Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fortuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fortuna. Pokaż wszystkie posty

 


Zaskakujące jest to jak jeden browar potrafi mieć swojego rodzaju karuzele wzlotów i upadków. Patrząc na moje doświadczenia z Browarem Fortuna to historia zaczęła się bardzo przyjemnie. Jak się pewnie domyślacie były to Komesy, pite na WFDP jeszcze na zamku. Potem był okres dziwacznych wpadek jakościowych. Na końcu... Marcin wylądował w browarze i wszystko znowu było cacy.


Fortuna ma swój podział na piwa. Hmm, nazwijmy to z niskiej, średniej i wysokiej półki, żeby nikogo nie obrazić. Trzyma się tego i dodatkowo pozwala Marcinowi na pewnego rodzaju wariacje (wiecie, te wszystkie beczki, wymrażanki itp.). Inna sprawa, że sponsoruje wyścigi rowerowe w moim regionie, co skutkuje darmowymi bezalko po wyścigu. Ostatnią akcją promocyjną była kooperacja ze skarbem narodowym, jakim jest Pan Makłowicz. Dzisiaj spróbujemy dodatkowo jeszcze świeższej nowości, czyli ich podejścia do witbiera. W końcu lato nadchodzi wielkimi krokami. Samej nazwy pozwolę sobie nie skomentować, he he.



Białe



Pachnie to świeżutką pomarańczą, aż miło. W tle pszenica i kolendra. Zapowiada się mocne orzeźwienie, co nie wszystkim się udaje osiągnąć aromatem. Coś mi to przypomina z dawnych czasów raczkującego jeszcze craftu polskiego... no nie przypomnę sobie no.


Oh taaak. Przy okazji koszenia trawy (i nadciągającymi chmurami z deszczem) wchodzi jak złoto. Lekkie, przyjemne, orzeźwiające. Wysycone dość mocno, ale jeszcze bez przesadyzmów. Podstawą pszenica oczywiście, ale krok za nią mocne uderzenie cytrusów, w tym przypadku zestu pomarańczy. Kolendra taka jaką lubię, czyli gdzieś w tle aczkolwiek wyraźna na swój sposób. Ile to już mieliśmy w naszym światku piwnym pszenic dosłownie zasypanych tą przyprawą... Goryczka znikoma, ot takie uszczypnięcie lekkie. Finisz wytrawniejszy. Znika słodowa słodycz, a więcej jest cytrusa. Przyjemnie to wszystko się zgrało ze sobą. Oj będziem to pić litrami na lato.


----------


Styl: Pszeniczne z Cytrusową Nutą (no raczej witbier czy coś)

Alk: 4,5%

Ekstrakt: 11,5%

IBU: 2/10

Skład: słód (pilzneński, pszenica), chmiel odmian goryczkowych, skórka pomarańczy, kolendra, drożdże.

Do spożycia: 13.05.2023



Arcy IPA



Wiecie czym to pachnie? Pszenicą mandarynkową. Nie wiem gdzie ludziska wyczuwali w tym jakieś inne cytrusy. Coś jak wheat IPA na bazie samych mandarynek. Najwidoczniej chmiele poszły w aromacie na zaplecze. No chyba, że te eksperymentalne odmiany od Polish Hops wniosły jeszcze więcej mandarynki.


Szybkie dwa łyki i już wiem, że pierdolamento internetowe o wodnistości są wyssane (dosłownie) z palca. Jak dla mnie idealna dwunastka z dużym potencjałem orzeźwiającym. Wysycenie trochę za mocno szczypie, mogłoby być ciut niższe. Smakowo... niebywałe zdziwienie mnie dopadło, bo spodziewałem się głównie słodyczy. Dostałem pszeniczną podbudowę okraszoną starkowanym, cytrusowym albedo i polaną mandarynkowym sokiem. W tle da się wyczuć inne owoce, najbardziej pomelo i pomarańczę. No jest to IPA, co do tego nie mam wątpliwości. Szczególnie, że grapefruitowa goryczka jest bardzo ładnie zaznaczona. Finisz delikatnie ziołowy. Całość znowu wchodzi jak złoto i do tłustej kiełby z grilla będzie idealną kontrą. Po jakimkolwiek wysiłku też wejdzie idealnie, i to ze smakiem!


----------


Styl: Session IPA

Alk: 4.2%

Ekstrakt: 12.2%

IBU: 5/10

Skład: słód (pilzneński, pszenica), płatki owsiane, chmiel (Hallertau Blanc, Elixir, Mandarina Bavaria), sok z mandarynek z Dalmacji, drożdże.

Do spożycia: 26.03.2023

www.browarfortuna.pl

 


Leżakowanie piw w lodówce, i to jeszcze takich bez potrzebnych procentów? Ależ owszem, czemu nie. I wcale to nie jest tak, że wrzuciłem butelki na najniższą półkę lodówki piwnicznej... Jeżeli dobrze pamiętam, to nawet Marcin z Fortuny pisał mi coś o leżakowaniu tego. Tylko za cholerę nie pamiętam o którego Fortunatusa chodziło...


