Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kingpin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kingpin. Pokaż wszystkie posty
Nie wiem czy to już demencja starcza czy zwykłe zaniedbanie, ale byłem święcie przekonany, że mam gdzieś na blogu degustacje zwykłego Geezera... Szukam więc, aby sobie porównać go z wersją imperialną, a tu pustka. Piłem go na pewno... wersję turbo też...
No nic, możliwe, że było to na jakimś festiwalu. Możliwe też, że byłem zwyczajnie w świecie leniwy i nie chciało mi się posta pisać. Z imperialnym tak nie będzie, poziom sztosowości tego piwa w internetach jest poza skalą dlatego nie mogłem sobie go odpuścić.
Świnia na etykiecie dość dziwnie wygląda w blond zaroście... średnio mi się to podoba jeżeli mam być szczery. Papier też słabo przyklejony, pomarszczył się cały podczas podróży. Piwo czarne, nieprzejrzyste, z gęstą brunatną pianą na wysokość palca. Po chwili zaczyna pękać, ale tylko do pewnego poziomu. Żywot ma całkiem długi, pozostawia nawet ładny lacing na ściance.
Ale zapach... w dodatku ewoluuje! Z początku czuć wyraźną kawę pod postacią wyśmienitego espresso. Jest coś jednak innego w tym czarnym złocie, wyróżnia się mocno spośród wypitych przeze mnie hektolitrów kawy. Może to przez jej leżakowanie w beczce po whisky? Przy każdym kolejnym niuchu dochodzą jeszcze inne zapaszki. I tak: najpierw czekolada, taka nie za słodka. Potem wanilia, dobrze wyważona, nie przykrywa reszty. Do tego trochę drewna i delikatny alkohol. No miodzio.
O paaanieee, jakie to gęste i aksamitne zarazem. Na początku ma człowiek wrażenie jakby spijał piankę z espresso. Tylko, że taką zimną i lekko nagazowaną. Albo nie! Tą taką dziwną miękką bezę, która w sumie nie jest bezą. Nie wiem jak to się nazywa, dali mi kiedyś w jakiejś restauracji w wielkim mieście. Na pierwszym planie kawa, to ona robi show. Znowu ma taki niespotykany smak, ale tym razem bardzo dobrze łączy się ona z delikatnym alkoholem. Ten jak jakaś orientalna przyprawa wznosi Geezera na kolejny poziom beczkowego bimbru, takiego minimum 12-letniego. Jest czekolada, gorzka, taka powiedzmy 75%. Jest wanilia, wypełnia przyjemnie luki pomiędzy innymi składnikami. Goryczka średnia, palona, w punkt można rzec. Na finiszu znowu dominacja kawy. Trochę espresso, trochę zielonych ziaren i odrobina orzechów gdzieś w tle. Ot taki nietypowy, ale cholernie przyjemny miks. Słodycz też jest (bardziej na początku), ale wcale nie leży jej na sercu walka o dominację. Przypomina trochę jakąś nieokreśloną mieszankę ciemnych owoców i/lub słodycz bourbońską. Ja pierniczę jakie to dobre... Nie wiem czemu, ale przy każdym łyku chodziło mi po głowie "Slayer ku#@$!". A przecież to idealne piwo do powolnego sączenia przy kominku.
----------
Styl: Imperial Espresso Stout
Alk: 9,1% Obj.
Ekstrakt: 24,5°
IBU: b/d
Skład: Słód (Pale Ale, Whisky Light, Chocolat, Arome, Abbey, Cara Blond, Black, pszeniczny jasny, żytni), palony jęczmień, chmiel (Cascade, Mosaic, Simcoe), kawa barrel-aged, laktoza, wanilia burbońska, cukier kandyzowany ciemny, drożdże Fermentis Safale S-04.
Do spożycia: 01.24.2018
Dużo się ostatnio mówi o jakości. I nie, nie mam na myśli poprawy debaty na Wiejskiej, bo ta nigdy nie nastąpi. Rozchodzi się o jakość naszego ukochanego produktu spożywczego jakim jest piwo. Codziennie czytam w internetach proroctwa rychłego upadku znanych i lubianych browarów. Pinta, AleBrowar, Artezan... wymieniać można bez końca.
Problem jest zawsze ten sam: "Atak Chmielu to nie to co kiedyś, widać masówka im zaszkodziła". Oczywiście w większości przypadków mamy do czynienia ze zwykłym "przecraftowaniem" organizmu. Zapewne dane piwo smakuje tak samo, ale najzwyczajniej w świecie na rynku pojawiło się parę lepszych w tym stylu, a i nasze kubki smakowe się wyrobiły. Nie możemy jednak bagatelizować sprawy. Nie raz natknąłem się na definitywnie spieprzonego klasyka. W moim osobistym rankingu takich wpadek dominuje niestety Pinta, ale Kingpin też się parę razy tam znalazł.
