Widzieliście kiedyś tak wielki hype, że wydawał się być większy od ego Misiewicza? Wiem, że może być ciężko, ale spróbujcie sobie to wyobrazić. Ja coś takiego zaobserwowałem po ostatnich Poznańskich Targach Piwnych. Miałem mało czasu i kompletnie olałem stragan browaru Harpagan.
Wieczorem tego samego dnia okazało się, że popełniłem wielki błąd. Internety i inne socjale zapiały z zachwytu nad kokosowym stoutem Harpagana. Miałem wyrzuty sumienia, a znajomi, którzy jeszcze przebywali na targach nie mogli mi go kupić, bo... nie było butelek. Na szczęście browar w końcu zabutelkował to co mu zostało. No chyba, że potajemnie wlali jeszcze coś do beczek na leżak. Któż to wie.
Etykiety Harpagana u niejednego craftopijcy wywołują podziw. Te detale, komiksowa kreska i niby chaos, ale tak naprawdę to przemyślany szablon tworzą bardzo fajną i unikatową etykietę. Jeszcze tylko firmowego kapsla brakuje. Piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piany niestety nie ma. No dobra, była jakieś 10 sekund po nalaniu.
A cóż tu się dzieje mateńko? Bucha mnie to niby-Bounty w płynie wprost w nozdrza. Aż się dziwię, że mi krew nie leci od tego buzdyganu aromatów. Kokos w gorzkiej czekoladzie w RiSie to coś wspaniałego mówię Wam. Jest też kawa, delikatna paloność i coś słodkiego. Tak jakby jakieś ciemne ciasto oblane lukrem.
Pogłoski, jakoby było to jedno z najzajebistrzych piw tego roku okazały się... prawdziwe. Konsystencja oblepiającego kremu wchodzi tak aksamitnie, że człowiek zaczyna dosłownie bujać w obłokach. I to bez żadnych zbędnych myśli. Niskie wysycenie tylko potęguje to odczucie. A jakie to ma idealne ciałko jak na RiSa... o Jezusie Nazareński. W smaku zachodzą za to bardzo dziwne zmiany. Z początku kokos można skojarzyć z szeroko pojętym Bounty, ale bardzo szybko przeradza się on w mniej słodkie brownie szczodrze posypane kokosem. Do tego fajna dopełniająca kawa i lekka paloność. Goryczka wyraźna, ale bardzo krótka o lekko palonym profilu. Finisz podobny do reszty z tym, że delikatnie kwaskowata kawa bardziej się wybija. Jak takie cholernie przyjemne espresso. Ogólnie bardzo wyraźne, złożone i idealnie ułożone piwo. Alkoholu w ogóle nie czuć, delikatnie rozgrzewa z ukrycia.
----------
Styl: Caribbean Imperial Stout
Alk: 8,6% Obj.
Ekstrakt: 24% Wag.
IBU: 3/5
Skład: słód (jęczmienne, żytni), wiórki kokosowe, jęczmień palony, granulaty chmielowe, kawa, drożdże.
Do spożycia: 1.12.2018
Pamiętam, że w bodajże pierwszej klasie podstawówki zmusili mnie do zagrania w przedstawieniu świątecznym. Miałem być Herodem... ja. Człowiek niespotykanie spokojny i bez konfliktów. Dodatkowej pikanterii do tej całej sytuacji dodawał fakt, że byłem chyba jedynym świeżakiem w tej całej bandzie niby aktorów.
Oczywiście jak na świeżaka przystało robiłem na złość nauczycielkom. Wydawałem dziwne dźwięki, upadałem szybciej (była scena, gdzie mnie strażnicy "rzucali" na ziemie) i ogólnie byłem małym wrednym bachorem wprost z amerykańskiego filmu lat 80-90'tych. Jak tak teraz o tym myślę, to lałbym nawet samego siebie linijką po tyłku na miejscu tych nauczycielek. Tak jakoś mi się przypomniało pijąc tegorocznego świątecznego stouta z Artezana.
Herodzik bardzo ładnie prezentuje się na butelce i trochę przypomina mnie z czasów aktorskiego debiutu. Inna sprawa, że sam styl graficzny kojarzy mi się, nie wiedzieć czemu, z Małym Księciem, a przynajmniej wersją, którą czytałem za młodu. Kapselek firmowy zawsze na propsie. Piwo ciemnobrunatne, nieprzejrzyste. Z początku piana była zadziwiająco wysoka i prawie że czarna. Dość szybko jednak, mimo zbitej konsystencji, zaczęła się redukować do tego co macie poniżej. Szkoda trochę.