No nic. Ważne, że miałem go wtedy, kiedy go najbardziej potrzebowałem. A było to wczoraj, po zrobionej setce na rowerze szosowym. Dawno tego nie robiłem, głównie przez moje lenistwo. Postanowiłem się jednak wziąć ponownie za, he he, regularne jeżdżenie. Skoro się udało to trzeba było wypić coś szczególnego, a seria Fortunatusów na pewno się do tego zalicza.




Etykieta jest na swój sposób bardzo minimalistyczna. Trochę przypomina te z butelek wina, oczywiście tych lokalnych, a nie sklepowych. Piwo piękne, rubinowe, delikatne zamglone. Już dawno nie widziałem tak dobrze prezentującego się trunku (szczególnie w tym szkle). Możecie się przyczepić do praktycznie zerowej piany, ale... ludzie, nie dość, że jest beczkowane to jeszcze dzikie. Czego się spodziewaliście?



Niebiańsko to pachnie, naprawdę. Mówi to osoba, która ogólnie gardzi winem wszelakim. Mieszanka wiśni z czereśniami, jakby świeżo zerwanych i zgniecionych na sok. Wtóruje im wyraźny aromat winny, na szczęście nie przygniatający. Dzikie nuty też wyraźne. Lekko końską derkę przypominają. No i ta beczka, dębina czy coś. Piję je bardzo powoli, a zapach intensywny do samego końca.


Marcinie, dlaczego wlaliście to do małych butelek?! Odpowiedź jest dość oczywista (było ich tylko 6880), ale muszę się przez to cholernie pilnować, aby całości na raz nie wypić... tak dobre i zwiewne na swój sposób to jest. Wysycenie średnie, tak w pytkę można rzec. Smakowo wybuch z aromatu. Wytrawne, winne, beczkowe, wiśniowe i lekko dzikie. W tej dokładnie kolejności. Funky kwasowość przerzuca nas w finisz (no chyba nie spodziewaliście się typowej goryczki?) gdzie dodatkowo pojawiają się czereśnie. Boże jak to jest fajnie ułożone, sprawy sobie nie zdajecie. Aż mnie ciekawi jakie było przy okazji premiery. 


----------


Styl: Sour Cherry Wild Ale BA

Alk: 6,5% Obj.

Ekstrakt: 12,6% Wag.

IBU: b/d

Skład: sok z wiśni (48%), słód (pilzneński, pszeniczny), pszenica, drożdże (Yeast Bay Lochristi Brettanomyces Blend, Safale WB-06).

Beczka: czerwone wino Chateau Kirwan, z przewagą szczepu Cabernet Sauvignon.

Do spożycia: 31.06.2022


Facebook Browaru



Przyznam się, że na początku wykluczyłem szosę z tego cyklu, bo "na asfalcie" picie piwa jednak mi się jakoś kłóci z osobistym podejściem do życia (co innego na MTB w lesie). Zapomniałem jednak, że przecież craftowcy wypuścili parę fajnych opcji bezalko ostatnimi czasy.

W życiu każdego człowieka przychodzi czas, że musi w końcu do czegoś dorosnąć. Czy to posadzenie drzewa, czy wybudowanie domu albo spłodzenie potomka. W crafcie jest trochę inaczej... chociaż podjęcie decyzji jest prawie, że tak samo trudne.

Chodzi oczywiście o wypicie przehajpowanego na maksa piwa, za które dało się "trochę" dukatów i po prostu... szkoda otworzyć. Komes z Fortuny, wymrażany i leżakowany w beczkach po koniaku to był dla mnie istny koszmar pod tym względem. Z każdej strony byłem bombardowany ohami i ahami na temat tego piwa... przez to bałem się je tak po prostu wypić. Ogólnopolska kwarantanna dała mi jednak dużo czasu do myślenia... i degustacji.



Etykieta trochę taka szpuntowata (jak np. w tym piwie). Wzór mieni się wieloma kolorami, w zależności jak na niego popatrzysz. Według mnie bardzo ładnie się prezentuje. Tak samo firmowy kapsel. Piwo jest ciemno-rubinowe, a jak pięknie wygląda pod słońce! Piany żadnej, ale jak to już ustaliliśmy na tej kwarantannie (w końcu trochę grubych piw już wypiłem) nie jest to minus przy tych parametrach.


Nooo, pachnie to intensywnie. Tak "dostaniesz pałką policyjną w mordę" intensywnie. Jako pierwsze czuć suszone owoce, ale to nie one są na pierwszym planie. Figi, daktyle i chyba czereśnie. Te ostatnie dodają bardzo specyficznego zapaszku. Najmocniej jednak czuć lekko karmelową słodowość i alkohol, w tym przypadku koniak (chociaż nie wiem czemu mi się bardziej kojarzy z bourbonem). Oj szlachetny jest on, mocny i przyjemny zarazem. Gdzieś w tle wychodzi też chlebowość, która pięknie dopełnia dzieła.

