Śledź mnie na:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwojad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwojad. Pokaż wszystkie posty

 


Życie bywa zabawne czasami. Zamówiłem sobie to piwo ze sklepu internetowego. Za własne, jakże ciężko zarobione złotówki. Minął dzień i pod moimi drzwiami pojawiła się paczka od Piwojada z wersją leżakowaną w beczkach. Zostawimy sobie ją na później.


Dzisiaj obczaimy potrójną podstawkę. Oryginał macie tutaj, nie będę ukrywał, że zachwycił mnie te parę lat temu. Nawet napisałem wtedy, że wersja imperialna wyrwałaby z butów... czy tak będzie? Sprawdźmy.



Etykieta cholernie specyficzna i zarazem wybitna. Tekstura papieru, grafika, minimalizm. No lepiej tego nie mogli zrobić. Trzeba też nadmienić, że dedykowane szkło jest przecudne (jak zwykle u nich). Tak się robi szklany marketing drogie browary, a nie chlaś plaś logo na dildo glass i po robocie. Piwo jest czorne jak wyngiel i wygląda na dość gęste. Piany mało. Znika też w zastraszającym tempie. Przy takim wolumenie można, a nawet trzeba jej wybaczyć.



I już na wstępie zaczynają się problemy. Aromat prosty, ale przyjemny. Ot takie zwyczajne-niezwyczajne połączenie kakao i kawy z delikatnym alkoholem w tle. Niestety jest go tyle, co kot napłakał. Człowiek patrzy na te parametry i spodziewa się czegoś mocniejszego jednak...


Jebs! Prosto w mordę za herezje dostałem. Aż mną wstrzęsło. Tak gęstego piwa nie piłem już... parę niedziel co najmniej. Zostawia nawet widoczny ślad na szkle, tak grubaśne jest. Wysycenie niskie, dobrze wpasowane w ciałko. Nie no nie mogę przestać się dziwić temu, jak to się przykleja do wszystkiego, łącznie z przełykiem. Smakowo bardziej po tej wytrawnej stronie, ale słodyczy też momentami nie brakuje. Jest kakao, potem kawa i mus czekoladowy. Dalej słodycz, raczej od laktozy i alkohol, na szczęście przyjemny i rozgrzewający. Dziwne, bo ma takie trochę waniliowe zacięcie, jakby z jakiejś beczki był czy cuś (a to przecież jest zwykła wersja tego piwa). Goryczka? Proszę Was. Coś tam jest gdzieś hen daleko, ale nie o nią w tym piwie chodzi. Finisz palony z kawą zbożową i delikatnymi orzechowymi nutami. I znowu alkohol jakże przyjemnie rozgrzewający. Dobre, nawet bardzo. Przez ilość procentów jednak skojarzenia z muffinkami zanikają niestety. W sumie z ciekawości wrzuciłbym na leżak, aby zobaczyć co się stanie. Tylko muszę gdzieś dorwać kolejną butelkę...


----------


Styl: Imperial Stout

Alk: 10,8% Obj.

Ekstrakt: 30° Plato

IBU: b/d

Skład: słód (jęczmienny, żytni, palony), płatki owsiane, laktoza, prażone ziarna kakaowca, chmiel, drożdże.

Do spożycia: 08.03.2024


Facebook Browaru


Byłem ostatnio we Wrocławiu na weekend i się załamałem. Ci, co obserwują profil na fejsie wiedzą już o tym. W skrócie: na 18 kranów w jednym z multitapów były tylko 2 piwa ciemne. Reszta to ipy-sripy lub kwasy głównie. W lutym. Jak ja mam przeżyć te wiatry halne i chłód na dworze? Z tego co pamiętam to Idiota z Trzech Kumpli ratował jakoś sytuacje.

Przyjechałem do domu i postanowiłem wypić coś innego. Coś, co tym wszystkim kwasom orzeźwiającym mogłoby napluć na brodę, potocznie mówiąc. Dlatego właśnie wyciągnąłem funky kwasa z browaru Piwojad, ich najnowsze piwo. Wiecie dlaczego? Bo to piwo pokazuje, że można zrobić coś w stylu, ale na chłodne dni. Żeby było zabawnie do tego piwa trafiło 9 różnych szczepów dzikich drożdży oraz bakterii.


