Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grodziskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grodziskie. Pokaż wszystkie posty
Człowiek myślał już, że beczkowanie piw stanie się w tym roku passé i w końcu zastąpi je jakiś nowy craftowy trend. Nic bardziej mylnego. Piwa barrel-aged nie umarły, one ewoluowały. Połączyły się z nowym pomysłem browarów rzemieślniczych jakim jest... crowdfunding.
Chcesz zostać właścicielem browaru? Nawet w 0,005%? Daj im pieniądz, a twoje marzenia się spełnią. Takie zrzutki ogłosił już browar Brodacz, Brokreacja i właśnie Pinta. Ci ostatni swój przybytek już prawie ukończyli dlatego zbierają na coś innego... mini-browar, taki do beczkowania swoich trunków. Dziś sprawdzimy sobie pewnego rodzaju "flagowca" jeżeli chodzi o ten projekt, którym jest blend lambica z browaru Oud Beersel z pintowym Grodziszem, leżakowany potem w beczce po czerwonym winie. Tyle zachodu dla wariacji z naszym jedynym, rodzimym stylem piwnym?
Etykieta (jak i butelka) nawiązuje trochę do stylu browaru belgijskiego. Prosta, ale trochę chaotyczna jak na mój gust. Te zagraniczne browary mają jakieś dziwne upodobania jeżeli chodzi o ilość tekstu... Samo piwo wygląda fenomenalnie, chociaż pewnie to zasługa szkła. Złociste, delikatnie zmętnione i z bardzo niską pianą, która szybko zmienia się w trwałą obrączkę.
Aromat jest naprawdę wyraźny, utrzymujący się dość długo w dodatku. Trzeba się trochę doszukiwać samego grodzisza, bo na pierwszym planie dominują owoce (tutaj malina i trochę porzeczki) wraz ze stajnią, i to taką wieeelgachną. Zapach koni i różnych skórzanych elementów rozciąga się w każdą stronę. Akcenty winne też się pojawiają, ale kojarzą mi się bardziej ze słodkim białym winem. Lambic z beczką ładnie przejął inicjatywę muszę przyznać, ciekawe jak co będzie dalej...
Jeden, drugi, trzeci łyk... cholera. Zapomniałem znowu, że to grodzisz jednak. W dodatku jest to mała butelka, a mnie tak suszy po jeździe, że z chęcią bym całość na raz wypił. Powstrzymałem się jednak, bo w smaku też się ciekawe rzeczy dzieją. Od początku jednak: ciałko jak w grodziszu, zwiewne i orzeźwiające (ale nie wodniste). Wysycenie pod sufit, ale tym razem nie dostałem kapslem w oko przy otwieraniu. Tutaj też pojawia się samo grodziskie, ze swoją delikatną pszenicą i nutą wędzonki. Wtapia się ona dość mocno w dzikość tego piwa (znowu ta stajnia), ale o dziwo jakoś dobrze to działa. Owoce jako solidny drugi plan robią robotę. Głównie jeżyny i maliny, ale te bardziej kwaśne których nikt nie lubi, a tutaj pasują idealnie. W ogóle cała ta kwaskowatość rośnie z każdym łykiem. Zaskakująco dobrze też pije się to piwo po mocnym ogrzaniu. Przy większości grodziszy nie można tego samego powiedzieć. Goryczka... no proszę Was. Na finiszu troszku winnych nut się pojawia (przy praktycznie samych owocach już), ale to tak byście musieli pocmokać chwilę żeby to wino wyczuć. Bez jaj, dawno nie czułem się tak smutny po tak makabrycznym odkryciu, jakim jest pusty kieliszek.
----------
Styl: Dziki Grodzisz
Alk: 3,9% Obj.
Ekstrakt: 9,5°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), niesłodowana pszenica; chmiel; drożdże.
Do spożycia: 23.04.2020
Na pewno widzieliście tego mema z Ryanem Reynoldsem "but... why?". Przyglądając się czasami poczynaniom polskich rzemieślników zadaje sobie to samo pytanie, z tym samym wyrazem twarzy nawet. Pamiętam, że ktoś podczas WFDP (zaraz po tym jak Grodzisk znowu pojawił się na mapie piwnej) zażartował, że mogliby zrobić imperialną wersję...
Po co? Przecież głównym atutem tego stylu jest lekkość w każdym tego słowa znaczeniu. Takie podejście wielu osób nie powstrzymało jednak browaru z Grodziska przed uwarzeniem (kooperacyjnie) tego monstrum. W ankiecie wybraliście współprace z browarem Marble, w puszce. Jeżeli dobrze kojarzę nie jest ona dostępna w polskich sklepach.
Patrząc na etykietę nie mam zielonego pojęcia co grafik chciał osiągnąć. Napisy gubią się w tle i ciężko jest cokolwiek wyczytać (a może to ja już się stary robię). Pomysł z puszką uważam jednak za strzał w dziesiątkę. Piwo też niczego sobie. Ma piękny złoty kolor i jest delikatnie zamglone. Piana zwiewna i puszysta oraz całkiem wysoka, jak na grodziskie przystało. Żywot miała średni.