Oleiste to jest i gęste jak skurczybyk. I to tak bym powiedział top 3 jeżeli chodzi o wszystkie pite przeze mnie wymrażanki. Wysycenie na bardzo niskim poziomie, od tak tylko żeby przypomnieć, że to jednak piwo. Jeżeli wcześniej dostaliśmy z pałki w twarz, to teraz dodatkowo nas butują jeszcze. Toż to jest tak intensywne (i przez gęstość utrzymujące się w ustach), że naprawdę trzeba mieć parę lat doświadczeń (złych i dobrych) z polskim craftem, aby to przyjąć na klatę. Owoce dostały takiego powera, że się zastanawiam czy nie powinny być pod jakimś specjalnym nadzorem. Takiego skondensowanego likieru z fig, daktyli, wiśni i moreli nie piłem chyba nigdy. Żeby było śmiesznie czuć tam nawet gruszkę momentami, karmelizowaną oczywiście. Podbija to wszystko karmel. Zwykły i co ciekawe przypalony też trochę. Całość na delikatnie dopełniającym chlebku. Goryczka wyraźna, jak na taką bombę, ale nie próbuje się przepychać do przodu. Finisz mocno rozgrzewający. To tutaj alkohol daje popalić, ale w bardzo szlachetny sposób. Trochę drewna też się pojawia. Podstawą są jednak: słodki alkohol (znowu te skojarzenia bardziej z bourbonem niż koniakiem) i bardzo kontrastowe, palone nuty. Coś na pograniczu kawy i palonego słodu. Na serio, to piwo jest tak zróżnicowane i złożone zarazem, że cieszę się niezmiernie z każdej wydanej na nie złotówki. Tak, blogerzy płacą za takie prawdziwe sztosiki... czasami.

----------

Styl: Iced Barley Wine Cognac BA
Alk: 20% obj.
Ekstrakt: 46% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże US-05.
Do spożycia: 31.12.2024


Jedni blogerzy robią sobie detoks alkoholowy, bo tak chcą, a inni... bo muszą. Nie chodzi o jakiś nadmierny alkoholizm oczywiście. Po prostu męczyłem się z chorobą "gardłowo-zatokową" prawie dwa tygodnie. Jeszcze w tym czasie przyjeżdżały #darylosu, które dobijały człowieka jeszcze bardziej...

Jednym z nich jest dzisiejsze piwo. Coś na co czekałem od bodajże ostatnich PTP. Dostałem wtedy spod lady namiastkę fortunowego barley wine i byłem nim wręcz zachwycony. "Jak tak młode piwo mnie onieśmieliło to co będzie po leżaku?" pomyślałem. Dzisiaj sprawdzimy sobie dziką wersję leżakowaną dodatkowo w beczkach po winie. Swoją drogą Pinta zbiera kasę na mini-browar tylko i wyłącznie pod beczki, a Fortuna już takie coś ma (w podobnej formie). Szczerze? Nie spodziewałem się po nich takiego czegoś, ale muszą ufać Marcinowi.



Etykieta minimalistyczna, ale jakoś tak pasuje do całości. Ładny papier, przypominający trochę ten kredowy. Pełny skład przy takich piwach zaskakuje pozytywnie, szczególnie gdy mamy do czynienia z browarem regionalnym. Kapselek też firmowy. Piwo ma piękny, ciemny, rubinowy kolor. Zdaje się być też dość klarowne. Piany nie ma w ogóle, ale przy tym stylu jest to wybaczalne.


Nie wiem czy to wina tej przerwy w piciu, czy też zasługa samego piwa, ale... jak mnie to "kopło" w nos to aż się cofnąłem o dwa metry. Tak wyraźny i elektryzujący jest aromat. Zacznijmy od podstawy: jest karmel, wyraźne pieczywo i trochę syropu, takiego z palonego cukru. Potem ciemne owoce: tutaj dominuje żurawina wspomagana śliwką. Oczywiście są też winogrona pod postacią czerwonego wina. Idealnie wtapia się w nie delikatny alkohol. Samej dzikości za bardzo nie czuję, ale wydaje mi się, że "poszła w smak".

Ahm, 27% ekstraktu jak w mordę strzelił. Uwielbiam to w barley wine'ach. Człowiek ma dziwnie zakodowane w głowie, że takie ciałko to tylko przy RiSach i porterach, a tutaj coś takiego przy piwie, przez które można coś nawet zobaczyć w szkle. Wysycenie średnie do niskiego. Pasuje, ale nie obraziłbym się gdyby było ciut niższe. Role się trochę pozmieniały, bo to owoce wyszły na pierwszy plan. Znowu mamy śliwkę (może nawet lekko podwędzaną), żurawinę i co zaskakujące... maliny, które wprowadzają dość specyficzną słodycz. Oczywiście jest też ta idealna wręcz podstawa słodowa czyli: skórka od chleba, melasa i karmel. Czerwone wino (lekko kwaskowate) wraz z beczką są przepiękną kontrą tego wszystkiego. Aż dziw, jak przy takim naporze smaków udało się im wybrnąć z opresji. Goryczka bardzo delikatnie zaznaczona, w ogóle mi ona tutaj nie jest potrzebna. Finisz w końcu ujawnia dziką stronę tego piwa. Derka szaleje aż miło przy akompaniamencie owoców (głównie malin i jeżyn). Alkohol wyczuwalny tylko przez rozgrzanie duszy i ciała. Wszystko tutaj jest wyraźne i zdaje się do siebie pasować. Nawet jeśli prowadzi walkę z resztą, co jest dziwne. Piękne piwo, kwintesencja powolnego sączenia i zachwytu nad doświadczeniem piwowara.

