Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quadrupel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quadrupel. Pokaż wszystkie posty

Wyskoczyła mi ostatnio informacja na fejsie, że Jan Olbracht wypuszcza nową warkę Korda na rynek. Tak się akurat składa, że mam poprzednią w piwnicy. Jak beznadziejnym wieszczem craftu musiałbym być, aby nie poinformować Was o stanie tegoż piwa? Zawsze warto zweryfikować hype, a Kord zahajpowany był strasznie z tego co pamiętam.

W sumie to już nawet nie pamiętam kiedy i gdzie go kupiłem. Wiem jednak, że były cztery wersje. Mi trafiła się leżakowana w beczce po whisky (Jack Daniels), a były jeszcze z koniakiem, bourbonem i brandy. 



Ładna butelka trzeba przyznać. Bije "czymś lepszym" na odległość, szczególnie z tymi złotymi "maziajami" na szkle. Kolor piwa oceniam na mocną, ciemną herbatę (lub jak kto woli mahoń). Klarowne. Niestety praktycznie bez piany, no ale czego się spodziewać przy tak wysokiej dawce alkoholu.


Napiszę tak... mam dość spory problem z aromatem. Z jednej strony pieści nas nieziemski miks owocowy, w którym na szczególną uwagę zasługują rodzynki i daktyle. Do tego przyjemny karmel, ale taki nienachalny i wanilia. Coś mnie jeszcze gryzie w nos, jakieś przyprawy... niestety ciężko jest wyczuć czy to na pewno goździk. Z drugiej strony jednak... mamy alkohol i to taki dziwnie zachowujący się. Raz pachnie całkiem spoko, jak dobry bimber (czytaj w miarę ok whisky), a raz jak istny rozpuszczalnik. Na szczęście nie dominuje nad resztą, więc możemy przymknąć oko na jego fanaberie.

Ok, zapomnijcie o tym narzekaniu w poprzednim akapicie. Kord już po pierwszym łyku miał mnie w garści, głównie przez swoją gęstość. Rozlewa się po przełyku jak miód, a wysycenie jest (tak jakbyście się tego spodziewali) dość niskie. Słodowość pełną gębą, w dodatku taka, która Was przytuli w najgorszych chwilach życia. Znowu na pierwszym planie suszone owoce (rodzynki, daktyle), ale też pare świeżych (winogron, bardzo delikatna pomarańcza). Zlepione ze sobą niezapychającym karmelem i doprawione przyjemnie gryzącymi przyprawami. Tutaj moooże delikatnie wyróżnia się pieprz. No i wanilia, nie zapominajmy o wanilii. Jak łatwo się jest domyślić całość jest nieziemsko słodka, ale mnie to w przedstawionej postaci nie odpycha. Goryczki... no nie ma zbytnio. Jakoś się jej jednak w barley wine nie spodziewałem. Co? Że to niby quint jest? No właśnie tak nie do końca. Finisz uwydatnia beczkę i to właśnie tutaj pojawia się nuta alkoholu, tak idealnie ukryta wcześniej. Jest przyjemna, nie gryzie i nie szczypie. Chce nas zgładzić po cichu jak jakiś asasyn. Po chwili stwierdzam, że rzeczywiście ma to w sobie zalążki whisky, ale nie zakrywają one samego piwa. Naprawdę złożony i cholernie smaczny trunek.

----------

Styl: Quintuple / BarleyWine
Alk: 12% Obj.
Ekstrakt: 26°
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny, pszeniczny, owsiany.
Do spożycia: 23.03.2018


Czasami człowiek znajduje prawdziwe perły w najdziwniejszych miejscach. Oh, myśleliście, że chodzi mi o piwo? Nie nie... otóż na działce znalazłem schowane kufle do piwa. Jeden z nich okazał się być nawet w nienaruszonym stanie. Jego zdjęcie macie na końcu wpisu. Czemu taki wstęp? Ano dlatego, że naczytałem się opinii na temat Oktavio w internetach i wszędzie ludziska pisały, że to zaskakująco dobre piwo.

Jakoś chodził za mną ostatnio belg (i nie mam tu na myśli tego z Lwówka). O tym z Browaru Jana kompletnie zapomniałem, na szczęście postawiłem go w widocznym miejscu w piwnicy. Warto wspomnieć, że sam browar nie jest kontraktowcem. Jest to w pełni istniejący piwny przybytek w... Zawierciu.