Buteleczka smukła i unikatowa, browar lubi swoje lepsze piwa wlewać do takich właśnie. Do tego specjalnie szkło z grafiką z etykiety. Chyba nie muszę Wam mówić, że jest to moje ulubione szkiełko od czasu, kiedy je dostałem?  Piwo ma dość specyficzny kolor, taka miedź połączona z wiśnią. Przyciemniona w dodatku i lekko zmętniona (dość dużo syfu zostało na dnie butelki). Piana nieistniejąca.


Czytałem w internetach, że aromat wywala z butów. Może i byłaby to prawda gdyby nie fakt, że troszku temu werwy brakuje (czyt. intensywności). Czuć, że funk pochłonął chłopaków, bo stajni w tym nie brakuje, brudnych koni też. Do tego rodzynki i bliżej nieokreślona nuta rudej z Bowmore. Po ogrzaniu dodatkowo wchodzi beczka, drewno w sensie. Szczerze? Jakby całość była mocniejsza, to bym się za takiego kopa w nos nie obraził. Nie jest to typowy, craftowy miks polski - czyli tona chmielu nowofalowego i tyle.

Chciałem kopa, to mam. Ale dlaczego prosto w zęby? Łojezusie co tutaj się dzieje w tym szkle. Na początku muszę nadmienić, że ciałko jest dość zdradliwe. Niby nic takiego, pije się w miarę szybko i bezproblemowo. Wysycenie średnie, do wysokiego w dodatku. Tylko, że... to ma ponad 11% alko, którego w ogóle nie czuć. Można to pomylić z wyrazistym i mocno funky kwasem (takie uproszczenie). No to tak... znowu funk, ale z przeważającą derką. Do tego rodzynki, melasa i chyba wiśnia. Gdzieś w tle są nawet nuty palonego koźlaka, zadziwiające. Całość kwaśna od bakterii, ale z umiarem (chociaż początkujący beergeek miałby problem). Goryczka taka trochę nieistniejąca, ale przy takim piwie mnie to jakoś nie dziwi. Na finiszu unikat, bo jak inaczej można nazwać kwaśną beczkę/drewno z odrobiną wanilii? Podsumowując... piwo na pewno wyjątkowe. Jest w nim lekki chaos, ale o dziwo przemyślany na swój sposób. To, jak czasami kwas (a raz funk, wymieniają się) wychodzą przed szereg i dominują przez dosłownie pół sekundy jest atutem w tym przypadku. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to to, że nie wyczuwam w tym torfu z Bowmore.

----------

Styl: Dark Strong Wild Ale Bowmore BA
Alk: 11,5%
Ekstrakt: 21°
IBU: b/d
Skład: słody jęczmienne, chmiel, drożdże, bakterie.
Do spożycia: 15.11.2021


Znowu zaczynam się bawić kolorkami w zdjęciach. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu. Jak się pewnie wielu z Was domyśla przestałem robić foty komórką i wróciłem do mojego ukochanego systemu bezlusterkowego. Oczywiście nadal uważam, że flagowcem można robić zdjęcia lepsze niż 80% polskiej blogosfery, ale mój artyzm wymagał ode mnie jednak czegoś lepszego.

Zostałem przy Sonym, jakoś chyba bym się nie polubił z Olympusem tak jak Michał K, który swoją drogą wrócił do blogowania (dzięki Bogu). My dzisiaj jednak nie o tym mieliśmy... Piwojad postanowił wrzucić jedno ze swoich najbardziej zaskakujących piw do beczek po winie Tempranillo. Średnio lubię takie winne połączenia, ale ostatnimi czasy zaczynam się powoli przekonywać.


Browar wchodzi w nową erę jeżeli chodzi o etykiety. Dalej będą one przeźroczyste, ale właściciele obiecują większe... zróżnicowanie graficzne. Widać to na zdjęciach powyżej. Specyficzna kreska przypomina mi trochę stare bajki typu Krecik czy też Przygody Rumcajsa. Brakuje tylko piwojada na kapslu i byłby naprawdę spoko image. Piwo jest czarne, jak wyngiel panie. Piana skąpa i szybko redukująca się do obrączki.


Miłe zaskoczenie w aromacie. Nie ma tutaj wyłącznie dominującego wina (chociaż też nie można powiedzieć, że go brakuje). Przebijają się bowiem ciemne owoce, czysta wiśnia jest w tym towarzystwie chyba najwyraźniejsza. Potem to już konkretne winogrono i tytułowa Suska wędzona. Po ogrzaniu wychodzi też trochę czekolady gdzieś w tle. Szkoda, że zapaszki nie chcą się utrzymać i całość dość szybko się ulatnia.