----------

Styl: Wild Barley Wine
Alk: 13.1% Obj.
Ekstrakt: 27% Wag.
IBU: b/d 
Skład: słód (pale ale, cookie, karmelowy, czekoladowy, pszeniczny), ekstrakt słodowy jęczmienny, chmiel (Amarillo, Columbus, Citra, Chinook), drożdże WLP648 Brettanomyces Bruxellensis Trois Vrai, US-05
Do spożycia: 31.03.2022


Tak się akurat złożyło, że w lodówce mam 3 (były 4) piwa bezalkoholowe/niskoalkoholowe. Chciałem je zabrać w drogę i gdzieś na mieście zdegustować, ale od paru dni nie mam nawet jak... Dlatego zrobimy to na raty, dzisiaj w szranki staną dwa browary regionalne: Fortuna i Witnica.

Na pewno kojarzycie serię piw z browaru Fortuna o nazwie "Miłosław warzy śmiało". Akcję tą rozkręca ostatnimi czasy Marcin Ostajewski, który pracuje tam bodajże od ponad roku. Chłop trochę doświadczenia ma trzeba mu przyznać, wcześniej pracował np. w Olimpie. Musi mieć też jakiś posłuch w branży, bo udało mu się namówić do kooperacji... AleBrowar.

Szczerze? Nigdy bym się takiej kooperacji nie spodziewał. Jeszcze tylko niech Pinta uwarzy coś z EDIm i będę mógł umrzeć w spokoju. A tak na serio... jeżeli Fortuna chce się bardziej wbić w rynek craftowy to dlaczego nie miałaby poprosić o pomoc ojców (żeby nie napisać dziadków) tegoż craftu? Sprawdźmy więc, czy kooperacja dostępna od ręki w Żabojadzie jest warta naszej uwagi.



Nie wiem jak Wy, ale ja mam jakąś awersję do kształtu etykiet Miłosława... Zazwyczaj są też one niechlujnie naklejone. W sklepie wybrałem tę najbardziej reprezentatywną, a i tak kontra nie trzymała się za dobrze butelki. Co do samej oprawy graficznej to pomysł był dobry. Połączenie znanych grafik obu browarów mogło zadziałać, gdyby nie otaczało je mnóstwo niepotrzebnego tekstu. Na kapslu też lepiej wyglądałaby sama facjata. Piwo ma ładny, złoty (wchodzący w pomarańcz) kolor i jest średnio zmętnione, duh. Piana wysoka, z początku trochę dziurawa, ale po paru małych bąblach zaczyna się trzymać całkiem dobrze. No i pozostawia spory lacing na szkle. 


Nie nooo... pachnie to całkiem przyzwoicie. Fajny, dość rześki aromat składający się głównie z cytrusów (pomarańcza, trochę grapefruita) i jaśminu. Bardzo wyraźny jest ten "śmiały składnik" trzeba przyznać. Do tego pszenica w tle i nuty kolendry. Oho, czyżbyśmy mieli idealnego kompana na plażę?

O proszę, w smaku też niczego sobie. Jest fajnie zaznaczone ciałko, ale w takim lekkim, pszenicznym stylu. Wysycenie średnie, tak "w pytkę" można rzec. Orzeźwienie z aromatu ciągnie się dalej, co ostatnimi czasy jest dość trudne we wszelakich pszenicach na naszym rynku. Dużo z nich stało się wręcz... męczące. Ale może wróćmy do "śmiałej kooperacji". W smaku typowy amerykański witbier: cytrusy + tropiki, wspomagane fajną pszenicą i stonowaną kolendrą. Z owoców głównie skórka z pomarańczy i oczywiście grapefruit. Jaśmin trochę zanikł, ale jak się postaracie to go spokojnie wyczujecie. Goryczka średnia, według mnie wystarczająca. Lekko grapefruitowa w smaku. Na finiszu trochę kwasku, dopompowana kolendra (ale bez przesadyzmu) i cytrusy. Całość naprawdę dobrze zgrana i wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Smaczne piwko, nie zaprzeczę. Udana kooperacja, w której jaśmin okazał się być fajnym dodatkiem (i dzięki Bogu nie głównym aktorem).

----------

Styl: American Witbier
Alk: 5,6% Wag.
Ekstrakt: 13% Wag.
IBU: 40
Skład: słód (pilzneński, pszenica), płatki owsiane, chmiel (Centennial, Cascade, Mosaic, Hallertauer Blanc), kwiat jaśminu 0,2%, zest z grapefruita, kolendra, drożdże Vermont Ale.
Do spożycia: 21.06.2019


Wiecie, że jest coś takiego jak miłosławski pasztet borowikowy? Ja też nie wiedziałem. Pewnie by mi zasmakował, bo lubię pasztety i wszelakiej maści pieczenie na chlebku. A jak jeszcze ogóreczek kiszony na to wejdzie to już niebo w gębie jak to mówią. 