Co musi zawierać etykieta piwa belgijskiego? Oczywiście, że facjatę mnicha! Żarty na bok, grafika wykonana jest starannie i w dość komiksowym stylu. Mnie osobiście się podoba. Dużo informacji aczkolwiek tekst wydaje się być jakiś taki niewyraźny, może mieli jakiś problem w drukarni. Kolor piwa to czysty rubin. Wydaje się być klarowne. Piana to żart i ciężko ją wytworzyć nawet na wysokość jednego palca. Pozostaje po niej jednak równy kożuszek, prawie, że do końca picia.


No no, jest co wąchać. Piwo stało trochę w pokoju (chciałem aby się ogrzało), ale na intensywności nie straciło. O rodzaju szkła i jego niby beznadziejnych atrybutach sensorycznych nawet nie będę wspominał. No, ale co w nosie? Alkoholowa słodycz, taka cholernie przyjemna. Są owoce, głównie suszone śliwki, trochę rodzynek, może i nawet jabłka czerwone. Do tego delikatna pieprzność gdzieś na końcu. Karmel też się pojawia, ale służy za umiarkowane tło dla reszty. No i jeszcze wcześniej wspomniany alkohol, przyjemny, uzupełniający i... lekko winny? 

Po tym w jakim tempie piana znikła spodziewałem się dość mocnego wysycenia, ale nagazowanie okazało się być średnie. To samo z ciałem, w życiu bym nie powiedział, że Oktavio ma ponad 20% ekstraktu. Piję się go cholernie szybko, ale też z przyjemnością. W smaku znowu owoce w postaci śliwki, jabłka i gruszki otoczone trochę mocniejszym (niż w aromacie) karmelem. To tego delikatnie pieczone nuty, które fajnie kontrują tę całą słodycz. Goryczka delikatna, ale wyraźna. W sumie mogłaby być trochę mocniejsza. Na finiszu dominują opiekane nuty, lekko biszkoptowe można rzec z dobrze zaznaczonymi przyprawami. No i owoce, które są głównym elementem tego piwa. Alkohol bardzo fajnie ukryty, nawet przy dość mocnym ogrzaniu. Czy jest to quad czy może tripel... nie mnie to oceniać. Jedno wiem: Oktavio jest bardzo fajnym belgiem, w dodatku z polskiej stajni. Note to self: dobrze ukryty alkohol jest cholernie zdradliwy...

----------

Styl: Quadrupel
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 20,5% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pale ale, buiscuit, special b, pszeniczny), chmiel Admiral Goldings, drożdże 3522 Belgian.
Do spożycia: 05.08.2016


Idealny kufel degustacyjny.

Jak wiecie wybrałem się ostatnio do browaru Haust w Zielonej Górze. Oprócz wypicia w południe przepysznego Piwonauty zaopatrzyłem się też w Quadrupelka, którego resztkę podłączyli pod schowany kran. Uwielbiam piwa belgijskie, uwielbiam połączenie owoców i pieprzu. Ostatnio namnożyło się trochę tego... z różnym skutkiem. 

Jak wiadomo markiety i inne chcą wejść w rynek craftu i zafundowały nam np takiego Argusa Łowczego, którego ocenę trochę zawyżyłem bo mnie pozytywnie zaskoczył. Browary regionalne nie pozostają w tyle i wypuszczają swoje piwa z lepszym lub gorszym skutkiem. Najlepszym przykładem jest Komes, który według mnie nadawał się do zlewu (pierwsza warka) ale ostatnio się mocno poprawił (i trzyma poziom Argusowy). O Triple Blond z Corneliusa nawet mi się pisać nie chcę. Można powiedzieć, że jestem żądny przepysznego belga, czy Haust mi takiego zafundował?


Za dużo butelek miałem w plecaku gdy wracałem PKSem tamtego dnia. Etykieta troszku się zniszczyła, prawdopodobnie kapsle z Śrupa i Pompy Chmielu są temu winne. Czyżby były zazdrosne? W sumie to nie ma o co, trzeba przyznać że etykieta jest nader ascetyczna. Liście dębu i logo browaru, co było w zamyśle? Nie wiem. Po przelaniu człowiek jednak zapomina o tym dziwolągu. Piwo ma piękny bursztynowy kolor, lekko zmętniony co tylko dodaje uroku. Piana wydaje się problemowa ale trzeba jej wybaczyć, w końcu to końcówka na kranie i takie przelewanie do butelki nie bardzo służy nagazowaniu. Mimo tego jakiś grubopęcherzykowy kożuch się utrzymuję.