Kurde ładnie to pachnie, ale z początku miałem też dość mieszane uczucia. Jest pszenica, wyraźna i orzeźwiająca. Jest też lekka wędzonka, chyba szynkowa. Ciężko stwierdzić, bo ciągle chmiel wchodzi w drogę. Musieli go dużo dosypać, bo limonkowe zapaszki momentami dominują zbytnio. Po chwili (i jakby nie patrzeć ogrzaniu się piwa) wszystko się stabilizuje na szczęście.
Trochę się bałem tego całego "imperializmu"... Kocham ten styl za lekkość, a jego "ojcowie" próbują we mnie wmusić pewnego rodzaju negację wcześniej wymienionego. Jak bardzo się myliłem... no nie macie pojęcia. Już po pierwszym łyku czuć orzeźwienie typowe dla grodziskiego, a ciałko nie jest w ogóle zapychające (aczkolwiek odczuwalnie wyższe niż w wersji podstawowej). Nagazowanie oczywiście na bardzo wysokim poziomie. Podstawą jest pszenica, świeża i wyraźna. Do tego (prawie, że na tym samym poziomie) ziołowość i limonka. Na szczęście wędzonka nie uciekła nigdzie. Nadal robi za tło, ale takie wyraźne. O dziwo goryczka też jest wyczuwalna, krótko, ale to zawsze coś. Na finiszu wędzonka wybija się jeszcze bardziej i pozostawia taki delikatny dymiony posmak na podniebieniu. Jak ktoś miał problem ze zwykłym grodziskim (głównie z tym, że nie można się tym napić, a trzeba za to chodzić co chwilę do toalety) to ta wersja będzie jak znalazł dla niego. A tak na serio... naprawdę dobre piwo. Alkoholu w ogóle nie czuć, całość jest nadal lekka i orzeźwiająca i naprawdę przypomina pierwowzór.
Trochę się bałem tego całego "imperializmu"... Kocham ten styl za lekkość, a jego "ojcowie" próbują we mnie wmusić pewnego rodzaju negację wcześniej wymienionego. Jak bardzo się myliłem... no nie macie pojęcia. Już po pierwszym łyku czuć orzeźwienie typowe dla grodziskiego, a ciałko nie jest w ogóle zapychające (aczkolwiek odczuwalnie wyższe niż w wersji podstawowej). Nagazowanie oczywiście na bardzo wysokim poziomie. Podstawą jest pszenica, świeża i wyraźna. Do tego (prawie, że na tym samym poziomie) ziołowość i limonka. Na szczęście wędzonka nie uciekła nigdzie. Nadal robi za tło, ale takie wyraźne. O dziwo goryczka też jest wyczuwalna, krótko, ale to zawsze coś. Na finiszu wędzonka wybija się jeszcze bardziej i pozostawia taki delikatny dymiony posmak na podniebieniu. Jak ktoś miał problem ze zwykłym grodziskim (głównie z tym, że nie można się tym napić, a trzeba za to chodzić co chwilę do toalety) to ta wersja będzie jak znalazł dla niego. A tak na serio... naprawdę dobre piwo. Alkoholu w ogóle nie czuć, całość jest nadal lekka i orzeźwiająca i naprawdę przypomina pierwowzór.
----------
Styl: Imperialne Grodziskie
Alk: 6,9%
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: zawiera słód jęczmienny, chmiel Oktawia.
Do spożycia: 11.2019
Pamiętacie shitstorm z Imperium Prunum? Ja tak, i to bardzo. Do tego stopnia, że jak widzę gdzieś napis "Suska Sechlońska" to dostaję tiku nerwowego i szukam bezpiecznego kąta do przeczekania. Nie inaczej było w tym przypadku, wchodząc do sklepu i widząc kooperacyjne piwo Pinty i Nepomucena miałem odruch kroku w tył. Coś mnie jednak zatrzymało...
Mianowicie była to cena. Normalna jak na craft i w sumie niewygórowana jak na piwo okolicznościowe. W dodatku miałem wielką ochotę na grodzisza... no i moooże szukałem niskoalkoholowego trunku na kolejnego Pijanego Rowerzystę. Wyszło trochę inaczej bom wypił je w domu po szosie, ale zamysł pozostał.
Widać, że to nie Pinta maczała palce w etykiecie. Jak to z resztą zwykle bywa w ich kooperacjach. Dzięki temu mamy mega fajną grafikę, i to tematyczną w dodatku. Kapsel firmowy Nepomucena, w końcu u nich piwo było rozlewane. Kolor trunku złoty, no może trochę bardziej w stronę słomkowego przechodzi. Zmętnione lekko. Piana wysoka. Trochę dziurawa, ale dość długo utrzymująca się. Czepia się też ścianek szkła.