Nigdy, przenigdy by mi jednak nie wpadło do głowy wrzucać jakiekolwiek grzyby do kotła warzelnego (czy też na cichą), a miejcie na uwadze, że piwotekowy stout ze śledziem mi bardzo smakował... jak widać są odważni ludzie na świecie. I tak pod namową Marcina O. do tanków browaru Fortuna trawiło piwo z borowikami w składzie.



Etykieta w kształcie dość przedawnionym już i w dodatku niechlujnie naklejona. Szkoda, bo sama grafika na środku wydaje się być kozacka. Kapsel bardzo spoko, mimo tekstu na nim. Piwo za to prezentuje się wybornie. Brązowo-miedziany kolor, żeby nie powiedzieć BOROWIKOWY. Delikatnie zamglone wydaje się też być. Piana wysoka, w miarę fajnie zbita i o średnim żywocie. Utrzymuje się tak do połowy powolnego picia powiedzmy. Pozostawia nawet trochę brudu na ściankach.


Wącham to ustrojstwo i... nic. W sensie brak grzybów, a nawet jakichkolwiek skojarzeń z runem leśnym. Szczerze to całość pachnie jak jakiś lekki brown ale. Słodowe, delikatnie prażone orzechy, czekolada w tle i niestety gotowana kukurydza. Ta na szczęście nie dominuje i nie psuje krwi za mocno.

W ustach jest zupełnie inaczej. Fajne ciałko, jak proper czternastka. Wydaje się też być takie... "chrupkie" w przełyku. Wysycenie średnie do wysokiego, nie odchodzi od normy. W smaku głównie słodowe z czekoladowym biszkoptem na pierwszym planie. Bardzo daleko z tyłu odzywają się orzechy i miód gryczany. Goryczka średnia, może delikatnie zalegająca. Finisz, w końcu, ma coś z nazwy. Oprócz dominującej słodowości z wyraźnym kawowym zacięciem pojawiają się też delikatne grzyby, wyraźnie suszone. Już mam w myślach ten czerwony barszcz świąteczny... Ogólnie piwo do wypicia, ale "śmiały" składnik nie zagrał tak jak bym się tego spodziewał po takich eksperymentalnych piwach. Podobno zaraz po rozlewie było zupełnie inaczej, intensywniej w sensie.

----------

Styl: Borowikowe Ale / Brown Ale?
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 14% Wag.
IBU: 35
Skład: słód (pilzneński, monachijski, cookie, chocolate), płatki owsiane, chmiel Magnum, suszone borowiki 0,2%, drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 02.12.2018


Każdy tam był. Ta chwila gdy zamiast Ciechana Miodowego kupujesz zestaw Komesów w ładnym kartoniku ciesząc michę na placu Zamku Leśnickiego pod Wrocławiem. Tak tak, każdy z nas był kiedyś noobem craftowym, a browar Fortuna (chcąc lub nie) przyczynił się w jakimś stopniu do naszego swoistego upgradeu na wyższy stopień kultury piwnej.

Czas mija jednak nieubłaganie i większość z nas przesiadła się z browarów regionalnych na te rzemieślnicze. Taki los Fortuny (he he), że robi za stację przelotową. Trafiają im się jednak czasami szalone pomysły. I tak wypuścili ostatnio trzy nowe piwa oznakowane ich premium marką, za jaką uważają swoje Komesy właśnie. Na portera malinowego nie mam ochoty (i mieć nie będę), RiS to jakieś jedno wielkie nieporozumienie, ale porter z płatkami dębowymi? To może mi zasmakować, szczególnie, że ludziska chwalą go w internetach.



Jezu jak ta butelka obrzydliwie wygląda. Kiedyś jeszcze tolerowałem tę komesową prostotę, ale dzisiaj zwyczajnie nie mogę... Tak niechlujnie przyklejonych etykiet nie widziałem chyba na żadnym piwie (i to wszystkie w sklepie tak wyglądały). Jakiś plus się należy jednak za kapsel firmowy. Samo piwo ma kolor ciemnobrunatny z rubinowymi refleksami. Wydaje się być klarowne. Piana syczy złowieszczo znikając przy tym w zastraszającym tempie. Jest brzydka, dziurawa i nie pozostawia po sobie nawet kożucha.


Ok, muszę przyznać, że zapachy wydobywające się ze szkła są naprawdę apetyczne. Ciemne suszone owoce (głównie śliwka), czekolada z odrobiną kawy w tle i karmel w dość małej ilości. Tak o żeby tylko podbić delikatnie słodycz. O dziwo jest też dębina przypominająca zapach wilgotnego drewna z lasu. Niestety chowa się gdzieś z tyłu ledwo co wyczuwalna. Alkoholu jako takiego nie uświadczyłem. Dużym minusem jest jednak intensywność całości. Aromat do najmocniejszych nie należy i ulatnia się gdzieś w połowie picia.

