Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywiec. Pokaż wszystkie posty

Zawsze uważałem, że każdemu browarowi należy dać drugą szansę. Tak wiem, że dla wielu zły koncernowy moloch jakim jest Żywiec nie powinien się nawet znaleźć na blogu craftowym, ale ludzie... piwo to piwo. Czasami człowiek musi się też odmóżdżyć trochę. 

Co prawda nie chcę mi się tracić czasu na koncernowe wynalazki, ale "ten typ z Piwolucji" wrzucił ostatnio na swój fanpage piękną degustacje nowego wypustu z Biedry i jakoś tak mnie wzięło... Ot łatwy do napisania post humorystyczny o tym jakie to piwo koncernowe jest beee i booo



Etykiety nie będę opisywał, bo w sumie nie ma czego. Ten sam wzór co przy wcześniejszych wypustach niby-cratowych. Oczywiście o pełnym składzie możecie zapomnieć. Kapsel firmowy, ale to byłby jawny żart gdyby tak wielkiego browaru nie było na niego stać. Samo piwo za to prezentuje się zadziwiająco ładnie. Żółte, przechodzące w blady pomarańcz i średnio zmętnione. Piana wysoka, ale też dziurawa jak ser szwajcarski. Pozostawia ładny kożuch i mocno czepia się szkła. 


Aromat jest... dziwny. Trochę słodkich tropików i bardzo, ale to bardzo delikatna cytrusowość. Nie ma niestety żadnej pszenicy czy nawet jej pochodnych. Zamiast tego mamy bardzo dziwne połączenie karmelu i chleba. Mało to jednak ważne, bo intensywnością całość nie grzeszy kompletnie.

W smaku wydaje się takie, jakie być powinno. Lekkie, z niezapychającym ciałkiem i dość wysokim nagazowaniem. Problem w tym, że pszenice to to przypomina może w 5%. Amerykańca już bardziej, mamy bowiem jakieś zalążki cytrusów (tutaj głównie cytryna) i tropików (te bardziej w autosugestii jednak). Oprócz tego chlebek, tym razem bez karmelu i prawie, że kompletny brak skojarzeń z pszenicą jako taką. Do tego goryczka w postaci zerowej i dziwacznie cierpki finisz. Mi osobiście kojarzy się z przeterminowaną cytryną. Taką, która już trochę leżała w typowej polskiej kuchni czekając na te ostatnie, zbawcze nawet, wyciśnięcie do herbaty. Meh ten finisz będzie za mną chodził cały dzień teraz... Podsumowując, nie jest aż tak tragicznie, że musiałbym to wylewać do zlewu. Jest najzwyczajniej w świecie nudno i po koncernowemu (czyli na odpierdol).

----------

Styl: American Wheat
Alk: 4,9%
Ekstrakt: 11,5%
IBU: 1,5/4
Skład: słód (pszeniczny, jęczmienny), chmiel.
Do spożycia: 14.12.2017


Zapiszcie sobie nowe, jakże ważne święto w swoich kalendarzach. Obok Dnia Stoutu czy też IPA Day pojawiło nam się jeszcze Święto Porteru Bałtyckiego. Styl nazywany przez wielu piwowarskim skarbem Polski nie był według mnie traktowany z należytym szacunkiem... do teraz. Jakoś tak u nas w kraju jest, że kochamy przyjmować tradycje zza wielkiej wody (IPA Day), ale zapominamy o własnych skarbach.

Polska jest potęgą jeżeli chodzi o portery bałtyckie. Aż dziw, że nikt wcześniej nie pomyślał o takiej inicjatywie. Takie samo zdanie miał prawdopodobnie Mason czyli Marcin Chmielarz, pomysłodawca nowo powstałego święta. Wiele browarów uwarzyło swoje własne porterowe wynalazki, które miały premierę właśnie 16 stycznia tego roku. Jednym z nich był Imperium Prunum z browaru Kormoran, na którego cały czas poluję z resztą. Ja to święto postanowiłem ukoronować dość skromnie, od taki leżakowany porter z Żywca. Z tego co pamiętam akurat ta warka była bardzo smaczna na świeżo. Jak będzie teraz?