Etykieta z serii Kingpin Stories wygląda wręcz wyśmienicie. Kreska jaką sama grafika została narysowana cholernie przypadła mi do gustu. Pewnie jakoś ten styl się nazywa, ale o to byście musieli zapytać Kacpra. Kapselek firmowy browaru kooperacyjnego, według mnie brzydki jak noc. Francuzi mają dziwny gust muszę przyznać. Piwo prezentuje się za to bardzo ładnie. Złoty kolor, średnio, ale też równo zmętnione. Piana wysoka na dwa palce szybko się redukuje i po trzech minutach nic po niej nie pozostaje.
No no, to się dopiero nazywa "wybuchający aromat". Moglibyście mieć katar i sterczeć na molo w Sopocie, a i tak byście wyczuli co się w tym piwie święci. Jest soczyście, wyraźnie i trochę... drapieżnie. Na pierwszym planie rześki miks mango i cytryny. Nie wiem czemu, ale same owoce przypominają mi mocno sorbet z mango. Czuć też namiastkę kwaśności. Jest jednak jeszcze coś, co mogę opisać jedynie... świeżymi pomidorami/papryczkami (zapewne namiastka tabasco). I to nie w negatywnym znaczeniu.
Już po pierwszym łyku wiedziałem, że mała butelka to za mało jak na takie piwo. I nie chodzi o to, że jest ono jakieś "zwyczajne", oj nie. Po prostu jest tak sesyjne i orzeźwiające, że aż musiałem się powstrzymywać co chwilę, bo nie miałbym czego opisywać... Idealne ciało, wysokie nagazowanie i te smaczki... Zacznijmy od tego, że jest to najlepiej wkomponowane mango w piwie jakie dotychczas piłem. Nie jest mulące, a zwyczajnie w świecie owocowe i słodkie. Do tego wyraźna cytrusowość dodająca specyficznej kwaskowatości. W tym przypadku są to pomarańcze i limonki. Cały czas czuć też pikantność tabasco, które nabiera tempa na finiszu. To właśnie przy końcu zaczyna dominować i czasami pozwala się wybić jedynie delikatnej nutce mango. Goryczki żadnej, pikanteria ją zastępuje. Naprawdę pyszne piwo. Mam dość dużą tolerancję na wszelakie papryczki itp. ale i tak muszę przyznać, że pikantność w Mango Rising bardzo dobrze sobie radzi i nie daje o sobie zapomnieć. Nigdy się też nie spodziewałem, że tak dobrze zadziała z zazwyczaj mulącym mango. Jest jednak jeden problem, kwasku to tutaj jest tyle co kot napłakał niestety.
----------
Styl: Hoppy Sour Ale
Alk: 4,5%
Ekstrakt: 16,6%
IBU: b/d
Skład: słód, chmiel, mango, tabasco, drożdże.
Do spożycia: b/d
Każdy browar dąży do tego, aby się stale rozrastać i doskonalić (no chyba, że mówimy o EDIm). Jedni budują własne placówki (jak np. Pinta, AleBrowar i Perun ostatnio), a inni, pozostając w sferze kontraktowca, dzielą produkcję na dwie istniejące już warzelnie. Kingpin właśnie tak postąpił.
To w Niechanowie panowie z Kingpina będą warzyć swoje nowe piwa, które mają trzymać się widełek danego stylu w mniejszym lub większym stopniu. Ich trunki "z dodatkami" pozostają w Zarzeczu. Żeby to jakoś pokazać postanowili stworzyć nową serie "Kingpin Stories", którą dla ułatwienia można porównać do alebrowarowego ortodoxa.
Nowa seria piw wymaga nowych etykiet. Nie zobaczymy na nich mojej ulubionej świni a specyficzne grafiki Patryka Hardzieja. Przyznać muszę, że podoba mi się ta kreska i kolorystyka. Papier tylko jakiś do dupy, marszczy się i nie trzyma się zbytnio butelki. Kapsel firmowy, ładny mimo tekstu. Piwo ma kolor bardzo ciemnego brązu i jest delikatnie zmętnione. Piana rośnie wysoko, ale redukuje się szybko. Może to wina mrozu? A tak ładnie się zapowiadała mimo pojedynczych dziur tu i ówdzie.
Aromat jakiś szczególnie powalający nie jest. Ot mleczna czekolada i odrobina paloności. Ciekawe rzeczy zaczynają się jednak dziać po lekkim ogrzaniu piwa. Wychodzi taka specyficzna mleczność od laktozy. Zazwyczaj kojarzy mi się ona po prostu z mleczną czekoladą, ale tym razem wyraźnie czuć też samo "mleko". Coś jak zapach wydobywający się z garnka, w którym już za momencik ma wykipieć mleko. Szkoda, że całość nie jest intensywniejsza.
Każdy, bez wyjątku zauważy już po pierwszym łyku, że Hello Stranger jest bardzo gładkie i łatwe w odbiorze. Dosłownie kremowe można rzec. Niskie wysycenie tylko to odczucie potęguje. Pierwsze zaskoczenie to palone ziarna kawy, które wydają się być podstawą wszystkiego. Moje klimaty muszę przyznać. Do tego mleczna czekolada, ale taka bardzo nieinwazyjna i zboża gdzieś z tyłu. Jakby się uprzeć to może i da się wyczuć bardzo delikatną słodycz karmelową. Goryczka zaznacza swoją obecność, ale jakoś tak bez przekonania. Narastająca paloność ją dosłownie pochłania z każdym łykiem. Finisz wytrawny, głównie palone ziarna z nutą zielonej kawy. Ciemna czekolada na drugim miejscu. Niestety średnio mi się podobają zalegające zbyt długo palone słody. Ogólnie piwo bardzo dobre, w moim guście nawet. Pewnie się będą ludziska czepiać, że mało jest mleka w tym mlecznym stoucie, że za bardzo palony, że im się kury nie niosą itp. Mi smakował, co mnie niezmiernie cieszy po ostatnim wybryku Kingpina.
