Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwoteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwoteka. Pokaż wszystkie posty

 


Marek z Piwoteki zabije mnie, ale postanowiłem sprawdzić pewną rzecz używając ciemnej IPA wprost z Łodzi. No, bo od samego początku chmielowego w Polsce dużo się mówi o świeżości piwa craftowego itp. Najbardziej przy IPAch właśnie, w końcu chmiel jako przyprawa traci walory z czasem.


Akurat robiłem zamówienie na ponownie otwartej stronie/sklepie Piwoteki (koźlaki same, chętkę miałem) to wrzuciłem do koszyka ich black IPA. Jakoś ostatnio nie chodzą za mną te zwykłe, "złociste" (he he). W swoją drogą dajecie warię, że ostatnim przedstawicielem stylu na blogu było Profanum z Peruna? Bosz kiedy to było...



Nowa etykieta nie wszystkim przypadła do gustu. Mi się podoba, ALE... te stare były jednak lepsze. Miały swój styl i jakoś tak bardziej przypominały mi Łódź, a już na pewno tą starą. Może browar chciał wejść w nową erę wizerunkową wraz z miastem? Piwo jest czarne z rubinowymi refleksami. Jakoś tam mętne się też wydaje, ale leżało na boku w lodówce akurat. Piana wysoka, zbita, ze średnim żywotem.



W takich chwilach zawsze tracę pewność co do swoich zmysłów... Dlaczego? Bo mam problem z wyczuciem czegokolwiek nosem w tym piwie. Są jakieś ciemne nuty (czekolada głównie) od palonych słodów bodajże i dosłownie muśnięcie żywicy, no ale wiecie... Skąpo jak na IPA. Dlatego punkt dla tych, co gardzą "starymi", mocno nachmielonymi piwami.


W ustach jest już inaczej. Gładko i przyjemnie na języku. Z przyjemnym, ale niezapychającym ciałkiem jak na podwójne IPA przystało. Wysycenie mogłoby być jednak odrobinę wyższe. Smakowo powraca palona podstawa słodowa, ale już nie jest przytłaczająca. Żywica wraz z cytrusami dają radę, aczkolwiek mam nieodparte wrażenie, że nie jest to ich pełna moc. Goryczka stanowczo za niska, to ona dostała najbardziej po dupie najwidoczniej. Finisz ciekawy za to. Gorzka czekolada z dużą ilością zestu cytrynowo-limonkowego. Ciekawi mnie, czy w świeżynce było to tak wyraźnie czuć. Alkohol daje tylko po głowie, w ustach w ogóle go nie czuć. Niemniej jednak widać po tej IPA, że lepiej jest je pić świeże (co potwierdzają oceny ludzi przy okazji premiery). Marku nie bij.


----------


Styl: Double Black IPA

Alk: 8,5% Obj.

Ekstrakt: 18% Wag.

IBU: b/d

Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), cukier, płatki ryżowe, chmiel (Citra, Cashmere, Comet, Chinook, Mosaic, Simcoe, Tomahawk, Sinamar), drożdże US-05.

Do spożycia: 10.03.2022


Facebook Browaru


Każdy kojarzy Piwotekę. To taki swoisty moloch craftowy: sklep, pub i browar w jednym. Przez to właśnie ich właścicieli dość mocno poturbowała koronka, dlatego robią zrzutkę na przetrwanie. Link macie tutaj. Możecie też pomóc tak jak ja dzisiaj, kupując ich piwo w sklepie lub internecie.

Nie powiem, miałem chrapkę na wersję podstawową tego piwa, ale jakoś nie udało mi się go ustrzelić. Najwyraźniej Duch Craftu chciał, abym przeżył ekstremalną podróż organoleptyczną z wersją wzmocnioną, czyli z wasabi. Lubię ten chrzan, głównie jako dodatek do sushi. Czy w piwie mi podpasuje? Zobaczmy.



Etykieta piwotekowa, czyli z fajną "płaską" grafiką i tekstem na froncie, który nie kłuje w oczy. Kapsel firmowy, ale też specjalnie zrobiony pod tę edycję. Piwo złotawe, zamglone. Może trochę przyciemnione. Nie wiem czemu, ale spodziewałem się innego koloru... Piana bardzo niska i szybko znikająca ze szkła. Nie dziwi mnie to przy takich dodatkach szczerze mówiąc.


Łomatkobosko, cofnęło mnie o jakiś tydzień. Aż do Wielkanocy. Zapach chrzanu jest tak ostry i dominujący, że brakuje mi tu tylko jeszcze białej kiełbasy i moooże trochę bigosiku. Jak łatwo się domyśleć, uwielbiam chrzan, a ćwikłę to już szczególnie. Musi wykręcać nos, a Końska dawka właśnie to robi. Miałem też lekkie skojarzenia z jedzeniem sushi, ale to głównie chyba przez imbir w składzie (nie bójcie się, ryb w tym nie czuć).

Po pierwszym zachwycie przyszło zmartwienie, bo jeśli całe piwo będzie tak jednowymiarowe... no to będziemy mieli problem. Na szczęście okazało się, że tak nie jest (po części). Piwo jest nisko wysycone, co pasuje do średniej pełni. Na początku myślałem, że trochę za mało tego ciałka, ale po paru łykach dziękowałem piwowarowi za to. Całą uwagę bowiem człowiek musi skupić na tym, aby przetrwać tę smakową rewolucję. Chrzan, a raczej już wyraźne wasabi nadal dominuje. Po każdym łyku oczyszcza lepiej niż niejedna inhalacja. Co ciekawe w tle czuć też lekko saisonowe owoce, głównie pomarańcze i brzoskwinie. Nie mają one jakichkolwiek szans z chrzanem, ale miło, że próbują. Całość na fajnej, słodowej podstawie. Goryczka? No proszę Was. Nawet jakby była to by nikt jej nie wyczuł w tej kompozycji. Na finiszu wychodzi trochę imbiru i co zaskakujące: lekka przyprawowość. Czyli w sumie jest to saison, przykryty toną chrzanu, ale zawsze saison. Naprawdę mocno się zdziwiłem (i to pozytywnie), że czuć cokolwiek innego. Tak bez niczego ciężko będzie Wam je wypić. Polecam kiełbaskę, albo i nawet grilla jakiegokolwiek. Ja akurat miałem gołąbki, które też dobrze weszły z tym piwem. W skrócie: trzeba je czymś zagryźć, jak wódeczkę.