Etykieta stara, jeszcze sprzed czasów ujednolicenia produktów Grupy Żywiec. Te nowe nie są złe, ale jakoś bardziej podoba mi się właśnie ta. Złote zdobienia pasują jak ulał do medalu, który zwykł wygrywać przedstawiciel tego stylu pochodzący z naszego kraju. Jeżeli mnie pamięć nie myli żywiecki porter żadnego konkursu międzynarodowego nie wygrał jednak. Kapsel firmowy. Nie wiem czy to wina czcionki, ale wygląda dość staro. Piwo w szkle jest czarne, nieprzejrzyste. Bardzo ciężko jest wymusić rubinowe refleksy, klarowne. Beżowa piana nie chciała się zbytnio utworzyć. Bardzo szybko zaczęła pękać i po parunastu sekundach pozostała po niej wyłącznie obrączka. 


Byliśmy wcześniej na burgerze w nowo otwartym przybytku, na który każdy szanujący się wegetarianin nawet nie spojrzy. Zacny był to kawał mięsa więc byłem przekonany, że już nic mi dzisiaj nie popsuje humoru. Zacząłem wątpić w swój optymizm już przy pierwszym niuchu. Śliwka, wiśnia w czekoladzie, odrobina paloności, ale przede wszystkim... rozpuszczalnik. Nie spodziewałem się tego po tak starym piwie i jestem na 99% pewny, że ta warka nie miała nut rozpuszczalnikowych gdy była świeża. 

W smaku nie jest jakoś szczególnie lepiej. Pierwsze co daje się we znaki to brak ciała. Mówiąc wprost początek jest zwyczajnie wodnisty. Potem mamy trochę owoców (tutaj znowu góruje śliwka i może odrobina rodzynek), nieprzyjemny, gryzący alkohol (w mniejszym stężeniu niż w aromacie, ale dalej dominujący) i taką dziwna paloność bliską popiołowi. Goryczka wyraźna, niestety nie należy do tych przyjemnych. Skumplowała się niepotrzebnie z tym beznadziejnym alkoholem. Na finiszu coś się zaczęło dziać bo do głosu doszły nuty gorzkiej czekolady połączone z likierem wiśniowym. Czekolada zalegała nawet lekko co mi się osobiście bardzo spodobało. Nie licząc dziwnej wodnistości na początku piwo wydawało się być w miarę pełne z dobrze dobranym, niskim wysyceniem. Niestety całość jest chaotyczna, nieułożona i niepotrzebnie alkoholowa. Żeby to jeszcze były takie przyjemnie rozgrzewające procenty... Aż dziw, że świeżynka bardziej przypadła mi do gustu. Wychodzi na to, że nie ma co sobie głowy zawracać leżakowaniem żywieckiego porteru.

----------

Styl: Porter
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 22% Blg
IBU: b/d
Skład: b/d
Do spożycia: 07.12.2014




Od jakiegoś czasu jesteśmy świadkami zalania polskiego piwnego rynku saisonem, dosłownie. Prawie każdy browar rzemieślniczy ma w swoim portfolio przedstawiciela tego gatunku, w mniej lub bardziej oryginalnej formie. Polacy przyjęli te piwa ciepło więc nie dziwota, że koncerny, jak to zwykle bywa, postanowiły podchwycić pomysł.

Osobiście nie mam nic do saisonów. Ba, nawet je na swój sposób uwielbiam. Co prawda wolę te bardziej zwariowane, ale dobrą, rasową sztuką też nie pogardzę. Jeżeli Żywiec chce mi zaproponować takowego w cenie do 4zł to ja się nie obrażę, nawet na wielki, zły koncern. Mam tylko nadzieję, że ich najnowsza propozycja nie spieprzy się z czasem jak żywiecka APA, która ostatnio jest wręcz niepijalna. Saison został wybrany poprzez głosowanie na stronie koncernu, każdy z nas mógł oddać głos na styl, który ma być uwarzony. Wygrana przedstawiciela prosto z Belgii trochę zaskoczyła wszystkich bo w internetach wielu blogerów (w tym ja) namawiało do głosowania na RISa... odstawmy jednak teorie spiskowe na bok (ekhem Cieszyn ekhem).