Już po tym jak trunek zachowuje się w szkle widać, że będzie gęsty i oblepiający. Pierwszy łyk to potwierdza. Najnowszy Komes powoli i z gracją oblepia podniebienie i trzyma się stanowczo. Jak jakiś likier, ale też bez przesady, w końcu jopejskie to to nie jest. W skali 1 do miód pitny powiedziałbym, że to taki bardziej entry level. Problemem momentami zdaje się być wysycenie, mogłoby być niższe. W smaku za to dzieje się naprawdę dużo. Gorzka czekolada walczy o dominację z karmelem i zdaje się wygrywać. Kibicują im suszone owoce, znowu śliwki, ale też wyraźne rodzynki i delikatne morele. Do tego wanilia i bardzo, ale to bardzo delikatne nuty drzewne. Goryczka krótka, taka lekko popiołowa. Finisz bardzo wytrawny w porównaniu z resztą. Kawa, gorzka czekolada i delikatny popiół. Tutaj też wychodzi alkohol, ale z rodziny tych przyjemnych. Cholera, okazało się, że to bardzo dobry porter z delikatnym udziałem płatków dębowych. Co ja teraz zrobię z tymi wszystkimi żartami o Fortunie? Ciekawe czy dębina uwydatni się po leżakowaniu.

----------

Styl: Porter Bałtycki
Alk: 9% Obj.
Ekstrakt: 21% Wag.
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, palony), ekstrakt słodowy, płatki dębowe, chmiel Herkules, drożdże W34/70.
Do spożycia: 23.03.2018


Gdy wszyscy bawią się na Warszawskim Festiwalu Piwa ja, po drugiej stronie Polski, muszę sobie szukać innej rozrywki. Różne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy. Może otworzyć jakiś zakorkowany porter z piwnicy? Nie, no gdzie tak bez okazji. A może coś uwarzyć w końcu? Kurde już późno jest... mało czasu zostało a po nocy z garami chodzić nie będę.

I nagle bang, myśl przednia. Może mały fetysz? Komesów nowych w moim mieście nie uświadczysz, ale dziwactwa z najtańszej półki browaru Fortuna już tak. Nie wiem czemu sobie to robię... To już nie jest coś w rodzaju "a może jednak będzie w miarę dobre?" tylko "na 90% wyleję to do zlewu".


Etykieta fortunowa, nie ma co się rozpisywać nawet. Nic ciekawego, move along. Trochę mi się śmiać zachciało jak zobaczyłem napis "edycja specjalna", ale ową specjalność sobie zaraz ocenimy. Piwo nalewa się z syczącą pianą ala Coca-Cola i w takim samym tempie znika ze szkła. Kolor samego piwa wyglądał mi na przyciemniony brunatny, klarowne.


To chyba będzie najkrócej opisana degustacja na tym blogu... Jeżeli chodzi o aromat to równie dobrze moglibyście kupić sobie Cole z Biedronki (cena do ilości lepsza) i ją powąchać. Są tacy co uważają, że da się w tym też wyczuć jakiś imbir. Mi się wydaje, że zamiast się nad tym zastanawiać lepiej byłoby tym odrdzewić parę śrub z garażu... Ale chwila, po dość mocnym ogrzaniu wychodzi coś jeszcze... Może to ten imbir? Jeśli tak to jakiś taki mocno sztuczny.

W smaku to jest dopiero... dziwactwo. Oczywiście podstawą znowu Cola z Biedry. Nawet nagazowanie się zgadza, bo jest cholernie wysokie. W dodatku jest dość wodniste, prawie w ogóle nie czuć ciała. Do wcześniej wymienionej Coli możemy dodać odrobinę spalenizny (takiej zeskrobanej z patelni) i ten nieszczęsny, sztuczny imbir. Słodkie to jak cholera i bez goryczki jakiejkolwiek. Na finiszu oprócz narastającej słodyczy możemy dodać jeszcze lekki rozpuszczalnik i kwasek, ale nie taki przyjemny (w sensie stoutowy, słodowy) a bardziej sztuczny. Boże... ku... za co? Kto o zdrowych zmysłach mógł tego stwora nazwać stoutem?

----------

Styl: Imbir Stout
Alk: 6,1% Obj.
Ekstrakt: 14,3% Wag.
IBU: b/d
Skład: słody (pilzneński,palony), cukier, zagęszczony sok owocowy 1,3% (cytrynowy, gruszkowy), ekstrakt jęczmienny słodowy, naturalny aromat imbiru, chmiel goryczkowy, drożdże.
Do spożycia: 18.12.2016


Sezon suszy i pożarów w lasach uważam za otwarty. Na dworze ciepło, w miarę przyjemnie (jeszcze) a ja siedzę w domu i leczę kontuzję kolana. Od ponad miesiąca nie byłem na rowerze... Wiecie jak to człowiekowi ryje beret? Już dwa razy czyściłem machinę mimo tego, że nie przejechała nawet kilometra... Czy jestem chory psychicznie? Może.