Aromat? Miazga. Tak intensywny, że nawet bigos w pobliskim garnku go nie zdominował. Czekolada 75%, marcepan, trochę palonego słonecznika i odrobina skórki pomarańczy. Całość posypana szczyptą cynamonu. Bardzo ładnie się to wszystko zgrywa ze sobą i rzeczywiście pachnie świętami. No no Panie Artezan, jak Ty mnie zaimponowałeś w tej chwili.
W ustach gładkie i aksamitne, ale też z proper ciałkiem. Tak, płatki owsiane zrobiły robotę. Wysycenie średnie do niskiego. W smaku znowu przyjemna czekolada, taka nie z pierwszej łapanki. Gorzka i w dodatku wspomagana przez kakao. W tle prażony słonecznik i bardzo delikatna pomarańcza. Goryczka średnia, momentami niska. Ma palony profil, który przechodzi w popiół na finiszu. Taki nie za mocny, ale za to bardzo dobrze współgrający z czekoladą. Ogólnie końcówka taka trochę jednowymiarowa się wydaje. Podsumowując... dobre, nawet bardzo. Brakowało jednak tego pazura z aromatu i jakby nie patrzeć trochę różnorodności. Gdzie się podział marcepan?
----------
Styl: Christmas Orange Stout
Alk: 8% Obj.
Ekstrakt: b/d
IBU: b/d
Skład: słód jęczmienny, płatki owsiane, ziarna kakaowca, skórka pomarańczowa, chmiel, drożdże, cynamon cejloński.
Do spożycia: 30.03.2018
Pamiętam dzień, w którym jarałem się jak młody informacją o Hadesie, czyli RiSie z chilli z browaru Olimp. Uwielbiam ostre rzeczy i dodanie papryczek do mocnego, ciemnego piwa wydawało mi się rzeczą oczywistą. Później jakoś temat ucichł. Rynek zweryfikował, bo Polacy to naród pieprzu, a nie chilli.
Dlatego nie powinno Was dziwić to, że na Baribala polowałem od momentu ogłoszenia przez browar wysyłki do hurtowni. W dodatku kupiłem dwie butle, jedna pójdzie na leżak. Czy mój wewnętrzny fetyszysta zostanie zaspokojony? Sprawdźmy. Tak na marginesie wiedzieliście, że baribal to po prostu niedźwiedź czarny? The more you know.
Kreskówkowe etykiety Deer Bear chyba każdemu przypadły do gustu, łącznie ze mną. Z tą nie jest inaczej. Problem pojawia się przy metryczce. Brak pełnego składu obudził w internecie obawę o używanie aromatów. Samo piwo jest czarne, nieprzejrzyste. Piana wysoka, lekko dziurawa, ale za to z ładną koronką na ściankach.
Pachnie... wybornie milordzie. Rzeczywiście człowiek ma bardzo mocne skojarzenia z goframi, i to w dodatku szczodrze posypanymi cynamonem. Nie mam zielonego pojęcia jak im się udało uzyskać taki efekt świeżych wafli. Aromaty? Cholera wie. Do tego słodycz dość specyficzna, miód? Nie... może to syrop klonowy? Wstyd się przyznać, ale nigdy nie próbowałem. Po ogrzaniu wychodzi czekolada i nuty ciemnych owoców. Te ostatnie tak mocno w tle.