Boże Ty widzisz i nie grzmisz. Jak piwo może tak wyraźnie pachnieć wędzonym boczkiem? Toż to jest tak piękne, że aż człowiekowi łezka się w oku kręci. I nie jest to wędzonka odpychająca czy też mdląca. Do tego pszenica gdzieś w tle. Sama śliwka raczej niewyczuwalna, bardziej pochodne kompotu babcinego z w/w owocu, którego tak bardzo nienawidziliście. Pewnie neofitą oryginalnego grodzisza już piana z ust leci, no ale mnie się podoba. I co nam Pan zrobisz?
W smaku piwo niczym nie ustępuje aromatowi. Jest lekkie, rześkie i orzeźwiające. Mocno wysycone, ale nie tak do granic możliwości jak to wskrzeszone z Grodziska Wielkopolskiego. Czuć pszenicę i to w stopniu dość zaskakującym muszę przyznać. Przy dominującej wędzonce w aromacie spodziewałem się podobnego zestawu w smaku, a tutaj przyjemne zaskoczenie. Nie oznacza to jednak, że wędzonki tu nie ma... o co to to nie. Boczek, taki świeżo wyciągnięty z wędzarni dziadka pod Biłgorajem to główny aktor tej kooperacyjnej opowieści. Wspomaga go śliwka, bardzo subtelna i znowu kojarząca się głównie z kompotem babcinym (zapewne z tego samego małżeństwa). Goryczka marginalna, nikomu ona tutaj nie jest potrzebna. Dobrze zastępuje ją lekka, ale wyraźna kwaśność od pszenicy. Finisz trochę inny niż reszta. Z początku wydaje się być bardziej wytrawnym miksem zbóż i boczku, ale to złudne odczucie. Wędzonka robi się bowiem popiołowa lekko. To wrażenie przechodzi na resztę piwa wraz z jego ogrzewaniem. Bardzo dobre, niesamowicie pijalne i złożone (jak na ten styl) piwo. Na pewno obudzi kije w tyłkach tych, którzy uważają, że grodziskie powinno być tylko jedno i według oryginalnej receptury, a o wariacjach na temat tego stylu nie chcą nawet słyszeć.
----------
Styl: Grodziskie
Alk: 3,9% Obj.
Ekstrakt: 9,9°
IBU: 1/6
Skład: słód (pszeniczny wędzony dębem, pszeniczny), chmiel Iunga, drożdże US-05, wędzona śliwka (Suska Sechlońska).
Do spożycia: 17.01.2018
Siedząc sobie ostatnio na pomoście przy zakomarzonym lesie wzięło mnie na rozmyślanie nad stanem polskiego craftu. Otóż nurtowała mnie pewna przypadłość polskich rzemieślników... Tak samo, jak typowego pilsa można szukać ze świecą tak naszego rodzimego stylu grodziskiego też za dużo nie ma na rynku. Owszem, wariacji na jego temat jest trochę, ale takiego "czystego rasowo"? No nie bardzo.
Pinta coś tam próbuje warząc kolejne wersje swojego grodzisza. No i jest też oryginał z Grodziska Wielkopolskiego. A tak to pustynia panie... chyba, że mnie te wypusty omijają. Jeżeli dobrze pamiętam na początku był boom na wskrzeszenie stylu, ale potem zaczęły się eksperymenty, bo według mnie jest to zwyczajnie w świecie łatwiejsze. Dlatego do dzisiejszego piwa podchodzę z dystansem. Z jednej strony podoba mi się pomysł na dodanie pieprzu, ale z drugiej tęsknię trochę za pierwowzorem.
Etykieta jak zwykle naklejona niechlujnie i krzywo. Nazwa rekompensuje te jakże karygodne zaniedbanie, aczkolwiek sama grafika średnio mi się z nią kojarzy. Kolor tła nawiązuje do pieprzu ze składu. Piwo też jakoś nieszczególnie zachwyca wyglądem. Kolor brudnego złota na moje oko i jakoś tak za bardzo zmętnione się też wydaje. Piana niska i w dodatku szybko się ulatnia.
W aromacie wyraźnie dominuje wędzonka. Dębowa, mam mocne skojarzenia z ogniskiem. Gdzieś w tle pojawiają się cytrusowe nuty, ale nie wiem czy ktoś by je odnalazł nie wiedząc czego dokładnie ma szukać. Mi udało się to tylko dlatego, bo znalazłem chmiel Centennial w składzie. Pieprzu jako takiego nie wyczułem, a muszę przyznać, że zapachy są naprawdę intensywne i to przez dłuższy czas. Ciężko byłoby go ominąć.