Etykieta z szablonu żywieckich specjalności. Nie ma się do czego przyczepić, ale umówmy się, dziełem sztuki to to nie jest. Podoba mi się fakt, że każde piwo z tej serii ma dedykowany kapsel (w końcu ich chyba stać na takie małe smaczki). Odwracam butelkę a tam na kontrze taka informacja: "Najlepiej smakuje w temperaturze 12-14'C". Żywiec nie każe zmrozić swojego piwa i podaje mniej więcej dobrą temperaturę serwowania? Który rok mamy teraz?! Kolor piwa jest dość wyraźny, ciemne złoto lub mocny pomarańcz jak kto woli. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się bladszego. Mętne nie jest, bardziej zamglone. Piana z kolei to jeden wielki żart. Bulgocze jak w Coli i po parunastu sekundach nic po niej nie pozostaje.


Nadzieja na coś dobrego zaczęła pękać jak bańki mydlane już przy aromacie. Zapach multiwitaminy z alkoholem to nie jest coś przyjemnego. Wydaje się też dość sztuczne... cytrusy jak z tych najtańszych soków pomarańczowych w 2l kartonach. Alkohol wydaje się lekko rozpuszczalnikowy. Plusem jest delikatna (ale zawsze) przyprawowość, głównie pieprzowa.

W smaku jest odrobinę lepiej... na początku przynajmniej. Co najdziwniejsze piłem dwa razy to piwo i za pierwszym było o wiele gorsze. Teraz mamy bardzo słaby, lekko wodnisty początek w postaci nijakiej bazy słodowej i bardzo delikatnych przypraw. Jakby się człowiek uparł to mógłby wyczuć też nutę cytrusów gdzieś z tyłu. Niestety całość psuje rozpuszczalnik, który wyłania się nagle i doprowadza do zawału jak Buka z Muminków. Goryczka, o dziwo chmielowa, próbuje go przegonić i... na szczęście udaje jej się to. Finisz jest czysty, wyraźny i przyjemny. Cytrusy, tutaj skórka od pomarańczy, wraz z subtelnym pieprzem i typową dla tego stylu cierpką kwaskowatością. Aż dziw mnie bierze, że przy takiej wpadce (prawie, że po całości) końcówka jest taka fajna. Wysycenie dość wysokie i przyjemne. Treściwość średnia z wodnistymi momentami. Pierwsza butelka, którą piłem zaraz po premierze była naładowana wyłącznie słodką multiwitaminą i rozpuszczalnikiem a przecież to ta sama warka (zakupiłem wtedy dwie butelki). Jeżeli Żywiec tak traktuje swoje "crafty" to ja podziękuję. Moja rada? Kupcie sobie jakiegoś porządnego saisona.


Dubbel Cieszyński to kolejny Grand Champion festiwalu Birofilia. W tym roku (jak i w poprzednim) wygrał Czesław Dziełak, znany nie tylko ze swojego dobrego piwa ale również z pewnego incydentu związanego z Browarem Ciechan. Dzisiaj się tym nie będziemy zajmować bo są to relikty przeszłości, po co sobie takimi głupotami zawracać głowę ponownie?

Jak to się mówi w blogerskiej familii jeżeli chcesz mieć istny boom wyświetleń napisz coś o znanym piwie, najlepiej koncernowym i najlepiej zjedź je jak burą s… no. Humorystycznie, z jajem i masz post miesiąca. Przyznam się Wam, że jest to kuszące. Szczególnie gdy człowiek patrzy jak ludzie uwielbiają jechać (lub też czytać pojazd) po koncernach. Dotyczy to głównie tych, którzy uważają Namysłów za craft albo na siłę chcą wszystkim wmówić, że koncern to zło.

Też taki byłem, na szczęście dla mnie przez krótki czas. Teraz staram się szukać (nawet na siłę) pozytywów w każdym koncerniaku, niestety jest to… kłopotliwie. Piwa znanych browarów są robione zazwyczaj na jedno kopyto, w większości przypadków są to aromatyzowane eurolagery. Duże firmy wiedzą po prostu, że taki typowy Janusz bardzo szybko wychwyci nawet najmniejszą zmianę w smaku. Nie chcą go przestraszyć dlatego dają mu tylko namiastkę stylu uważanego za craftowy. Co innego typowi piwosze, którzy harnasiożubrowego Leszka nie uważają nawet za piwo. Wtedy wychodzi właśnie lament i pojazd, taka jest jednak kolej rzeczy. Osobiście było mi trudno przekonać się do spróbowania żywieckiej APA, mimo tych wszystkich pochlebnych recenzji. Nie ma się co dziwić, wcześniejsze specjalności żywieckie nie podeszły mi... mówiąc łagodnie.


