Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpunt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpunt. Pokaż wszystkie posty

 


Starość nie radość, a młodość nie wieczność. Już nie pamiętam od kiedy mam tę puszkę kooperacji browaru Birbant, Szpunt i Flov. Zapewne leżała tam dość długo, bom już trochę przesycony wszelakimi hazy IPAmi, czy też new englandami...


Nadszedł jednak i na nią czas, za co zapewne na wiadomojakichgrupach ukrzyżowaliby mnie. Przecież takie piwa powinno się pić świeże! Mam dziwne wrażenie, że nic mu się nie stało. A że piję piwo według własnego widzimisię... to akurat mi podpasowało po rowerze.



Jak Flov robi etykietę, to wiadomo że będzie grubo. Nie dość, że mieni się na wszystkie strony to jeszcze mamy typową grafikę/sylwetkę z dawnych serii birbantowych. Nikt nie przejdzie obok tego obojętnie. Piwo jest zmętnione, takie mleczne wręcz, jak jakieś proper hazy. Kolor pomarańczy, lekko wybielony. Piana na prawie 2 palce, szybko się redukuje do słabego kożucha. Dobrze się jednak trzyma ścianki szkła.



Zadziwiające jest to, że im człowiek robi się starszy, tym dłużej czeka na aromat w piwie... i to też w IPAch. Po ogrzaniu Hypnohopusa wyłaniają się iście soczkowate zapaszki. Pełnia owoców tropikalnych, jakieś grapefruity, dużo mango, brzoskwini i chyba papai. W tle nuty pomelo i o dziwo nafty, chyba, że to mój nos szwankuje po rowerze akurat. Nie zmienia to faktu, że trzeba na ten aromat poczekać, bo o dziwo z puszki to tak średnio z nim było.


O proszę, dobre zdziwko na początek. Mimo dość wysokiego ekstraktu całość jest rzeczywiście "juicy". Ciałko owszem jest, ale nie zapycha jak przy niektórych NEIPAch. Fajnie kremowe, ze średnim wysyceniem. Pierwszy łyk to rzeczywiście... soczek. Taki mandarynkowy, z nutą mango i brzoskwini. Dopiero kolejne przypominają bardziej piwo, z delikatną podbudową pszeniczną i większymi skojarzeniami chmielowymi. Goryczka średnia, momentami niska. Mogłaby być wyższa, chociaż rozumiem, że to przecież new england. Finisz mnie zaskoczył, jak zając w lesie dzisiaj na ścieżce rowerowej. Jest... gorzkawy, wytrawny. Chce być owocowy, ale wychodzi mu tylko profil albedowy, taka trochę skórka od pomelo połączona z delikatną pestką. Jak ktoś lubi ten styl to polecam. Kooperacja Szpunta z Birbantem dość dobrze go odzwierciedla. Całość nie jest przesadnie słodka, a po prostu owocowa.


----------


Styl: DDH Double Juicy IPA

Alk: 7,6% Obj.

Ekstrakt: 19,1°

IBU: b/d

Skład: słód (jęczmienny, owsiany), płatki (owsiane, ryżowe), chmiel (Citra, Nelson Sauvin, Vic Secret, Azacca), drożdże WLP067.

Do spożycia: 12.11.2021


Facebook Browaru

 


Karma czuwa, pamiętajcie. Nie będę owijał w bawełnę: miałem już gotową wersję roboczą wpisu o podstawowej wersji tego piwa - Nitro Beans. Sęk w tym, że była to dobra kawa wymrażana, a nie piwo. Biłem się z myślami, bo w końcu znam ich trochę...


Wtem! Szpunt ogłosił wersję imperialną. Pomyślałem sobie, że tym razem mogło im to wyjść. W końcu imperialny stout powinien się spokojnie przebić przez coldbrew, które samo w sobie lubi dominować. Czy tak jest naprawdę? Sprawdzę sobie przy okazji składania dość felernego modelu gunpla...



Etykieta "pomazana" i w dodatku mieniąca się wszystkimi kolorami tęczy. Przy Szpuncie oznacza to zazwyczaj piwo specjalne, "lepsiejsze". Stout z speciality kawą raczej się do tego grona zalicza, co nie? Jest czarne, według mnie bez przebłysków. Piana ładnie zbita i wysoka. Niestety szybko się redukuje do dość sporego kożucha.



Pachnie naprawdę spoko. Może i średnio piwnie, ale bardzo kawowo. ColdBrew pełną gębą przy wyraźnych palonych ziarnach z lekką nutą ciemnych owoców (jeżyny). Po ogrzaniu dochodzi czekoladka, raczej mleczna. Jak nie próbowaliście nigdy kawy na zimno to polecam, kompletnie inne doznania smakowe.


Problem z wersji podstawowej znikł na szczęście. Jest ciałko, wystarczające. Trochę niskie jak na tyle Plato, ale sam dodatek kawy robi swoje przecież. Wysycenie średnie, pasuje. Ogólnie gładkie w teksturze, zapewne przez płatki owsiane. W smaku dość dziwaczne (ale w pozytywnym sensie) połączenie kawy z piwem. Zazwyczaj w stoutach mamy całość jako jedną paczkę, nawet w tych gdzie kawa była dodawana oddzielnie. Tu jest inaczej, czuć coldbrew i czuć też samego stouta. Pięknie się miksują, jak pierwsza w życiu łycha z colą na domówce w czasach liceum (you know you know). Sama kawa przeważa, ale nie tak jak w podstawce. Spokojnie można wyczuć czekoladę deserową, palony słód i delikatne orzechy (ale one chyba bardziej od kawy pochodzą, razem z jeżynami). Goryczka nawet jakaś jest, palona lekko i średnia w mocy. Finisz zmienia profil piwa na wytrawny i jest głównie kawowy, z taką specyficzną kwaskowatością na końcu języka. Fajnie się to pije, najlepsze jest to, że całość nie jest ani za słodka, ani karmelowa. Dopiero pod koniec człowiek uświadamia sobie, że to nie jest coldbrew, a piwo z 9,5% alkoholu... Przed zawodami rowerowymi mogłoby to być samobójstwo raczej (mam w zwyczaju pić coldbrew/kawę przed). Jeszcze jedno na koniec... nie jest to RiS. Wiele osób tak próbuje oceniać w necie to piwo. Dla mnie jest to porządny stout z porządną kawą.