Po pierwszym łyku zdziwienie. Nie wiedzieć czemu, ale nie spodziewałem się super wyraźnego piwa... a tutaj wielka niespodzianka. Wędzonka na pierwszym planie nie daje o sobie zapomnieć. Wyraźne drewno, dym z ogniska. Amatorom może wymusić grymas na twarzy. Do tego lekko kwaskowata pszenica. Goryczka, o dziwo, wyczuwalna (to dużo jak na ten styl). Chmielowa, lekko cytrusowa czyli akcenty chmielowe weszły też do smaku. Finisz delikatniejszy, minimalne wędzone słody i nic więcej. Pieprzu przez większość picia brak. Pojawił się dopiero na sam koniec pod postacią przyprawowej ziołowości, gdy trunek był już mocno ogrzany. Co do odczucia w ustach to ciało się jak najbardziej zgadza. Piwo jest lekkie i przyjemne. Problem w tym, że wysycenie jest za niskie jak na grodzisza i trochę to wszystko pod koniec wodą trąci. Nie mogę napisać, ze Golemowi ten stwór nie wyszedł, bo w końcu wypiłem całe i bez większych narzekań, ale coś w nim jednak nie pykło tak jak trzeba.
----------
Styl: American Grodziskie
Alk: 2,7%
Ekstrakt: 8°
IBU: b/d
Skład: słód pszeniczny dymiony dębem, chmiel (Centennial, Magnum), różowy pieprz, drożdze Fermentum Mobile FM 51 Grodzie Dębowe.
Do spożycia: 12.2017
Jedziemy z kolejną degustacją we współpracy z piwnym sklepem internetowym Piwna Przystań. Jak już pisałem przy okazji Axe Rocks z Buxton jest to nowy sklep, który dopiero co zbiera klientów. Nie muszę Wam chyba tłumaczyć jak ważna dla wielu rodaków jest możliwość zamówienia sobie craftu nawet w najgorsze dziury gdzie Żubr panuje nieustannie? Potrzebujemy takich miejsc w internetach jak najwięcej.
Możecie być lekko zdezorientowani patrząc na półkę sklepową z nowym wypustem browaru rzemieślniczego Jan Olbracht. Problem głównie polega na tym, że ktoś postanowił stworzyć serię o nazwie „Piotrek z Bagien” a poszczególne piwa wyróżnić jedynie kolorem etykiety i dość małym tekstem na spodzie oznaczającym styl. O samej „marce” browar wypowiedział się w taki sposób, że ma ona iść z duchem rewolucji… co jednak oznacza owy Piotrek, który tak bardzo uwielbia bagna (w sumie ja też)? Cholera wie.
Możecie być lekko zdezorientowani patrząc na półkę sklepową z nowym wypustem browaru rzemieślniczego Jan Olbracht. Problem głównie polega na tym, że ktoś postanowił stworzyć serię o nazwie „Piotrek z Bagien” a poszczególne piwa wyróżnić jedynie kolorem etykiety i dość małym tekstem na spodzie oznaczającym styl. O samej „marce” browar wypowiedział się w taki sposób, że ma ona iść z duchem rewolucji… co jednak oznacza owy Piotrek, który tak bardzo uwielbia bagna (w sumie ja też)? Cholera wie.
Co mamy na etykiecie? Bardzo dziwnego, tytułowego Piotrka, który mi osobiście przypomina po prostu dziwne połączenie bobra z dziobem jakiegoś ptaka... i to w dodatku stojącego na dwóch łapach/nogach. Tło to typowe bagienko, często takie mijam jadąc rowerem. Wiecie co jest jednak najdziwniejsze? Podoba mi się ta etykieta... nie umiem jednak wytłumaczyć dlaczego. Całość trochę przypomina plakat ze starych filmów amerykańskich typu grindhouse, może nawet jakiegoś horroru o stworze z bagien. Piwo w szklanicy takim potworem nie jest. Bardzo ładna piana, bielutka i puszysta jak obłoki na niebie. Trochę szybko się redukuje ale pozostawia sporych rozmiarów kożuch. Piotrkowy kolor nie bardzo mi się mieści w granicach grodzisza. Owszem jest tylko lekko mętne (zapewne gdyby nie plecak byłoby prawie że klarowne) ale jest dość ciemne, słomkowy kolor to to nie jest na pewno.
Aromat jest bardzo fajny, rześki i wyraźny. Wędzonka pełną gębą i co najlepsze przypomina zapach oscypka. Nie jest to czysty "janosikowy ser" ale nie ma się co czepiać. Lekka szyneczka też jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Dodatkowo jest też lekka ziołowość, która dodaje rześkości całości. Oczywiście będą ludzie, którym tak intensywny zapaszek będzie przeszkadzał i w sumie ich trochę rozumiem. W końcu rzadko kto pamięta, żeby oryginalne grodziskie w ogóle wędzonością zalatywało. Craft jednak rządzi się swoimi prawami jak widać. Patrząc jak pies niszczy ogórki na działce zacząłem pić i... zdziwiłem się trochę. Piotrek okazał się delikatny w smaku czego w ogóle nie zapowiadał aromat. Średnio intensywna wędzonka, tym razem bardziej przypominająca dymione, dogasające drewno. Do tego bardzo nijaka słodowość, zamulająca w pewien sposób całe piwo. Nie ma tutaj nut pszenicznych, tak się zastanawiam po co ten słód pilzneński w zasypie. Goryczka na chwilę ratuje sytuacje bo może i nie jest wysoka (to dobrze w tym stylu) ale jest wyraźna i po prostu robi swoje. Profil ma trawiasto-glebowy i w pewnym stopniu budzi całość do życia. Niestety finisz jest pusty i w dodatku dość wodnisty. Wysycenie jest dość wysokie więc jak najbardziej w porządku, szkoda, że całość jest bardziej muląca niżeli orzeźwiająca. Mimo tego pije się, powiedzmy że okej. Na pewno trafi do większej rzeszy Januszy, którzy nie oczekują od piwa jakichś super duper doznań. Dla mnie... wydaje się po prostu tanie, nudne i na pewno nie orzeźwia.