W życiu bym nie powiedział, że mam do czynienia z porterem angielskim (i co za tym idzie z tak niskim ekstraktem). Całość kręci się bardziej w okolicach 22° Plato, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Fajnie wypełnia przełyk, ale jedno mi do tego obrazka nie pasuje: wysycenie. Za duże jest, a przynajmniej według waszego uniżonego. W smaku za to mocno zaskakuje, nie byłem tak do końca przygotowany na to co zastałem w szkle... No, bo czuć gorzką czekoladę, trochę opiekanych orzechów i ogólne nuty palonego zboża. Sęk w tym, że całość przykrywa dość namiętnie grupa Tempranillo, czyli miks bardzo specyficznych owoców. Nie są to te znane nam ze zwykłych porterów powidła. Owszem są wiśnie i śliwki, ale otacza je iście winna (winogronowa) aura, która wywyższa je na swój sposób. Na papierze bym tym wzgardził, ale przy każdym kolejnym łyku coraz bardziej mi się to podoba. Szczególnie, że piwo (jak i skojarzenia z winem) okazały się być bardziej po tej wytrawnej stronie. Goryczka za to niska. To już bardziej wykręca gębę ciekawa cierpkość taninowa. Ta kumuluje się głównie na finiszu wraz winogronem i wanilią. To tutaj też czuć najbardziej drewniane nuty od beczki. Aaa i jeszcze jedno. Po ogrzaniu wchodzi delikatna wędzoność od śliwki, która już kompletnie mnie rozbroiła w połączeniu z resztą. Bardzo dziwaczne piwo, coś innego, do spróbowania i obgadania w towarzystwie. Na pewno nie przypadnie każdemu do gustu, mi akurat podeszło. 

----------

Styl: Robust Brown Porter BA
Alk: 6,4% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny, jęczmień palony), płatki owsiane, śliwka wędzona, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 04.2020


Pierwszy raz odkąd Facebook wprowadził ankiety trafiliście w moje gusta jeżeli chodzi o wybór piwa. Nie będę ukrywał, że Piwojad wysłał mi tą jakże piękną buteleczkę w blogerskich darach losu. W dodatku opis z maila zaciekawił mnie niezmiernie. Podobno całość przeszła tak whisky, że ciężko jest to piwo od rudej odróżnić.

Jeżeli chodzi o bimber to jestem pewnego rodzaju snobem. Bardzo rzadko dolewam czegokolwiek (jak już to sok jabłkowy) do szklanki. Wolę czystą. Wolę też profil torfowy. Chociaż jakby się tak zastanowić, to słodki bourbon też mi całkiem dobrze wchodzi. Czy jestem alkoholikiem? Jak my wszyscy...


Buteleczka Piwojada to jedno z najładniejszych szkieł w polskim crafcie. Bardzo dobrze, że browar jej nie zmienił, a już parę różniastych piw do niej lał trza przyznać. Etykieta minimalistyczna ze złotym akcentem pasuje do niej idealnie. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Niestety piana za cholerę się nie chciał utworzyć. Jedynie oring widoczny poniżej udało  mi się uzyskać.


Browar nie przesadził pisząc, że beczka przejęła wszystko w tym piwie. W aromacie czuć ją na każdym kroku, i to dosadnie. Nie przypominam sobie piwa, które by tak bardzo trąciło rudą na myszach. Jest torf, jest też mokre drewno. Ten pierwszy, o dziwo wyraźny, ale na swój sposób stonowany. Potem mamy delikatną wanilię i bardzo przyjemnie dopełniające kakao. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło to całkiem wyraźna nuta czerwonej porzeczki. Oj robi się naprawdę ciekawie.