----------

Styl: Wheat Wasabi Saison
Alk: 6,2% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczny, pale ale), wasabi w proszku, imbir marynowany, chmiel Magnum, drożdże Danstar Belle Saison.
Do spożycia: 06.09.2020


Pamiętam, jak na którymś festiwalu wypiłem wersję Bowmore tego piwa... nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Było tak dziwne. Z jednej strony macie podwójną kwaskowatość (żyto i kwas mlekowy), a z drugiej beczkę po whisky. Z każdym łykiem miałem zmianę nastawienia... z "Jakie to jest pyszne!" na "Nic tu nie gra!".

Wersja z Bordeaux wydaje się bardziej... na miejscu. I to piszę ja, Jarząbek. Człowiek, który nie lubi wina, a wręcz nim gardzi czasami. Muszę się też spieszyć, bo okazało się, że data ważności jest do końca stycznia. Wszyscy dobrze wiemy, że to nie jest styl, który lubi leżakowanie.


Buteleczka na półce wygląda jak towar premium, nie ma to tamto. Etykieta pasuje do niej idealnie, aczkolwiek wolałbym taką z mniejszą ilością tekstu. Loga browarów na kontrę i tyle. Piwo ma piękny miedziany kolor i jest klarowne. Piana dziurawa, niska i z krótki żywotem. Przy takich parametrach i beczce nie dziwi mnie to jednak.


Piwnica chyba wyszła na dobre temu piwu, przynajmniej jeśli chodzi o składowe aromatu. Mamy przyjemnie kwaśne owoce: soczyste wiśnie, trochę czerwonych winogron i nawet truskawki. W tle dorzucili też suszone owoce, głównie śliwkę. Jak się ogrzeje wychodzi też typowa dla żyta nuta słodowa, zakwaszana. Byłoby naprawdę zajebiście gdyby nie fakt, że przez zbliżający się termin przydatności całość straciła na intensywności i trzeba się dobrze zaciągnąć.

Niby ma tylko trochę ponad 16% ekstraktu, a wydaje się naprawdę gęste. Ciałko jest na bardzo fajnym poziomie muszę przyznać i to jeszcze nie takim zapychającym bez przesady. Wysycenie też trochę pomaga w tym odczuciu, bo jest na średnim poziomie. W smaku... miazga, już na samym początku mogę Wam to napisać. Jest kwaśne, naprawdę, ale też ułożyło się całkiem fajnie i człowiek nie czuje się tak, jakby dostał sztachetą od tyłu nagle. Sama kwaśność pochodzi po części od żyta, a po części od kwasu mlekowego. Mamy znowu owoce, głównie wiśnie z winogronem i  delikatne truskawki gdzieś w tle. Momentami pojawiają się też porzeczki czerwone, ale to nie zawsze. Czuć żyto i trochę beczkowego drewna. Skojarzenia z winem są praktycznie cały czas, ale takie subtelne bym powiedział. Goryczka niska, do prawie niewyczuwalnej. To kwasek jest tu głównym bohaterem. Finisz jest bardzo dziwny, ale też intrygujący. Oprócz przeważającej cierpkości czuć też... chlebek. Ładnie się to wszystko połączyło, na serio. Słodycz jest fajnie kontrowana przez kwasek, a i też doznań stricte smakowych nie brakuje.

----------

Styl: Sour Rye Ale Bordeaux BA
Alk: 7% Obj.
Ekstrakt: 16,6% Wag.
IBU: niskie
Skład: słód (pilzneński, karmelowy 150, carafa II, żytni), płatki owsiane, cukier biały, chmiel Warrior, drożdże US-05.
Do spożycia: 31.01.2020


Wzięło mnie ostatnio na wspominki. Na początku craftu w Polsce, gdy sam raczkowałem w tym środowisku popijając Ciechana Miodowego, w Łodzi pojawiła się Piwoteka. Już nie pamiętam co to dokładnie było za piwo, ale przy jednym miałem spinę z Markiem, bo chyba ostro je pojechałem. Może to był Ślepy Maks? Za cholerę nie pamiętam...

Do dziś się nie zgadzamy w paru kwestiach (jak np. w temacie lagerów craftowych), ale ogólnie się dogadujemy i szanuję go za wkład, który włożył w piwną rewolucję. Dlaczego o tym sobie przypomniałem? Bo dzisiaj mamy degustację urodzinowego piwa z Piwoteki.



Trochę mi zajęło zanim odczytałem nazwę piwa z etykiety. Średnio mi się podoba takie umiejscowienie wyrazu "urodziny"... już lepiej by całość wyglądała kompletnie bez niego. Kapselek firmowy, z bardzo dobrej jakości nadrukiem warto zaznaczyć. Piwo ma kolor ciemnego złota wchodzącego już trochę w miedź. Jest średnio zmętnione, co nie powinno dziwić po przeczytaniu stylu. Piana z początku wysoka dość szybko ulotniła się ze szkła pozostawiając dość wysoki kożuch.


Oj jak przyjemnie. Oh jak fantastycznie. Nie trzeba specjalnie wkładać nosa do shakera, aby poczuć przyjemny zapaszek jogurciku z owocami. Oczywiście takiego kwaskowatego (czyli w sumie kefiru bardziej). Są maliny i porzeczki, bardzo ładnie grające z kwaskiem. Gdzieś w tle trochę cynamonu i wanilii. Co najlepsze nawet przy ogrzaniu aromat pozostaje tak samo intensywny.