----------


Styl: Nitro Cold Brew Imperial Stout

Alk: 9,5% Obj.

Ekstrakt: 26° Plato

IBU: b/d

Skład: słód (jęczmienne, owsiane, karmelowe), płatki owsiane, kawa cold brew Boliwia Kusillo Red Caturra, chmiele, drożdże.

Do spożycia: 09.11.2022


Facebook Browaru

 


Dzisiejszy wpis z serii CANdencja będzie trochę inny... Po pierwsze primo: wziąłem aparat. Tak wiem, już daaawno tego nie robiłem. Po drugie primo, ultimo: wziąłem też szkło. Dziwna sprawa, szczególnie po tym jak Wam pisałem kiedyś, że nie będę tego robił.


Dlaczego więc? Ano dlatego, że zimno się robi powoli (dzisiaj 6 stopni), a plecak sprzyja ogrzaniu. Plus kurtka zimowa nie przeciera się przez szelki tak jak drużynowe ciuchy. W słuchawkach nowy album Bring Me The Horizon.




Pojechałem na serwisówkę przy drodze ekspresowej. Jakoś nie miałem ochoty śmigać po lesie po tym, jak wczoraj zmarzłem cholernie na szosie (dlatego też dzisiaj za dużo zdjęć nie będzie). Słońce wyszło parę razy, ale ogólnie więcej chmur na niebie było co tylko potęguje uczucie zimna. Im człowiek starszy, tym gorzej przestawia się na taką pogodę...



O dziwo widziałem chyba z 6 biegaczy, którzy... biegali. Dwóch z nich miało krótkie spodenki co mnie zdziwiło bardziej, niż para gęsi na polu mniej więcej pod koniec jazdy. Przypominam, sześć stopni.




Po ostatnich jazdach w błocie (i deszczu) w końcu postanowiłem przejść na smar do warunków mokrych... efekt widzicie na zdjęciach. I weź to potem wycieraj, o dźwiękach jakie potem wydaje łańcuch nawet nie wspomnę. Z chęcią jeździłbym cały rok "na sucho", ale się nie da po prostu.



Piwo otworzyłem mniej więcej w połowie trasy. Bałem się z początku, bo nic nie wyleciało po otwarciu puszki, a wiecie przecież, że wożę je w koszyku na bidon. Czyżby niedogazowany soczek mnie czekał? Nic z tych rzeczy. Piwo jest soczyste, dobrze nasycone i z dość wyczuwalnym ciałkiem. Pachnie przepięknie: pomarańcza, brzoskwinia, mango i może trochę ananasa. Najlepsza jest jednak cytryna, która się przegryza przez to wszystko dość wyraźnie. W smaku podobnie, ale dochodzi delikatna ziołowość, a goryczka ma profil ewidentnie grapefruitowy. Nie jest też jakoś szczególnie nachalna, co pasuje do new england IPek. Muszę też wspomnieć o finiszu, który ewidentnie daje skórkami pomarańczy, limonki itp. Dzięki czemu mamy wytrawny finisz. Bardzo dobra małpa muszę przyznać.



Temat koronki będzie się za nami ciągnął jeszcze parę tygodni (albo i nawet miesięcy). Kolejnym problemem z nim związanym jest brak festiwali piwnych. Tak jak większość śmieszkowała, że po co komu te spędy pijaństwa tak teraz... siedzą w domach i płaczą. Na ten weekend np. miał mieć miejsce Beer Geek Madness. Dlatego dzisiaj sprawdzimy sobie piwo uwarzone właśnie na tę edycję przez Browar Szpunt.

W domu mam jeszcze pale ale z tej serii, ale w ankiecie na FB wybraliście ciemniaka, czyli to bliższe mym kubkom smakowym. Purystów ostrzegam, piwo zawiera aromaty i ten przebrzydły brokat spożywczy. Tak swoją drogą cieszy mnie to, że browary postanawiają wlewać te wszystkie specjalnie uwarzone piwa do butelek.


Etykieta na zamglonej naklejce średnio do mnie przemawia. Sama grafika spoko, naprawdę. Problem mam z tłem, które według mnie powinno być przezroczyste. Piwo nadrabia za to, bo przy zachodzącym słońcu wygląda po prostu... zajebiście. Brokat mieni się pięknie w tym iście ciemnobrązowym płynie. Skojarzenia z kosmosem murowane. Piana jasny beż, na maks dwa palce. Średnio się trzyma i redukuje się do dziurawego kożucha.


Ohohoho, rzeczywiście jest to sweet stout. Bez dwóch zdań. W aromacie słodka, mleczna czekolada. Taka trochę wymieszana z kakao nawet, ale takim kupnym (gotowym) dla dzieci. Potem trochę karmelu, takiego niezamulającego i naprawdę, ale to naprawdę lekka palona nuta. Ładnie to pachnie, aż człowiek zapomina, że są w tym aromaty. Po ogrzaniu jeszcze coś mi przyszło do głowy... toż to pachnie jak cappuccino z kakao!