Wąchanie przyniosło ostre zaskoczenie. Owszem pojawia się zapaszek suszonych śliwek, fig i co najważniejsze pieprzu ale oprócz nich występuję też... brzoskwinia. Skąpane w lekkim słodowym aromacie i przyjemnym alkoholu. Kurde, aż żałuję że dopiero teraz dorwałem to piwo albowiem intensywność owych zapaszków zdążyła się już mocno obniżyć. Mimo tego jest cholernie przyjemnie i ogrzewająco. Po pierwszym łyku wąs zaczął mi się cieszyć wraz z całym zarostem na twarzy. Smak jest praktycznie identyczny jak aromat tyle że... mocniejszy. Przy każdym łyku człowiek się czuję jakby wgryzł się w figę, śliwkę i brzoskwinie jednocześnie aż z tej ostatniej poleci co najmniej litr soku z miąższem. Żeby tego było mało od razu sypie sobie trochę pieprzu na nadgarstek i wciąga nosem jak rasowy narkoman. No i ten rozgrzewający alkohol... mniam. Uwielbiam takie połączenie... czy to znaczy, że jestem uzależniony? Mniejsza o to, całość kończy delikatna i chyba lekko ziołowa goryczka. Istna kropka nad "i". Jak już pisałem, wysycenie niskie ale mi to bardzo pasuje w tym momencie. Treściwe, takie lekko drożdżowe ale nie zapychające, do kominka w zimne wieczory idealne. Co szczególnie wyróżnia ten haustowy twór? Właśnie ta brzoskwinka, która rozwala całą akcje bo ze standardowymi sucharami owocowymi (rodzynki, figi, śliwki) tworzy kompletnie inne doznania smakowe niż w belgach, które dotychczas piłem. 


Nadszedł ten okres, gdy cała Zielona Góra upija się winem (i nie tylko) bezkarnie w centrum miasta. Zawsze uważałem, że jest to impreza trochę wieśniacza i tandetna. Czemu? Ano wina (nadal) nie można kupić na straganach a i samych stanowisk jest mniej... w porównaniu na przykład do stoisk z tandetnymi pierdołami z Chin i ozdobami/biżuterią kompletnie nie związaną z Bachusem. Oczywiście samego trunku można się napić... jako próbkę z plastikowego kubeczka, szał ciał mówię wam.


Lidl znowu zaczyna. Po ostatnich, niezbyt udanych według mnie, importach z Wysp Brytyjskich nagle na półkach (a raczej w kartonach) pojawiły się dwa belgi. Quadrupel i Tripel za 3,99zł? W życiu nie przejdę obok tego wydarzenia obojętnie. Lubię belgijskie piwa, szczególnie jeden z ich elementów: pieprz.

Jeżeli chcecie sobie poczytać, czemu nie bardzo się zgadzają liczby i procenty na łowczych etykietach to zapraszam do Bartka na bloga. Mi jakoś się nie widzi po raz kolejny opisywanie tego w czeluściach internetu a Bartek zrobił to chyba najlepiej. Ja wolę się skupić na pochodzeniu tychże dwóch stworów lidlowskich. Nie ma nigdzie wzmianki o browarze, który tym razem podjął się uwarzenia nowych piw dla tego popularnego dyskontu. Wcześniej była Łomża czy ostatnio Amber, przy tych cholera wie. Są oczywiście spiskowe teorie, które opierają się na identycznej czcionce na etykiecie co w piwach Fortuny. Czy to prawda? Nie wiem, rozmawiałem z konsultantką Lidla telefonicznie (kierunkowy do Warszawy), miała oddzwonić. Dzień później oddzwoniła do mnie pani z Poznania (po kierunkowym poznałem). Poinformowała mnie, że niestety nie może podać takich informacji z uwagi na ochronę przed konkurencją. Nie wiem co to ma do rzeczy ale naciskać nie będę. Największym jednak spiskiem, który czują swoim internetowym nosem różne osoby, to fakt, że są to po prostu kopie Komesów. Ja tak nie sądzę, dlaczego? Ano czytajcie dalej.

Słodowy Tercet


Po rozlaniu pierwszej butelki na trawę jakoś odechciało mi się pić te specyfiki. Przełamałem się i po zdegustowaniu quada (którego macie na końcu posta) bardzo szybko poleciałem po nową sztukę tripelka. Siedząc sobie z nią spokojnie na działce stwierdziłem, że jestem za głupi żeby zrozumieć myślenie marketingowców Lidla. Jest sobie wilk, piwo nazywa się Argus Łowczy... co to ma wspólnego ze stylami trapistów? Nie wiem. Całość też jakoś tak tanio wygląda, no i ten obrzydliwy kapsel argusowy. Na szczęście piwo wygląda o wiele lepiej. Piana na jeden palec wydaję się dość zbita i wytrzymała. Parę łyków weryfikuję jednak jej stan do kożucha. Kolor ciemniejszy niż się spodziewałem, bardziej ciemna miedź niż ciemne złoto. Klarowność większa niż w Kwartecie, opalizująca można powiedzieć. Przyjemnie musujące.