Oho, tutaj to dopiero czuć kwasek. Na początek jednak może coś o ciałku... to jest zaskakująco wysokie jak na sour ale. Mimo tego całość pozostaje orzeźwiająca i pije je się cholernie szybko i z przyjemnością. Nagazowanie takie na granicy wysokiego bym powiedział. Znowu mam mocne skojarzenia z kefirem i kwaśnymi, czerwonymi owocami. Są to głównie porzeczki, maliny i może trochę żurawiny. Całość zamyka przyjemna nuta pszeniczna gdzieś w tle. Na wyróżnienie zasługuje też słodycz laktozowa połączona z cynamonem, która pojawia się co jakiś czas. Niska goryczka wspomagana jest wcześniej wymienionym kwaskiem i według mnie tak właśnie powinno być. Na finiszu kwaśność wzrasta, ale ta bardziej owocowa. Naprawdę przyjemne i wielowymiarowe piwo. Dodatki zagrały jak trza (no może poza migdałami, których w ogóle nie wyczuwam) i nie zakryły reszty. Mogłem sobie zrobić większy zapas na te upały...

----------

Styl: Cinnamon, Vanilla and Almond Milk Sour Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel (Citra, Cascade), drożdże US-05, kwas mlekowy, cynamon, wanilia, migdały.
Do spożycia: 06.02.2020


Brak ciemnego rodzimego piwa doskwiera mi ostatnio bardzo. Browar Świebodzin obiecał coś na zimę, no ale ja nie mogę długo czekać... jeszcze mnie ktoś za abstynenta weźmie. Z pomocą przyszła paczka od "Pan Marek" i Piwoteki. W niej 4 piwa, w tym dwie beczki ich kooperacyjnego RiSa uwarzonego z De Molen.

Nie trudno się było domyśleć, które wybiorę jako pierwsze. Whisky ponad każde wino, all day everyday. Pasuje też idealnie do jutrzejszej premiery Kormorana, ich barley wine też ma jarzębinę w składzie.


Etykieta w stylu piwotekowym średnio nadaje się na małe butelki, nawet mimo wycięcia i trochę innego kształtu. Za dużo informacji na tak małej powierzchni jak dla mnie. Sama grafika fajna, jak zawsze. Piwo czarne, nieprzejrzyste z ładnie zbitą pianą na prawie dwa palce. Żywot na średni, ale pozostawia bardzo ładny lacing na szkle.


Co jak co, ale na braki w aromacie nie mogę narzekać. Jest go tyle, że powoli się człowiek zaczyna zastanawiać jak komuś udało się zamknąć taką moc w tak małej butelce. Jest torf w postaci wyraźnych, ale niezaczepnych bandaży. W kontrze przyjemna słodycz czekolady deserowej, miodu i owoców. Te ostatnie to chyba jarzębiny. Do tego trochę kawy, palonego słodu i nuta dość starego drewna. Goddamn...

Ohoho, ataki nasilają się. Jest grubo i z przytupem, oleiście i wypełniająco. Nawet wysycenie, niskie, uciekło gdzieś, bo przestraszyło się tego masywnego cielska. Smakowo jeszcze większa bomba niż w aromacie. Od czego by tu zatem zacząć... Jest torf, znowu bandaże i ogólne skojarzenia ze starym opuszczonym szpitalem. Potem czekolada i popiół, ta pierwsza już nie tak słodka. Kawa gdzieś bardziej z tyłu robi za takie przyjemne uzupełnienie całości. Cały czas towarzyszą nam też drewniane nuty, bardzo starej beczki. Goryczka zaskakująco wyraźna, palona. Dobrze wpasowała się w resztę i połączyła idealnie z alkoholem. Ten jest wyraźny, ale szlachetny. Jak dobra dwunastoletnia ruda (whisky zboczeńcy!). W ogóle nie przeszkadza w piciu. Mam nieodparte wrażenie, że zadziałała tutaj jakaś beczkowa magia Ducha Craftu. Finisz delikatnie słodszy od reszty. Tutaj wybiły się też (wreszcie) ciemne owoce z, chyba, jarzębiną na czele (zapisać: spróbować jarzębiny, for science). To jest dopiero siarczyście gruby RiS z beczki. A jak to przyjemnie rozgrzewa!

----------

Styl: Whisky Barrel Aged Russian Imperial Stout
Alk: 13,8% Obj.
Ekstrakt: 29,7% Wag.
IBU: 110 (?)
Skład: słód (belgijski pils, monachijski, mild, karmelowy 120, czekoladowy, zakwaszający, pszeniczny, palony jęczmień), płatki owsiane, jarzębina, chmiel Zeus, drożdże Danstar Nottingham.
Do spożycia: 16.10.2018


Jakby się tak zastanowić (wiem, często się to facetom nie zdarza) to, do dzisiaj, nie chodził mi po głowie składnik, którego bym w piwie mógł nie zdzierżyć. Aż tu nagle z odsieczą przychodzą dwa browary, które drogą kooperacji postanowiły zniszczyć mi całkiem przyjemny dzień.

Mowa tu oczywiście o Piwotece i Okrętowym, które dotychczas miały całkiem pochlebne recenzje na blogu. Oba browary postanowiły uwarzyć pale ale, które w zamyśle ma przypominać gin & tonic... czy jakoś tak. Nie-na-wi-dzę tonicu, odrzuca mnie już na samą myśl... dlaczego ja to sobie robię?



Po tych wszystkich "czarnych" etykietach Piwoteki fajnie jest popatrzeć na coś innego. Niebieskie tło (jestem facetem, dla mnie to JEST niebieski) i żółte wypełnienie fajnie grają ze sobą. Piwo bardzo ładnie mieni się złotem z idealnie białą pianą. Ta ledwo co się tworzy na wierzchu, ale za to pozostaje tak prawie, że do samego końca. 