Normalnie bym cappuccino nie ruszył, ale na szczęście w smaku już takich skojarzeń nie ma. Ciałko spoko. Czuć je, ale spokojnie wypiłbym jeszcze ze dwie butelki. I to na dużym luzie. Wysycenie średnie, do niskiego czasami. Właśnie takie plato mi najbardziej odpowiada w tzw. codziennych piwach ciemnych (oho, prawie rym). Na pierwszym planie czekolada, a nawet dwie. Czuć wyraźnie tę zwykłą i tę gorzką (tak na 90%). Do tego wchodzi paloność. Jest zdecydowanie mocniejsza niż w aromacie, ale nie dominuje. Ma też takie dość ciekawe zacięcie kawowe. Jest jeszcze (jak na ten styl przystało) dość spora dawka słodyczy, ale ładnie się wyrównuje z palonością, co jest ciężkie do uzyskania. Owa słodycz jest trochę laktozowa i karmelowa zarazem. Może coś w stylu tych cukierków, które każdy z nas zna, a mi akurat wyleciała ich nazwa z głowy... Goryczka niska, punktowa i palona trochę. Na finiszu uwydatnia się kawa i ma taki trochę zbożowy profil. Fajne piwo, smaczne, a nawet "codzienne" można rzec. Co bym dodał/poprawił to ten karmel w smaku. Mogłoby go być więcej i mógłby być bardziej podobny do kajmaku albo tofii.

----------

Styl: Chocolate & Caramel Sweet Stout
Alk: 6,1% Obj.
Ekstrakt: 18°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), chmiel, drożdże, aromaty naturalne, brokat jadalny.
Do spożycia: 30.09.2020


Kupując to piwo zacząłem się zastanawiać nad jedną rzeczą: dlaczego browary nie robią więcej kooperacji z pubami/multitapami? Przecież to jest przepis na sukces i przy dobrej logistyce można to robić dość często. Piwo się sprzeda (według mnie) lepiej niż w kooperacji z innym browarem.

No, bo pomyślcie przez chwilę: robicie mniejszy wolumen i prawie wszystko schodzi na miejscu z kranu. To co nie zejdzie dajecie do butelek jako specjal edyszyn i tyle. W sumie to mnie ciekawi to ile by kosztowało browar uwarzenie takiej mniejszej partii dla np. Szynkarni raz w miesiącu. Sam lokal ma niezłą promocję, bo co miesiąc ma nowe, unikatowe piwo tylko dla siebie. Splendor i prestiż w jednym. Przejdźmy może już jednak do piwa, co?


Etykieta w iście szpuntowym stylu, mieniąca się pod każdym kątem z malowniczym wzorem nawiązującym do składników w piwie. Lepszej nazwy też chyba nie mogli wymyślić już. Sam trunek jest czarny z delikatnymi, brązowymi przebłyskami. Piana niska niestety i szybko redukująca się.


Aromat wbija w ziemię swoją intensywnością. Chyba nikt nie będzie miał wątpliwości co do użytych aromatów. Kokos przoduje i widać, że mu się to podoba. Nie chce za cholerę odpuścić miejsca w pierwszym rzędzie. Dopiero gdzieś z tyłu pojawia się mleczna czekolada (co daje naciągane odczucie bounty). Syrop klonowy, który jest fizycznym dodatkiem, a nie aromatem, też czuć. Dodaje takiej specyficznej słodkości. No to co? Antyaromaciarze już wyciągnęli pochodnie?

Patrząc na etykietę średnio się z nią mogę zgodzić. Nawet jak na 18 plato ciałka tutaj nie ma za dużo, szczególnie gdy człowiek weźmie pod uwagę dodaną laktozę i syrop. Wysycenie za to średnie, takie w sam raz. Dodatkowo płatki owsiane nadały pewnej aksamitności całości. W smaku mamy mocną podstawę w postaci mlecznej czekolady posypanej gorzkim kakao. Dalej słodycz od syropu klonowego, do której trzeba się przyzwyczaić. Naprawdę, jest dość specyficzna. Nie jest jednak tak intensywna jak w aromacie co mnie cieszy. Kokos bardziej jako takie wyraźne dopełnienie całości. Hen głęboko w tle nuta palona się nawet pojawia. Goryczka... no prawie jej nie ma, a fajnie byłoby czymś przegryźć tę mleczną czekoladę (laktoza is strong in this one). Finisz zawodzi na całej linii, bo jest cholernie nijaki, a nawet wodnisty można rzec. Taka trochę woda posypana startą, gorzką czekoladą. Piwo z potencjałem, do wypicia. Poprawić ułożenie, dodać trochę ciała i będzie miazga. Pewnie lepsze było z kija, jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach.

----------

Styl: Coconut Cocoa & Maple Syrup Foreign Extra Stout
Alk: 6,5%
Ekstrakt: 18°
IBU: 1/5
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczne), płatki owsiane, laktoza, chmiel, drożdże, aromaty naturalne, syrop klonowy.
Do spożycia: 10.09.2022


Gorąco, co nie? Ukrop straszny, chociaż na WFDP10 (relacja już w tym tygodniu) sobota wcale się taka ciepła nie zapowiadała. Zacznijmy od tego, że wiało jak cholera i padało chyba do 14:00. Co innego niedziela... No, ale człowiek musiał wracać autem do domu to na stadionie pojawiłem się tylko i wyłącznie w jednym celu: po fanty.

Jednym z nich jest nasz dzisiejszy gość z browaru Szpunt, jakaś premiera w dodatku, czy też nowość po prostu... tak do końca nie jestem pewny. Mogę sobie narzekać na ipy-sripy, ale taką orzeźwiającą nawet ja nie pogardzę w taką pogodę. To co, wychylylybymy?


Etykieta z serii tych mieniących się. Grafika przypomina słońce z pszenicy. Całość na dużym propsie. Osoba, która wpadła na ten pomysł te paręnaście piw temu powinna dostać podwyżkę. Kapsel golas, czekam z niecierpliwością na firmowy. Piwo ma kolor złoty, jasno-pomarańczowy, słoneczny wręcz... muszę dalej wymieniać? Chyba już go sobie w głowie wyobraziliście. Całość ładnie zmętniona. Piana z początku wysoka na dwa palce szybko się ulotniła. Pozostał po niej widoczny na zdjęciu kożuch. 


Już na samym festiwalu, przy dość mocnym wietrze, pachniało mi to cholernie intensywnie. W ogródkowym zaciszu jest jeszcze lepiej (tak, dzisiaj sąsiedzi nie mają imprezy, poniedziałek w końcu). Z pięści w nos dostajemy od cytrusów (rześki miks grapefruita i odrobiny limonki), brzoskwini, moreli i może odrobiny nafty. Troszku granata się nawet znajdzie gdzieś w tle. Jest też trochę pszenicy, ale to tak mocno w domyśle momentami.

