Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marcowe. Pokaż wszystkie posty
Co tu dużo pisać, marcowe jest stylem nudnym, bez wyrazu i kojarzy mi się głównie z niby-świętem piwa u naszych zachodnich sąsiadów. Dziwi mnie sytuacja, gdy na przykład nowy browar postanawia uwarzyć lagera i właśnie marcowe... tak, mam tu na myśli ledwo co otwarty browar Tenczynek.
Oczywiście craft ma własne zasady, chociaż w sumie lepiej napisać, że ich właśnie nie ma. Dzięki temu możemy się cieszyć najdziwniejszymi stworami w postaci ciemnych witbierów, miętowych porterów lub eksperymentów kingpinowych. Najlepsze jest jednak to, że takie nowatorskie podejście odbija się także na tak nudnych stylach jakim np jest właśnie marcowe. Dzisiaj obczaimy sobie klasykę z browaru Pinta, piłem je wiele razy ale za cholerę nie pamiętałem jak mi wcześniej smakowało.
Oczywiście craft ma własne zasady, chociaż w sumie lepiej napisać, że ich właśnie nie ma. Dzięki temu możemy się cieszyć najdziwniejszymi stworami w postaci ciemnych witbierów, miętowych porterów lub eksperymentów kingpinowych. Najlepsze jest jednak to, że takie nowatorskie podejście odbija się także na tak nudnych stylach jakim np jest właśnie marcowe. Dzisiaj obczaimy sobie klasykę z browaru Pinta, piłem je wiele razy ale za cholerę nie pamiętałem jak mi wcześniej smakowało.
Chwyciłem więc kufel, bo tak mi Pinta rozkazała na etykiecie i zrobiłem szybką trasę nad jezioro. Nie pamiętam kiedy ostatni raz używałem tego szkła... kurz ze środka musiałem usuwać szczotką bo ścierka nie dawała rady. Jest coś dziwnego w wyglądzie piwa w kuflu, na początku mojej przygody z craftem podobało mi się to ale teraz... jakoś taniością mi to zajeżdża. Czy stałem się już prawdziwym piwnym hipsterem? Cholera wie. Popatrzmy na trunek. Wygląda dość mizernie szczerze mówiąc. Owszem kolor ma fajny, rubinowy z lekką domieszką brązu. Jest też klarowne. Problem w tym, że piany to ustrojstwo praktycznie nie ma. Z początku pieniło się jak Cola i w takim samym tempie (jak przy tym zacukrzonym do granic możliwości trunku) ta mizerna, lekko beżowa piana zaczęła znikać. Etykieta dość nudna, nawet jak na pintowskie standardy.
Nie powiem, jakoś mnie wygląd piwa nie zachęcił do przechylenia szkła. Nie miałem jednak wyboru bo znowu zapomniałem zabrać ze sobą bidon z wodą (został na parapecie w domu). Skleroza nie boli jak to mówią... ale czemu w tak młodym wieku? Muszki zaczęły się zlatywać więc wziąłem szybki niuch i... chwila chwila. Bardzo fajny, wędzony zapaszek prężył muskuły i nawet robactwo, które wciągnąłem razem z nim mi w tym nie przeszkadzało. Dodajmy do tego fajne, ciemne słody, lekko opiekane i powszechne skojarzenia z chlebem prosto z pieca i mamy całkiem przyjemny aromat. Zaintrygowany tą piękną prostotą zapaszków zacząłem pić. Znowu to samo... czysty i prosty smak słodowy (lekko opiekany) wspomagany przez wyraźną, ale trzymającą się z tyłu wędzonkę. Okej, żeby być sprawiedliwym napiszę, że początek wydaje się trochę słodki i karmelowy ale jakoś mi to nieszczególnie przeszkadzało. W dobrym momencie wchodzi niska ale wyraźna goryczka (bez jakiegoś konkretnego profilu) i przenosi nas spokojnie do samego finiszu, który jest mieszanką lekkiej szynkowej wędzonki i popiołu. Orzeźwiające, sesyjne, średnio nagazowane. Piwo pozostaje proste jak styl matka (marcowe) ale dodatek wędzonki robi bardzo dobrą robotę, w końcu można to wypić z przyjemnością bez, przepraszam za wyrażenie, spuszczania się nad walorami owego trunku i nadal być zadowolonym z życia.