Grodzisz z lewej, grodzisz z prawej… grodzisz z przodu a nawet z tyłu. Wychodzi na to, że każdy browar w Polsce postanowił mieć ten rodzimy styl piwa w swoim portfolio. Różnie im to wychodzi, jedni przesadzają z wędzonką a drudzy ze słodyczą. Nie jest to nic złego, dzięki temu każdy powinien znaleźć grodziskie odpowiednie dla siebie.
Browar Olimp poszedł o krok dalej i podstępnie namówił do współpracy piwowara domowego Łukasza Szynkiewicza, znanego głównie pod pseudonimem artystycznym Absztyfikant. Efektem tego jest dzisiejsze piwo na bazie receptury domowego trunku Łukasza pod wdzięczną nazwą Zośka. Tak na marginesie owa receptura wygrała w swojej kategorii na festiwalu Birofilia 2014. Ostatnio dowiedzieliśmy się też, że Łukasz dołączył do ekipy Olimpu.
Jak zapewne niejeden wścibski piwosz zauważy, Sophia jest ciut za mętna. Mogę Was jednak zapewnić, że przed podróżą w plecaku była o wiele bardziej… czysta. Brak wertepów i umiejętne nalewanie i mielibyśmy wzorcowe, lekko zamglone grodziskie. Kolor jak najbardziej się zgadza, piwo jest jasne, słomkowe wręcz. Piana tworzy się ładna ale po chwili zaczyna brzydko pękać od środka. Zostawia jednak ładny brud na szkle. Etykieta olimpijska, schludna i ogólnie bardzo miła dla oka. Motywem przewodnik bogini mądrości.
Aromat jest dość wyraźny ale także umiarkowany, tak jakby Duch Craftu nie wstąpił w to piwo w stu procentach. Na pierwszym planie przyjemna wędzonka, z takim lekkim ogniskowym zacięciem kojarzącym się z prostym grillem na bazie kiełbasy. Oprócz tego dość wyraźny czysty profil słodowy. Można powiedzieć, że aromat zachowuje się dość zapobiegawczo ale jednak sprawia przyjemne wrażenie. W smaku od razu rzuca się na język dość duża wytrawność, na pewno o wiele większa niż w wznowionym Grodziskim. Znowu mamy czysty słodowy profil wspomagany przez średnio intensywną wędzonkę. Zaryzykuje, że bardziej kojarzącą się z szyneczką niżeli z oscypkiem. Bardzo interesująca jest też goryczka, na oko mocno pilsowa. Dobrze trafia w punkt swoim ziołowym profilem i nie dominuje nad innymi smaczkami. Finisz to głównie lekko kwaskowata pszenica z dymionym drewnem. Nagazowanie średnie do wysokiego, może trochę za niskie jak na ten styl ale mi jak najbardziej wystarcza. Piwo mocno orzeźwiające i pijalne. Nie jest to kolejny przewędzony craft. Coś takiego próbowali chyba uzyskać piwowarzy z Grodziska ale duet Olimp/Absztyfikant poradził sobie o wiele lepiej z tematem. Sądzę, że mimo wysokiej wytrawności powinno zasmakować najbardziej wybrednym Januszom.
![]() |
| Sysuuunia. |
Festiwal Dobrego Piwa we Wrocławiu już za nami. Jedną z głównym atrakcji miał być triumfalny powrót oryginalnego piwa grodziskiego z Grodziska Wielkopolskiego. Im więcej różnorakich przedstawicieli tego polskiego stylu na rynku tym lepiej więc nie sądzę aby ktokolwiek narzekał na powrót pierwowzoru.
Problem jednak pojawił się, jak to zwykle bywa, w ploteczkach. Podobno piwo dostępne na festiwalu nie było uwarzone w reaktywowanym browarze w Grodzisku lecz w bliżej nieokreślonej placówce Fortuny (której należy podziękować za inicjatywę owego zmartwychwstania). Ile w tym prawdy? Cholera wie, bardziej zastanawia mnie sama nazwa. Dlaczego nie Piwo Grodziskie (jak to było kiedyś) tylko Piwo z Grodziska? Podobno ma być też sprzedawane w Żabce za 2,99zł wraz z innymi wytworami browaru (jak Bernardyńskie i Naturalne z czerwoną porzeczką lub kwiatem czarnego bzu). Tyle pytań a tak mało odpowiedzi...