----------
Styl: Milk Stout
Alk: 5,4%
Ekstrakt: 15,0°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, cafe light, special b, abbey, chocolat, black, pszeniczny jasny), palony jęczmień, chmiel (Amarillo, Fuggles, East Kent Goldings), laktoza, drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 11.07.2017
Część z Was może pamiętać jak jakiś czas temu tylko wybrane i szanujące się browary wrzucały któreś ze swoich piw na leżak. Minęło trochę czasu i przechowywanie trunków w różniastych beczkach przestało być czymś ekskluzywnym. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że powoli robi się z tego chleb powszedni jeżeli chodzi o polską scenę craftową. Dlaczego tak myślę? Bo już w iście cebulowym stylu słychać narzekania, że niedługo to zaczną nawet lagery leżakować w drewnie po whisky.
Śmieszki na bok, coś w tym jednak jest. Na pewno wielu z Was miało styczność z piwami barrel aged, które ni w kij ni w oko nie zyskały na tym w żadnym stopniu. A przecież miało być tak super, premium, ekskluzywnie i w ogóle palce lizać. Rzeczywistość okazała się jednak inna... Niestety dzisiaj zdegustujemy sobie takiego bubla... i to w dodatku z jednego z moich ulubionych browarów.
Zacznijmy jednak od początku. Tym razem nie zobaczymy na etykiecie mojej ulubionej kingpinowskiej świni. Są za to jej bracia i siostry narysowane w takim dziwnym, ale ciekawym stylu. Coś mi to przypomina, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co... Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piany tyle co kot napłakał niestety. Tyle dobrze, że widoczny poniżej kożuch zostaje do końca.
Kiepsko jest z aromatem, tutaj nie mogę skłamać. Chciałbym nagiąć trochę prawdę, ale się nie da zwyczajnie. Tych delikatnych nut czekoladowych połączonych z beczką (w domyśle bardziej) nie można nazwać aromatem. Już oryginał miał dość spory problem a tutaj to już jest dramat po prostu. No szkoda...
Okej, coś się stało niedobrego po tym leżakowaniu w beczce po rumie. Ja rozumiem, że ekstrakt jest niski jak na polskie przyzwyczajenia porterowe, ale oryginał taki nie był... Teraz przy każdym łyku mam dziwne wrażenie, że ta rumowa wersja Digglera jest zwyczajnie w świecie wodnista. Niskie wysycenie, mimo że poprawne, też nie pomaga. Jest paloność, jest też gorzka czekolada. Niestety wszystko to jakieś płaskie i bez wyrazu. Goryczka nadal niska, ziemista, tutaj nic się nie zmieniło. Finisz chyba najbardziej intensywny się okazał, tak jakby próbował coś nadrobić. Jest czekoladowy z nutą orzechów laskowych i bardzo, ale to bardzo delikatną beczką. Niestety całość nadal jest wodnista i nudna jak flaki z olejem. Matko Bosko co tu się odwaliło najgorszego? Beczka praktycznie nic nie wniosła, a może i nawet to przez nią właśnie całość się tak popsuła.
----------
Styl: Hazelnut Porter / Brown Porter BA
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 13,1°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, special b, biscuit, czekoladowy, barwiący, żytni), chmiel (Admiral, Columbus, East Kent Goldings, Citra), orzechy laskowe, drożdże S-04.
Do spożycia: 07.10.2017
Nie wiem jak Wy sobie radzicie z najnormalniejszym w świecie podkur... zdenerwowaniem, ale ja zwyczajnie wsiadam na rower i podgrzewam łydę (zazwyczaj). Oczywiście nie zawsze mi przechodzi tak do końca, ale przynajmniej trochę pary zejdzie z człowieka. Tak było i tym razem.
Przyczyna nie jest ważna, ale dopiero po całym fakcie przyszła mi do głowy jedna myśl. Przecież taki stan umysłu bardzo łatwo mógł wpłynąć na moja ocenę piwa. Szkoda byłoby okaleczyć dobre imię browaru Kingpin. Szczególnie, że ich ostatnia wizyta na blogu miała miejsce jakoś w styczniu.
Przyczyna nie jest ważna, ale dopiero po całym fakcie przyszła mi do głowy jedna myśl. Przecież taki stan umysłu bardzo łatwo mógł wpłynąć na moja ocenę piwa. Szkoda byłoby okaleczyć dobre imię browaru Kingpin. Szczególnie, że ich ostatnia wizyta na blogu miała miejsce jakoś w styczniu.