Niestety już na samym początku pojawił się pewien problem jeżeli chodzi o picie Sunspota na świeżym powietrzu... Boziu jak to dobrze wchodzi przy tej temperaturze i full blast słońcu. Gdzieś prawie w połowie shakera ocknąłem się, przecież muszę to jakoś opisać! Ciałko? Bajka. Jest rześko i orzeźwiająco, a to ma przecież 15° Plato. Czuć też efekt płatków pszennych, jest bowiem taka pewna doza jedwabistości na języku. Wysycenie średnie do wysokiego. Smakowo znowu tropiki i cytrusy głównie. Grapefruit z pomelo, mango, brzoskwinka i trochę nafty. Całość na już trochę wyraźniejszej  (niż w aromacie) podbudowie chlebowej. Goryczka taka se, tak na dobrą sprawę chyba jedyny (mały) minus tego piwa. Delikatnie żywiczna, ale też zdecydowanie za krótka. Na finiszu dominują albedowe nuty, głównie grapefruita, połączone z pszenicą i odrobiną limonki. Nic mi się nie chce teraz... poleżałbym sobie na plaży z najnowszym piwem  szpuntowym w ręce jakieś... najlepiej dwa tygodnie.

----------

Styl: Wheat India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15°
IBU: "niska"
Skład: słody, chmiel, płatki pszenne, drożdże.
Do spożycia: 04.06.2020


Moja szosa łaknie piw sesyjnych, pod każdym względem. Głównie chodzi jej pewnie o aspekt alkoholowy, no ale. Dzięki Bogu polski craft zaczyna powoli reagować na potrzeby spragnionych cyklistów. Mad Driver Vermont jakoś nie przekonał mnie do końca. Dlatego ich ostatnie piwo, czyli IPA z Rooibosem poczeka sobie jeszcze.

Dzisiaj zdegustujemy sobie szpuntowy wynalazek, a jak wiecie lubię chłopaków z tego browaru (no homo) i smutno by mi było gdyby podpadli akurat przy takim trunku. Z drugiej jednak strony... ciężko jest uwarzyć dobre bezalkoholowe piwo.


Etykieta z serii piw specjalnych, czy też wyjątkowych. Mamy bliżej nieokreślony wzorek, który mieni się jak... dobrze wypolerowane amelinium. Jak widzicie powyżej jest to zmora aparatów, ale dla oka jest to jak najbardziej miły widok. Białe tło kojarzące się z trunkiem bez alko też spoko. Sooo clean. Piwo ma jasnozłoty kolor, prawie, że słomkowy. Jest też wyraźnie (i równo) zmętnione, tak jak przystało na New England IPA. Piana dość niska, ale równa. Po chwili pozostał po niej tylko kożuszek, ale za to trwały.


Aromat nieszczególnie powala na kolana jeżeli chodzi o intensywność. Ot coś tam czuć przy każdym zanurzeniu ust. Głównie cytryna, albo i nawet limonka wraz z delikatną nutą żywicy. Do tego słodowość, jak przy brzeczce podczas domowego warzenia.

Już po pierwszym łyku czuć, że gasić tym można pragnienie o każdej porze i w każdym miejscu. Piwo jest lekkie i orzeźwiające, ale nie zahacza o wodnistość o dziwo. Mocne nagazowanie też jakoś pasuje w tym przypadku. Na delikatnie zbożowej podbudowie mamy potężny filar cytrusowy, głównie limonkowy, który wspierany jest dodatkowo żywicznym zacięciem. Jest też lekki kwasek, jak w jakimś sour ale. Goryczka może i nie przypomina tych ze znanych nam IPA, ale jak na trunek bezalkoholowy jest nad wyraz wyraźna. Ma lekko żywiczny profil. Finisz dość wytrawny i już zdecydowanie żywiczno-ziemisty. Całość jak najbardziej OK. Przyjemnie orzeźwia i rzeczywiście można tym uzupełnić płyny po wysiłku fizycznym. Problem jednak pozostaje... Tak jak w przypadku Mad Drivera tak i tutaj większe skojarzenia mam z lemoniadą chmielową niżeli z pełnoprawnym piwem (ot taki wieczny problem bezalkoholowców). Na pierwszym miejscu nadal pozostaje 1 na 100 z Kormorana, który wygrywa np. ciałkiem. Zeropoint depcze mu jednak po piętach.

----------

Styl: Bezalkoholowe New England IPA
Alk: poniżej 0,5% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: niskie.
Skład: słód (jęczmienny, żytni), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 07.12.2018


Patrząc na poczynania pewnych osób można śmiało stwierdzić, że świat (szczególnie nasz piwny, Polski) jest naprawdę mały. Jedne browary kradno nam bezczelnie blogerów, a inne robią z nimi kooperacje. Dzisiaj sprawdzimy sobie istne połączenie tego wszystkiego.

Nie dość, że mamy tutaj kooperacje jednych z najbardziej stabilnych przedstawicieli naszego craftu czyli Birbant i Szpunt, to jeszcze w tym drugim od jakiegoś czasu pracuje Kacper z Piwnej Zwrotnicy. To właśnie jemu możemy podziękować za te dary, którymi się dzisiaj upijemy... przepraszam, udegustujemy (słowotwórstwo level expert).


Bling bling madafaka. Etykieta mieni się jakby ją ktoś potraktował diamentową polerką. Grafika zacna z oczywistym nawiązaniem do Gwiezdnych Wojen, ale utrzymana też w lekko prześmiewczym birbantowym stylu. Elementów odblaskowych też nie ma za dużo... inaczej, jest ich tyle ile trzeba. Piwo ma ładny złoty kolor i jest wyraźnie zamglone. Piana słabiutka. Niska, dziurawa i bardzo szybko znika ze szkła.