Wyobraźcie sobie mnie kaszlącego ze zdziwieniem w oczach. Tak wyglądałem po wypiciu pierwszego łyku. Mam dość wysoką tolerancję na ostre rzeczy, ale papryczki w tym piwie wzięły mnie z zaskoczenia. Pikantność Baribala można określić jednym zdaniem: "będziesz tego żałował później". To ona dominuje nad wszystkim i wielu się to nie spodoba. Mi... ahh ten fetysz wewnętrzny. Przy kolejnych łykach zacząłem się przyzwyczajać, a co za tym idzie wyczuwać też inne smaki. Mianowicie słodycz, taką przytulaśną i na pewno nie pochodzącą ze słodów. Toż to prawdopodobnie syrop klonowy z cynamonem. Widać, że się stara jak może, ale w tej nierównej walce z habanero raczej nikt nie wygra. Dalej mamy czekoladę, słodkawą i z wyższej półki. Całość (nie licząc papryczek oczywiście) kojarzy mi się z naprawdę wyśmienitym deserem. Goryczka... no nie wiem, pewnie gdzieś tam jest. Może pod postacią popiołu? Trudno stwierdzić przy tym pożarze w przełyku. Na finiszu, co zaskakujące, wybija się kawa zbożowa i paloność. Całość przepięknie ułożona, alkohol rozgrzewa wyłącznie z ukrycia. Ciało grubaśne, piwo gęste i oblepiające. Wysycenie niskie, jak Duch Craftu przykazał. Dla mnie bomba, taka paląca w obie strony.
Wyobraźcie sobie mnie kaszlącego ze zdziwieniem w oczach. Tak wyglądałem po wypiciu pierwszego łyku. Mam dość wysoką tolerancję na ostre rzeczy, ale papryczki w tym piwie wzięły mnie z zaskoczenia. Pikantność Baribala można określić jednym zdaniem: "będziesz tego żałował później". To ona dominuje nad wszystkim i wielu się to nie spodoba. Mi... ahh ten fetysz wewnętrzny. Przy kolejnych łykach zacząłem się przyzwyczajać, a co za tym idzie wyczuwać też inne smaki. Mianowicie słodycz, taką przytulaśną i na pewno nie pochodzącą ze słodów. Toż to prawdopodobnie syrop klonowy z cynamonem. Widać, że się stara jak może, ale w tej nierównej walce z habanero raczej nikt nie wygra. Dalej mamy czekoladę, słodkawą i z wyższej półki. Całość (nie licząc papryczek oczywiście) kojarzy mi się z naprawdę wyśmienitym deserem. Goryczka... no nie wiem, pewnie gdzieś tam jest. Może pod postacią popiołu? Trudno stwierdzić przy tym pożarze w przełyku. Na finiszu, co zaskakujące, wybija się kawa zbożowa i paloność. Całość przepięknie ułożona, alkohol rozgrzewa wyłącznie z ukrycia. Ciało grubaśne, piwo gęste i oblepiające. Wysycenie niskie, jak Duch Craftu przykazał. Dla mnie bomba, taka paląca w obie strony.
----------
Styl: Imperial Cinnamon Waffle Chilli Maple Stout
Alk: 11% Obj.
Ekstrakt: 25% Wag.
IBU: 4/5
Skład: zawiera słód jęczmienny, płatki pszenne, żyto palone, pszenicę paloną.
Do spożycia: 01.01.2020
Święta, święta i po... a nie, czekajcie. To jeszcze za wcześnie. Zakręcony jak ruski termos jestem ostatnio i już mi się dni mylą powoli. Na szczęście, paradoksalnie, wszystko zaczyna zwalniać przed samymi świętami. Mam też coraz więcej czasu na degustacje.
I tak po ostatnim małym zawodzie, jakim było świąteczne piwo od Pinty postanowiłem spróbować czegoś innego. Jako, że nie chciało mi się specjalnie jeździć do "dużego miasta" poszukałem u siebie. O dziwo znalazłem piernikowe z Jana Olbrachta... w Lidlu. Wrzuciłem do koszyka razem z owsianką śniadaniową i heja do kasy.
Etykieta w nowszym, komiksowym stylu z rysunkiem Mleczki. Jedna z niewielu sytuacji w polskim crafcie, gdzie przezroczystość działa na korzyść grafiki na butelce. Kapsel firmowy, ale stanowczo za dużo na nim tekstu. Kolor piwa oceniłbym na ciemnobrązowy. Jest też wyraźnie zmętnione. Piana mizerna i sycząca. Znikła kompletnie po parunastu sekundach.
Z początku (zaraz po otwarciu butelki) pachniało naprawdę fajnie. Jak domowe ciasto czekoladowe. Było to jednak złudzenie przebrzydłe, bo po chwili aromat zmizerniał i zmienił się w coś bardzo nijakiego... taki "smutny" miks karmelu z pieczywem. Znowu powracają koszmary z Coca-Colą...