Kurde trochę mnie się etykieta pomarszczyła w plecaku (i z zimna). Może mi się też tylko wydawać, ale tak jakby papier był cieńszy niż przy pierwszych piwach z tego browaru. Świnia jak zwykle na propsie aczkolwiek jest to chyba najmniej rozpoznawalna "odmiana" ze wszystkich. Piwo nalewa się z wysoką pianą. Niestety bardzo dziurawą i ogólnie brzydką po prostu (o jej znikaniu w zastraszającym tempie nawet nie wspominając). Kolor trunku oceniłbym na ciemny bursztyn. Jest chyba też lekko mętne.
Niestety świnia okryta prześcieradłem nie zaczyna za dobrze... aromat jest po prostu słaby. Jakby człowiekowi nie zależało na wywąchaniu czegokolwiek to mógłby nawet stwierdzić, że ze szkła nie wydobywa się kompletnie nic. Ja wyczułem jedynie coś podobnego do Coca-Coli, serio. Taki bardzo słodkawy karmelek, nic więcej.
Jak to jednak mówią na dzielni: "piwa się nie wącha, chyba, że jest Pan kobietą"... Idąc za tą jakże prostą mądrością życiową wziąłem pierwszy łyk i... o proszę, zaskoczenie. Wszelkie podobieństwa do Coli znikły. Jest wyraźnie karmelowa słodowość bardzo dobrze kontrowana kwaśnością. Do tego subtelna, ale wyczuwalna sól. Z początku myślałem, że będzie przesadnie słodkie, ale o dziwo takie nie jest. Goryczka krótka, ale wyraźna. Po prostu jest i tyle. Przez cały czas pałęta się w tle też lekka zbożowość, która wzmacnia się przy finiszu. Kwas ma tak samo, co mnie bardzo cieszy. Najbardziej zaskakujące jest jednak... kakao, którego nuty pojawiają się na samym koniuszku. Co do ciała... piwo jest naprawdę lekkie, nawet trochę za bardzo. Orzeźwia, to trzeba mu przyznać, ale ja osobiście mam też takie dziwne odczucie wodnistości niestety. Wysycenie średnie, mogłoby być wyższe. Nie zrozumcie mnie źle, Gosebuster jest smacznym piwem, ale jakbym miał wybierać to następnym razem w sklepie sięgnąłbym po zwykłą wersję tego stylu. Mam też wrażenie, że jest to najmniej udany eksperyment panów z browaru Kingpin (a jak dobrze wiecie zawsze stałem za nimi murem).
----------
Styl: Salted Caramel Dark Gose
Alk: 4,7% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, cara gold, zakwaszający, barwiący, czekoladowy, pszeniczny), chmiel ( Tettnanger, Lubelski), laktoza, kolendra, sól morska, kakao, drożdże Fermentis Safbrew WB-06.
Do spożycia: 21.01.2017
Ostatnie dwa miesiące to istny wysyp porterów bałtyckich. Nie żebym marudził, tak powinno być. Problem miałem tylko z jedną rzeczą, mianowicie wiele browarów postanowiło uwarzyć ten piwowarski skarb narodowy w tandemie ze śliwką (w jakiejkolwiek formie). Rozumiem, że jest to idealne połączenie, ale trochę zróżnicowania też by się przydało.
Podobnie musieli myśleć w browarze Kingpin bo nie dość, że uwarzyli angielskiego portera (czyli lżejszego pod każdym względem) to jeszcze dorzucili do niego orzechy, wbrew obowiązującym teraz trendom. Lubię orzechy, są jedną z tych rzeczy do których nie znam umiaru niestety. Można się przyczepić, że tak słaby porter nie nadaję się na zimowe wieczory, ale... zobaczmy.
Tym razem kingpinowa świnia przybrała kolor brązu i założyła afro. Do tego ciemne okulary i szeroki kołnierzyk, klimaty Starskiego i Hutcha normalnie. Jak zwykle pierwsza piwowarska świnia Polski podoba mi się bardzo i nawet mój wewnętrzny rasista siedzi cicho. Kapsel firmowy, prosty i schludny. Piwo w szkle jest czarne, nie ma prześwitów i wydawało się być dość klarowne. Jasnobeżowa piana ładnie urosła, ale już na samym początku było widać sporej wielkości bąble. Opadła szybko na mrozie pozostawiając jednak jakąś tam koronkę na szkle.
Intensywnością w aromacie nasz czarny koleżka nie grzeszy niestety. Szkoda bo jest co wąchać. Czekolada, bliższa tej gorzkiej niżeli mlecznej. Do tego trochę przypieczonej skórki od chleba i wręcz zajebisty zapaszek orzechów laskowych. Za mało jest orzechowych, ciemnych piw na naszym craftowym rynku. Jakoś prawie wszyscy poszli w ciemne owoce w tym sezonie...
