Ahh, Cieszyn. Ahh... Porter Jubileuszowy. To co się działo przy okazji premiery tego piwa można opisać w oddzielnym wpisie, bo po co zaśmiecać tutaj przestrzeń czytelnika. O ogólnym bólu dupy możecie przeczytać np. w tym poście. O błędach browaru możecie natomiast przeczytać u Jerrego. Z resztą... każdy kto się chociaż trochę interesuje polskim craftem wie o co chodzi. Traf jednak chciał, że w ankiecie na fejsie wybraliście właśnie to piwo. Tak mam celebrować Dzień Porteru Bałtyckiego? Aż tak mnie nienawidzicie?
Trochę historii najpierw. Nie raz widziałem Jubileuszowego na półce sklepowej w swoim lokalnym Tesco, w mieście które nie przekracza 30 tyś. mieszkańców. Cena 50zł jakoś mnie nie satysfakcjonowała, dlatego olewałem go totalnie. Pewnego pięknego dnia jednak market postanowił zrobić promocję: 30 złociszy. Pomyślałem sobie wtedy, że przecież w tej tubie oprócz piwa jest też pokal, a kolekcja szkieł musi stale rosnąć. Wrzuciłem więc do koszyka, razem ze śledzikami w oleju.
Można się śmiać, ale opakowanie idealnie nadaje się na prezent. Dobrej jakości tuba, w środku szkło dedykowane i bardzo ładna butelka z ceramiką. Sama etykieta też niczego sobie, ładna grafika i fajny pasek wzdłuż butelki. Piwo z początku wyglądało na ciemnie, ale pod ostre światło widać brązowawe refleksy. Raczej klarowne. Piana wysoka, zbita i z ładną koronką. Żywot miała średni, w połowie picia praktycznie nic po niej nie zostało (ale weźcie pod uwagę, że bardzo długo je sączyłem).
Nie żebym się tego spodziewał, ale w aromacie nic szczególnego się nie dzieje niestety. Jest wyczuwalny może przez jakieś 10 sekund od otwarcia, a później zanika w zastraszającym tempie. Na pierwszym planie śliwka w czekoladzie. Szczerze mówiąc bardzo podobna do pierwszej lepszej bombonierki ze sklepu. Nuty kawy też znajdziecie jak się mocno uprzecie. Reszta zapaszków chyba uciekła wraz ze starzeniem się piwa, a przecież do daty ważności jeszcze zostało trochę...
W ustach trochę mi to przypomina coś o ekstrakcie 19°, a nie 23°. Jak na porter jest naprawdę lekki, a ciałko ma takie se. Jednego mu jednak nie można odebrać: jest smooth as fuck jak to mówią. Wysycenie też zdaje się być bardzo dobrze dobrane: niskie i nieinwazyjne. Na szczęście smakowo jest o wiele bardziej wyraźne niż w aromacie. Podstawą jest wyśmienita śliwka w czekoladzie, przyjemna i ogrzewająca jak babcine ramiona. Dalej trochę kawy, tak na przełamanie słodyczy. Oprócz tego mnóstwo nieokreślonych ciemnych owoców, które robią za tło. Albo może bardziej za taką posypkę delikatną? Goryczka niska, punktowa i szczerze mówiąc człowiek o niej bardzo szybko zapomina, bo na finiszu zaczynają się dziać o wiele ciekawsze rzeczy. Czekolada traci na słodyczy i przypomina trochę kakao. Pojawia się też lekko zalegający popiół. Z owoców została śliwka, która spina wszystko w całość. Tutaj też uwydatnia się alkohol, ale w bardzo przyjemnej postaci. Może i ma jakieś zacięcie whisky, ale wiórki raczej nie dadzą tyle co leżakowanie w beczce. Podsumowując... bardzo przyjemny porter. Niestety cała otoczka okazała się farsą, bo nic w nim szczególnego nie ma. Szwestka nie wniosła nic nowego (no bo zwykła śliwka w porterze to norma przecież), a wiórki dębowe czuć na granicy autosugestii.