![]() |
| Ciekawe do czego to służy... |
Szok i niedowierzanie, Grupa Żywiec wypuszcza na świat nie jedno, nie dwa a trzy piwa z duchem kraftu! No może troszeczkę przesadziłem ale jakby nie patrzeć nie spodziewałem się np takiego białego pszenicznego z logiem Żywiec. Czytam sobie więc zmagania ludzi w większych miastach, którzy szukają namiętnie tych piw w każdym markecie. A ja? Wchodzę dzisiaj do Tesco w moim 25 tysięcznym mieście i mam półki dosłownie uginające się pod ciężarem kartonów... zaraz obok Tatry. Przypadek? Nie sądzę!
Wszystkie piwa zrobione w podobnej stylistyce jeżeli chodzi o wygląd butelki. Niby okej ale cholernie nie podobają mi się te złote napisy i logo, bleh. Rozbawiły mnie jednak krótkie opisy każdego piwa. Bock i Marcowe mają dość długą historie, przynajmniej według Żywca. Białe natomiast ma identycznie napisaną notę tylko że nie pasującą jakoś do roku pierwszego uwarzenia w browarze... 2014. Zapewne napisali tak z myślą o potomnych.
Białe:
Zacznijmy może od Białego, w końcu to największe zaskoczenie z całej trójki. Nalewa się dość... wodniście jak na ten typ piwa. Nie jest tak mętne jak inne wity, które piję namiętnie w gorące dni. Piana też szybko opada, trzeba jednak przyznać, że pozostaje jakiś tam kożuszek po niej. Kolor lekko wyblakłego złota, niby proper ale przez te słabe zmętnienie potęguje to tylko efekt wodnistości. Pierwszy raz od dłuższego czasu tak mi się wygląd piwa nie podobał. No kurde, spać nie będę mógł przez to...
Aromat jest bardzo słodki, przyprawy nie dają rady go zwalczyć. Co najgorsze, ta miodowa słodycz (która w sumie by mi nie przeszkadzała tak mocno) miesza się z takim jakimś zapaszkiem płynu do mycia naczyń. Przyznam się szczerze, że pierwszy raz się spotykam ze słodkimi chemikaliami, nie tylko w piwie. Ludwik? Spadaj! No i sobie poszedł, w smaku na szczęście go nie ma. Jest za to, obiecane na etykiecie, orzeźwienie. Co prawda trochę wodniste i bez wyrazu ale zawsze coś. Pojawia się, typowy dla witów kwasek, bardzo przyjemny muszę zaznaczyć. Pewnie efekt tych paru ziaren przypraw, głównie kolendry, które skąpo browarnicy z Żywca sypnęli. Reszta to dość tępe słody. Jakaś to alternatywa będzie, gdy nad morzem wgryzać będziemy się w przepyszną rybkę z piątego oleju.
Bock:
Tak jakoś chwyciłem szklankę żywiecką (nie mam pojęcia skąd ją mam) i zacząłem nalewać. Co mnie zdziwiło to piana. Długo się utrzymuje, jest zbita i wysoka. Coś takiego w piwie z koncernu? Świat się kończy. Kolor brązowy z ładnymi refleksami pod światło, pełna klarowność. No no, jak to mówi młodzież na propsie.
Wącham i wącham i jakoś nie mogę natrafić na jakiekolwiek zapachy koźlacze. No bo karmel z colą to chyba nie jest norma w tym stylu... nie? Czar prysł. A po wyglądzie tak fajnie się zapowiadało. Waham się ale trochę się zmęczyłem machając grabiami. Czymś trzeba ugasić pragnienie. Pierwszy łyk i... dziwne. Dobra może od najłatwiejszej rzeczy, goryczka. Jest słaba ale długo zalega, dodajmy do tego to, że nie jest zbytnio smaczna (jakby zielona łupina od orzecha) i mamy swoistą katastrofę już na starcie. Piję jednak dalej bo intrygują mnie inne smaczki. Mianowicie posmak eurolagerowy (ooo tak, pojawia się), coś pokroju mokrej szmaty. Nie ma w tym nic z przypieczonej skórki od chleba, ba, nawet odrobiny karmelu nie uświadczysz. Jest też o wiele za mocno nagazowane jak na ten styl. Ogólne wrażenia? Zbutwiałe drewno.
Marcowe:
Ostatnie z nowości, patrze na tą zielonkawą etykietę i jakieś dziwne przeczucie każe mi uważać. No nic otwieramy i... uderzenie pewnego specyficznego zapaszku prosto z butelki, o nim za chwilę. Co prawda piwo nalewa się z bujną pianą ale, jak przy eurolagerach, znika ona szybko. Kolor ładny, ciemnozłoty, klarowne, przyjemne.