Wróćmy jednak do rzeczy trochę bardziej związanych z blogiem. Można zażartować, że ile stopni na dworze tyle plato powinno mieć piwo, które właśnie pijesz, ale... po prostu nie. Dlatego czas RiSów i ciężkich porterów skończył się dla wielu. Sam podrapałem się wczoraj po głowie, bo w piwnicy miałem same butelki ciężkiego kalibru... a pić się chce. Z pomocą przyszło osiedlowe Marche.


Nad etykietą miłosławską nie ma się co rozpisywać. Zwyczajny, pospolity wzór typowy dla browarów regionalnych. Z początku myślałem, że lepszy byłby żółty/pomarańczowy kolor tła, ale przecież zastosowali go już przy okazji "piwa górnej fermentacji". Jest pełny skład za to. Tym to się ostatnio nawet najstarsi rzemieślnicy nie potrafią popisać. Piwo ma najnormalniejszy, złoty odcień i jest tylko delikatnie zmętnione. Piana ładna z początku. Śnieżnobiała i zbita. Niestety po paru chwilach zaczyna gwałtownie opadać nie pozostawiając nic po sobie.


Z aromatem jest naprawdę ciężko. Chciałbym napisać, że intensywnością rzuca na glebę, ale niestety tak nie jest. Szkoda, bo te delikatnie wyczuwalne zapaszki są całkiem przyjemne. Najwięcej jest słodkiej pomarańczy przyprawionej kolendrą. Momentami pachnie to trochę jak soczek pomarańczowy. Do tego przyjemna słodowość gdzieś w tyle. Tak jakby... chlebowa? W pewnym momencie wyczułem lekką kanalizę, ale to chyba nos płatał mi figle. Kurde, naprawdę przyjemny i orzeźwiający jest ten aromat... ale dlaczego tak słaby?

Nie lubię jak przez piwo muszę siedzieć w internetach i "zmniejszać swoją niewiedzę", bo mi coś się w nim cholernie nie podoba... Tak niestety jest w tym przypadku. Może jednak zacznijmy od początku. Po pierwszym łyku wydaje się być bardzo przyjemne, orzeźwiające, wręcz idealne na zbliżające się upały. Gorzka skórka pomarańczy na solidnej pszenicznej podstawie (może trochę za solidnej jak na witbiera jednak) z dodatkiem kolendry i bardzo delikatnych drożdży. Niestety przy każdym kolejnym łyku zaczyna zwyczajnie smakować... mydłem. Po szybkim przewertowaniu internetu okazało się, że może to być skutek przesadzenia z kolendrą. Męczy mnie to strasznie, w witbierze tak nie powinno być. Na szczęście cytrusowa goryczka wchodzi szybko i ustawia towarzystwo do pionu. Jest krótka, ale wystarczająco silna aby zaprowadzić porządek. Finisz okazał się być zadziwiająco lekki, znowu daje się we znaki skórka pomarańczy i lekka, już witbierowa zbożowość. Jest też delikatne zacięcie miodowe, ale akurat mi ono nie podpasowało. Jakoś tak sztucznością trąciło niestety. Całość mocno nagazowana. Dzięki bogu, bo mogłoby być ciężko momentami. Mimo wad mogę spokojnie napisać, że sięgnę po nie jak nie będzie nic lepszego pod ręką. Szczególnie w fortunowej cenie.

----------

Styl: Witbier
Alk: 4,8% Wag.
Ekstrakt: 11,8% Obj.
IBU: 17
Skład: słód (jęczmienny: pilzneński, pszenica), chmiel (Magnum, Herkules), aromat naturalny, kolendra, skórka pomarańczy, drożdże górnej fermentacji.
Do spożycia: 23.01.2017


Trzecie picie (leżakowany):

Takie chwile powinny cieszyć każdego piwosza. W końcu może wyjąć z piwnicy piwo, na które czekał półtora roku... i o dziwo nie mam na myśli portera. Jeżeli dobrze pamiętam Komesy z browaru Fortuna były pierwszymi na rynku, które jawnie zalecały leżakowanie swoich trzech specjałów. Portera już sprawdziliśmy, jak wypadnie ich tripel?

Trzecie picie (leżakowany):

Z wielką nadzieją oczekiwałem dnia, w którym w końcu będę mógł otworzyć komesowego portera bałtyckiego. W końcu złoty medal European Beer Star zobowiązuje a wersja świeża nie za bardzo pod miejsce na podium mi pasowała. Okazje do wypicia są dwie, kupiłem jakiś czas temu komesowego portera w edycji limitowanej (z korkiem) więc to on teraz leżakuje w piwnicy. Drugim bodźcem jest pogoda, chłodno się zrobiło ostatnio a jak wszyscy piwosze wiedzą na rozgrzanie najlepsze czarne złoto

Miałem pić tylko dobre piwa w tym tygodniu. W końcu po ostatnim maratonie muszę jakoś zresetować zmysły. Najgorsze jest to, że będąc w Tesco zawsze skręcam w stronę regału z piwami. Będąc tam dzisiaj natrafiłem na 3 ostatnie sztuki "jabola piwnego" jak to już zdążył ochrzcić nowe piwo z Fortuny internet. Chwyciłem jedną sztukę, co zrobisz? Takie hobby.