Kupiłem dwie butelki, co najlepsze nie można tego piwa dostać w żadnym z dużych sklepów/marketów. Przypadkiem, zaglądając do sklepiku osiedlowego po batona zauważyłem je na półce. Ze zdziwieniem spakowałem je do plecaka i pojechałem rowerem do domu, brzęcząc po drodze. Dlaczego dwie? Pamiętacie Brackiego Championa i te cholernie nierówne jakościowo butelki? No. Nad wyglądem państwo z Żywca się jakoś szczególnie nie zastanawiali. Zielony, czy może bardziej pistacjowy kolor tej samej etykiety jakoś nieszczególnie przykuwa uwagę. Chwyciłem za nowiuśkiego shakera AleBrowaru (pewnie będę się za to smalił w piekle) i przelałem do niego bursztynowy trunek. Piana nieszczególnie chciała się utworzyć. Szybko opadła do kożuszka a i lacing był słaby jak moje nogi po bieganiu. 


Podniosłem shaker do nosa i pomyślałem sobie jaki to ja durny jestem. Chłopie, przecie to piwo koncernowe a ty je wlałeś do najbardziej szerokiego szkła jakie masz. Chcesz coś z tego wywąchać?! Ano chcę i to zrobię. Bardzo wyraźny i mocny aromat uderza moje nozdrza jakby chciał coś udowodnić. Słodki, cytrusowo-nektarowy. Wspomagany lekko biszkoptowym zapaszkiem i trawą, ta jednak pojawia się dopiero po ogrzaniu. No, przyznam się szczerze, że zgłupiałem. Wziąłem pierwszy łyk i... hmm, muszę sobie to jakoś poukładać. Zacznijmy może od goryczki, która jest średnio intensywna ale za to wyraźna i chwyta nas mocnym, przyjacielskim uściskiem. Potem mamy wszechobecne cytrusy i nektarową słodycz z dodatkiem tego przyjemnego biszkopta. Bardzo fajnie kontrują gorycz ale tak bez przemocy i przepychania się. Coś na styl debaty uniwersyteckiej na wyspach. Co prawda gorycz wygrywa poprzez lekkie zaleganie ale ktoś musi być zwycięzcą. Nagazowanie średnie, pasuje. Piwo według mnie mocno pijalne, nie zapycha ani nie jest wodniste. Za 4,45zł (i to w osiedlowym, zazwyczaj droższym sklepie) biorę je w ciemno na każda imprezę/ spotkanie. Wielu zacznie zaraz podnosić widły i pochodnie udając się w moją stronę ale panowie, hola hola złe człowieki. ŻAPA pokazuje dobrą stronę koncernowego przystosowania stylu pod typowego Janusza. Prawdą jest, że każdy kto obcuje z polskim craftem uzna je za średnie i bez szału. Taki typowy Kowalski jednak dostanie szoku kulturowego ale takiego delikatnego, dzięki temu może w późniejszym czasie spróbuje czegoś z mocniejszymi doznaniami smakowymi. Pamiętajcie, małymi kroczkami do celu. W końcu nagły zły dotyk (jakim może być intensywność większości piw rzemieślniczych) może boleć przez całe życie.

PS: ostatnio Docent pił warkę z datą do lipca 2015 i okazała się cebulowa... dziwne, że w tak dużym koncernie nikt z jakości tego nie wyłapał. Więcej pod tym linkiem.


Szok i niedowierzanie, Grupa Żywiec wypuszcza na świat nie jedno, nie dwa a trzy piwa z duchem kraftu! No może troszeczkę przesadziłem ale jakby nie patrzeć nie spodziewałem się np takiego białego pszenicznego z logiem Żywiec. Czytam sobie więc zmagania ludzi w większych miastach, którzy szukają namiętnie tych piw w każdym markecie. A ja? Wchodzę dzisiaj do Tesco w moim 25 tysięcznym mieście i mam półki dosłownie uginające się pod ciężarem kartonów... zaraz obok Tatry. Przypadek? Nie sądzę!