Pamiętając, że jest to porter angielski nastawiłem się na średnio sycący trunek. Już po pierwszym łyku byłem mocno zdziwiony bo piwo okazało się być dość gęste jak na te parametry, może to zasługa słodu żytniego. Niskie wysycenie pomaga się wbić w tą oleistą czerń i spokojnie się nią nacieszyć aczkolwiek trzeba przyhamować bo jak się szybko okazało, piwo jest cholernie pijalne. Pierwsze skrzypce grają palone nuty. Delikatnie gorzkawa czekolada, lekki biszkopt i oczywiście orzechy. Nie ma problemu z intensywnością, wszystko jest wyraźne i w punkt. Do tego niska, krótka, ale wyraźna goryczka o lekko ziemistym profilu. Finisz wprowadza kontrolowane spustoszenie i okazuje się być idealnym zakończeniem każdego łyku. Czekoladę zastępuje kawa, dość mocna i pozostająca na języku przez jakiś czas. Do tego mamy taką lekką kwaskowatość na samym końcu, zapewne od żyta. Co tu dużo pisać, Diggler jest bardzo dobrym słodowym porterem angielskim z orzechowym profilem, do którego nie wtrącają się niepotrzebnie chmielowe akcenty. Piłbym litrami, w końcu to moje klimaty.
----------
Styl: Hazelnut Porter / Brown Porter
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 13,1°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny: pale ale, special b, Biscuit, czekoladowy, barwiący; żytni), chmiel (Admiral, Columbus, East Kent Goldings, Citra), orzechy laskowe, drożdże S-04.
Do spożycia: 02.07.2016
![]() |
Ej zostaw to piwo!
|
Co trzeba zrobić aby wyciągnąć mnie na imprezę piwną? Ano trzeba być jednym z najlepszych browarów rzemieślniczych w Polsce i dodatkowo mieć jeszcze urodziny... i to niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Skromna ze mnie persona wiem. Wszystkie powyższe wymagania spełnił świński browar czyli nasz ukochany Kingpin.
Staram się ostatnio wcielić w życie niedawne postanowienie o braku piwa w plecaku podczas wypraw rowerowych. Broń Boże nie chodzi o temperowanie alkoholizmu, po prostu za każdym razem gdy wezmę butelkę i aparat wiem, że nie będzie to trasa na kręcenie rekordów a bardziej jedna z tych rekreacyjnych po prostu.
Jak pewnie wiecie dopiero co premierę swoją miała najnowsza cześć Wiedźmina od polskiego studia CD Projekt. Jako nałogowy gracz (to już drugi mój problem zaraz przy alkoholowym) nie mogłem sobie odpuścić tak zacnego kąska. Każdy, kto grał w poprzednie części wie, że nie jest to kolejny CoD czy tam inne pustkowie fabularne tylko historia pełna intryg, polityki i co najważniejsze, nie dzieli świata na czerń i biel.
Wchodząc kolejny raz do piwnicy stanąłem znowu przed wielkim wyzwaniem jakim jest wybór piwa do wypicia. To właśnie przez najnowszego Wiedźka wybrałem najnowszy wypust panów z browaru Kingpin. Dlaczego? Po pierwsze nie zapomniałem jeszcze, że podczas pub crawlingu we Wrocławiu to właśnie Mandarin był jednym z nielicznych piw, które mi smakowało. Po drugie…
... nie mówcie mi że świnia z etykiety chociaż trochę Wam owego Geralta z Rivii nie przypomina?! Tak wiem, że jest stylizowana na azjatycką odmianę chodzącego jeszcze bekonu ale ja wiem swoje. Piwo ma kolor złotawy, wchodzący w zachodzące słońce (jedna z pierwszych scen w nowym Wiedźminie). Dość mętne, za bardzo jak na AIPA. Wybaczam jednak bo łatwo nie miało w plecaku podczas podróży na działkę. Piana rośnie wysoka, bielutka i nawet dość zbita. Niestety szybko zaczyna opadać zostawiając na szczęście dość ładny lacing.
Kupując Mandarina nie zwróciłem uwagi na to, co tym razem chłopaki z Kingpina wrzucili do kotła. Dopiero w domu przeczytałem, że dodali jakiegoś zielska. Sencha to rodzaj japońskiej zielonej herbaty, która jeżeli wierzyć opisom jest mocniejsza niż znane nam liptony/sagi. Aromat to intensywność w czystej formie. Cytrusy, owoce tropikalne; grapefruit, mango, mandarynki. Głównie słodkawe zapaszki momentami kontrowane przez gorzkawy aromat liści herbaty. Osobiście skojarzył mi się bardziej z typową, ciemną angielską herbatą a nie zieloną (ale co ja się tam znam, w końcu nałogowo piję tylko kawę... i piwo). Gra ona jednak rolę drugoplanową i słodkawe owoce wygrywają dość łatwo każde starcie (każdy niuch). W smaku wydaje się z początku podobne, jest jednak większy nacisk na wytrawność, szczególnie przy finiszu. Początek to znane nam cytrusy i tropiki, z przewagą tych drugich. Przeistaczają się one w trawiasto-ziołowy posmaczek, który rośnie w siłę aż przemienia się w intensywną (ale nie zabójczą) goryczkę. Ta ma dość intrygujący profil, z początku wydawało mi się, że żywiczny. Ostatecznie jednak stawiam na mocno ziołowy charakter herbaciany. Owa liściasta Sencha utrzymuje się do końca lekko zalegając. Gorzka herbata bez cukru, ze świeżych liści jak nic. Wysycenie średnie, treściwość na dobrym poziomie, nie zapycha i nie męczy. Dość dobrze orzeźwia i bardzo szybko znika ze szkła. Przyjemna i wyróżniająca się wytrawność to chyba główny atut tego piwa. Trzeba jednak uważać, woltaż do najniższych nie należy. Idealnie zastąpiło mi herbatę w ten pięknie zachmurzony, majowy wieczór.