Okej... dziwny zapach ma ten pale ale. Z jednej strony suszony jałowiec i delikatna cytryna, a z drugiej prawdopodobnie chinina, która mi osobiście kojarzy się tutaj z miksem tytoniu i świeżych bandaży. Wszystko na delikatnej pszenicy. Radzę pić szybko, po lekkim ogrzaniu wychodzi masełko. Mimo tego ciekawy aromat, w dodatku dość intensywny.

Aha, może wydawać się to zaskakujące, ale Piwotece i Okrętowemu udało się całkiem dobrze wkomponować chininowe nuty do piwa. I to w taki sposób, który mi nie przeszkadza zbytnio. Nie lubię toniku, nie pijam Schweppes czy też alkoholi na bazie wcześniej wymienionego. W Żółtej Łodzi Podwodnej pierwsze co w nas uderza to właśnie chinina, ale złagodzona jałowcem i skórką cytryny. Do tego dochodzi przyjemna pszenica w tle. Chmielowa goryczka niska jak miłościwie nam panujący Prezes. Jakby się bała wchodzić w paradę chini(ni ni ni)nowym nutom. Finisz zadziwiająco nudny i pusty. Ot lekka cytryna i pszenica. Mimo tego całość ciekawa i dobrze wyważona. Ciałko w sam raz, sesyjność jest, orzeźwienie też. Nagazowanie na średnim do wysokiego poziomie, można rzec, że w punkt. Nie spodziewałem się, że trunek z chininą może mi posmakować, a tu takie zaskoczenie.

----------

Styl: Pale Ale
Alk: 5,3% Obj.
Ekstrakt: 12,5% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny jasny), chmiel Magnum, cytryna, jałowiec, chinina, drożdże US-05.
Do spożycia: 25.10.2017


Z darów losu można się naśmiewać, można też nimi gardzić i bojkotować każdego kto je przyjmuje. Ja mam dość neutralne podejście do tematu. Jeśli browar chce coś wysłać to dlaczego miałbym odmówić dla jakiegoś wyimaginowanego hipsterstwa? Szczególnie jeśli sam nadawca postarał się trochę bardziej.

Marek z Piwoteki wrzucił do paczki, pomijając butelki oczywiście, krótki list. Co najlepsze każdy adresat dostał wersję specjalnie napisaną pod niego. Miło. Ciekawe czy tak samo miło będę się czuł po dzisiejszym piwie. Braggot to połączenie, dosłownie, stoutu i miodu pitnego. Czy będzie powtórka z #teamdoprzesadysłodyczka jaką nas panowie uraczyli w Double Trouble? Zobaczmy.



Zgrabna buteleczka z dobrze dopasowaną etykietą, która już na pierwszy rzut oka pobudza w człowieku skojarzenia z czymś premium. Sama nazwa nie ma nic wspólnego z piwem, jest to bowiem rok nadania praw miejskich Łodzi. Trunek wydaję się być nieprzejrzyście czarny i średnio zmętniony. Piana niska, szybko się redukuję do kożuszka. Ten jednak pozostaje już do końca picia.


Pierwsze co mi przyszło na myśl po powąchaniu piwotekowego braggota to sam fakt użyteczności tego piwa jako narzędzia do trollowania znajomych craftopijców. Dajesz takiemu powąchać nieznany mu trunek i gwarantuje Wam, że pierwsza jego reakcja będzie taka: "Toż to Piwo na miodzie gryczanym z Manufaktury!". Serio, połączenie miodu wielokwiatowego z zapewne mocno palonym stoutem dało efekt typowej gryki. Jak się mocno wysili człowiek to wyczuje też delikatne likierowe nuty.

W smaku to już kompletnie inna bajka i lawina zaskoczeń. Po pierwsze, ciało: to piwo ma 26% ekstraktu, ale nie przypomina RiSa czy też portera. Bardziej coś z ekstraktem około 14-16%. Mimo tego jest mega aksamitne i oblepiające. Wysycenie na szczęście na niskim poziomie, pozwala się w spokoju delektować każdym łykiem. Słodka czekolada podbita miodem to główny składnik. Tutaj skojarzenia z gryką już na minimalnym poziomie. Czuć, że to czysty miód walczy z czekoladą i popiołem. W dodatku wygrywa czyniąc całość oblepiająco słodkim trunkiem. Co jednak najdziwniejsze, nie jest to słodycz zabójcza czy też super mega muląca. Goryczka niska, ale na tyle silna żeby przebić się chociażby na chwilę przez tę całą słodycz. Profil ma palony, lekko przechodzący w alkohol. Ten uwydatnia się na finiszu, ale w bardzo szlachetnej i przyjemnej formie. Jest dość specyficzny, pewnie przez swoje miodowe pochodzenie i podbicie delikatną palonością stoutową. Piwo degustacyjne to na pewno, idealne do powolnego sączenia. W dodatku dzięki niemu zacząłem zastanawiać się nad kupnem jakiegoś trójniaka. Mam dziwne przeczucie, że miody pitne mogłyby mi bardzo zasmakować.

----------

Styl: Braggot
Alk: 11% Obj.
Ekstrakt: 26% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, monachijski II, caraaroma, carafa III special, pszeniczny jasny), miód wielokwiatowy, płatki owsiane, chmiel Magnum, drożdże Danstar Nottingham.
Do spożycia: 29.03.2018


Dobrze wiecie, że uwielbiam jeździć na rowerze. Od pewnego czasu próbuje też naprawiać go samodzielnie. W końcu to tylko śruby i łożyska... problem w tym, że większość rzeczy w bicyklu potrzebuje specjalnych narzędzi do serwisowania. Dlatego przez ostatnie 3 dni męczyłem się z korbą i supportem aż w końcu kupiłem własne klucze, Wam polecam to samo.