Nie ma co się spieszyć, bo trunek sam wymusza powolne sączenie. Już nawet nie chodzi o ciałko, które swoją droga jest znaczne i pasuje bardzo dobrze do RiSa, a o oleistość i zmasowany atak doznań. W dodatku wysycenie jest niskie, co pozwala wybić się reszcie. Od czego by tu... o wiem. Podstawą jest wyraźna baza stoutowa, taki wytrawnie palony miks kakao i kawy zbożowej. Kontrują je delikatnie miodowa słodycz i ciemne owoce, tutaj znowu porzeczka nasuwa się na myśl. Nie można też zapomnieć o drewnie, które momentami zdaje się dominować nad resztą. Stonowany torf wychodzi dopiero po lekkim ogrzaniu trunku. Goryczka średnia. Krótka, ale zaznaczająca swoją obecność. Finisz wyraźnie kakaowy z, o dziwo, wiśnią, która zajęła miejsce porzeczki. Jest alkoholowo, ale z klasą. Piwo cholernie wyraźne i mocne pod każdym względem, ale też... ułożone na swój sposób. Pijam whisky bez "coli" (no może oprócz Balantyny, bo to strasznie niedobre jest draństwo) i może dlatego bardziej niż innym podszedł mi ten beczkowy RiS z Piwojada. A jak to fajnie rozgrzewa... ohohohoho.

----------

Styl: Bowmore Whisky BA Imperial Stout
Alk: 10,3% Obj.
Ekstrakt: 24°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczne, orkiszowe), płatki owsiane, jęczmień palony, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 10.04.2019


Pod koniec zeszłego roku mieliśmy pewnego rodzaju wojenkę z aromatami w piwach. Pojawiały się w internetach śmieszki z Omnipollo, który znany jest z dodawania sztucznych aromatów. Mają swoich zwolenników i przeciwników. Tych drugi chyba głównie w Polsce...

Piszę o tym, bo browar Piwojad postanowił pokazać, że da się pewne rzeczy zrobić bez pomocy laboratoriów chemicznych. Orzeszki ziemne? W piwie? Spoko, jak najbardziej jestem za. Tylko, że... mój wewnętrzny sceptycyzm nie dawał mi spokoju, jak nigdy dotąd szczerze mówiąc. Dodatkowo przez chorobę nie wypiłem tego piwa od razu i czekając na zdrowie przeczytałem pare recenzji... W dużym skrócie: nie były one zbyt pochlebne. No, ale po to tu jesteśmy, aby sprawdzić na własne... kubki smakowe?


Lubię, gdy na przezroczystych etykietach Piwojada pojawia się jakiś dodatkowy akcent graficzny. Tak samo jest i w tym przypadku, no popatrzcie na tą słodką muffinkę. Jak można jej nie lubić? Piwo wygląda trochę gorzej, głównie przez pianę. Ta nie chciała się w ogóle utworzyć. Sam trunek czarny... no może bardziej ciemnobrązowy, ale to głównie przy nalewaniu.


Halo, policja? Proszę przyjechać w internety. Ktoś bawi się moimi emocjami! Jak Boga kocham dawno nie byłem aż tak zaskoczony aromatem naszego ulubionego napoju. Chłopakom z Piwojada udało się uzyskać wyraźne masło orzechowe w piwie bez sztucznych aromatów (ekhem, Omnipollo, ekhem). Uwielbiam to masło, na promocji w Lidlu biorę cały karton i potem zjadam słoik dziennie. Muffinowy zapach bucha fistaszkami aż miło. Do tego lekka czekolada mleczna w tle. Pięknie to pachnie i dość długo się utrzymuje.

Mmm, jakie to jest gładkie i aksamitne. Czuć, że płatki owsiane dały radę w tej kwestii. Do tego średnie do niskiego wysycenie. Za takie odczucie w ustach wielu piwowarów dałoby sobie rękę uciąć. Na pierwszym planie bardzo ciekawy miks czekolady (a może bardziej kakao) i orzeszków ziemnych. Nadal mam wyraźne skojarzenia z masłem orzechowym, ale ta mocno wtopiona w całość czekolada dodaje pewnego rodzaju świeżości. Odzywa się też laktoza i związana z nią słodycz. Nie jest ona jednak przytłaczająca, co mi się bardzo podoba. Całość jest słodka, ale też bez przesadyzmów. Goryczka bardzo niska, delikatnie palona. Jakoś mi to nie przeszkadza. W końcu piję orzechowe brownie w płynie. Na finiszu dochodzi jeszcze delikatna kawowa nuta. Bardzo przyjemne i zadziwiające piwo, kolejne takie ze stajni Piwojada. Wersja imperialna wyrwałaby z butów każdego według mnie.