Wszystkie piwa zrobione w podobnej stylistyce jeżeli chodzi o wygląd butelki. Niby okej ale cholernie nie podobają mi się te złote napisy i logo, bleh. Rozbawiły mnie jednak krótkie opisy każdego piwa. Bock i Marcowe mają dość długą historie, przynajmniej według Żywca. Białe natomiast ma identycznie napisaną notę tylko że nie pasującą jakoś do roku pierwszego uwarzenia w browarze... 2014. Zapewne napisali tak z myślą o potomnych. 

Białe:


Zacznijmy może od Białego, w końcu to największe zaskoczenie z całej trójki. Nalewa się dość... wodniście jak na ten typ piwa. Nie jest tak mętne jak inne wity, które piję namiętnie w gorące dni. Piana też szybko opada, trzeba jednak przyznać, że pozostaje jakiś tam kożuszek po niej. Kolor lekko wyblakłego złota, niby proper ale przez te słabe zmętnienie potęguje to tylko efekt wodnistości. Pierwszy raz od dłuższego czasu tak mi się wygląd piwa nie podobał. No kurde, spać nie będę mógł przez to...


Aromat jest bardzo słodki, przyprawy nie dają rady go zwalczyć. Co najgorsze, ta miodowa słodycz (która w sumie by mi nie przeszkadzała tak mocno) miesza się z takim jakimś zapaszkiem płynu do mycia naczyń. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz się spotykam ze słodkimi chemikaliami, nie tylko w piwie. Ludwik? Spadaj! No i sobie poszedł, w smaku na szczęście go nie ma. Jest za to, obiecane na etykiecie, orzeźwienie. Co prawda trochę wodniste i bez wyrazu ale zawsze coś. Pojawia się, typowy dla witów kwasek, bardzo przyjemny muszę zaznaczyć. Pewnie efekt tych paru ziaren przypraw, głównie kolendry, które skąpo browarnicy z Żywca sypnęli. Reszta to dość tępe słody. Jakaś to alternatywa będzie, gdy nad morzem wgryzać będziemy się w przepyszną rybkę z piątego oleju.


Bock:


Tak jakoś chwyciłem szklankę żywiecką (nie mam pojęcia skąd ją mam) i zacząłem nalewać. Co mnie zdziwiło to piana. Długo się utrzymuje, jest zbita i wysoka. Coś takiego w piwie z koncernu? Świat się kończy. Kolor brązowy z ładnymi refleksami pod światło, pełna klarowność. No no, jak to mówi młodzież na propsie.


Wącham i wącham i jakoś nie mogę natrafić na jakiekolwiek zapachy koźlacze. No bo karmel z colą to chyba nie jest norma w tym stylu... nie? Czar prysł. A po wyglądzie tak fajnie się zapowiadało. Waham się ale trochę się zmęczyłem machając grabiami. Czymś trzeba ugasić pragnienie. Pierwszy łyk i... dziwne. Dobra może od najłatwiejszej rzeczy, goryczka. Jest słaba ale długo zalega, dodajmy do tego to, że nie jest zbytnio smaczna (jakby zielona łupina od orzecha) i mamy swoistą katastrofę już na starcie. Piję jednak dalej bo intrygują mnie inne smaczki. Mianowicie posmak eurolagerowy (ooo tak, pojawia się), coś pokroju mokrej szmaty. Nie ma w tym nic z przypieczonej skórki od chleba, ba, nawet odrobiny karmelu nie uświadczysz. Jest też o wiele za mocno nagazowane jak na ten styl. Ogólne wrażenia? Zbutwiałe drewno.


Marcowe:


Ostatnie z nowości, patrze na tą zielonkawą etykietę i jakieś dziwne przeczucie każe mi uważać. No nic otwieramy i... uderzenie pewnego specyficznego zapaszku prosto z butelki, o nim za chwilę. Co prawda piwo nalewa się z bujną pianą ale, jak przy eurolagerach, znika ona szybko. Kolor ładny, ciemnozłoty, klarowne, przyjemne.