Internet internetem ale swoje zdanie trzeba sobie wyrobić. Co prawda w piwnicy czekają na mnie o wiele lepsze smaczki ale do takich piw trzeba mieć dobry nastrój. Akurat dzisiaj mam chęć na piwo smakowe, tylko kurde, czy przypadkiem nie strzeliłem sobie w stopę? 


Każdy chyba zna etykiety Fortuny, a przynajmniej ich piw z dolnej półki. Wszystkie takie same ale według mnie mirabelkowa jest najlepsza. To przez kolor, jest taki ciepły dla oka. Kapsel czarny golas. Wygląd piwa jest dużym zaskoczeniem, przynajmniej dla mnie. Bardzo ładny, lekko jasny bursztyn, opalizujący. Piana dość wysoka, zbita, opada w średnim tempie. No śliczne to coś, słodkie jak bobas do którego stroi się głupie miny. Czyżby panom z Miłosławia udał się ten... eksperyment?


Wącham i jest... dziwne. Pierwsze co przychodzi na myśl to tani ruski szampan. Niby obrzydlistwo ale każdy pił go przynajmniej parę razy przy okazji sylwestra. Jest też cholernie słodko, można powiedzieć, że nawet miodowo. Dopiero po ogrzaniu (i zjedzeniu w tym czasie dwóch jajek sadzonych ze szczypiorkiem) pojawia się lekka nuta mirabelek. Szampan niestety nie ustępuje do samego końca. W smaku jest... na pewno lepsze niż ich śliwkowe piwo. Słodycz jest niższa niż w aromacie i dochodzi do niej lekki kwasek, na szczęście nie jest sztuczny. Przypomina trochę kwaśność jabłka, które także jest obecne w postaci tytułowej mirabelki. Problem w tym, że szampan też jest. Jak taki szpieg z krainy deszczowców próbuje coś nabroić. Goryczki brak, chyba że ktoś liczy ten kwasek. Nagazowane o wiele za mocno, jak to zwykle bywa przy piwach z niższej półki. Nie wiem czy to mirabelka jest tak słabo wyróżniającym się owocem czy po prostu wykonanie tego piwa jest średnie. Nudne to trochę, w dodatku ja osobiście nie lubię szampana więc...


Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Czasami człowieka coś podkusi, czasami jest to znajomy który wymawia jakże sugestywne słowa "DO IT". Nie powiem, lubię Fortunę. Za Komesy, nawet za Miłosławy. Gorzej jest z piwami z najniższej półki...

Zacznijmy jednak od napisu na etykiecie: "Zawiera słód jęczmienny" ... i co jeszcze? No właśnie cholera wie. Typowy chwyt marketingowy sikaczy robionych hurtowo co by Kowalski jednak miał jakieś poczucie, że pije coś związanego z piwem. Od razu przypomina mi się sytuacja z profilu Kampanii Piwowarskiej na facebooku:


No ale okej, powiedzmy, że jest to piwo dla meneli ażeby mogli się szybko i tanio nażłopać. Ale czy nasze koncerniaki są tanie jeżeli patrzeć na ich jakość? Według mnie nie. 

Tutaj wracamy do Fortuny Śliwkowej za, bagatela, prawie 4zł (osobiście uważam, że nie jest to dużo jak za piwo, no ale właśnie musi to być PIWO). Po pierwsze po co robić tanie piwo o smaku jakimkolwiek? Nie wiem. Chowam się w piwnicy i otwieram butelkę, nalewa się nawet ładnie, kolorek rubinowy. Piana z początku wydaje się super ale po chwili redukuje się do prawie zera. Zapach jakiś taki dziwny, niby palone słody ale jakieś takie... przemoknięte. Pijemy. Baaardzo dziwnie smakuje. Jest ta palona słodowość ale przyćmiewa ją ta niby śliwka. Znam ten smak... po trzecim łyku już jestem pewien. To taka śliwka co leżała już trochę w trawie i zaczęły nad nią latać muszki. Oj bardzo to jest nieprzyjemne, męczę się strasznie i pije powoli. Po ogrzaniu jest jeszcze gorzej, zaczyna jechać stęchlizną. Zgniła śliwka pozostaje na języku... fuuuj. Jedyny plus jest taki, że dzięki słodowi jest to w jakiejś mierze piwo a nie napój piwny. Zapomnijcie jednak o jakiejkolwiek goryczy. 

Pierwszym moim pomysłem była walka pomiędzy Fortuną a Śliwką w Piwie, nie muszę jednak ponownie pić Kormorana żeby wiedzieć, że jest o niebo lepszy.

www.browarfortuna.pl / Gdzie wypijesz?

Bardzo stara degustacja, jeżeli chcesz abym ocenił to piwo poprawnie napisz mi maila, może się uda.

Ciemne, mocne, wyraziste. To lubimy! Wyczuwalny smak śliwki... w czekoladzie? Wygląd piękny aczkolwiek piana ulotna. Jedne z 3 piw Fortuny, które dojrzewają w butelce. 


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com