Nie ma jednak chyba nic bardziej satysfakcjonującego od nowiutkiego napędu, który chodzi wręcz idealnie. Człowiek do razu zapomina o frustrujących momentach w garażu. A gdy w pracy pomaga mu jeszcze bardzo patriotyczny trunek, no lepiej już nie może być. Śledzik, moi drodzy, to dobro narodowe (tak jak Grodziskie czy też porter bałtycki). Chyba nie spodziewaliście się, że odpuszczę najnowszemu stoutowi z Piwoteki po tym jak pokochałem ich Ucho od Śledzia



Etykietowa stylówa Piwoteki zawsze mi się podobała, szczególnie teraz gdy zmienili papier na matowy. Niestety mają jakiś problem z etykieciarką, bo na drugiej butelce etykieta była bardzo kiepsko przyklejona. Piwo jest czarne. W tulipie nie widziałem żadnych przebłysków, ale w słoiku można było wymusić bardzo słabe, brązowe refleksy przy samym dnie. Wydaje się też być średnio mętne. Piana jeszcze gorsza niż w podstawowej wersji. Brzydka, dziurawa i bardzo szybko znika ze szkła. Pozostawia po sobie jedynie obrączkę przy ściance.


Ucieszyło mnie to, że tym razem nie ma problemu z intensywnością jeżeli chodzi o aromat. Bez jakiegokolwiek wysiłku człowiek wyczuwa specyficzną słodowość, podwędzaną drewnem bukowym. Do tego lekki popiół i dosłownie odrobina słodyczy karmelowej. Oczywiście to nie koniec, wrzucenie większej ilości śledzi do kotła zadziałało i w tle pojawia się zapach takiej słonej rybki prosto z morza. Że niby ma mnie to obrzydzać? Niby dlaczego?

No no, czuć, że wszystko w tym piwie jest imperialne. O wypiciu paru sztuk zapomnijcie, już nie sam śledzik a ciałko Wam na to nie pozwoli. Va Banque jest gęste i oblepia każdy zakamarek jamy ustnej. Trochę nie pasuje mi do tego nagazowanie, które jest według mnie za wysokie. Na szczęście jakoś mocno nie psuje odbioru piwa. Przejdźmy już jednak do sedna sprawy... Podstawą są palone słody, popiół w ustach to norma przy każdym łyku. Do tego gorzka czekolada, która robi za pewnego rodzaju wspomagacz. Cały czas towarzyszy nam też taki lekko słonawy posmak, to śledzik się powoli przebijać zaczyna. Momentami pojawia się też kawa zbożowa. Goryczka wchodzi naglę i z impetem. Do słabych na pewno nie należy i ma popiołowy posmak. Jednak to dopiero na finiszu śledziowy stout od Piwoteki pokazuje na co go stać. Wyobraźcie sobie morską rybkę polaną gorzką czekoladą i delikatnie posypaną solą i popiołem. Czemu zakrywacie usta? Przecież dobre to jest... I jakże intensywne w dodatku. W fancy restauracji zapłacilibyście milion dukatów za takie danie i jeszcze byście cmokali z zachwytu. Warto też wspomnieć o alkoholu... tzn o jego braku. Jest wręcz idealnie ukryty. Podsumowując napiszę tak... piwo jest męczące, bez dwóch zdań. Tyle tylko, że to ten bardziej fetyszystyczny rodzaj udręczenia, którego ja czasami wyszukuje w dziwacznych piwach. Dlatego polecam zakupić i wypić. Taka szansa zdarza się raz na parę lat.

----------

Styl: Stout Śledziowy
Alk: 8,7% Obj.
Ekstrakt: 20% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, wędzony bukiem, carafa special III, caraaroma), śledzie wędzone i świeże, płatki owsiane, cukier biały, chmiel Magnum, drożdże S-04.
Do spożycia: 20.06.2017


Kolaboracja, cóż za piękna i czasami nieoczekiwana rzecz. Oczy mi wyszły na wierzch gdy po raz pierwszy przeczytałem informację o wspólnym warzeniu Piwoteki (czyli browaru, który lubię) i Kraftwerka (stojącego po drugiej stronie barykady). W dodatku Double Trouble miał być ostatnim piwem Masona pod sztandarami tego pierwszego, trzeba było ten wynalazek dostać w swoje ręce za wszelką cenę.

Czego to się człowiek naczytał w internetach o tym piwie, o Jezu. Że niby słodkie, że nie da się tego pić, że w drugiej minucie słychać strzały... Jakoś specjalnie się tym nie przejmowałem jednak. Kocham stouty, lubię te mleczne tak samo jak lubię wszelakie eksperymenty (a 5% laktozy to jest eksperyment). Słodkość w piwie też mi jakoś szczególnie nie przeszkadza.


Etykieta w nowym stylu kraftwerkowym (a szkoda, wolałbym tę piwotekową). Mimo tego ładnie się prezentuje a sylwetka "diabeła" całkiem spoko kreską narysowana jest. Co mnie zraziło to umieszczenie logo obu browarów tak jakoś chamsko z przodu, jakby za wszelką cenę chcieli je wepchać na pierwszy plan. Samo piwo też ma pewne problemy z prezencją. Piana praktycznie nieistniejąca. Mocno wymuszona znikła w mgnieniu oka. W dodatku myślałem, że piwo będzie nieprzejrzyście czarne a okazało się klarowne z bardzo widocznymi, rubinowymi refleksami. Jak jakiś schwarzbier.


Dużo Wam o aromacie nie napiszę bo cholernie mało się w nim dzieje. Można nawet rzec, że go prawie nie ma. Niestety pierwsze co wchodzi w nozdrza to rozpuszczalnik i dopiero po nim słabiutkie słodowe nuty, które ciężko rozpoznać. W dodatku nie jestem pewien czy to nie jest zwyczajnie moja chęć doszukania się czegokolwiek.