Czym był ten specyficzny zapaszek? Ano zbukiem, jechało zepsutym jajem jak cholera. Co prawda po chwilowym odstaniu w szkle jajo gdzieś znikło ale pierwsze wrażenie pozostaje. Pomijając te nieprzyjemną przygodę mamy bardzo słabo wyczuwalne słody. Pijemy, im szybciej skończę tym lepiej. Pierwsze co daje się we znaki to karmel, słodycz ze słodów. Szybko przejmuje jednak wartę niska i bardzo tępa goryczka, przy akompaniamencie... alkoholu, takiego prosto z gorzelni. Najlepszy jest jednak posmak, który dość długo zostaje w ustach, jest... znowu słodki. Dziękuję, ja wysiadam bo zaraz dostanę zgagi od tego.
Nazwijcie mnie durniem ale ja naprawdę wierzyłem, że Żywiec wypuści coś w miarę pijalnego. Jak zwykle wyszło beznadziejnie, no bo przecież zwykłemu Kowalskiemu wystarczy zmienić etykietę, wmówić mu że tak właśnie mają smakować piwa craftowe i sprawa załatwiona. Wady w piwie? Przecie to prawdziwy smak craftu!
Byłem wczoraj u znajomego wraz dwoma innymi jegomościami, wszyscy tak samo uzależnieni od alkoholu jak ja. Oczywiście wpadłem wcześniej do muszkieterów po jakiś prowiant i ku mojemu zdziwieniu wybór piw był cholernie słaby. Patrząc na półki pełne mocnych piw i dziwnych wynalazków typu Reds byłem zmuszony wybrać parę smaczków, które zawiodły mnie niestety niezmiernie.
Pierwszy do ust powędrował osławiony już chyba Zwierzyniec, prawdziwy pils za 3 zł. Według mnie smakował gorzej od zwykłej Perły, nawet nie staram się być sarkastyczny w tym momencie. Drugi był pilzner z Miłosławia, tutaj jeszcze większe rozczarowanie bo śmierdział masłem i kukurydzą na odległość, o smaku już nawet nie chcę wspominać (a jakieś 2 lata temu mi smakował jeszcze). Noteckie jasne dokończyły dzieła zniszczenia, było cholernie ciężko je wypić do końca. Na szczęście, kumpel u którego piłem te specjały dał mi bączka do spróbowania. Oczywiście nie miałem zamiaru go marnować w ten sam wieczór. Smak taniego pilsa za 3 złote postanowiłem zmyć dzisiaj, na spokojnie.
Wyglądu samej butelki nie ma się co czepiać, nawet gdy etykieta jest wydrukowana na drukarce w domu i to jeszcze czarno-biała (tryb drukowania - oszczędny). W końcu jest to browar restauracyjny, nikt im nie każe piwa lać do butelek na wynos. Sam wygląd piwa jest jednak godny uwagi, piana bardzo ładna, drobna i zbita. Troszku krótko się trzyma ale przy 0,33l jakoś mi to przestało przeszkadzać. Kolor piękny, ciemnozłoty z lekkim zmętnieniem, stylowo powinno być niby klarowne.
Wącham i tak sobie myślę, że mogłem wziąć coś lepszego do poprawy nastroju. Zapach jest cholernie słaby, głównie słodowy, lekko kwiatowy. W sumie trochę się biję w pierś, przeca ten styl jest nudny więc nie wiem czego ja się spodziewałem. Biorę łyk i lekka poprawa nastroju jednak następuje. Jest słodowo i chlebowo. Słodycz na umiarkowanym poziomie i trzeba przyznać, że fajnie przechodzi z niej w lekką wytrawność. Gorycz na bardzo niskim poziomie. Rozumiem Niemców i ich upijanie się Marcowym na Oktoberfest. Jest to o wiele lepsze piwo niżeli znane nam eurolagery. Może nie ma jakiś fantastycznych doznań smakowych ale osobiście wolałbym aby ludzie pili hektolitrami właśnie je. Jest neutralne, delikatne a zarazem dość pełne, nie pozostawia posmaku kapcia w ustach po każdej butelce. Pozostaje jednak problem nudności stylu, jako zamiennik dla Lecha/Żywca/Żubra/Tyskiego/Harnasia/Carslberga/Heinekena jest idealne. Ja chyba jednak wrócę do swoich ipów-sripów i witów-sritów.






