Bam! Pierwszy liść wchodzi z zaskoczenia. Zapaszki świeżutkie i intensywne jak w dopiero co wyciśniętym soku owocowym. Cytrusy pełną gębą, tropiki w sumie też. Czuć słodycz liczi, marakuje, cytrynę i limonkę. Do tego kwaskowatość mleczna i mamy bardzo orzeźwiający obrazek. Już mi ślinka zaczyna cieknąć.

Już po pierwszym łyku wiem, że zdradzieckie do bólu będzie to piwo. W ogóle nie czuć tych 15 Plato, nie mówiąc już o alkoholu. Całość bardzo orzeźwiająca i dobrze wysycona. Ciałko bardzo nienachalne, dzięki płatkom owsianym bardzo aksamitne. Lekkość będzie motywem przewodnim tego piwa coś czuję. W smaku najmocniejszy wydaje się być kwasek, ale sam w sobie nie jest jakiś dobitnie dominujący. Podobny do kefirku na moje oko. Potem mamy cytrusy (głównie cytryna i limonka), tropiki gdzieś się schowały i są ledwo co wyczuwalne. Całość na minimalnej pszenicy i chlebku na granicy autosugestii. Goryczka mogłaby być wyższa. Profil ma delikatnie grapefruitowy. Finisz jest chyba najciekawszą rzeczą w tym trunku. Taki miks skórek owoców z niewielką dominacją cytrusów. Do tego oczywiście kefirek. Ogólnie całość bardzo lekka i przyjemna. Pewnie znajdą się osoby, które powiedzą, że jest za mało intensywne, ale według mnie znajdzie ono wielu wielbicieli. Szczególnie tych dopiero co wgłębiających się w świat kwaśnych piw.

----------

Styl: Sour India Pale Ale
Alk: 6% Obj.
Ekstrakt: 15°
IBU: 2/6
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, chmiel, drożdże, bakterie Lacobacillus Plantarum.
Do spożycia: 01.10.2018


Robicie mi na złość. Tak Wy, głównie ludzie lubiący mój profil na fejsie. Wrzuciłem ostatnio ankietę dając Wam prawo wyboru kolejnego degustowanego piwa. Miałem nadzieję, że wybierzecie Bloggera 2017, bo Spectrum chciałem sobie zostawić na leżak... a tutaj taka niespodzianka.

No nic, trzeba otrzeć łzy rozpaczy i odkapslować dziada. Wersja podstawowa, czyli ta bez beczki po Jacku Danielsie, była chyba najlepszym piwem jakie piłem podczas tegorocznego WFDP. Podobno wersja barrel aged rozlana została do około 2000 butelek. Ot taki mały rarytasik, prawie jak stare portery grudniowe od Ciechana


Etykieta mieniąca się milionami barw jest piękna dla oka, ale dla obiektywu to koszmar. Aż się dziwię, że w piwnicznych warunkach wyszło mi to w miarę dobrze. Pomijając utrapienie, jakim jest jej sfotografowanie podoba mnie się ona. Prosta i z ciekawym wzorem, którego nikt nie rozumie. Dziwi mnie jednak to, że panowie nie podali składu. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana beżowa, zbita na kogel-mogel i utrzymująca się całkiem dobrze na poziomie paru milimetrów. Piękne jest też to jak płyn oblepia szkło po lekkim zawirowaniu.


Już po samym zapachu jest człowiek w stanie wywnioskować, że będzie grubo i oleiście. Nie pytajcie jak to jest możliwe. Na pierwszym planie mocna czekolada, taka na wpół słodka i wanilia. Potem wypełniająca kawa i delikatna beczka. Momentami wychodzi też kokos. Jest też alkohol, ale taki wypełniający i niegryzący. Swoją drogą bawią mnie komentarze (ogólnie do piwa), że każdy wyczuwalny alkohol w piwie to wada i w ogóle świadczy o "dolewaniu spirytusu"...

Ok... może od początku. Wysycenie jest na wystarczająco niskim poziomie, muska sobie delikatnie podniebienie. Ciało grubaśne, wypełniające i oleiste. Już wersja podstawowa naginała normy, a ta leżakowana w beczkach po bourbonie wydaje się być jeszcze wyborniejsza pod tym względem. Znowu mamy do czynienia z czekoladą, która zdaje się być kierownikiem tego całego zamieszania. W jej brygadzie ustawiły się kolejno: wanilia, lekko ukryta kawa, trochę ciemnych owoców i paloność, taka już trochę wchodząca w popiół. Bardzo daleko w tle drewniane nuty. Wyraźna goryczka podtrzymuje palony trend i na pierwszy rzut oka wydaje się być wysoka. Jednak jak się tak dobrze zastanowić to pasuje do tak wyraźnego piwa. Na finiszu wybijają się palone ziarna kawy z trochę zalegającym popiołem. Zdziwiło mnie to, że tak na dobrą sprawę nie jest to jakoś mocno słodki RiS. Według mnie jest przepyszny, do powolnego sączenia. No, ale... trzeba też coś powiedzieć o alkoholu, o którym tak sprawnie się większość ludzi w internecie rozpisywała. Owszem czuć go prawie cały czas, ale nie dominuje on innych smaków. Ba, według mnie podbija klasowo niektóre. Nie jest gryzący, fajnie rozgrzewa i delikatnie przypomina bourbon. Czy jest potencjał na leżak? Owszem. "Świeżynka" jest jednak według mnie wystarczająco dobra.

----------

Styl: Russian Imperial Stout BA
Alk: 9,5% Obj.
Ekstrakt: 25°
IBU: "medium"
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny), chmiel, drożdże.
Do spożycia: 15.03.2018


Każdy z nas ma parę browarów, do których lubi wracać i wie, że nigdy go nie zawiodą. Mam i ja taką listę, aczkolwiek za długa to ona nie jest... Ten rok zweryfikował bowiem parę pozycji na niej. Na szczęście browar Szpunt trzyma się dzielnie. 