Ohohoho... tutaj to dopiero będzie problem. Już po pierwszym łyku człowiek odczuwa dziwaczne mrowienie na języku. To prawda, że to piwo jest niewyobrażalnie słodkie, nawet jak na moją dość wysoką tolerancje na cukier w piwie. Niestety przypomina to bardziej spalone na węgiel mleczne ciągutki, zdrapywane kilofem z patelni. Nic więcej mi do głowy nie przychodzi... Goryczka może i jakaś tam się pojawia, ale jest cholernie nieprzyjemna, zalegająca i popiołowa jak z resztą cały finisz. I to nie jest taki delikatny popiół, który może podkreślić paloność stoutu... oj nie. Jest drapiący, agresywny i dziwaczny. Oczywiście cały czas towarzyszą nam te ohydne ciągutki. Double Trouble wydaje się być treściwe, ale w życiu bym nie powiedział, że jest gładkie czy też przyjemne (żeby nie pisać wodniste czasami). Wysycenie dość niskie, czyli poprawne. Niestety, kolaboracja za cholerę się nie udała. To co wydobyło się z butelki to jeden wielki i beznadziejny chaos. 5% laktozy nie wniosło upragnionej mleczności a po lekkim ogrzaniu wychodzi też gryzący alkohol.

----------

Styl: Imperial Milk Stout
Alk: 10% Obj.
Ekstrakt: 25% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny), laktoza, cukier kandyzowany, chmiel (Columbus), wanilia, drożdże S-04.
Do spożycia: 28.07.2016

Facebook Browaru

PS: przy okazji ostatnio złożonego zamówienia w sklepie Piwna Przystań dostałem gratis drugą butelkę tego stwora. Zobaczymy za parę miesięcy czy leżakowanie ma sens... według mnie nie bardzo.

EDIT 17.03.2017: O dziwo po roku alkohol schował się i już tak nie przeszkadza. Spalenizna nie jest drażniąca i całość naprawdę zaczęło przypominać stout. Taki słodki... do granic możliwości... po którym dostaje się zapaści i przebywa w śpiączce przez kolejny rok z przecukrzenia organizmu.

Piliście kiedyś piwo w stylu chociebuskim? Ja też nie. Słyszeliście w ogóle o czymś takim? Ja też nie. Styl ten wywodzi się z niemieckiego miasta Cottbus (do 1031 roku polski Chociebuż) i jak nam uświadamia etykieta, został on zasztyletowany przez Bawarskie Prawo Czystości. Piwoteka, jak to ma w swoim zwyczaju, postanowiła wskrzesić ten styl wraz z Marcinem Chmielarzem.

Skoro to niemieckie piwo ma polskie korzenie postanowiłem je otworzyć na niemieckim piecu ze stalowymi elementami z polskiej fabryki. A co, w końcu mam taki w piwnicy (i sam go po części odrestaurowałem). Co czyni ten wymarły styl piwa wyjątkowym? Ano po pierwsze jest to pewnego rodzaju kwas. Po drugie do jego produkcji używa się miodu, cukru i owsa. Warto wspomnieć, że sam trunek został specjalnie uwarzony na Beer Geek Madness 3. 


Na piwotekowych etykietach znowu mamy powrót do białej sylwetki postaci na czarnym tle. Im więcej butelek w tym stylu widzę tym bardziej zdaję sobie sprawę, że Piwoteka ma jeden z najlepszych pomysłów  na etykiety w kraju. Ciężko jest wymyślić szablon, który będzie pasował do każdego stylu. Im się to udało. Chwyciłem za kufel, bo takie szkło poleca browar, i zacząłem nalewać. W trakcie butelka powędrowała bardzo wysoko, dlaczego? Ano piana nie chciała się za cholerę utworzyć. Kolor piwa oceniłbym na bladozłoty, a nawet słomkowy pod światło. Jest też delikatnie zamglone.


Trochę się człowiek musi namęczyć żeby coś wywąchać. Intensywnością nasz Heinrich się niestety nie popisał. Na pewno jest szeroko pojęta zbożowość, która robi za podstawę aromatu wraz z płatkami owsianymi. Do tego miód, który o dziwo nie wprowadza wszechobecnej słodkości. Coś jakby wersja fit pszczelego nektaru. Wyrazista, ale też smukła i delikatna zarazem. W tym odczuciu może też pomagać lekka kwaskowatość podobna do zsiadłego mleka. Bądź co bądź fajny zapaszek, jam jest prosty chłop (prawie) ze wsi i takie klimaty mocno kojarzą mi się z wakacjami u ciotki i kradzieżą marchewek jej sąsiadowi. Szkoda, że całość nie jest chociaż trochę bardziej wyrazista.

Po pierwszym łyku odetchnąłem z ulgą. Tutaj nie będzie problemu z wyszukaniem smaków. Co wydaje się dość dziwne piwo jest cholernie lekkie jak na 12,5% ekstraktu. Pijałem grodziskie, które mnie bardziej zapychały. Nagazowanie wydaję się adekwatne do ogólnej rześkości, uznajmy, że jest dość wysokie. No to teraz tak, zacznijmy może od... zbożowości przypominającej trochę chleb razowy. Potem mamy kwaskowatość, która idealnie łączy się z chlebem. Atakuje jak igła w język, ale tak... przyjemnie. Na ratunek przychodzi miód, może i nie jest jakoś szczególnie intensywny, ale robi robotę i uspokaja trochę towarzystwo. Goryczki praktycznie żadnej, na jej miejscu pozostał kwasek, który coraz bardziej przypomina mi moje pierwsze doświadczenia z cytryną, gdy byłem jeszcze mały, śliczny i miałem rasowego mulleta zamiast włosów. Patrząc na skład mogłoby się wydawać, że nasz Lodzermensch będzie słodki, ale wcale taki nie jest. Jest orzeźwiający, cholernie pijalny i przez to nie zauważyłem nawet jak szybko uciekł mi z kufla. Przy większej ilości może się to okazać zdradliwe. Całość na pewno nie dostarcza walorów smakowych np takiego RISa, ale wątpię aby o to chodziło w stylu chociebuskim. To prosty kwas, ale za to jaki pyszny.


Lubię dziwaczne piwa. No dobra, lubię pomysły na dziwaczne piwa. Równie dobrze może to być wskrzeszenie stylu, o którym nawet największe hipsterskie głowy nie słyszały lub wcielenie w życie najgorszego koszmaru piwowara. Jednak nie zawsze mi one muszą smakować, do wielu takich eksperymentów trzeba mieć w sobie pewnego rodzaju fetysz.

