiero teraz, jak tak sobie patrze na zdjęcie, zauważyłem, że ta kobieta pracująca ma szpilki... znak naszych czasów mówię wam. Już nie będę się czepiał, że biorąc pod uwagę wysokość postaci ona się po prostu przytula do jego klaty, prawdopodobnie owłosionej jak u prawdziwego mężczyzny. Piwo owłosione nie jest, piane ma niską, na pół palca może. Drobna i kożuszek jak się już uformuje to pozostaje do końca. Kolorek ciemnego bursztynu, zmętnione jak być powinno. 


W aromacie uderza od razu banan z goździkiem i gdy już zacząłem powątpiewać pojawiają się też ciemne owoce, głównie rodzynki i bardzo specyficzny, lekki alkohol przypominający trochę dofermentowane owoce. Całość wydaje się taka pełna, powiedziałbym że nawet lekko zapychająca. Po wypiciu paru łyków już nie mam złudzeń, to jest weizenbock. Mocno chlebowe z ciemnymi owocami, znowu głównie rodzynkami. Niestety coś chyba poszło nie tak bo wszystko przykrywa mocny goździk i nawet przyjemny banan mu nie daję rady. Przesadyzm tych przypraw daje takie suche poczucie w ustach. Jakby sobie człowiek je nasypał prosto na język. Goryczka niska, książkowa. Końcówka trochę cierpka i niepotrzebnie zalegająca. Całość jest jednak pełna, zbożowa i przyjemnie wypełniająca. Mam problem z rozpoznaniem profilu alkoholowego, jest go mało ale jednak robi robotę i ogrzewa przyjemnie. Problem jest jednak w tym, że ma taki pusty smak... owocowy profil z aromatu poszedł gdzieś w cholerę i została taka pusta powłoka... cholera no nie wiem jak to wam wytłumaczyć. Podsumowując byłby to całkiem przyjemny koźlak pszeniczny gdyby nie te przytłaczające momentami przyprawy.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com