Jak możemy przeczytać na etykiecie (stylizowanej na tę oryginalną) przy produkcji piwa zostały uwarzone samodzielnie wyhodowane drożdże o lakonicznej nazwie "grodziskie". Butelka stylizowana specjalnie pod piwa z Grodziska. Co mnie trapi to informacja, że jest to "jedyny polski styl piwa"... a porter bałtycki to co? Sam trunek wygląda raczej poprawnie, choć są tacy, którzy zarzucą mi brak odstania i za duże zmętnienie. Jest to w końcu piwo pszeniczne po przejściach do cholery! Najnowszy wpis w poradniku BJCP mówi jednak o pełnej klarowności. Słomkowy kolor i lekka opalizacja pasuje jednak jak ulał według mnie, do tego mamy piękne, szampańskie wręcz bąbelki, które były jednym z atutów piwa w dawnych czasach. Piana wysoka, w większości drobnopęcherzykowa ze średnim żywotem (ładnie za to oblepia ścianki). Szkła oryginalnego nie mam, tylko wybrani dostali je na WFDP, mam jednak dziwne przeczucie, że będzie ono szeroko dostępne. W końcu o sprzedaży piwa w dużej sieci sklepów też nie było z początku mowy.
Po nalaniu zobaczyłem dziwną rzecz na etykiecie, mianowicie datę przydatności. Piwo nie dość że jest pszeniczne to jeszcze niepasteryzowane a według producenta powinno wytrzymać do stycznia 2016 roku. Oczywiście były przypadki, że oryginalne grodziskie, pite po parunastu latach było nadal dobre ale jednak... no nie wiem. Zajmijmy się jednak w końcu degustacją. Mimo ostrzeżenia na etykiecie (i braku ostrożności z mojej strony) wcale nie wybuchło i nie zaczęło się wylewać z butelki. Aromat jest dość... dziwny. Na pewno inny niż w ostatnio pitym Grodziskim 4.0 od Pinty. Jest wręcz taki... czysty, lagerowy z bardzo delikatnym zacięciem ziołowym. Jakiegokolwiek zadymienia czy wędzonki nie wyczuwam. Ba, po trzech łykach całość robi się tak znikoma, że można stwierdzić kompletny brak aromatu.
W ustach pierwsze co człowiek wyczuwa to wysokie nagazowanie, które (nawet dla mnie) jest dość przyjemne. Wędzonki jest jednak jak na lekarstwo, momentami zastanawiam się czy sobie jej nie wmówiłem po prostu. Całość jest za to mocno ziemista, glebowa wręcz z lekkimi niedojrzałymi orzechami włoskimi (wada, aldehyd octowy). Dorzućmy do tego trochę igieł sosny i naprawdę delikatny posmak zbożowy i mamy cały obrazek. No dobra, może nie do końca. Gdzieś tak mniej więcej w połowie picia pojawia się dość nieprzyjemny (chociaż niektórym może się spodobać) smaczek na finiszu. Popiół, takie lekko ostygnięte już resztki z grilla. Wyobraźcie sobie sytuacje, gdy ostatni kawałek karkówki wpadł w palenisko a Wy macie taką gastrofazę, że nie możecie mu odpuścić. Właśnie taki rodzaj spalenizny pojawia się na finiszu. Mimo tego całość jest zaskakująco delikatna w odbiorze i nawet dość pijalna (ekstrakt robi swoje). Jeżeli tak smakował oryginał to ja jednak wolę nowsze podejście do stylu, choćby to chłopaków z Pinty. Warto jednak wydać te trzy złocisze w Żabojadzie i ocenić samemu.
W ustach pierwsze co człowiek wyczuwa to wysokie nagazowanie, które (nawet dla mnie) jest dość przyjemne. Wędzonki jest jednak jak na lekarstwo, momentami zastanawiam się czy sobie jej nie wmówiłem po prostu. Całość jest za to mocno ziemista, glebowa wręcz z lekkimi niedojrzałymi orzechami włoskimi (wada, aldehyd octowy). Dorzućmy do tego trochę igieł sosny i naprawdę delikatny posmak zbożowy i mamy cały obrazek. No dobra, może nie do końca. Gdzieś tak mniej więcej w połowie picia pojawia się dość nieprzyjemny (chociaż niektórym może się spodobać) smaczek na finiszu. Popiół, takie lekko ostygnięte już resztki z grilla. Wyobraźcie sobie sytuacje, gdy ostatni kawałek karkówki wpadł w palenisko a Wy macie taką gastrofazę, że nie możecie mu odpuścić. Właśnie taki rodzaj spalenizny pojawia się na finiszu. Mimo tego całość jest zaskakująco delikatna w odbiorze i nawet dość pijalna (ekstrakt robi swoje). Jeżeli tak smakował oryginał to ja jednak wolę nowsze podejście do stylu, choćby to chłopaków z Pinty. Warto jednak wydać te trzy złocisze w Żabojadzie i ocenić samemu.