----------
Styl: Porter Bałtycki
Alk: 10,5% Obj.
Ekstrakt: 23°
IBU: b/d
Skład: słód (jasny, monachijski, karmelowy, czekoladowy), cukier, suszona śliwka, wiórki dębowe, chmiel.
Do spożycia: 24.08.2018
Aha, znowu się zaczyna. Przy okazji zeszłorocznej premiery (że co?) kolejnej warki Imperium Prunum z browaru Kormoran miałem cichą nadzieję, że cały ten hype się powoli wypali... Boziu, jak bardzo się myliłem. Tak na marginesie zastanawia mnie jak można co roku robić "premierę" tego samego piwa... hmm? Aaanyway.
Leżakowanie piwa weszło u mnie na kolejny poziom. W piwnicy mam bowiem browary, które się do takowego nie nadają... Nie mam kiedy ich wypić, albo po prostu nie mam na nie ochoty. Zauważyłem jednak, że wrzucam ostatnio na bloga same ciemne trunki dlatego postanowiłem trochę "rozjaśnić" swoje zimowe horyzonty.
Owsiane pale ale z AleBrowaru trzymałem w piewni już od jakiegoś czasu. W dodatku pokusiłem się o sprawdzenie paru opinii na necie i muszę przyznać... nie były one zachęcające. Jakoś chłopaki nie potrafią się wczuć w nowy sprzęt w Lęborku chyba. Raz im wychodzi, a raz nie. Nie ma co psioczyć, trzeba sprawdzić samemu.
No dobra, dawno się tak nie uśmiałem z alebrowarowej etykiety. Sylwetka Janusza przerobiona na mocno naciągane indyjskie bóstwo wygląda przekomicznie. Trochę mnie jednak dziwi brak pełnego składu. W końcu to AleBrowar był jednym z założycieli polskiego craftu... w dodatku nazywają siebie hopheadami, a na etykiecie nie ma nawet wyszczególnionych chmieli. Piwo ma piękny złoty kolor i jest wyraźnie zmętnione. Co mnie dodatkowo zmartwiło to brak piany, za cholerę nie chciała się utworzyć.
Po opiniach z neta nie spodziewałem się takiego aromatu, a już na pewno nie po tym czasie spędzonym w piwnicy. Uderzenie jest mocne i grozi złamaniem przegrody nosowej. Mamy tu miks tropików i cytrusów. Na czele mango z grapefruitem wspomagane mandarynką i nutą owsa. Rześko, lekko i przyjemnie. I to z shakera!
Pierwszy łyk zwiastuje to samo. Piwo jest lekkie i orzeźwiające jak grodziskie czy też gose, ale wysycenie ma ciut niższe. Od razu przyszło mi na myśl jedno... byłoby idealne na rower. Szczególnie przy tej zawartości alkoholu. W smaku mamy fajną i zwiewną zbożowość, zapewne od płatków owsianych. Na niej wór owoców: głównie cytrusy. Grapefruit wybija się najbardziej, ale delikatne mango i liczi też nie odpuszczają. Całość delikatnie kwaskowata, chyba od zboża. Goryczka wyraźna, ale dość stonowana jeżeli chodzi o moc. Lekko grapefruitowa. Jak wcześniej balans pomiędzy słodyczą, a wytrawnością był zachowany tak na finiszu granica przesunęła się trochę na korzyść tej drugiej. Dominuje kwaskowate zboże, a cytrusów jest znacznie mniej. Pojawia się za to nuta ziołowa. Kurde, bardzo przyjemna i lekka APkA z owsem.
----------
Styl: Oatmeal Pale Ale
Alk: 3,1% Obj.
Ekstrakt: 9% Wag.
IBU: 1/4
Skład: słód (jęczmienny, pszeniczny, owsiany), płatki owsiane, chmiel, drożdże.