----------

Styl: Chocolate Peanut Milk Stout
Alk: 5,1% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, żytni), płatki owsiane, laktoza, orzeszki ziemne odtłuszczone, prażone ziarna kakaowca, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 20.08.2018

Facebook Browaru




Spotkałem się ostatnio z bardzo ciekawą opinią. Otóż jeszcze parę lat temu craft wyśmiewał wszelakie radlery i dolewanie soku do eurolagerów. Wracamy do roku 2017 i co ? Półki sklepowe pełne mango wheatów, owocowych saisonów i innych milkshakeów. Nie żeby mi to przeszkadzało, lubię takie eksperymenty. Szczególnie gdy piwo nie gubi się w tym całym owocowym szaleństwie.

Na lato jak znalazł, chociaż osobiście wolę gose albo grodzisza. Problem jednak w tym, że często takie piwa owocowe są robione na odwal. Dodatki zamiast orzeźwiać zamulają cały trunek, a nie o to spragnionemu człowiekowi chodzi w upalny dzień. Zobaczymy jak będzie tym razem, chociaż przyznam się szczerze, że darzę Piwojada dużym zaufaniem.


Przezroczysta etykieta done right. Już pomijam fakt, że jest to istny koszmar każdego fotografa. Wciąż jednak czekam na kapsle firmowe z sylwetką zwierzaka. Piwo ma ciemny pomarańczowy kolor przechodzący w czerwień, zapewne od truskawki. Mętne, i to bardzo. Piana niska, szybko się ulatnia łapczywie chwytając się ścianek.


Aromat zaskoczył mnie dość mocno. Owszem, było czuć truskawki, ale w jakiejś takiej dziwnej formie... tak jakby jogurtu owocowego. Do tego przyprawy, głównie czarny pieprz i niestety klej do tapet. Tyle dobrze, że nie dominuje on nad resztą i tylko czasami przeszkadza, wywołując mały grymas niechęci na twarzy.

W smaku czuć, że to saison z grubszym ciałkiem. Każdy łyk wydaje się być delikatnie zapychający, ale też gładki w odczuciu. Wysycenie średnie, wydaje się pasować do całości. Już na początku zdaje sobie człowiek sprawę, że ma do czynienia z dość mocno przyprawowym trunkiem. Pieprz pierwszy atakuje, a zaraz po nim owoce. Tutaj niestety truskawka nie pojawia się w ogóle. Zamiast niej mamy miks lekko sfermentowanej już pomarańczy, gruszki i... banana. Na serio, skojarzenia z koźlakiem pszenicznym są silne w tym momencie. Goryczka praktycznie zerowa, zastępuje ją lekka cierpkość i świeżo szpachlowane ściany w nowym mieszkaniu zakupionym za 30-letnie raty. Finisz mocno cierpki, momentami do granic wytrzymałości. Pieprzowo-owocowy z przewagą cytryny, a bardziej jej skórki. Jeżeli mam być szczery to całość wydaje się być trochę niedorobiona. Lubię chłopaków z Piwojada, ale tutaj wyraźnie brakuje skrupulatności za którą ich cenię. Już nawet nie będę wspominał o truskawce, którą jakby nie patrzeć wyraźny saison przykrył kompletnie.

----------

Styl: Strawberry Saison
Alk: 7,1% Obj.
Ekstrakt: 14°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczny), chmiel, drożdże, truskawki.
Do spożycia: 14.02.2018


Aj waj! Lasy kradnooo. Takie okrzyki można usłyszeć w wielu miejscach w Polsce. Akcja #lexszyszko okazała się być idealnym paliwem dla gniewu żądnych krwi ekologów. Tylko, że ci sami ekoterroryści są prawdopodobnie odpowiedzialni za większą wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej... przeciwko której teraz znowu protestują. Pamiętajcie, kij ma zawsze dwa końce, a medal dwie strony.

No ale nie ma się co wgłębiać w ten temat, bo mnie jeszcze od pisowców wyzwą (jakby to miało jakikolwiek związek z jakąkolwiek partią). Zacząłem ten wątek tylko dlatego, że dzisiejsze piwo wypiłem na około 50 arach świeżo wyciętego drzewostanu. 


Trzy planety z naszego układu słonecznego muszą się ułożyć w idealnej formacji żeby człowiekowi udało się zrobić zdjęcie (pod słońce) tej butelce. No, ale ładna jest to trzeba chłopakom wybaczyć. Piwo też fajnie się prezentuje, nawet w plastiku. Intensywny pomarańczowy kolor, równe zmętnienie i lekko zbielały odcień od laktozy. Piana trochę słaba i szybko redukująca się, ale w tej duchocie jakoś mi to nie przeszkadzało.