Czym był ten specyficzny zapaszek? Ano zbukiem, jechało zepsutym jajem jak cholera. Co prawda po chwilowym odstaniu w szkle jajo gdzieś znikło ale pierwsze wrażenie pozostaje. Pomijając te nieprzyjemną przygodę mamy bardzo słabo wyczuwalne słody. Pijemy, im szybciej skończę tym lepiej. Pierwsze co daje się we znaki to karmel, słodycz ze słodów. Szybko przejmuje jednak wartę niska i bardzo tępa goryczka, przy akompaniamencie... alkoholu, takiego prosto z gorzelni. Najlepszy jest jednak posmak, który dość długo zostaje w ustach, jest... znowu słodki. Dziękuję, ja wysiadam bo zaraz dostanę zgagi od tego.


Nazwijcie mnie durniem ale ja naprawdę wierzyłem, że Żywiec wypuści coś w miarę pijalnego. Jak zwykle wyszło beznadziejnie, no bo przecież zwykłemu Kowalskiemu wystarczy zmienić etykietę, wmówić mu że tak właśnie mają smakować piwa craftowe i sprawa załatwiona. Wady w piwie? Przecie to prawdziwy smak craftu!

Każdy ma jakieś miłe wspomnienia z dawnych lat. Dla wielu takim wspomnieniem jest piwo EB, produkowane głównie w browarze w Elblągu. Najlepiej sprzedający się lager lat 90 znikł w 2003 z naszych półek. Osobiście nie czuje jakiegoś specjalnego sentymentu do EBka, bardziej pamiętam 10,5. Nie można im jednak odmówić dobrych, jak na tamte lata reklam.

Do niedawna nie wiedziałem nawet, że jest ono dalej produkowane. Dopiero znajomy, który systematycznie przywozi sobie z Niemiec 2 zgrzewki, uświadomił mi, że produkcja tego piwa tak naprawdę się nie zatrzymała. Jest ono eksportowane między innymi do Niemiec, USA, Kanady, Wielkiej Brytanii i Rosji. Warzone przez Grupę Żywiec w tym samym browarze co dawniej.


Etykieta aż bucha od słów premium, quality, original, rich etc. Trzeba im jednak przyznać, że wszystko się ładnie prezentuje, pomimo dość prostej etykiety. W sumie to nawet można powiedzieć, że bije taką polskością eksportową. Gorzej już jest z samym wyglądem piwa. Jest dość wyblakłe a piana trzyma się nader krótko i pozostawia kożuszek w kształcie półksiężyca. No ale czego oczekiwać od typowego eurolagera.


Piany już nie ma więc spokojnie wciągamy aromaty... słodowo, dość słodko. Nie ma jednak o dziwo tego dziwnego zapaszku, niby mokrej szmaty, którego spotkać można w prawie każdym innym koncerniaku w Polsce. Chwytam więc mocno kufel i zaczynam pić jak Reno z reklamy, niestety mojego wąsa żadna piana nie oblepi. Dwa łyki i jedno wiem na pewno, średnia słodowość zakrapiana jest dość sporą ilością słodyczy, nawet jak na eurolager. Nie ma tu jednak nic co by mogło zaskoczyć, taka o sobie woda ze słodem. W dodatku tak mocno nagazowana, że aż szczypie w język. Aaa i właśnie, gorycz... albo jej brak. W sumie to można ją wymusić płucząc sobie tym piwem usta. Wtedy jednak mogą nastąpić niewskazane następstwa... a może lepiej jednak tą stroną? Czytałem, że czasami można je u nas dostać, sprowadzone do kraju w cenie powiedzmy takiego Rowing Jacka. Ja na szczęście dostałem je w prezencie od znajomego z pracy, nie wyobrażam sobie kupna lagera odrobinkę lepszego od naszych (koncernowych) w takiej cenie. Nie będę oryginalny i napiszę jak Bartek: Czas na EB... już się skończył!


Drugie picie: 14.12.2013:

Bardzo dużo osób pisało, że wersja butelkowa bardzo mocno różniła się od tej beczkowej. Nie miałem jak tego sprawdzić niestety. Były też jednak głosy, że same butelki się od siebie różnią i to sporo. Zakupiłem więc 2 w Tesco, no bo gdzie indziej.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com