Nie wiem jak to jest, ale chłopaki zawsze trafiają w moje gusta. Było tak np. przy okazji hejtowanego przez wielu Venoma. A już nawet nie będę wchodził w szczegóły jak podniecałem się ich RiSem na festiwalu we Wrocławiu. Dlatego delirka mnie bierze jak patrzę na schowaną w piwnicy butelkę tegoż RiSa leżakowanego w beczce...


Dziś jednak zajmiemy się ich stoutem, który od RiSa zapożyczył szatę graficzną. Nie pamiętam dlaczego browar postanowił zmienić etykiety (wcześniej mieli całkiem spoko grafiki z autami różniastymi), ale ten nowy design także przypadł mi do gustu. Tylko jak to się mieni pod słońce... mój aparat krwawi. Piwo wygląda na czarne, ale w rzeczywistości jest ciemnobrązowe i mętne. Przy nalewaniu skojarzyło mi się z mleczną czekoladą. Piana zaraz po nalaniu wysoka, ale jak widać na zdjęciach bardzo szybko opadła. Pozostał po niej tylko sporych rozmiarów pierścień.


Piękno w prostocie. Takie hasło będzie nam dzisiaj przyświecać. Aromat nie jest bowiem jakiś wyszukany. Nie ma tu oh trufli, ah marcepanu, czy też eh ziaren sprowadzanych parowozem przez przemytników z afryki. Jest to czego się człowiek spodziewał: mleczna czekolada, kawa zbożowa i nieodparte uczucie prażynek wszechobecnych. Ładnie ten stout pachnie po prostu.

Co do odczucia w ustach... Średnie wysycenie nie wchodzi w drogę ciałku. Całość wydaje się być gęsta, ale tak naprawdę jest to bardziej zasługa płatków owsianych. Po paru łykach uświadamia sobie człowiek, że to piwo jest po prostu cholernie "aksamitne". Jak by to Wam wytłumaczyć... O, jak beza. Gdy tylko dotknie języka zaczyna się rozpływać w ustach. W smaku króluje świeżo zmielona kawa z mlekiem, bez cukru. Owszem czuć jest słodycz, ale bez przesadyzmów i na moje oko pochodzi ona od laktozy po prostu. Czekolada gdzieś uciekła i pojawia się bardzo sporadycznie jako takie ciche wypełnienie. Niska, ale wystarczająca w zupełności goryczka ma lekko palony profil. Owa paloność rośnie w siłę na finiszu tworząc przyjemnie kwaskowaty duet z ziarnami kawy.  Tłem tego wszystkiego są palone słody, przypieczona skórka od chleba (albo ciasta) czy coś w tym stylu. Spójne, ładnie ułożone i lekkie piwo.

----------

Styl: Coffee Milk Stout
Alk: 5,6%
Ekstrakt: 15°
IBU: 3/12
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), laktoza, płatki owsiane, ziarna kawy, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 26.05.2018


Browar Szpunt wyrósł nam na cichego, ale zacnego kontraktowca. Chłopaki nie wywyższają się zbytnio, nie robią też nie wiadomo jakiego marketingu. Trochę szkoda, bo warzą dobre piwa, czasami dziwne i niezrozumiałe przez wielu, ale nadal dobre. Tutaj najlepszym przykładem może być ich Venom.

Moim ulubionym trunkiem z ich stajni jest jednak Night Wolf, degustację wersji podstawowej możecie przeczytać tutaj. Dziś sprawdzimy sobie wersję extreme, gdzie 83% zasypu stanowił słód wędzony torfem. Czy przebił on swojego starszego brata? Zobaczmy.


Etykieta odnowiona, i nie mam na myśli tylko wersji extreme. Podstawowa też została odświeżona. Jeżeli mam być szczery to nie jestem do końca przekonany do tych zmian. Jakoś wcześniejsze wydawały mi się bardziej czytelne. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Wysoka piana szybko pęka redukując się do całkiem sporego kożucha. 


Aha, w tej wersji nie ma miejsca na poboczne aromaty. To piwo nie bierze jeńców, zapomnijcie o karmelu czy też innych łagodnych zapaszkach. Spalone kable w sali operacyjnej szpitala to jedyny miks jaki poczujecie wąchając Night Wolfa. I to w dodatku narastający z czasem. Jeżeli by się człowiek uparł to wyczułby też delikatną gorzką czekoladę, ale to bardziej na zasadzie pielęgniarki o imieniu Zofia, która podając skalpel zrobiła to ręką ubabraną właśnie czekoladą. Yyy, o czym ja piszę? 

Ok, gładki jak pupa niemowlęcia jest ten stout. Wysycenie też dobrze dopasowanie. Jest niskie więc nie przeszkadza w powolnym sączeniu. To tyle z podobieństw jeżeli chodzi o wersję normalną, bo paradoksalnie wydaje mi się jakby miał on mniej ciała. Czy to źle? Może trochę. Zapomniałem jednak o tym szybko, bo smakowo to tu się dzieją rzeczy magiczne. Torf rządzi, trzyma pijącego za gardło i nie odpuszcza praktycznie do ostatniej kropli. Znowu pojawiają się spalone kable, stare bandaże, asfalt gorący jak ten pierwszy pocałunek i pani Zofia. Tym razem cała w gorzkiej czekoladzie, która robi za całkiem fajną podstawę dla całości. Czekolada, nie pani Zofia... Goryczka wyraźna, ale dość krótka. Taka lekko popiołowa. Na finiszu bandaże w czekoladzie z domieszką kawy zbożowej. Czy jest extreme? W porównaniu z wersją normalną na pewno. Czy jest dobrze? Jak najbardziej. Piłbym litrami najlepiej do jakichś żeberek w sosie BBQ... albo steka.

----------

Styl: Whisky Stout
Alk: 6,3%
Ekstrakt: 16°
IBU: "średnie"
Skład: słód (jęczmienny, whisky, carafa III special, pszeniczny czekoladowy), chmiel Iunga, płatki owsiane, drożdże.
Do spożycia: 09.07.2017


Trzeba szybko robić zdjęcia, bo szkło zaczyna zamarzać.