Ohoho, mandarynki i pomarańcze mogłyby robić za bezkarkowych bodyguardów na wiejskiej potupaji. Taką mają moc w aromacie. Są takie... czyste i to w dodatku bez skojarzeń z multiwitaminą. Bardziej przypominają też miąższ niż skórkę. Gdzieś w oddali czuć też słodycz mleczną. Delikatną, ale zawsze. 

Prawdziwa petarda odpala się jednak po wzięciu pierwszego łyku. Człowiek głupieje, bo nie wie czy w ręku trzyma piwo, czy może lekki shake (ewentualnie gęsty sok owocowy). Browar nie przesadził nadając mu nazwę Smoothie. Czuć ciałko, a całość jest mega gładka i aksamitna. Co zaskakujące. jest też mega soczyste i orzeźwiające... i to przy dość niskim jak na IPA wysyceniu. W smaku słodkie, ale broń Boże nie mdlące. Czuć, że jest to słodycz od owoców (tutaj głównie mandarynki i pomarańcze) wspomagana laktozą. Goryczka na niskim poziomie, wyraźnie grapefruitowa. Hopheadzi się pewnie zawiodą, ale przecież to miała być "słodka" IPA więc wszystko się zgadza. Finisz zadziwiająco zestowy. Cytrusy pełną gębą z bardzo delikatnym kwaskiem. Głównie dlatego, że laktoza ucichła pod koniec oddając pole mandarynkom, pomarańczom i minimalnemu grapefruitowi. Cholernie podoba mi się to, że chmiele robią za dopełnienie czystej cytrusowości zestu i soków, a nie tak jak u większości polskich rzemieślników za główną atrakcję piwa.

----------

Styl: Sweet IPA
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 15,4°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, laktoza, chmiel, drożdże, zest z pomarańczy, sok (pomarańcza, mandarynki, grapefruit).
Do spożycia: 22.12.2017


Wiosna Panie i Panowie. W sumie, to nawet lato momentami. Jeszcze we wtorek mieliśmy 7'C, a w czwartek objechaliśmy ze znajomymi trasę maratonu przy ponad 20'C bodajże. Mam cichą nadzieję, że przymrozki nie wrócą już... Pogodo, daj żyć!

Wraz z ociepleniem większość craftopijców przesiada się na lżejsze i bardziej orzeźwiające trunki. Portery i inne RiSy lądują w piwnicach i zapadają w sen letni nabierając powoli walorów... smakowych oczywiście. Już się pukacie w głowę? Dobrze, przecież każdy wie, że nawet w środku lata taki ciemniak potrafi wejść jak złoto w leniwy wieczór nad jeziorem. Dziś jednak chciałem uczcić pozytywną zmianę pogody czymś lekkim i w dodatku premierowym. Oto najnowsza pszenica z browaru Piwojad, z malinami w dodatku.


Lubię te przezroczyste etykiety Piwojada, jakoś wydają się pasować do browaru (sam nie wiem dokładnie dlaczego). Podobają mi się nawet te dziwacznie wklejone owoce w samej nazwie. Nie wyobrażacie sobie jednak jak ciężko jest takiej pustej już butelce zrobić zdjęcie... W szkle mamy piwo o pomarańczowej barwie z lekkim różowym zacięciem od malin. Mętne jak na pszenice przystało. Niestety piana nie rośnie zbytnio i szybko opada, pozostawiając słaby kożuszek przy ściankach.  


Pachnie to ładnie choć przy pierwszym niuchu miałem małe wątpliwości. Granica pomiędzy kanalizą a typową pszenicą jest czasami cholernie cienka. Tutaj na szczęście dominują maliny i delikatne zbożowe nuty. Gdzieś w oddali pojawia się też poxilina, ale z tego co wiem tylko ja ją wyczuwam w prawie, że każdym piwie pszenicznym...