Do spożycia: 28.05.2018
Wrzuciłem ostatnio na fejsie zdjęcie swojego prezentu świątecznego. Drewnianej mapy Polski na kapsle. Best gift ever w mojej skromnej opinii. Po przerzuceniu kolekcji z korkowej tablicy okazało się, że wcale tak dużo tych kapsli naszych rzemieślników nie mam... Większość to zagranica i różne wersje tych samych browarów.
Napisaliście mi paręnaście sugestii co do braków na mapie, jednym z nich był browar Osowa Góra. Co najlepsze miałem ich piwo nawet w piwnicy. Kapsel trochę starty, ale nada się mimo to. Piwo dawno po terminie, ale przy takiej ilości alkoholu nie powinno mu to zaszkodzić. Wychylylybymy więc, bo zimno na dworze i trzeba się ogrzać.
Napisaliście mi paręnaście sugestii co do braków na mapie, jednym z nich był browar Osowa Góra. Co najlepsze miałem ich piwo nawet w piwnicy. Kapsel trochę starty, ale nada się mimo to. Piwo dawno po terminie, ale przy takiej ilości alkoholu nie powinno mu to zaszkodzić. Wychylylybymy więc, bo zimno na dworze i trzeba się ogrzać.
Bączki z Osowej ładnie się prezentują, mimo nierzucającej się w oczy etykiety. Piwo ma przyjemny dla oka miedziany kolor, tak trochę przyciemniony. Stało trochę w piwnicy dlatego nalało się całkiem klarowne. Cały syf został na dnie butelki. Piany... no nie ma zbytnio. Do ostatniego łyku towarzyszył mi kożuch, który widzicie poniżej.
O tak, zapaszków nam na najbliższą godzinkę nie zabraknie. Intensywny aromat słodowy czepia się każdego włosa w nosie tak mocno, że zapewne jutro z rana będę go jeszcze czuł. Na pierwszym planie mega słodycz. Karmel, toffi, te klimaty. Zaraz pod nimi grubaśne ciasto biszkoptowe. Do tego owoce, ale dopiero po lekkim ogrzaniu można się domyślić jakie. Brzoskwinia, rodzynki, suszone morele i gdzieś w tle nawet trochę fig. Jest grubo, naprawdę. Dawno nie wąchałem tak przytłaczającego aromatu, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
Już po pierwszym łyku człowiek ma skojarzenia z syropem klonowym, głównie przez ciało i konsystencje. Prawilny ekstrakt czuć i to mocno. Całość równo, ale też bardzo powoli spływa dalej. Chwyta się (w sensie lepi) każdego milimetra jamy ustnej. W dodatku wysycenie jest na przyjemnie niskim poziomie. Smakowo znowu grube ciasto biszkoptowe szczodrze polane polewą karmelową. Do tego miks złożony z suszonej moreli, rodzynek i delikatnej śliwki. Gdy już zdaje Ci się, że utoniesz w tej oblepiającej słodyczy na pomoc przychodzi zadziwiająco wysoka goryczka. Chociaż w sumie to amerykański barley wine to nie wiem czemu ja się dziwię... W dodatku ma ona lekko cytrusowe zacięcie. Bardzo przyjemnie się wgryza w to ciasto muszę przyznać. Finisz zaskakuje najbardziej. Oprócz minimalnie dominującego biszkoptu z karmelem pojawia się też miks cytrusów, skórki pomarańczy i... ziół, wchodzących lekko w korę drzewa. O dziwo nie walczy to wszystko ze sobą, a współgra. Całość otacza przyjemnie rozgrzewający alkohol. Naprawdę ładnie się ten trunek ułożył i nie wiem czy tak było od początku, czy to przez te prawie 3 miesiące po terminie.
----------
Styl: American Barley Wine
Alk: 10,2% Obj.
Ekstrakt: 26°
IBU: b/d
Skład: słód (pale ale, żytni, pszeniczny, crystal, caraaroma), chmiel (Chinook, Cascade, Simcoe), drożdże US-05.
Do spożycia: 20.10.2017