Jednym z piw, które koniecznie chciałem zakupić na Wrocławskim Festiwalu Dobrego Piwa był Lunatic z browaru Kingpin. Dorwać ich produkty to jakiś zasrany koszmar muszę Wam przyznać a piwa robią wybitnie dobre. Z dodatkami, które zazwyczaj rzeczywiście wnoszą coś do piwa a nie tylko ładnie wyglądają na etykiecie. Drugim atutem jest to, że nie sypią do kotła ton tylko nowofalowych chmieli, które podobno wnoszą nową rześkość w piwa a tak naprawdę (w większości przypadków) są tylko chwytem marketingowym.
Tak, będę na to narzekał bo mam takie prawo (jak i obowiązek) na łamach własnego bloga. Wystarczy spojrzeć co się ostatnio dzieje z pomysłami Doctor Brew, Saxy Berry i Azacca były tak wadliwe i beznadziejne, że nie mam nawet sił i chęci poświęcać im chodź odrobinę czasu na oddzielne wpisy. Przejdźmy jednak do przyjemniejszych rzeczy, orzeźwiającego witbiera i uprawy chmielu. Jak niektórzy wiedzą zamówiłem sobie jakiś czas temu sadzonki chmielu Sybilla na działeczkę. Narazie tylko cztery, chciałem zobaczyć czy w ogóle się przyjmą i będą rosły na tej dość glinie nazywanej przez działkowiczów żartobliwie ziemią. Rosną (odpukać) zdrowo więc może już w lipcu zobaczę własne, świeżutkie szyszki.
Będzie przy czym zdjęcia robić kolejnych piw (o ile do tego czasu nam bracia Rosjanie nie wjadą z pozdrowieniami na chaty). Jak wygląda butelka na tle tych ziółek? Wyśmienicie, jak każda Kingpina z resztą. Ktoś tu się musiał ostro tabsów nałykać bo świat aż tak kolorowy nie jest. W dodatku świnia jest ruda... no jak tak można! (żarciki, żarciki). Tak na serio chylę czoła grafikowi bo znowu odwalił kawał dobrej roboty. Czytam opis witbiera i ni za cholerę nie widzę go w tym szkle. Kolor się nie zgadza, jest ciemniejszy zapewne przez naturalny sok z granatu. Taka miedź wchodząca w złoto. Trochę się też poturbował w plecaku i jest dość mętny ale to nie wada przecie. Powiedziałbym nawet, że wygląda dość przyjemnie, zmętnienie jest gładkie, czyste jak kto woli. Bez farfocli itp. Piana jest jedynym minusem, nie za bardzo chciała rosnąć i dość szybko zaczęła znikać pozostawiając pustkę w moim sercu.
Aromat jest dość przyjemny i rześki ale nie bez wad. Cytrusowy, głównie kojarzy mi się z pomarańczami i cytryną. Dość specyficzny bo lekko słodkawy (może to ta grillowana cytryna właśnie) ze szczyptą kolendry i niestety odrobiną masełka gdzieś w tle. Intensywnością nie grzeszy ale powiedzmy, że jest wystarczający. Ogólne wrażenie jednak mocno na plus.
Pierwszy łyk ze szkła i poczułem się trochę jak ta świnia na LSD. Problem braku mocy zniknął jak przy wymianie leciwego już rozrusznika w aucie. Jest intensywnie, rześko, orzeźwiająco. Słodki z początku Lunatic (taki lekko miodowy, coś jak domowe cukierki miodowe z patelni) robi się bardzo szybko cytrusowy do granic możliwości. Podbite w mocy cytryna i pomarańcz tak dają czadu, że człowiek czuje się jakby wgryzał się w owe, soczyste do granic owoce. Goryczka też niczego sobie. Wyraźna, żywiczna i krótka, wychodzi szybko z imprezy bo przecież to nie ona jest gościem wieczoru. Finisz to mocny duet cytryny z granatem, delikatnie zalegający i w jakiś sposób przyjemnie kojący. Przez całość picia gdzieś w tle utrzymuje się też lekki posmaczek zbożowy z delikatnymi przyprawami (te akurat w granicach autosugestii). Trzeba przecież pijącemu przypomnieć, że ma do czynienia z witbierem. Wysycenie dość wysokie, treściwość średnia. Bardzo pijalne, kwaskowate i mocno orzeźwiające piwo (chyba najbardziej ze wszystkich piw jakie dotąd piłem). Brawo Kingpin, brawo świnia na LSD!