Jezusicku jak dawno u mnie browaru Olimp nie było. Nie wiem też do końca dlaczego... przecież jakoś szczególnie mi nie podpadli ostatnio (nie licząc dzikiego Hadesa). Z pomocą przybyła paczka od Szpunta, który uwarzył nowe piwo kooperacyjnie z wcześniej wymienionym browarem. 

Oczywiście gdy zobaczyłem w jakim stylu był to trunek pierwsze co zrobiłem to jedno wielkie "meh". Ile tych podwójnych IPA potrzebujemy? Że to się ludziom nie znudziło jeszcze... Z drugiej strony pomyślałem sobie, że przecież dawno takowego nie piłem. Zwykłe AIPA owszem, ale imperialne nie bardzo. 


Myślałem, że dostaniemy pewnego rodzaju miks stylów jeżeli chodzi o etykietę. Nic z tych rzeczy, zamiast tego mamy mocno minimalistyczną grafikę... która o dziwo mi się spodobała. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że nie lubię odblaskowych elementów na butelce. Co do samego piwa to wyczytałem, że wersja lana z beczki wyglądała jak Vermont IPA. Z butelki, która stała może jeden dzień, nic takiego nie zauważyłem. Piwo jest mętne, ale w granicach rozsądku. Kolor przypomina dojrzałą pomarańczę delikatnie wchodzącą w miedź. Piana śnieżnobiała, wysoka, ale szybko redukująca się. Przynajmniej ładnie oblepiała ściankę podczas umierania.


Podniecałem się ostatnio zapachem Vermont IPA z Pinty, ale Wormhole to już kompletnie inna liga. W tym przypadku nie wiem czy długotrwała rehabilitacja by pomogła... tak intensywny jest aromat. Co najlepsze nie jest przesadnie słodki (karmelowy) jak to się ostatnio zdarza u nas w przypadku tego stylu. A więc z czego składa się aromat? Z tropików i cytrusów oczywiście! Potężne mango atakuje zaciekle wspomagane przez soczystą pomarańczę. Aż sobie człowiek wyobraża miąższ na brodzie. Nie? A to przepraszam. Najwyraźniej to tylko moje fantazje. W tle delikatnie wypełniający karmel i guma balonowa. Jak się lekko ogrzeje to i nawet żywica wychodzi. O takie ajpy walczyliśmy Panowie i Panie.

O tak, już przy pierwszym łyku czuć, że będzie dobrze. Dość pełne, ale zarazem gładkie i w pewnym sensie sesyjne i orzeźwiające. Już dawno nie piłem tak zdradzieckiego piwa pod tym względem. Uważajcie na swój brzuch piwny. Wysycenie średnie, pomaga skontrować pełnie nie likwidując przyjemnego odczucia towarzyszącego sączeniu piw o tak wysokim ekstrakcie. Aż mi jest wstyd, bo przy całym moim hejcie do mocnego chmielenia amerykańcami podniecam się tym piwem jak młody... No ale jak mam reagować gdy przy każdym łyku czuję jakbym się wgryzał w soczyste cytrusy? I to całymi paletami. Brzoskwinia, mango, pomarańcza... lista nie ma końca. Wszystko to na delikatnej karmelowej podbudowie. Goryczka też wyśmienita. Owocowa, skojarzeń z grapefruitem raczej nie mam, ale wydaje mi się, że ma takie trochę ziemiste zacięcie. Finisz dobija leżącego na ziemi craftopijce zaskakującym albedo i pięknym miksem cytrusów z żywicą. Owszem, całość jest dość słodka, ale po pierwsze primo cała ta słodycz jest bardziej owocowa niżeli karmelowa, a po drugie primo ultimo goryczka idealnie wyrównuje granice. Aaa, no i uważajcie na alkohol. Jest idealnie ukryty więc może zaatakować znienacka. Jeżeli mam być szczery to nie kojarzę lepszej imperialnej IPA... w całej swojej karierze alkoholika. Przepraszam, degustatora.

----------

Styl: Imperial IPA
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 20°
IBU: +/-100
Skład: słód (pilzneński, pszeniczny), cukier, chmiel (Citra, Amarillo, Centennial, Apollo), drożdże.
Do spożycia: 10.01.2018


Trzeba się powoli zacząć pozbywać piw przywiezionych z Poznania, już mi miejsca na półce w piwnicy nie starcza. Tak to jest, że zamiast pić portery czy RiSy w zimie człowiek je zostawia na leżak... Czasami zastanawiam się po co szczerze mówiąc. O dziwo Venom trafił właśnie pomiędzy dość stare portery i jakoś umknął mojej uwadze, do dzisiaj.

Na Poznańskich Targach Piwnych Dawid (browar Szpunt) przyznał, że trochę się nie wstrzelił w styl. Według niego Venom jest bardziej piwem owocowym niżeli kwaśnym. Akurat z tym się muszę zgodzić. Przeczytacie o tym poniżej. Zastanawia mnie też jedno, dlaczego o tym piwie mówi się wyłącznie źle, lub wcale. Toż to pewnego rodzaju eksperyment, według mnie udany w dodatku.


Każdy wie, że Szpunt = odjechane auta w komiksowym stylu. Nie inaczej jest tym razem, co prawda w trochę odświeżonej odsłonie. Wolę klasyki (tak jak przy Night Wolf), ale akurat na tej etykiecie moje oko przykuł sam Venom... i ta świnka, co u diabła? Piwo ma ciemnobrązowy kolor i jest średnio zmętnione. Piana niesety syczy od samego początku i znika w zastraszającym tempie. Pozostawia jednak po sobie delikatny kożuch.


No dobra, z kranu aromat był o wiele wyraźniejszy (ale zazwyczaj tak już jest, z każdym piwem). Niby coś człowiek wywącha z tego szkła, ale przy tak dziwacznej kompozycji przydałby się mocny kop podbitym butem w nos. Czemu dziwnej? Bo jak inaczej określić miks kakao z limonką? Ta druga wydaje się być wyraźniejsza od samej czekolady. Pewnie chmiel dodał też coś od siebie i taki wyszedł efekt końcowy. Kwaśne kakao, kto by pomyślał, że może to być w jakikolwiek sposób dobre?