I znowu mamy ten czas w roku gdy festiwali jak mrówków i człowiek nie wie, na który wydać swoje ciężko zarobione pieniądze. U mnie sytuacja jest zazwyczaj bardzo prosta, najbliżej i chyba najlepiej jest mi we Wrocławiu. Mam u kogo się zatrzymać a i samo miasto jest dość przyjazne kraftowcom. Dzisiaj jednak nie będzie rozmawiali o WFDP bowiem przed wypiciem hektolitrów piwa trzeba trochę kalorii spalić.
Druga, a w sumie to trzecia wariacja Pinty na temat stylu rodzimego zwanego grodziskim. Miałem sobie zostawić tę butelkę na cieplejsze dni, co by przy kolejnej okazji Pijanego Rowerzysty sprawdzić, czy naprawdę gasi pragnienie. Jak wiadomo plany mogą ulec zmianie i wypiłem sobie je tnąc drzewka owocowe na działce.
Musze przyznać, że leżało trochę w sekcji "kopie robocze" bo było parę innych piw, które musiałem od razu wrzucić na bloga, np zaskakujące Lubusie IPA. Trzeba też nadmienić, że dwójeczka była nader dziwna, spodziewałem się wędzonki mięsnej a dostałem dymione drewno. Nie żebym się skarżył, też było zajefajnie. W tej wersji mamy dodatkowo słód jęczmienny dymiony bukiem. Wieść gminna niesie, że oba piwa się nie różnią zbytnio, czy to prawda? Sprawdźmy!
Jak widzicie załatwiłem sobie poprawne szkło, co prawda jedno zbiłem na starcie ale na szczęście mam jeszcze dwie sztuki. W wyglądzie nie ma dużych zmian w stosunku do poprzedniczki. Jest typowy kolor wita, mocniej zmętnione niż w innych grodziskich. Piana utrzymywała się krócej niż w dwójeczce, nie była też tak mocno zbita. Nie zmienia to jednak faktu, że prezencje przez pierwszą chwilę miało wybitną. Jedna rzecz mnie denerwuje i wymusza tik nerwowy w lewym oku. Skoro to jest polski styl na cholerę pisać grätzer? Niby tak jest w ogólnokrajowym spisie piwnym ale według mnie trzeba z tym walczyć.
Wącham i da się wyczuć lekką szynkową wędzoność. Problem jednak w tym, że zapach bardzo szybko się ulatnia i nie towarzyszy nam podczas picia, sad face. Nie ma co wciągać nosem więc trzeba użyć innego organu. W smaku utrzymuje się szynkowa wędzoność ale mimo mięsnego pochodzenia nie jest tak przyjemna jak ta drewniana z dwójeczki. Przyznam się szczerze, że momentami dało się odczuć taką popiołowatość, jakby ktoś tą szynkę spalił na wiór. Przyjemny posmak pszeniczny utrzymuję się przez cały okres picia. Goryczka jest lekka, palona, ciut za długo zalega. Całość wytrawna, nagazowanie wysokie ale pasujące do stylu. Po lekkim ogrzaniu pojawia się kwasek, typowy dla piw pszenicznych. Jest orzeźwiające ale zbliża się powoli do granicy wodnistości. No i jest problem, myślałem, że to będzie mój faworyt. Okazało się jednak inaczej i jestem trochę zawiedziony. Numerem uno nadal pozostaje Smoked Cracow z Pracowni Piwa.
Jakoś mnie tak wzięło na przechadzkę po lesie po pracy. Leniwy jestem więc chwyciłem za rower i podjechałem do najbliższego zbiorowiska roślin, przez większość nazywaną drzewami (za mała odległość na Pijanego Rowerzystę). Ku mojemu zdziwieniu w samym środku owej lokalizacji znalazłem... pustkę.
Wycinka drzew czy jakie inne licho, nie wiem. Dobrze przynajmniej, że posadzili nowe. Dopiero po paru minutach, gdy zacząłem używać jednego z pieńków jako swoistego stoliczka, pewien pan (z bardzo zakrzywionym wyrazem twarzy, też na rowerze) wytłumaczył mi, że jakaś straszliwa plaga chwyciła owe tereny i musieli wszystko wyciąć. Popatrzył na jeszcze nie otwartą butelkę Grodziskiego: "Ja też lubię sobie czasami wypić pysznego Żuberka w spokoju" i pojechał.