Aromat jest... nikły. Zapomnijcie o przyprawach czy owocach. Jest alkohol, nawet przyjemny i nienachalny, niestety przykrywa on wszelakie inne zapaszki. Po dłuższym namyśle stwierdzam, że jest może trochę pieprzowe i rodzynkowe ale na granicy zera. Brak też kwiatowej słodyczy z Potrójnie Złotego Komesa. "Karmel, toffi i melasa" ? Gazetka Lidla znowu w top formie widzę. W smaku słodyczy jest jak na lekarstwo (ale w sumie to nie jest wada). Głównym składnikiem jest pieprz i ten przyjemny alkohol. Owoców brak, piwo wydaje się mocno jednowymiarowe tak naprawdę. Cholera, w pewnym sensie jest nawet lekko wodniste. Duet smakowy zalega dość mocno i szczerze mówiąc męczy w połowie picia. W życiu nie przypuszczałem, że zmęczy mnie pieprz w belgijskim piwie, coś jest mocno nie tak z tym trunkiem. Goryczka większa niż w Kwartecie ale dalej na poziomie niskim do średniego. Nagazowanie średnie, całość wydaję się wytrawna. Piłem je po quadzie i jestem cholernie zawiedziony. To tak jakby piwowar uwarzył najpierw quadrupelka i potem oddał władzę swojemu uczniowi, co by uporał się z tripelkiem. Piwo jest po prostu niedorobione.

Chmielowy Kwartet


Zaskoczenie i szok, bardzo ładnie ten quadzik prezentuję się w szkle. Żeby nie zacząć za słodko jednak może jakiś minusik na początek? Karny pytong za pianę, która ma duży problem bo prawie jej nie ma i ta mizerność, która powstaje przy nalewaniu bardzo szybko się redukuję. Pozostawia po sobie malutką wysepkę, która bardziej przypomina mgiełkę, prawie że przezroczystą. Co innego można powiedzieć o kolorze, ciemny bursztyn, nie tyle co zmętniony ale bardziej zamglony. Taki trochę mesmerajzing bym powiedział.


Wącham i ponownie jestem zaskoczony. Co prawda intensywność aromatu daje wiele do życzenia ale za to nie jedzie szampanem, a to duży plus przy lidlowej cenie. Da się wyczuć alkohol, bardzo przyjemny jednak i powiem wam, że się zastanawiam czy w jakimkolwiek innym piwie był lepszy. Słodowa słodycz a także suszone śliwki i rodzynki. Biję to na głowę i wgniata w krowi placek takiego Komesa, który pachniał gorzej niż ruski szampan. Trzeba jednak przyznać, że w gazetce lidlowskiej znowu dali wodzę fantazji bo żadnych nut cytrusowych tutaj nie wyczuwam. Pieprzu się też nie dowąchałem, a lubię go w belgach. Nadszedł czas na pierwszy łyk i kurde jakoś tak się nie kwapiłem do tego. Argus zaskoczył mnie bardzo pozytywnie jak narazie i nie chciałem, żeby zepsuł to wrażenie smakiem np takiego rozpuszczalnika. Mus to mus jednak i gdy pierwsze łyki popłynęły lekko się uśmiechnąłem. Zaczyna się słodkawo, słodowo. Głównym owocem są na pewno rodzynki, śliwki może i się gdzieś plątają ale robią bardziej za tło. Bardzo płynnie przechodzi to wszystko w lekko pieprzową podróż na koniec świata, gdzie już czeka na nas alkohol, który jest jeszcze bardziej przyjemny i stonowany niż w aromacie (zero rozpuszczalnika, jak to inni piszą w internetach). Goryczka jakaś jest pod sam koniec ale alkohol ją dominuje. Do samego końca prowadzi nas ten lekko pieprzowy smak, który nawet troszkę zalega ale dla mnie jest to swoista wisienka na torcie. Nagazowanie średnie, idealne. Podróż od słodyczy po półwytrawność a nawet lekką wytrawność. Mocno pijalne, na pewno zrobię sobie zapas w piwnicy. Ocena lekko zawyżona, głównie dlatego, że to... Lidl. Dostępność i cena za tak dobrego quadzika? Jestem w szoku, co mam zrobić?


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com