Pierwszy łyk ze szkła i poczułem się trochę jak ta świnia na LSD. Problem braku mocy zniknął jak przy wymianie leciwego już rozrusznika w aucie. Jest intensywnie, rześko, orzeźwiająco. Słodki z początku Lunatic (taki lekko miodowy, coś jak domowe cukierki miodowe z patelni) robi się bardzo szybko cytrusowy do granic możliwości. Podbite w mocy cytryna i pomarańcz tak dają czadu, że człowiek czuje się jakby wgryzał się w owe, soczyste do granic owoce. Goryczka też niczego sobie. Wyraźna, żywiczna i krótka, wychodzi szybko z imprezy bo przecież to nie ona jest gościem wieczoru. Finisz to mocny duet cytryny z granatem, delikatnie zalegający i w jakiś sposób przyjemnie kojący. Przez całość picia gdzieś w tle utrzymuje się też lekki posmaczek zbożowy z delikatnymi przyprawami (te akurat w granicach autosugestii). Trzeba przecież pijącemu przypomnieć, że ma do czynienia z witbierem. Wysycenie dość wysokie, treściwość średnia. Bardzo pijalne, kwaskowate i mocno orzeźwiające piwo (chyba najbardziej ze wszystkich piw jakie dotąd piłem). Brawo Kingpin, brawo świnia na LSD!
Pumpkin Ale to bardzo specyficzny styl. Wstyd się przyznać ale nie wypiłem ani jednej dyni podczas ostatniego okresu halloweenowego. Pewnie było wtedy wiele bardziej ciekawych piw, jeżeli dobrze pamiętam miałem akurat okres podniety na browar Olimp. Jakim jednak byłbym blogerem, gdybym przynajmniej nie spróbował jakiejś dyniowatej nowości?
Browar Kingpin znany jest w naszym światku piwnym z tego, że po pierwsze primo robi bardzo dobre piwa a po drugie primo jednym z jego członków jest Michał (blog Piwny Garaż). Są to też ludzie, którzy uwielbiają wrzucać do kotła wszelakie zielska, zapewne znalezione przez przypadek na polach. Jestem jak najbardziej za, właśnie takie eksperymenty można nazwać ewolucją piwowarstwa a nie dorzucanie chmielu amerykańskiego wszędzie gdzie popadnie... Ale ten, ja nie o mojej amerykanofobii miałem pisać.
Jak widzicie na zdjęciach staram się eksperymentować w domu, używając wszelakich narzędzi kuchennych, ogrodowych itp. Muszę jakoś przeżyć te ciemnice na dworze, którą zastaje po powrocie z pracy. Czasami mi to wychodzi... jak jednak widać, tym razem nie wszystko zagrało tak jak trzeba. Za cholerę nie jestem zadowolony z jakości zdjęć ale bardzo chciałem podzielić się z Wami wrażeniami. Co do etykiety, jestem wielkim fanem kingpinowej świni. Co prawda na początku myślałem, że to jakiś misiek ale internety pomniejszyły moją niewiedzę. Popatrzcie na te kolory, są soczyste ale nie oczojebcze. Młodzieżowy styl połączony ze starym wyjadaczem w wytartej skórze na harleyu, takie mam skojarzenia patrząc na etykiety Kingpina. Jest to drugi wypust (z trzech), który nawiązuje w jakiś sposób do śmierci, tutaj przez meksykański dzień zmarłych. W szkle piwo z początku prezentuje się zacnie. Piana wydaje się wysoka i zbita, niestety po pewnym czasie pojawiają się pęknięcia i całość redukuje się dość szybko do kożucha. Ma za to całkiem fajną koronkę. Kolor... ciemny, to na pewno. Coś pomiędzy przyciemnioną miedzią a czerwienią. Lekko mętnawe.
Pierwsze wąchanko, skojarzenia z dynią dość mocne. Nie wiem tylko czy o taki efekt im chodziło. Jako tako zapachu tego przerośniętego kartofla można ze świecą szukać, jest za to efekt dyniowy w postaci pełni, takiego bogactwa na co najmniej dwa fałdy na brzuchu. Niektórzy mogą stwierdzić, że jest po prostu mdłe ale to by było bezpodstawne okaleczeni tego piwa. Jest słodowo, karmelowo, dość słodko. Są też chmielowe tropiki ale bardziej intensywne wydają się bliżej nieokreślone ciemne owoce... to nie śliwka, może rodzynki? Dopiero po mocnym ogrzaniu wychodzi czysta dynia, która pokrywa większość zapaszków. Całość jednak średnio intensywna.
W smaku od razu da się wyczuć swoistą cierpkość i kwaskowatość, to na pewno rokitnik. Spodziewałem się też większej treściwości ale wbrew pozorom (i ekstraktowi) wchodzi lekko i bez rozpychania się. Nie jest też przesadnie słodkie, momentami jest nawet bardziej wytrawne. Tutaj pomaga też średnia ale dość wyraźna goryczka i bardzo słaba chmielowość. Wszędzie pałęta się posmaczek dyni, tradycyjnie lekko mdły. Wysycenie średnie, pasuje i nawet pomaga w piciu. Widać, że chłopaki próbowali walczyć z tradycją dodając rokitnika i według mnie udało im się to. Nadal jest to jednak pumpkin ale, dość specyficzny trunek. Jak ktoś nie przepada za bardzo za dynią nie ma nawet po co startować do tego stylu. Ja mam neutralne podejście do dyniowych wynalazków, jeżeli jednak miałbym wybierać spośród wypitych przeze mnie piw Kingpina to na pewno na koniec świata zabrałbym Berserkera.