Czym się różni 2.0 od 3.0? Ano w tym ostatnim dodali jeszcze słód jęczmienny wędzony. O nim w przyszłości, chyba zabiorę je na już dłuższą wyprawę rowerową. Uboższa wersja prezentuje się znakomicie. Wybrałem szkło, które najbliżej przypomina kielich, w którym poleca się pić grodziskie (co zrobisz, nie mam takiego) i muszę przyznać że ta delikatna pianka pięknie wygląda w imperatorskiej szklance. Jest śnieżnobiała ale niestety utrzymuje się dość krótko. Pozostawia jednak kożuszek, który pięknie się prezentuje w złotej obręczy szklanki. Kolor piwa przypomina trochę białe pszeniczne, o dziwo jest bardziej mętne niż dotychczasowo mi spotkane piwa tego stylu.
Zapach? O jezu! Bardzo mocna wędzonka atakuje od samego początku. Zdziwienie jest jednak co do jej pochodzenia. Jak przy wcześniejszych piwach tego typu mogłem mniej więcej określić co mi ona przypomina tak tutaj mam pustkę w głowie. Dopiero po spróbowaniu stwierdziłem, że szukałem w kompletnie złym kierunku. Żadne kiełbasy czy tam szyneczki, po prostu dymione drewno. Coś pokroju kory po dopiero co ściętym drzewie (patrzcie jak mi lokalizacja podpasowała, heh). Bardzo przyjemny smaczek a w połączeniu z subtelną ale wyraźną goryczką to już w ogóle petarda. Jest też lekki kwasek, który dodaje pijalności i naprawdę pomaga ugasić pragnienie. Wszystko skleja lekka pszeniczna słodowość. No i ta konsystencja. Z początku wydaje się gęsta, lepka, jak jeszcze ciepła beza. Szybko jednak spływa i domaga się kolejnego łyku. Dziw nad dziwy, mówię wam.
Za dużo kupuje ostatnio piw... Nie mam ich już gdzie pomieścić w piwnicy a i daty ważności zaczynają się powoli kończyć. Trzeba chyba będzie zrobić jakiś maraton piwny, na dobry początek zacznijmy więc od stylu uwielbianego przez starszyznę. Zamysł stylu jest taki, że ma to niby być jasne piwo pszeniczne, dymione w dodatku. Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem o tej pszenicy.
Zapytałem się wiec starszyzny, czyli mojego ojca, jak to było z tym Grodziskim. Usłyszałem tylko, że było ono mocno nagazowane, nic o jakimkolwiek zadymieniu. A no i najważniejsze, było cholernie orzeźwiające. Chwytam więc butelkę i muszę przyznać, że zakochałem się w ich etykietach od pierwszego wejrzenia. Są po prostu piękne a zarazem bardzo estetyczne. Kapselek niestety goły jak noworodek.
Samo piwo już tak dobrze nie wygląda, zacznijmy może od piany. Jest słaba, niska i szybko znika z kufla, co prawda nie nalałem go do poprawnego szkła ale jakoś tak miałem ochotę odnowić znajomość ze starym przyjacielem kuflem. Kolor rzeczywiście przypomina jasne pszeniczne, złoty, lekko zmętniony. Pod pewnym kątem przypomina nawet lemoniadę ze świeżo wyciśniętych cytryn. Tak sobie zacząłem myśleć, że wśród tych wszystkich klarownych lagerów musiało robić swoistą furorę.
Wącham i jestem miło zaskoczony. Doświadczenia z dymem/wędzonką w piwie mam średnio przyjemne, tutaj jednak jest bardzo swojsko. Pierwsze co atakuje nos to szyneczka, taka świeża prosto z wędzarni. W tle są też nuty pszeniczne, lekko kwaskowate. Zaczynam się zastanawiać, jak ktoś może nie pamiętać takich zapaszków z dawnych lat. Zaczynam pić i już wiem, że muszę koniecznie dorwać te nowe Grodziskie z Pinty, jestem po prostu ciekaw jak oni poradzili sobie z tym stylem. Panowie z Pracowni Piwa dali radę. Czuć jest niski ekstrakt ale trzeba być totalnym impotentem smakowym żeby twierdzić, że jest ono wodniste. Jest po prostu cholernie orzeźwiające, co dodatkowo potęguje wysokie nagazowanie. W smaku pałętają się wędzone wędliny, nie siedziały jednak za długo w wędzarni. Są takie lekkie, jak na przyjęciu ambasadora. Za orkiestrę wypełniającą klimat robią bardzo lekkie smaczki pszeniczne, z kwaskiem jako frontmanem. Jezu, pod koniec każdego łyku pojawia się nawet niska, ale zarazem bardzo przyjemna goryczka. Zamykam oczy i widzę rzecz, która każdemu facetowi powinna się kojarzyć z rajem, bekon! Dla mnie wędzoność robi się cholernie mdła w większych ilościach ale jestem przekonany, że to piwo mógłbym pić litrami w lecie.
PS: tak zostałem hipsterem, chyba zacznę pisać wiersze o bekonie i przyjęciach na szczeblach wyższej kultury!















