W smaku małe zdziwienie. Nie wiem czy to wina malin, ale jak na pszeniczne całość jest dość lekka (muszę jednak zaznaczyć, że na pewno nie wodnista). Orzeźwiające, mocno wysycone i lekko kwaskowate co tylko dodaje specyficznego uroku owocom. Tutaj już też sam posmak zbożowy zdaje się być o wiele mocniejszy niż w aromacie. Gdzieś w tle pojawiają się nuty bananowe, ale dalej głównodowodzącym są maliny. Goryczki praktycznie żadnej, bo nie o nią tutaj chodzi. Można powiedzieć, że kwaśność ją trochę zastępuje. Finisz taki jak reszta. Powiem tak: nie jest to piwo wielowymiarowe, złożone czy tez sztosowe jak kto woli. Jest to po prostu bardzo lekka, ale zarazem orzeźwiająca pszenica, której głównym składnikiem okazały się być maliny i wiecie co? Jakoś mi to nie przeszkadza.

----------

Styl: Hefeweizen
Alk: 5,4% Obj.
Ekstrakt: 12°
IBU: b/d
Skład: słód (pszeniczny, jęczmienny), maliny, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.10.2017


Świętujmy! Nie nie, nie chodzi mi o zaprzysiężenie D. Trumpa na prezydenta USA. Walić to, są ważniejsze rzeczy na świecie. Na przykład święto naszego skarbu narodowego, jakim jest Porter Bałtycki. Tak wiem, że to nie jest typowo polski styl, ale to my warzymy te najlepsze.

Właśnie dlatego na dzisiejszy dzień wybrałem... Suskę z browaru Piwojad, która tak naprawdę jest porterem angielskim. Ma to sens? Nie bardzo, ale już Wam tłumaczę moje rozumowanie. Mogłem wybrać spośród leżakowanych od paru lat w mojej piwnicy bałtyków... ale żaden nie miał śliwki w składzie. Dlaczego akurat ten owoc? Bo mamy miesiąc #prunumgate, o którym więcej napiszę w Brodaczu Miesięcznym.


Przezroczyste etykiety nie należą do moich ulubionych... w tym przypadku nie mam się jednak do czego przyczepić. W końcu to tylko tekst i logotyp browaru, o dziwo działa to bardzo dobrze przy porterze. Ten ma kolor ciemnego brązu i jest średnio zmętniony, jeśli oczywiście uda się Wam wlać go do szklanki bez syfu z dna butelki. Piana urosła ładna, ale bardzo szybko zredukowała się do kożucha. Ten też miał problem z utrzymaniem się i po chwili pozostał już tylko delikatny okrąg przy ściance.


Spodziewałem się mocniejszego uderzenia w aromacie, ale i tak nie jest źle. W pierwszym rzędzie utrzymuje się kompocik z suszu. Bardzo przyjemna śliwka, która może i dominuje, ale też nie przykrywa reszty. Zaraz za nią delikatna wędzoność (trochę mnie zdziwiło to, że tak łatwo można oddzielić te dwie rzeczy), trochę kawy zbożowej i dosłownie odrobina przyjemnego alkoholu, ale to dopiero po mocniejszym ogrzaniu piwa. Ładnie to pachnie, tak domowo i świątecznie.

Już przy pierwszym łyku Suska uświadamia nam, że nie jest porterem bałtyckim a tym trochę lżejszym, angielskim. Nic w tym złego. Może i nie jest tak sycąca jak nasz narodowy skarb, ale za to wydaje się być tak samo gęsta i zadziwiająco gładka. Wysycenie średnie, idealnie dobrane jak na mój gust. Pierwsze co mi na myśl przychodzi to kawa zbożowa, taka przyjemna i delikatna. Potem wchodzi kompot z suszu, który o dziwo bardzo dobrze łączy się z kawą tworząc idealne tło dla reszty. W tym przypadku są to orzechy i gorzka czekolada. Goryczka wyczuwalna, ale bez szału, lekko popiołowa. Finisz to już definitywnie gorzka czekolada, trochę przeciągającego się popiołu i wędzonka, ale taka bardziej drewniana niżeli śliwkowa. Bardzo podoba mi się też to, że Suska zachowuje wręcz idealny balans pomiędzy wytrawnością a słodyczą. Najlepszy przykład na to, że lżejsze portery też mogą dostarczyć przyjemnych, i co najważniejsze wyraźnych doznań smakowych.

----------

Styl: Smoked Plum Robust Brown Porter
Alk: 6,4% Obj.
Ekstrakt: 16°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny), płatki owsiane, jęczmień palony, śliwka wędzona, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 07.09.2017


Nawiązując do mojego ostatniego monologu w temacie leżakowania piw postanowiłem dzisiaj mieć tę całą otoczkę świętości i konieczności dojrzewania grubaśnych piw głęboko... w dupie. Szukam nowego cyklu do poczytania przy kominku i dzięki Waszym komentarzom na facebooku postanowiłem dać szansę Archiwum Burzowego Światła. 