W smaku od razu da się wyczuć swoistą cierpkość i kwaskowatość, to na pewno rokitnik. Spodziewałem się też większej treściwości ale wbrew pozorom (i ekstraktowi) wchodzi lekko i bez rozpychania się. Nie jest też przesadnie słodkie, momentami jest nawet bardziej wytrawne. Tutaj pomaga też średnia ale dość wyraźna goryczka i bardzo słaba chmielowość. Wszędzie pałęta się posmaczek dyni, tradycyjnie lekko mdły. Wysycenie średnie, pasuje i nawet pomaga w piciu. Widać, że chłopaki próbowali walczyć z tradycją dodając rokitnika i według mnie udało im się to. Nadal jest to jednak pumpkin ale, dość specyficzny trunek. Jak ktoś nie przepada za bardzo za dynią nie ma nawet po co startować do tego stylu. Ja mam neutralne podejście do dyniowych wynalazków, jeżeli jednak miałbym wybierać spośród wypitych przeze mnie piw Kingpina to na pewno na koniec świata zabrałbym Berserkera.
No i mamy kolejną okazję do świętowania w naszym blogersko-piwnym światku. Pewien jegomość zwany Michałem został jednym z współwłaścicieli nowego browaru kontraktowego Kingpin. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jest on też czołowym blogerem piwnym w naszym kraju, tak to ten od Piwnego Garażu.
Przyznam się bez bicia, że oczekiwałem czegoś normalnego. Jakiegoś ale na fali teraz, amberka, może jakiejś IPA. Ba, nawet stout byłby idealny, w każdym bądź razie czegoś normalnego. Kingpin jednak nie chce być zwyczajny, wypuszcza więc BIPA z wrzosem, skórką pomarańczy i jaśminem i APA także ze skórką pomarańczy i dodatkiem werbeny. RocknRoll is strong with this one. Niestety obu nie udało mi się zakupić, musiałem wybierać i wygrała ciemniejsza strona mocy. Podobno druga warka tuż tuż, może wtedy będzie okazja.
Wielka szkoda, że chłopaki nie dorobili się własnych kapsli. Misiek wyglądałby zarypiście na takowym według mnie, chętnie bym go dołączył do kolekcji. Narazie jednak etykieta nadrabia z nawiązką. Papier, jakość nadruku no i szata graficzna jest jak najbardziej na światowym poziomie. Jakoś mam dziwne przeczucie, że misiek ma lekko ochrypnięty głos jak tak patrze na jego mordę. Piwo ma bardzo ładną pianę, zbitą, dość długo utrzymującą się. No i ten lacing! Opadając tworzy bardzo fajne górki. Kolor piwa wydaje się być czarny, nieprzejrzysty. Pod pewnym kątem widać jednak odcienie brązu, czego niestety nie udało mi się udokumentować na zdjęciu.
Jest zimno, nie wiem po jaką cholerę zachciało mi się zabierać to piwo na ogród. Moja mina w tym momencie przypomina trochę tą z etykiety. Pociągam nosem nad szklanką i już mnie się lekko facjata zaczyna rozjaśniać. Mnogość cytrusów i żywicy atakuje od samego początku. Prażony słonecznik mocno w tyle gdzieś się gubi ale jest coś jeszcze, bardzo intrygujący słodkawy aromat kwiatowy. Czyżby tak pachniały wrzos i jaśmin? Piękny aromat. Biorę więc ochoczo pierwszy łyk i... o faken shieeet. Coś dziwnego, pomarańcza zdominowała swoje owocowe koleżanki i atakuje od samego początku. Bardzo szybko jednak dostaje nóż pod żebra (a może i nawet dwa) od palonej kawy tak mocnej, że niejedna goryczka w AIPA mogłaby się od niej uczyć intensywności. A właśnie, tutaj lekko żywiczna gorycz robi bardziej za wspomaganie owej kawy i gra drugoplanową rolę. W sumie to ciężko ją odróżnić ale ja z tym problemu nie mam bo jestem nałogowcem kawowym i potrafię bez problemu wyszperać smaczki czarnego złota. Po każdym łyku pozostaje posmaczek popiołowy, tak co by dokończyć dzieło spalenia. Po dłuższym ogrzaniu pomarańcza ustępuje kwiatom a kawa czekoladzie. Oprócz tego za tło robią lekkie cytrusy, które w moim przypadku dały czadu przy bekaniu. W sumie to nie wiem po czym bo piwo jest nisko nagazowane ale za to wydaje się cholernie soczyste i przyjemnie treściwe. Osobiście uwielbiam taki poziom spopielenia ale nie jestem do końca pewien, czy o to im dokładnie chodziło. Z drugiej jednak strony, metalowe brzmienia i mroczność etykiety sugerują coś innego. Każdy powinien Berserkera spróbować, jest jak dobre metalowe pierdolnięcie gitarą na początek istnienia browaru a pomysł ze skórką pomarańczy uważam za świetny.












