Już po pierwszym łyku czuć, że Venom nie uśmierci nas swoim ciałem. Nie mam broń Boże na myśli wodnistości. Szpuntowy ciemniak jest po prostu bardzo lekki i orzeźwiający (co mnie trochę zdziwiło przy tych słodach). Jest też dość mocno wysycony. Od samego początku uderza wyraźna, ale w granicach przyzwoitości kwaśność. Czuć, że pochodzi ona od limonki a nie od bakterii kwasu mlekowego. Wszechobecna cytrusowość hula sobie jak chce. W tej roli głównie wcześniej wymieniona limonka. Potem czekolada, gorzka i dopełniająca całość. Przy każdym łyku dziwię się jak coś może tak... inaczej smakować. Podtrzymuje jednak swoje zdanie z Targów, że taki miks trafia w moje spaczone gusta. Goryczka też jest dziwna, niby czuć grapefruit, ale taki otoczony popiołem. Jest dość krótka, taka punktowa wręcz, ale że ma tylko 13 IBU w życiu bym nie powiedział. Finisz jednak trochę zawodzi. Liczyłem na coś równie zaskakującego a otrzymałem głównie gorzką czekoladę i prażony słonecznik, dość długo utrzymujące się z resztą. Najważniejsze jest jednak to, że piwo samo w sobie jest ciekawe, inne i co najważniejsze smaczne. 

----------

Styl: Black Sour Ale/Black Fruit Ale
Alk: 4,3% Obj.
Ekstrakt: 10°
IBU: 13
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny, carafa 3 special, czekoladowy), chmiel Cascade, sok i skórka z limonki, drożdże.
Do spożycia: 30.05.2017


Wchodząc do piwnicy z zamiarem sprawdzenia stanu sprzętu do warzenia przypomniało mi się, że miałem gdzieś ukrytą siostrę (oj to nie zabrzmiało za dobrze) ostatnio wypitego przeze mnie stoutu z browaru Szpunt. Długo walczyłem ze sobą (jakieś 3 minuty) czy w ogóle jest sens zabierać ją na górę na małe randez-vous. Kolejne zdjęcie z fioletową ścianą w tle? "Co zrobisz, taki mamy klimat!" odpowiedział mój wewnętrzny alkoholizm.

Postawiłem w tle całe trzy książki, które mam akurat na stanie. Jakoś nie lubię trzymać w domu makulatury. Po przeczytaniu czegokolwiek pozbywam się tego od razu, niech ktoś inny ma frajdę za połowę ceny. Tak na marginesie ceny książek w ostatnich latach poszły cholernie w górę... potem się politycy dziwią, że statystyczny Polak czyta niecałą książkę rocznie. Ach ta nasza Cebulandia. Wracając do piwa, warto wspomnieć, że zdobyło ono brązowy medal w swojej kategorii na Poznańskich Targach Piwnych w tym roku.


Etykieta w podobnym stylu jak przy Night Wolfie, tym razem w klimatach japońskich, z Godzillą w tle. Mamy też troszku nowocześniejsze auto. Nie do końca mi się to podoba bo wolę klasyczne starocie na kółkach, ale oko przymknę, głównie przez sentyment do Skyline'a z NFS: Underground. Piwo okazało się być ciemniejsze niż je sobie wyobrażałem. Jest koloru złotego, po prostu. W dodatku jest średnio zmętnione, mimo przechowywania w lodówce. Śnieżnobiała piana okazała się być małym zawodem. Ładnie rosła podczas nalewania, ale bardzo szybko zaczęła opadać przy akompaniamencie dużych, pękających bąbli. Pozostał po niej tylko dziurawy kożuszek.


Aromat okazał się bardzo przyjemny. Przez to moje hejtowanie wszelakich ip-srip i omijanie ich szerokim łukiem zapomniałem już jak pięknie pachną amerykańskie chmiele. Cytrusy, cytrusy i jeszcze raz cytrusy (chociaż momentami przypominają bardziej te z witbiera). Mocne skojarzenia z pomarańczą, możliwe, że także przez dodanie do piwa skórek słodkiej pomarańczki. Do tego owocowa słodycz, którą ja definitywnie utożsamiam z liczi. Gdzieś z tyłu pałęta się też morela. Aromat może i nie jest hip hip hurra intensywny, ale daje radę i utrzymuje się przez większość picia.

W smaku zaczyna się od delikatnej podbudowy słodowej, lekko chlebowej nawet (heh, jakbym to wyjął z podręcznika BJCP). Bardzo szybko pałeczkę przejmują cytrusy, tutaj połączenie cytryny z grapefruitem z delikatną przewagą tej pierwszej. Jakoś szczególnie słodkie nie jest o dziwo. Jak na zawołanie wkracza goryczka. 55 IBU? Myślę, że etykieta się nie myli w tym przypadku. Gorycz nie jest mocarna lecz wyraźna i stanowcza. To wystarczy w white IPA. Profil ma cytrusowy, powiedzmy, że lekko grapefruitem trąci. Finisz prawie, że identyczny jak początek, delikatny chlebek z wyraźnymi cytrusami. Jedyną różnicą są przyprawy, których posmak pozostaje wraz z cytrusami tworząc lekko suche zakończenie. Wysycenie wysokie, pasuje idealnie. Treściwość średnia, jak najbardziej okej według mnie. Całość jest lekka (ale nie wodnista) i orzeźwiająca. Pije się szybko i z przyjemnością, kolejny przykład na to, że w Korebie da się uwarzyć dobre piwo. Według wielu ten styl to połączenie amerykańskiej IPA z witbierem. Nigami zaliczyłbym bardziej do tego pierwszego aczkolwiek jakieś tam akcenty belgijskie da się wyczuć.


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com