Co by się wbić w dobry humor i prawidłowo wgryźć w historię książki musiałem nalać sobie do szkła coś... lepszego. Onyks wydawał mi się idealnym wyborem. W dodatku RiSy można pić godzinami, co idealnie pasuje do zaistniałej sytuacji. 


Nie ma co się oszukiwać, jest coś pięknego w tych specyficznych buteleczkach. Etykieta też pasuje. Prosta, z logo i nazwą piwa. Według mnie ten minimalizm nadaje pewnego rodzaju prestiżu całości. Piwo nalewa się praktycznie bez piany. Ten brunatny kożuch, który widzicie poniżej to jedyna rzecz jaką mi się udało utworzyć przy dość agresywnym nalewaniu. Samo piwo ma kolor brunatny i dzięki odstaniu było tylko delikatnie zmętnione. 


Niespecjalnie przejmowałem się tym, że piwojadowy RiS trochę przeleżał w szkle zanim się za niego zabrałem. Byłem zajęty czytaniem Waszych komentarzy i tłumaczyłem sobie, że musi trochę pooddychać, jak wino. Nie zmienia to faktu, że aromat pozostał wyraźny jak ból kolana po mojej ostatniej glebie na rowerze. Pierwsze skrzypce grają ziarna kakaowca, aż się sucho w nosie robi w pewnym sensie. Do tego stonowana paloność i wyraźna, ale nienalegająca wanilia. Kawa zbożowa też się znajdzie w tle. Po dłuższym poznaniu zacząłem mieć też skojarzenia z pewnego rodzaju waflem kukurydzianym, takim świeżym i kruchym. Pachnie to pięknie, bez dwóch zdań. 

Już po pierwszym łyku uśmiech zaczął mi powoli schodzić z twarzy. Pomyślałem sobie od razu: "cholera, mogłem go zostawić na leżak...". Od początku jednak: Onyks jest dość oleisty, ale paradoksalnie wydaje mi się, że brakuje mu trochę ciałka jak na ten styl (dziwne nie?). Wysycenie jest dość niskie i tutaj nie ma się do czego przyczepić akurat. Całość trochę się spłaszczyła i na pierwszym planie czuć jest bardzo wyraźną czekoladę (dość słodką w dodatku), wanilię i odrobinę kawy zbożowej gdzieś na dopełnienie. Niby okej, ale to wszystko przykrywa co chwilę alkohol. Może nie odpychający, ale uciążliwy czasami (tutaj wchodzi aspekt leżakowania). Goryczka średnia, czasami ledwo daję radę zaznaczyć swoją obecność. Palona, dzięki czemu ładnie przechodzimy do finiszu, który o wiele bardziej przypomina aromat. Kakaowiec, kawa, paloność i lekka nuta wanilii. Nawet alkohol się pod koniec uspokoił. Chaotyczny początek z bardzo przyjemnym zakończeniem. Leżak na pewno by to wszystko uporządkował. Mimo tego piwo bardzo mi posmakowało. Piwojad ma jak narazie u mnie plusika.

----------

Styl: Chocolate Vanilla Imperial Stout
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: 22°
IBU: b/d
Skład: słód (jęczmienne, pszeniczne, orkiszowe), ziarna kakaowca, płatki owsiane, jęczmień palony, chmiel, wanilia, drożdże.
Do spożycia: 26.06.2017


Informacje prawne:

Treści na blogu przedstawiają autorską ocenę produktów i mają charakter informacyjny o produktach dostępnych na rynku a nie ich reklamy w rozumieniu Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (Dz. U. 2012 poz. 1356). Blog jest dziełem całkowicie hobbystycznym i nie przynosi żadnych zysków. Treści na blogu tylko i wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Copyright:

Wszystkie zdjęcia (jak i treści) na blogu są mojego autorstwa i nie zgadzam się na ich rozpowszechnianie, publikowanie, jakiekolwiek używanie (w celach zarobkowych lub nie) bez mojej zgody. Dotyczy to wszystkich mediów a głównie internetu, czasopism itd.

Kontakt:

Patryk Piechocki
e-mail: realdome@gmail.com