Aha, w smaku nie jest jakoś szczególnie lepiej. Zacznijmy od początku jednak... Czuć ciałko, treściwość na wysokim, ale jeszcze niezapychającym poziomie jak na moje "oko". Wysycenie średnie z tendencją spadkową. Niestety za takim cielskiem nie idą smaczki, bo jest... cienko pod tym względem szczerze mówiąc. Czekolada, cynamon i taka jakaś chamska słodycz. Jak zwykły biały cukier dosłownie, albo sztuczny miód. Przypraw piernikowych brak. Jakiejkolwiek goryczki, choć trochę kontrującej tę tępą słodycz też. Finisz pusty, słodki, karmelowy. Jak Cola bez gazu, którą jakiś szarlatan zapomniał zakręcić dzień wstecz. No nic, szkoda. Może jednak trzeba było uwarzyć piernikowego stouta drogi Olbrachcie?
----------
Styl: Piernikowe / Schwarzbier Świąteczny?
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 16,5% Wag.
IBU: 15
Skład: słód (pilzneński, monachijski, caramunich typ III, carafa typ III), miód wielokwiatowy, chmiel (Hallertau Tradition, Hersbrucker), cynamon, kolendra, goździki, ziele angielskie, gałka muszkatołowa, drożdże W34/70.
Do spożycia: 13.05.2018
Wiecie, że jest coś takiego jak miłosławski pasztet borowikowy? Ja też nie wiedziałem. Pewnie by mi zasmakował, bo lubię pasztety i wszelakiej maści pieczenie na chlebku. A jak jeszcze ogóreczek kiszony na to wejdzie to już niebo w gębie jak to mówią.
Nigdy, przenigdy by mi jednak nie wpadło do głowy wrzucać jakiekolwiek grzyby do kotła warzelnego (czy też na cichą), a miejcie na uwadze, że piwotekowy stout ze śledziem mi bardzo smakował... jak widać są odważni ludzie na świecie. I tak pod namową Marcina O. do tanków browaru Fortuna trawiło piwo z borowikami w składzie.
Etykieta w kształcie dość przedawnionym już i w dodatku niechlujnie naklejona. Szkoda, bo sama grafika na środku wydaje się być kozacka. Kapsel bardzo spoko, mimo tekstu na nim. Piwo za to prezentuje się wybornie. Brązowo-miedziany kolor, żeby nie powiedzieć BOROWIKOWY. Delikatnie zamglone wydaje się też być. Piana wysoka, w miarę fajnie zbita i o średnim żywocie. Utrzymuje się tak do połowy powolnego picia powiedzmy. Pozostawia nawet trochę brudu na ściankach.
Wącham to ustrojstwo i... nic. W sensie brak grzybów, a nawet jakichkolwiek skojarzeń z runem leśnym. Szczerze to całość pachnie jak jakiś lekki brown ale. Słodowe, delikatnie prażone orzechy, czekolada w tle i niestety gotowana kukurydza. Ta na szczęście nie dominuje i nie psuje krwi za mocno.
W ustach jest zupełnie inaczej. Fajne ciałko, jak proper czternastka. Wydaje się też być takie... "chrupkie" w przełyku. Wysycenie średnie do wysokiego, nie odchodzi od normy. W smaku głównie słodowe z czekoladowym biszkoptem na pierwszym planie. Bardzo daleko z tyłu odzywają się orzechy i miód gryczany. Goryczka średnia, może delikatnie zalegająca. Finisz, w końcu, ma coś z nazwy. Oprócz dominującej słodowości z wyraźnym kawowym zacięciem pojawiają się też delikatne grzyby, wyraźnie suszone. Już mam w myślach ten czerwony barszcz świąteczny... Ogólnie piwo do wypicia, ale "śmiały" składnik nie zagrał tak jak bym się tego spodziewał po takich eksperymentalnych piwach. Podobno zaraz po rozlewie było zupełnie inaczej, intensywniej w sensie.
----------
Styl: Borowikowe Ale / Brown Ale?
Alk: 5,6% Obj.
Ekstrakt: 14% Wag.
IBU: 35
Skład: słód (pilzneński, monachijski, cookie, chocolate), płatki owsiane, chmiel Magnum, suszone borowiki 0,2%, drożdże Safale US-05.
Do spożycia: 02.12.2018



