Najlepszym przykładem będzie tutaj Sahti, styl, którego działania na moje zmysły do końca nie pojmuje. Pintowska wersja bardzo mi smakowała, ale tylko ta wypuszczona na nasz rynek. Eksportowa już nie bardzo. Ich kooperacja z Pracownią Piwa pod nazwą Happy Crack też była całkiem całkiem. Dziś spróbujemy sobie Gotlandsdricke, czyli szwedzkiego stylu podobnego do fińskiego Sahti. Warzone głównie w domach w Gotlandii do dziś, prawdopodobnie to właśnie drikke jest najbardziej zbliżone do trunków pitych przez wikingów.


Etykieta w stylu piwotekowym uświadamia nas, że to właśnie ten zacny trunek pił umiłowany przez wiele niewiast na świecie Ragnar Lothbrok. Tak, to ten przystojny pan z brodą z serialu Wikingowie. Tak na marginesie pozwolę sobie po raz kolejny zapytać... kiedy w końcu kapsle droga Piwoteko? Samo piwo wygląda średnio, nie jest to jednak wina piwowara. Piana słaba i niska, jest to jednak jeden ze znaków rozpoznawczych piw w tym stylu. Co do koloru trunku można uznać, że przypomina zmętniony bursztyn, całkiem ładny w dodatku. Bardziej natrętni mogą uznać, że jest to ciemna miedź.


Aromat nie przypomina uderzenia siekierą, jest średnio intensywny co dziwi mnie przy takich składnikach. Najważniejsze jednak, że jest wyczuwalny a prym wiedzie jałowiec. Otacza go swoisty zapach zbożowy, to na pewno żyto. Gdzieś z tyłu, bardziej w domyśle, kręci się lekka wędzoność. Po ogrzaniu wychodzą dość wyraźne... śliwki z rodzynkami, dziwne. Kurde przyjemny ten aromat, szkoda, że taki chucherkowaty.

W smaku Drakkar jest o wiele bardziej wyrazisty. Od samego początku zadziwiła mnie pijalność tego piwa, wbrew pozorom nie jest ciężkie ani zapychające. Owszem ma te 14% ekstraktu ze specyficzną lepkością od żyta, ale jest o wiele lżejsze w odczuciu niż na przykład takie Sahti od Pinty. Na pierwszym miejscu igły, jałowiec daje czadu, ale w granicach rozsądku. Towarzyszy mu wędzoność pod postacią bliższą drewnu niż szyneczki. Jest wyraźna, ale stonowana prawidłowo, co by nawet najwięksi jej hejterzy nie mogli zbytnio narzekać. Całość na fajnej podbudowie słodowej, miks chleba i odrobiny karmelu przyjemnie wypełnia usta. Najmniej za to wyczuwalne jest żyto, co dziwi przy takiej lepkości. Goryczka pojawia się dosłownie na chwilę i jak się człowiek nie wysili to jej nawet nie zauważy. W sumie to nawet dobrze przy tym stylu. Problem pojawia się dopiero na finiszu, który jest ledwo co wyczuwalny. Szkoda, bo to dość przyjemna, lekko kwaskowata mieszanka żyta i jałowca. Wysycenie średnie, wydaje mi się za wysokie jak na jałowcowe piwo. Mimo tego trunek wydaje się być idealny dla osób, które dopiero co wkraczają w świat Sahti, Gotlandsdricke czy Koduõlu. Ja na pewno sięgnąłbym po nie jeszcze raz.


Gose, guze, guose, gouze... wszędzie Gose! Był niedawno taki okres w piwnym światku naszego pięknego kraju, że gdzie nie spojrzałeś tam opisy, omdlenia młodych niewiast i zachwyty nad stylem, który prawie, że wymarł kompletnie. Mowa tutaj o Gose, czyli lekkim, kwaśno-słonym piwie pszenicznym wprost z Lipska (czy też Goslar) w Niemczech. 

Cała ta fascynacja zaczęła mi działać na nerwy... głównie dlatego, że nie mogłem dostać choćby jednej butelki (już nie ważne z jakiego browaru). Z pomocą (i butelczyną w dłoni) przyszedł Marek z browaru Piwoteka. W sumie... to ich interpretacja stylu zbierała właśnie najlepsze noty wśród polskich piwoszy, istny double win jak to mówią. 


Piwoteka konsekwentnie trzyma się swojego szablonu na etykietach i chwała im za to. Ładne to i schludne, kontretykieta z resztą też. Czasami przesadzają z np polecanym szkłem, ale najwidoczniej taki mają specyficzny humor. Z chęcią zobaczyłbym na ich butelkach firmowy kapsel, patrząc na inne browary rzemieślnicze można stwierdzić, że przestaje to być rzeczą segmentu premium więc czemu nie? Samo piwo wygląda jak biszkopt, powiedzmy, że takie sobie wyblakłe złoto. Jest lekko mętne a piana... jest niestety tylko na początku. Biała czapa trzyma się cholernie krótko, szczerze mówiąc nie spodziewałem się tego bo urosła do fajnych rozmiarów i nie syczała zbytnio.


Spodziewałem się, że sól namiesza mocno, ale nie przypuszczałem, że aż tak bardzo jeżeli chodzi o aromat. Podstawą jest pszenica z bardzo delikatną kolendrą. Ramie w ramie maszeruję też sól kuchenna, która, na chłopski rozum, nie powinna tutaj pasować... a jednak. Zadziwiające jest też to, że nie psuje ona odbioru w żaden sposób. Zapach całości jest intensywny do samego końca dzięki czemu każdy będzie mógł się nadziwić do woli.

Ale chwila! Jest tego więcej. Dopiero w ustach odpala się prawdziwa petarda smakowa. Jest pszenica z kolendrą (dość delikatną) i lekki posmak chlebowy gdzieś z tyłu. Sama pszenica jest wyraźna, ale nie naciska zbytnio. Jak w bardzo fajnym, orzeźwiającym witbierze. Do tego kwaskowatość (przy tej warce użyto kwasu mlekowego), bardzo przyjemna, trafiająca idealnie w punkt i w pewnym stopniu zastępująca marginalną goryczkę. Dodaje pewnego rodzaju zadziorności do piwa. No i w końcu gwiazda wieczoru, która nie stara się zasłonić reszty. Wręcz przeciwnie, wspiera inne smaczki nie przykrywając ich kompletnie. Mowa tu oczywiście o soli. Ta pojawia się na samym początku, gdy piwo dotyka języka jak i na finiszu, wraz z delikatną kolendrą i cytrusami. Pozostawia po sobie mineralny posmak w ustach, który okazuje się być całkiem przyjemny, na swój sposób oczywiście. Piwo wydaję się lekkie i jest cholernie pijalne, ale porównałbym je bardziej do Bruce Lee. Niby niepozorny z wyglądu, ale jakbyś dostał od niego z kopa to byś się przez godzinę z podłogi nie mógł podnieść. Wydaję się idealne na rowerowe wypady, jest dobrze zbalansowane, zadziwiająco kruche i suche, ale z powodzeniem gasi pragnienie. Średnie do wysokiego nagazowanie także wspomaga pijalność. Coś mi mówi, że będzie to mój drugi najulubieńszy styl piwny, zaraz po stoucie oczywiście.

WWW

Warka z przełomu maja/czerwca 2016 jest tak samo zajebista.

Wszyscy wiemy, że śledzik lubi pływać. Jak to jednak zwykle bywa różni ludzie mają różne zrozumienie tego pięknego, słowiańskiego powiedzonka. Najbardziej znany jest sposób zalewania śledzika doustnie trunkiem wysokoprocentowym zwanym potocznie wódką. Jak wiecie gardzę tym alkoholem więc takie podejście mi się zbytnio nie podoba.

Z pomocą przychodzi browar Piwoteka, który zrobił coś, z czego do teraz potrafiliśmy tylko żartować. W rzemieślniczym światku zwyczajem było mawiać, że w crafcie to chyba jeszcze tylko śledzi nie dodali do piwa. W życiu bym nie powiedział, że jakiś piwowar pokusi się o użycie ryby w praktyce. Co prawda mamy już stouty ostrygowe ale jakoś tak... śledź? Tak na marginesie to właśnie takie warzenie jest dla mnie czymś twórczym. Szukanie składników, które wzbogacą piwo a wcześniej rzadko kto ich używał (dobry w tym jest browar Kingpin). Dopieprzyć chmielu bez umiaru to każdy browar potrafi.


Etykieta  w stylu piwotekowym, co jest jednak najciekawsze to kontra. Chłopaki podeszli luźno do tego stouta śledziowego i polecają np bardzo wdzięczne szkło do picia... słoik. Jest też parowanie jedzenia z piwem, polecają  między innymi śledzia w śledziach. Trunek w szkle jest czarny, bez jakichkolwiek prześwitów. Podczas nalewania wydawał się być dość klarowny. Zdobi go ładna, lekko beżowa piana, która w większości jest drobnopęcherzykowa. Żywot ma średni, ale nie jestem pewien czy jej po prostu wiatr na działce nie zaszkodził. Mimo tego koronkę pozostawia zacną.


Aromat na pewno nie jest mocna stroną tego piwa. Intensywność bardzo niska, trzeba się ostro nawąchać aby wyczuć wszystko co ma do zaoferowania. Prym wiedzie paloność, taka sucha, popiołowa. Zaraz za nią lekka mieszanka kawy z czekoladą i może jakieś owsiane nuty. Śledzi nie wyczuwam, jest za to lekka wędzoność. Dałem mu się mocno ogrzać, miałem nadzieję, że wyjdą jakieś nuty rybne i w sumie się nie zawiodłem. Pojawił się bardzo delikatny zapach świeżych owoców morza, jak na targu rybnym. Był on jednak mocno ukryty za typowo stoutowymi aromatami.

W smaku od razu da się wyczuć, że rybka lubi pływać. Podstawą nadal jest stout, mamy popiół, gorzkawą czekoladę i na dopełnienie kawę gdzieś z tyłu. Owoców jako takich nie wyczuwam, całość wydaję się mocno wytrawna. Przez bardzo krótki moment, zaraz przed uderzeniem goryczy pojawia się też wędzonka. Goryczka stanowcza i wyraźna aczkolwiek wątpię, żeby miała te 50 IBU. Profil ma palony, idealnie wpasowała się w inne smaczki. Przez cały czas towarzyszy nam delikatna sól, która trochę nabiera na sile przy finiszu. Ten jest wyraźne spalony, z elementami gorzkiej czekolady i... wędzonej makreli. W taki sposób ujawnił nam się śledzik, a przynajmniej mi osobiście się tak skojarzył. Wysycenie średnie do niskiego, bardzo pasuje. Jeżeli chodzi o treściwość to bardziej bym powiedział, że jest to jakaś 11-12 niż 14. Nie jest jednak w żadnym wypadku wodniste tylko po prostu pijalne. No i co? Nie taki śledzik straszny. Na pewno znajdzie się paru takich, co będą płakać, że za mało tej ryby w piwie ale jak dla mnie jest to bardzo dobre, subtelne podejście do tematu. Musze w przyszłości spróbować jakiegoś ostrygowego stouta co by sobie porównać intensywność owoców morza.

PS: nie polecam pić tego piwa przed randką. Mimo delikatnych odczuć śledziowych przez konsumującego woń ryby pozostaje i ktoś może stwierdzić, że nie myliśmy zębów od jakiegoś tygodnia.

www.piwoteka.pl / Gdzie wypijesz?

Nie wytrzymałem, na drugi dzień wypiłem drugą butelkę. Tym razem w polecanym szkle.

Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com